piątek, 12 września 2014

Papryczka chili

Niezdrów jestem i Lepsza Połowa (za pierwszym razem nieświadomie...) zapakowała mi do śniadania wyhodowaną w naszej szklarni papryczkę chili:


Aaaaaaaaa...!!!

Łzy z oczu, smark z nosa, ślina spomiędzy zaciśniętych z bólu warg...

Nie wiem ile to ma w skali Scoville'a - ale podobną papryczkę kupowaną na targu w Warce bije mniej - więcej trzykrotnie. Tak organoleptycznie sądząc.

Zatoki przetyka bez trzymanki...

Brixa nie będziemy mierzyli. Boję się o szkiełko spektrometru...

Jak żyć, Pani Premier - jak żyć..?

8 komentarzy:

  1. mocny towar. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomogła ta papryczka? na co pomaga takie małe, czerwone i prawie zabójcze? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, przez pewną chwilę dało się potem oddychać bez trudu... I chyba nawet gorączka na moment przeszła!

      Choć w tej akurat materii rżnięcie drewna w najgorętszej porze dnia jest jeszcze skuteczniejsze: wraca człowiek tak wypocony, jakby całą noc owinięty w trzy pierzyny leżał...

      Usuń
  3. A ten 'wodny' pomidorek ile miał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, owocki ma wciąż zielone...

      Usuń
  4. Zatoki przetyka, mówisz. Ale to trzeba zjeść czy w zatoki wetknąć? ;) Bo ja na ten przykład na katar to czosnek ładuję do nosa.

    OdpowiedzUsuń
  5. dobra papryka piecze 2 razy

    taka jest reguła

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...