niedziela, 2 listopada 2014

Gigant roku

Miałem byłem popełnić dziś kolejny post ogrodniczy. Dziś, a nie wczoraj, bo chciałem nasze ziemiopłody uwiecznić przy pomocy matrycy cyfrowej aparatu fotograficznego, a gdy wczoraj skończyłem je wydobywać z boskowolańskiego piasku, było już na to za ciemno - no i nie chciało mi się, przez wzgląd na ból pleców i kolan, tudzież w sumie przyjemne, ale jednak ciut paraliżujące szczypanie poparzonych pokrzywami dłoni...

Okrzyk Lepszej Połowy "brama wyłamana!" tuż przedtem, nim zacząłem nasypywać do wiaderek owies na kolacje naszym czterokopytnym milusińskim, zmienił moje plany dość radykalnie. Co prawda, Lepsza Połowa zastrzegła przed chwilą, żebym tej przygody nie opisywał, ale:
- po pierwsze, to ja tu rządzę,
- po drugie, nie uważam, żebyśmy mieli się czego wstydzić...

No więc, wracając do rzeczonego ad remu: okrzyk "brama wyłamana!", choć przez chwilę miałem jeszcze nadzieję że tak nie jest, mógł oznaczać tylko jedno - kobyły poszły w las...

Jak stałem, w bezrękawniku, zwanym popularnie "kufaidłem", narzuconym na t-shirt, na szczęście w butach, a nie w klapkach (a nie chciało mi się tych butów zakładać...) wziąłem z chatki telefon, paczkę chusteczek, uwiąz i latarkę - i ruszyłem po śladach.

W świetle latarki tylko najwyraźniejszy trop dawał się jednoznacznie zidentyfikować. Mimo to, 3/4 pogoni poszło mi szybko i sprawnie - kobyły kierowały się dokładnie w to samo miejsce, gdzie Dyabeł je kusił podczas poprzedniej takiej ucieczki - wycieczki. Czyli do najbliższego handlarza końmi. Przesympatycznego człowieka zresztą (bywałem u niego kilka razy z M., z którym się przyjaźnią - no a dziś, z powodów, które wyjaśnią się poniżej, pojadę pewnie z flaszką...).

Kłopot zaczął się na skrzyżowaniu polnych dróg, jakieś 200 metrów od zabudowań owego handlarza - hen, hen za torami kolejowymi zresztą, bo to wcale tak blisko nie jest!

Trop na skrzyżowaniu wskazywał jednoznacznie, że kobyły poszły w lewo. Nie znalazłem żadnych śladów wskazujących na to, że mogły pójść w prawo (a że w prawo prowadziła dróżka bardzo sypkim piaseczkiem pokryta, to informacja ta była pewna), ani też, że mogły się cofnąć (jak wyżej). Nie było też żadnych śladów wskazujących na to, że mogły pójść dalej prosto - ale w tym kierunku droga stawała się dużo lepsza, więc dobrze ubita: nie było to już takie pewne.

Trop w lewo wyraźny był też tylko z samego początku, bo dalej jakość nawierzchni poprawiała się, więc i możliwe do zidentyfikowania w świetle latarki ślady trafiały się coraz rzadziej.

Najpierw poszedłem za daleko - spory kawał. Wróciłem i zacząłem krążyć po rozszerzającej się spirali wokół miejsca, gdzie znalazłem ostatni niewątpliwy odcisk kopytka. Dobrą godzinę zajęło mi odkrycie, że stado odbiło z drogi w stronę najbliższego gospodarstwa po prawicy. Gdyby nie pojedynczy, świeży bobek na trawiastym podjeźdźe... A potem kawałeczek oziminy z wyraźnym, świeżym tropem...

No i w tym miejscu, czyli na rzeczonej oziminie, moje zdolności tropicielskie uległy wyczerpaniu. Bo dalej były łąki. Spory kompleks. Większy od naszego Wielkiego Padoku. No - przynajmniej porównywalny!

Na logikę, powinny były tam zostać i paść się. Toteż, nie mogąc w żaden sposób zidentyfikować, gdzie polazły dalej - zacząłem chodzić po tej łące i gwizdać. Dokłanie tak, jak robiłbym to na Wielkim Padoku, zwołując stado na posiłek. W odpowiedzi usłyszałem rżenie. Żadnej z naszych - choć daleko, w tle, coś jakby Małe Złe tym swoim sopranikiem - ale zbyt niewyraźnie, żebym mógł ją w ten sposób namierzyć.

Niewątpliwie rżały konie handlarza. Które, jak mi potem powiedział, w ogóle były niespokojne i nawet jedna kobyła ze źrebakiem mu wyszła z szopy. Najpewniej czując naszą piątkę w pobliżu...

Co miałem zrobić? Poszedłem do pana Roberta po pomoc. Zostałem natychmiast przyodziany w bluzę roboczą - i cała ekipa ruszyła na poszukiwania. Wzięliśmy nawet jedną z jego kobył na tę łąkę w nadziei, że zwietrzy zbiegłe towarzystwo i albo da nam o tym znać zachowaniem, albo sprowokuje je do zbliżenia się. To akurat się nie udało, ale koniec końców, poszukiwania zespołowe odniosły skutek: część ekipy, wysłana samochodem do przodu znalazłe nasze uciekinierki... na tyłach nowo otwartego "Lewiatana" w Grabowie!

Opuściły łąki najmniej prawdopodobnym wyjściem, które dopiero po starannym zbadaniu wszystkich innych granic (po prawej - pastuch, wprawdzie bez prądu, ale cały, więc tamtędy nie przeszły, po lewej i z tyłu, od stron wsi - zasiewy, bez świeżych śladów...) zacząłem brać pod uwagę: po jednym z dwóch mostków nad rowkiem, oddzielającym łąki od ciągnących się dalej sadów i pól...

Jak by nie pomoc, pewnie też bym je znalazł. Ale zajęłoby mi to jeszcze ze dwie - trzy godziny. A i tak, dotarliśmy do domu o wpół do dwunastej w nocy. Czery godziny po rozpoczęciu pościgu. Towarzystwo bez kolacji zostało natychmiast zamknięte pod prądem na Wielkim Padoku - a ja padłem bez życia i do tej pory ledwo się ruszam.

Jak zejdzie przymrozek bierzemy się za sadzenie żywopłotu z topinamburów, które wczoraj pracowicie wykopałem i które miały, wedle pierwotnych planów, być głównym i jedynym tematem niniejszego wpisu. Za bardzo mnie plecy bolą, żebym właził na strych, zdejmował wiadro (pełne wiadro większych i dorodniejszych bulw zebrałem w celu konsumpcyjnym), czy też wyciągał ze szklarni taczkę (pełną taczkę mniejszych przeznaczyłem na zasadzenie) tylko po to, żeby robić im teraz zdjęcia...

A wszystko przez to, że Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy, Koń Który Niczego Się Nie Boi (ani torów kolejowych, ani maszyn czy ludzi, ani mostków nad rowkami...) nudzi się i chciało jej się świat pozwiedzać - w poszukiwaniu przyszłej wiosny, jak sądzę:




2 komentarze:

  1. Hahaha :-) :-) :-)
    Ja tez w tym tygodniu sciagnelam moje skarby z giganta na 200 hektarach :-) :-) :-) Ledwo zywa wrocilam do domu z moimi panienkami :-) :-) :-) Znam ten bol :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wlasciwie to tego samego dnia tropilismy swoje konie, Jacku :-)
    Ja w niedziele rano do poludnia :-)
    W domu bylysmy ok. 15.00 :-) :-) :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...