środa, 12 listopada 2014

Żry, rży i jedzie..!

To nieprawda, że jechałem z misją samobójczą. Tak naprawdę zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić, żeby ryzyko towarzyszące tej wyprawie zminimalizować. Problem polegał na tym, że tym razem, zupełnie ode mnie i moich wysiłków niezależnych czynników ryzyka było tyle, a możliwości ich kontroli tak ograniczone - że zrywając się w poniedziałek o 3.00 rano ze snu, czułem się jak załoga pancernika Yamato przed ostatnim rejsem...

Przede wszystkim: pasażerka!


Nigdy jeszcze nie jechałem z tak niepewnym koniem. Ba! Nigdy jeszcze nie przewoziłem tak młodego źrebięcia w pojedynkę: nawet Margire, gdy ją wiozłem do Krasnego, była już znacznie starsza - a w zeszłym roku Madeshir jechała do Czech z ojcem, chłopcy zaś do Kurozwęk we dwóch. W kupie zawsze raźniej! A taka podróż to ekstremalny stres dla konia.

Załadowaliśmy ją z M. na przyczepę w miarę sprawnie. Zajęło nam to tylko pół godziny. I nie wydarzyło się przy tym nic dramatycznego, ani godnego szczególnej uwagi. Oczywiście, musieliśmy ją praktycznie włożyć do środka, a nie stawała przy tym dęba głównie dlatego, że M. z wprawą założył jej pętlę z lonży na nos. Sukces tej części wyprawy leży głównie w tym, że nie kopała. Po prawdzie, tego akurat się po niej nie spodziewałem, bo jeszcze nigdy żaden z naszych koni nie kopał ludzi - i doświadczenie z Obe, najdzikszym koniem, jakiego kiedykolwiek znałem utwierdza mnie w przekonaniu, że przy naszym systemie wychowu, jest to po prostu niemożliwe. Dla powodów, które może kiedyś opiszę w felietonie dla "Gallopu". Płatnym!

No więc: załadowaliśmy. Zanim to się jeszcze stało, ubraliśmy jej drugi kantar: kantar jej matki. W którym M. specjalnie, dla lepszego dopasowania, wywiercił dodatkową dziurkę. Matki, a nie ciotki Melesugun (która ma najsolidniejszy - bo w razie ucieczki to ją łapię...), ani żaden z zapasowych (po prawdzie to zapasowego źrebięcego, jak się okazało i tak nie mamy...), bo kalkulowałem, że zapach matki może ciut pomóc uspokoić córunię.

Tak więc, jechała w dwóch kantarach, nałożonych jeden na drugi. I każdy z nich był oddzielnym uwiązem przywiązany do kółka w przyczepie. Każdy do innego - gdyby to kółko miało puścić...

Mimo to, scenariuszy potencjalnej katastrofy mogłem na poczekaniu wymyślić kilkanaście - i, rzecz jasna, wymyśliłem, bo niby co mogłoby mnie przed tym powstrzymać..?

Jakby naprawdę chciała, to i dwa kantary i dwa uwiązy też dałaby radę urwać. To tylko kwestia czasu. Może by się jej to nie udało przy pierwszym szarpnięciu, ale przy dwudziestym..? A nasza przyczepa delikatna... Już nawet nie tylko dlatego, że majstrowie ze Strzałkowa spier...lili przegrodę, którą ewidentnie do kupionego w Holandii kadłuba dorabiali (i ta spier...lona przegroda już mnie ongiś urwany środkowy palec u lewej ręki kosztowała...) - ustrojstwo, źle spasowane, sprężynuje i wypada z obejmów za lada dotknięciem. Nawet przywiązany koń jest w stanie z łatwością zwalić sobie całą przegrodę na bok (czemu staram się zapobiegać misternym systemem sznureczków i regularnym dokręcaniem luzujących się śrubek...). Koń uwolniony z uwiązu jest w stanie przerobić ten kawał metalu i skóry na dowolne narzędzie zniszczenia...

Dlatego poważnie się zastanawiałem, czy jednak nie pojechać BEZ przegrody..?

No tak - tyle, że przez ostatni rok buda ze skleiki tak się już sfatygowała, że przód w ogóle nie jest już połączony z podwoziem i tak się buja swobodnie góra - dół... Bez przegrody, która nie tylko ogranicza ruchy konia, ale też ściąga obie burty do siebie, półtora tysiąca kilometrów - i może się okazać, że nie trzeba zdenerwowanego konia, żeby przyczepę rozebrać... Poza tym - mądrzejsi ode mnie wymyślili przegrody w przyczepach, lepiej zostawić ją tak jak jest!

Nawet, gdyby Obe nie próbowała uporczywie się uwolnić, ze skutkiem katastrofalnym, i tak wiele złych rzeczy mogło się wydarzyć. Zaczynając od tego, że od tak wielkiego stresu, spokojnie mogła zejść na serce...

Kiedy pierwszy raz do niej zajrzałem, stając obok figurki przy zjeździe na Dąbrówki (gdzie wysadziłem M.), była cała mokra od potu, a poprzeczki mocujące przegrodę do burt, właśnie zaczęły się wysuwać ze swoich obejmów.

Poprawiłem co mogłem i świadom, że któryś z najgorszych scenariuszy właśnie się realizuje, pojechałem dalej. W Bożem zajrzałem po raz drugi: źrebię dalej było mokre, ale przegroda się trzymała, kantary i uwiązy też. Doszedłem do wniosku, że bardziej ją stresuje moje zaglądanie do środka, niż sama podróż (i zła i dobra rzecz w przewozie koni to fakt, że konie nie mają rąk: muszą zatem w odpowiedzi na ruchy środka transportu balansować ciałem i nogami - przez to, nie można ich wieźć dowolnie długo, bo wbrew pozorom, choć stoją, a nie chodzą, jest to dla nich bardzo męczące - ale za to, w normalnych warunkach, balansowanie tak je zajmuje, że już na nic innego nie mają czasu: dlatego zwykle, jeśli coś złego dzieje się z koniem w transporcie, to gdy transport stoi, a nie gdy jedzie - niebezpieczne są wszelkie postoje, nawet na czerwonym świetle!) i dałem jej i sobie spokój z zaglądaniem na pewien czas. Jakby zaczęła skakać, poczułbym to i tak...

Jechałem, jak zwykle, bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki. Czyli tak, jak mnie mistrz Heniu Lasota uczył. Żadnych przeciążeń dla pasażera, których da się uniknąć. Jeśli skręcamy, to nie przyspieszamy. Jeśli przyspieszamy lub zwalniamy, to łagodnie, jak najłagodniej. Czego, rzecz jasna, nikt poza przewoźnikiem na polskiej drodze nie rozumie, a już osobliwie kierowcy TIR-ów i buraki w beemkach, którym tak manewrujący zestaw wydaje się ciotą, która pierwszy raz na drogę wyjechała i z upodobaniem trąbią albo zajeżdżają drogę...

No cóż: na TIR-y nic nie poradzę, ale przed beemkami po prostu nie hamuję... Nawet tocząc się powolutku, mam dość masy, żeby zrobić z takiego buraka mokrą plamę i jak dotąd większość z nich dostrzega ten fakt w porę...

Trudno sobie wyobrazić bardziej nużącą pracę niż przewóz konia. Jedzie się jak za konduktem pogrzebowym, wytężając wszystkie zmysły bez chwili odpoczynku: po pierwsze - żeby przewidzieć, czy aby nie trzeba będzie zwolnić lub zakręcić (a trzeba to przewidzieć zdecydowanie wcześniej niż inni kierowcy, żeby przeprowadzić manewr bezpiecznie dla konia), a po drugie - czy tam na przyczepie wszystko w porządku..?

Zdecydowanie wolałbym jechać wierzchem! Cóż, kiedy to abstrakcyjny pomysł w dzisiejszych czasach (nie to, żeby nie było ludzi, którzy tak właśnie postępują: ale nie zrobi się tego z marszu...): taki dystans, jeszcze ze źrebięciem plączącym się przy boku, trzeba by liczyć minimum miesiąc tam i z powrotem... A w tej chwili, może z wyjątkiem Melesugun, to żadna z naszych kobył w ogóle nie nadaje się do jazdy, nie mówiąc już o jeździe tak dalekiej: za dużo tłuszczu, za mało mięśni...

W dodatku jechałem sam. Bez pilota i zmiennika. Nie miałem sumienia kogokolwiek o pomoc prosić wiedząc, jak duże są szanse na terminalną katastrofę...

W konsekwencji pierwszy raz zmyliłem drogę już w Potworowie: zamiast na Tomaszów, pojechałem na rondzie na Przysuchę. Co zauważyłem na tyle późno, że nie było już sensu zawracać. OK - pomyślałem sobie - dojadę do "dwunastki" i w ten sposób na "gierkówkę" wjadę w Piotrkowie, a nie w Tomaszowie. Może by zatem jechać dalej prosto na Wrocław, a nie na Częstochowę, jak zwykle robiłem..? Skoro Wrocław ma już obwodnicę, a kawał "ósemki" wcześniej jest dwupasmowy..?

Tak też zrobiłem. A krótko za Przysuchą stanąłem na przystanku autobusowym i po raz trzeci w czasie tej podróży zajrzałem do małej... Która najwyraźniej zaczynała już obsychać (znakiem tego stres jej minął...), a w siatce z sianem, którą miała zawieszoną przed nosem, zdążyła już zniknąć połowa zawartości... Tylko dokładnie mnie orżała gdy wszedłem do środka - mocnym, donośnym altem. Uff! I dobrze, że Lepsza Połowa zmusiła mnie załadować dwie taczki siana na zapas!

Wysłałem wiadomość o treści jak w tytule tej opowieści - i, znacznie uspokojony, ruszyłem dalej.

Czekając na przejeździe kolejowym, już hen za Bełchatowem, uzupełniłem zawartość siatki z zapasu leżącego na podłodze przyczepy. Drugi raz zrobiłem to w okolicach Ząbkowic Śląskich, tankując paliwo. W Czechach pobłądziłem jeszcze co najmniej trzy razy. W efekcie dojechałem na miejsce... prawie dwie godziny wcześniej, niż się spodziewałem! Cała droga zajęła mi tylko dwanaście godzin i kwadrans. A nie czternaście jak rok temu.

Dzięki pobłądzeniu jakoś ominąłem część najgorszych podjazdów i zjazdów Wyżyny Czeskiej. O tym, jak bardzo się bałem jazdy w górach, opowiadał nie będę: jeśli ktoś z Państwa przypadkiem pracuje w drogówce, opowiadając o stanie technicznym naszej Wendi, ryzykowałbym utratę dowodu rejestracyjnego... W każdym razie poszło mi lepiej niż się spodziewałem: hamowanie silnikiem, jak zwykle, sprawdziło się w tej sytuacji. Sprzęgło, choć nie byłem go pewien, wytrzymało. A, jak każdy doświadczony patrolowiec, chcąc zapobiec przegrzaniu silnika, puściłem na maksa ogrzewanie i otworzyłem wszystkie okna...

Wjeżdżając do Humpolca od innej strony niż zwykle, obejrzałem sobie - w ostatnim świetle kończącego się dnia - całkiem fajny tor crossowy, który tam mają:


Nawet akurat jakiś zastęp wychodził na ostatnią pewnie tego dnia jazdę w teren...

Na miejscu, w Tuklekach, byłem punkt 17.00. Mała wyszła z przyczepy grzecznie, a do boksu (pierwszy raz w życiu!) dała się zapakować z minimalną pomocą moją i ciotki Jany, podczas gdy Petra prowadziła ją na lonży. Na zakończenie nawet dała mi się pogłaskać po głowie, czego przez pół roku w domu nie mogłem się doprosić...

Petra jest bardzo zadowolona z nabytku i pewnie szybko się małą pochwali. A ja, po raz kolejny, napawam się dumą z konia naszej hodowli! W pewnym sensie zachowanie Obe przypomniało mi naszą nieodżałowaną Dalię wlkp. Dalia też była nieznośna w sytuacjach trywialnych, codziennych i banalnych - przez co ci, którzy jej dobrze nie znali, spotwarzali ją opinią "panikary". Ale gdy kostucha zaglądała nam w oczy (a mieliśmy parę takich przygód razem...) - stawała niewzruszenie jak tarcza fennoskandzka.

Wygląda mi to na cechę dobrego konia bojowego.

Pozostało już tylko wrócić. Petra proponowała nocleg u siebie - i było to, w pewien sposób, kuszące i nawet rozsądne. Konie bym sobie za dnia obejrzał... Ale, z drugiej strony - wróciłbym do domu późnym wieczorem. A raczej w nocy. A dziś przecież trzeba do pracy. No i - prawdę powiedziawszy - bałem się też, że może się powtórzyć przygoda z naszego "pracowego" powrotu z Marsylii: ciężko doświadczony diesel nie zapali rankiem... (zapalił: w końcu pojechałem do Radomia samochodem - nie dałbym rady na piechotę ze stacji chyba...).

W drodze powrotnej wpadłem w rodzaj transu. W efekcie wjechałem na dwupasmową część "ósemki" nie zatankowawszy wcześniej (a tam nigdzie nie ma stacji benzynowej...) - a wkrótce zaczął mi też dziwnie pikać Viatoll, pewnie skończył mi się kredyt na koncie (ale było mi w tym momencie wszystko jedno...). Doczołgałem się, chwilę po północy, do pierwszego "MOP" za Wrocławiem, stanąłem na pierwszym dostatecznie dużym miejscu parkingowym - i rozłożyłem fotel.

Dwie godziny później obudziłem się w dużo lepszym stanie. Tyle, że w międzyczasie podniosła się gęsta mgła:

video

Tymczasem wskaźnik paliwa drgał w okolicach zera - a Viatoll pikał nerwowo na każdej kolejnej bramce...

Co było zrobić..? Jechałem. Jechałem. Aż dojechałem... 28 godzin po rozpoczęciu całej operacji, z czego 24 godziny - siedząc za kółkiem i jadąc.

I wiecie co..? Cieszę się, że żyję! Czego najlepszym dowodem jest to, że od prawie doby, oprócz bolesnych odcisków na stopach po 28 godzinach w najsztywniejszych, roboczych butach (do ładowania konia innych założyć nie mogłem, a na zmiany nie było potem czasu, trzeba było ruszać...), oprócz bolesnych, uporczywie się odnawiających skurczy większości istotniejszych mięśni szkieletowych, prześladuje mnie też bolesna, uporczywie odnawiająca się erekcja...

11 komentarzy:

  1. Podziwiam!
    I oby wam viatoll nie naliczył kary za jechanie bez kredytu :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naliczyć na pewno naliczy. Ale mam to gdzieś...

      Usuń
  2. Cieszę się że wszystko skończyło sie dobrze ale nie przekonuje mnie informacja że "do ładowania konia innych założyć nie mogłem, a na zmiany nie było potem czasu, trzeba było ruszać...". Sranie w banie. Wystarczyło wcześniej wrzucić trampki do auta i zmienić już w trakcie jazdy i tyle. Błądzić jest rzeczą ludzką, mazgaić się szczenięcą ;]

    s_s

    OdpowiedzUsuń
  3. Też podziwiam. Za żadne skarby świata nie pojechałabym sama z koniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. sukces za sukcesem. brawo!
    Jacku, co z Knedlikiem?
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile mi wiadomo ma już nową rodzinę, co prawda obcorasową, ale co mu to przeszkadza..? Gdzieś w Czechach.

      Usuń
  5. Fakt, Knedlik jest tak słodki, że dogada się nawet ze stadem kur. Oby mu się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale z kurami potomstwo mieć Knedlikowi, to już gorzej.;-)

      Usuń
  6. Jako Jacek niegdyś wspomniał - w świetle planów Petry co do knedlikowych eee, ten... przymiotów, to on już raczej do zaposiadania potomstwa jest eee, ten... no nie teges ;)
    ale może jej się odmieniło.
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gelshah został sprzedany jako ogier - reproduktor i ma płodzić potomstwo półkrwi do rajdów. Taki przynajmniej jest stan mojej wiedzy na pół roku temu - od tej pory o niego nie pytałem...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...