środa, 29 października 2014

Niespełniona miłość

czarno - białego koćkodana, emeryta


do ryb, krewetek i muli (i zapewne innych owoców morza: jak do tej pory innych jednak nie wypróbowaliśmy, nie było okazji...) nieodmiennie kończy się tak samo: womitacją pożartego "frutti di mare" parę minut po jego łapczywym pożarciu.
 
Tak też było i wczoraj, kiedy to zlitowaliśmy się po pół godzinie wysłuchiwania natrętnego bleczenia - i podzieliliśmy się ostatnimi z muli, które nabyłem w poniedziałek w świeżo otwartym radomskim Auchan (przy okazji wizyty w Praktikerze po różne rzeczy potrzebne do uszczelniania okien i drzwi: okazało się zresztą, że większość z nich taniej jest właśnie w Auchan nabyć...). Mulom właśnie w poniedziałek kończył się termin przydatności do spożycia - "promocja" na nie, faktycznie cenowo bardzo atrakcyjna, miała była trwać do środy, czyli do dzisiaj - założyłem, że skoro dyrekcja "Auchan" jest pewna, iż nawet dwa dni po terminie ważności mule wciąż nie wywołają masowych zatruć, jeśli ktoś je kupi i spożyje, to i my możemy je spokojnie zjeść. Które to założenie okazało się zgodne z prawdą.
 
Minus, naturalnie, reakcja koćkodana. Która jednak jest nieodmiennie taka sama, niezależnie od tego, co rybno - morskiego dostaje do zeżarcia (bodaj jeden olej z puszki po sardynkach przyswaja - no ale to niedokładnie to samo, nieprawdaż?). A wszystko bardzo, ale to bardzo jej smakuje i strasznie walczy, żeby to dostać! No i co zrobić z takim przypadkiem..?
 
Koćkodan wyhodował sobie całkiem przyzwoite i odpowiednio cieplusie oraz mięciusie zimowe futerko, nader błyszczące - osobliwie w świetle słonecznym lub w blasku ognia z "Herculesa", przy którym namiętnie się wyleguje, gdy tylko nasza koza osiągnie stosowną temperaturę. Ale, jak zauważyła nie dalej jak wczoraj Lepsza Połowa, pod tym futerkiem z łatwością można już nie tylko wymacać, ale i nie macając - wszystkie kręgi i żebra policzyć. No cóż - starość! Nie od dziś wiadomo, że czas koćkodana kiedyś wreszcie dobiegnie końca - choć lata mijają i jakoś się ta przepowiednia nie sprawdza i nie sprawdza - a Lepsza Połowa jak wdychała prochy na alergię, tak wciąż musi je wdychać...
 
A propos dziwnych zachowań zwierząt: dorobiliśmy się w chatce wyjątkowo zboczonych kulinarnie myszy. Musi ich być cała, liczna rodzina - bo już dwie padły (jedna od nadmiernego ulegania owemu zboczonemu upodobaniu, o którym za chwilę - jak sądzę: bo Lepsza Połowa znalazła ją rano martwą w wannie... - a drugą Krystyna złapała w niedzielę, kiedyśmy walczyli z ciężarem wtargiwanej do chatki sofy i mogła bezkarnie buszować w środku, na co zazwyczaj jej nie pozwalamy), a proceder jak trwał, tak trwa.
 
O co chodzi? Ano - myszy z upodobaniem zjadają... mydło! A jak mydła nie ma (bo Lepsza Połowa zapakowała je do podróżnej mydelniczki), to przerzucają się na zmywaki kuchenne lub gąbkę. Byleby tylko cokolwiek, co miało do czynienia z używanymi do zmywania i mycia estrami.
 
Nie byłoby w tym może niczego specjalnie dziwnego - a jedynie świadectwo, że cała żywność przechowywana w naszej chatce jest dobrze zabezpieczona i gryzonie nie mają innego wyjścia.
 
Nie byłoby - gdyby nie jeden szkopuł. Tuż za ścianą chatki (a wiemy dobrze, że liczne tunele i nory łączą wnętrze z zewnętrzem...) stoi sobie worek owsa... Worek owsa którego, odkąd Krystyna nocuje na strychu - przez całą noc (i pół dnia: wczoraj dopiero koło dwunastej zdecydowała się zejść na dół...) nikt nie pilnuje!
 
Czyżby również wśród myszy panował terytorializm i myszy "zewnętrzne" nie dopuszczały tych "wewnętrznych" do najlepszego w całej okolicy żerowiska..? Ale przecież tego owsa starczyłoby dla wielu tysięcy myszy - a my jednak nie mamy tu więcej niż kilka. No, może kilkanaście..?
 
Ot - zagadka natury...

2 komentarze:

  1. Między myszami panuje terytorializm, bo te z osobnych stad się tłuką między sobą...

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoje myszy cierpią na Pica!
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Pica

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...