niedziela, 5 października 2014

Biały świt

Państwo widzicie tak naprawdę końcówkę tego widowiska. Wcześniej nie było jak zrobić zdjęć: za ciemno było. W każdym razie o 5.04, kiedy przekroczyłem próg chatki. Na bezchmurnym niebie nad Wielkim Padokiem wisiała nisko konstelacja Oriona. Tuż nad ziemią kłębiły się pierwsze tumany mgły. Pod obcasami gumiaków chrzęściła zesztywniała z zimna trawa.

Dwie i pół godziny później, krajobraz wciąż wyglądał tak:


I wciąż był biały: od skraplających się właśnie kryształków szronu:


Gdybym wybierał się dokądś samochodem dziś rano - miałbym dodatkowe zajęcie ze skrobaniem szyby:


Nic dziwnego, że czarny kot zewnętrzny (który noc spędził na strychu chatki - i tylko perspektywa śniadania skłoniła go, aby jej ciepłe wnętrze opuścić), korzystał z każdej okazji by odizolować się od gruntu, a za to złapać rozgrzewający promień słońca:


Lepsza Połowa cieszy się dziś podwójnie, ze swojej uratowanej wczoraj fasoli! Dyniowy klomb padł już ostatecznie:


I nawet odporny zdawałoby się, ozdobny tytoń - dostał w kość:


Nasze mądre kobyły znalazłem na południowym krańcu Wielkiego Padoku, gdzie słońce operuje najsilniej o tej porze:


Powyżej: Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy, Szefowa Stada, aktualnie na etacie Uniwersalnej Matki Zastępczej, opiekującej się bez dyskryminacji obiema klaczkami, gdy którakolwiek z matek biologicznych z jakiegokolwiek powodu życzy sobie od latorośli odpocząć.


Spłoszony wzrok Margire. Tydzień temu okulała. Lepsza Połowa była świadkiem zdarzenia, stąd nie panikujemy: potknęła się w czasie przepychanek z drugą matką biologiczną (najlepsze psiapsiółki jeszcze dwa lata temu, teraz najchętniej by się w łyżce wody utopiły: kobieta zmienną jest...). Od tej pory utyka raz na lewą, raz na prawą przednią (zależy, jak sobie przypomni). Osobliwie gdy uważa, że mogłaby na ten przykład dłużej zostać pod wiatą, albo dostać dodatkową porcję - dla chorego konia. Taka chytrość...


Obe postanowiła zadokować się do stacji dokującej, która stanowi jedyny istotny element wyposażenia, odróżniający matkę biologiczną od Uniwersalnej Matki Zastępczej (aczkolwiek, obie próbowały się dokować także i do Matki Zastępczej, wprawiając ją tym w panikę!).


Odkąd w poniedziałek przy wydatnej pomocy M. pobraliśmy jej wreszcie krew, jakoś Jej Dzikość złagodniała. Sam fakt, że ktoś może ją złapać i przytrzymać był takim szokiem, że zdołałem poprawić wreszcie (i dopasować, bo głowa przecież rośnie...) trzy miesiące krzywo noszony kantar. Co uważny Czytelnik powinien zresztą zauważyć na powyższym zdjęciu. Kantar nie wyszedł z całej operacji bez szwanku - ale za to: jest nadzieja, że z tego konia coś jeszcze wyrośnie i nie będą jej musieli na kotlety tak od razu oddawać...


Swoją drogą, dokowanie się ze źdźbłem trawy w pysku, to też jakiś tam objaw nonszalancji...


Albo i asekuranctwa: albowiem choć obie klaczki mają zaledwie pięć miesięcy (Mahru pięć miesięcy i tydzień, Obe skończy pięć miesięcy jutro), obie matki biologiczne zgodnie


podchodzą do dokowania z malejącym entuzjazmem. Albo i bez entuzjazmu!


Ostatecznie Obe postawiła na swoim. Jeszcze tym razem. Ale źdźbło musiała najpierw wypluć. Matka biologiczna uczy ją manier...

Prawdę powiedziawszy zdążyłem nieco zmarznąć czekając, aż Mahru:


raczy zająć się czymś ciekawszym od skubania zmarzniętych pędów - i zapozuje.


W międzyczasie uwieczniłem dla Państwa fragment naszego ogrodzenia. Przez miniony tydzień ktoś wypasał krowy na rżysku po prawej stronie. Wiążąc do palików tylko dwie najstarsze. Cielęta biegały luzem. I jakoś tak dziwnym trafem - ciągnęło je na Wielki Padok! A że pastuch jest od wewnątrz, nic ich nie mogło powstrzymać przed demolowaniem słupków. Które też, mając już swoje lata, pod naporem krowich rogów łatwo padały. Najpierw remontowała to Lepsza Połowa, po moim powrocie remontowaliśmy to kilka razy razem. Praktycznie - co wieczór.

Przywiozłem wczoraj tuzin nowych, dębowych słupków od M. Jak trochę się ociepli - zastąpię nimi najsłabsze z naszych.


Nareszcie Mahru przeciągnęła się rozkosznie (oczywiście musiała to zrobić w momencie, gdy byłem względnie daleko - i zdjęcie wyszło takie sobie!).


I poszła za przykładem młodszej siostry, dokując się do własnej stacji dokującej.


Przynajmniej możecie Państwo, dzięki temu, do woli spekulować nad maścią jej futra - w kontraście do matki, która jest "jasno-jelenia" (w rosyjskich papierach: "złoto - bułana").


Mówimy stadu "pa - pa".

Jeszcze tylko rzut oka na moje dzisiejsze (i pewnie jeszcze na jeden czy dwa następne łykendy) zadanie:


I można wracać do chatki, prosto na przygotowane przez Lepszą Połowę śniadanie. Idealne na taki biały świt: karkówka flambirowana w jałowcówce domowej roboty... Po czymś takim dam radę!

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...