piątek, 12 września 2014

Papryczka chili

Niezdrów jestem i Lepsza Połowa (za pierwszym razem nieświadomie...) zapakowała mi do śniadania wyhodowaną w naszej szklarni papryczkę chili:


Aaaaaaaaa...!!!

Łzy z oczu, smark z nosa, ślina spomiędzy zaciśniętych z bólu warg...

Nie wiem ile to ma w skali Scoville'a - ale podobną papryczkę kupowaną na targu w Warce bije mniej - więcej trzykrotnie. Tak organoleptycznie sądząc.

Zatoki przetyka bez trzymanki...

Brixa nie będziemy mierzyli. Boję się o szkiełko spektrometru...

Jak żyć, Pani Premier - jak żyć..?

czwartek, 11 września 2014

Wilki: kto kogo..?

Miałem na Onet nie zaglądać, ale długo w tym postanowieniu nie wytrzymałem - no i bach: wilki od Boskiej Woli dzieli już tylko 100 km i Wisła, skoro pod Płockiem się pojawiają...
 
Nasza Melesugun jest ostatnią, która może pamiętać czeczeńskie wilki, nawiedzające w czasach jej źrebięctwa pastwiska Stawropolskiego Konzawoda.
 
Faktem jest, że nasze tekinki kompletnie nie boją się psów, nawet największych i najbardziej morderczych. Doskonale też sobie z nimi radzą jak chodzi o ochronę źrebiąt.
 
Wilk to jednak trochę inna sprawa.
 
 
Co mogę zrobić, skoro nie mam stajni, w której mógłbym stado na noc zamykać - i takiej stajni mieć nie zamierzam..?
 
Tylko jedno przychodzi mi do głowy. Stado musi być większe. Na tyle duże, żeby zdołało się obronić przed wilczą watahą. Co najmniej jakiś tuzin koni, a nie trzy dorosłe klacze z przychówkiem...
 
Chyba mam dość czasu, żeby taki plan zrealizować, zanim wilki przekroczą Wisłę..?

wtorek, 9 września 2014

Goście, goście...

W niedzielę, która była w sumie przedostatnim dniem lata w tym roku (już wczoraj wieczorem przelotny deszczyk przegonił mnie znad pieńka do rąbania drewna - a rano mgła była taka, że gdyby kobyły same nie przyszły zawołane, to bym ich na Wielkim Padoku nie znalazł...), odwiedzili nas przesympatyczni goście. Poniekąd trochę z naszej bajki. Z aparatem. Rzecz jasna.
 
No to już bez dalszych wstępów - co właśnie dostałem i na dysk sobie przegrałem (wybór...):
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Mamy nadzieję, że goście ci odwiedzą nas jeszcze nie raz. Wcale niekoniecznie z aparatem!


piątek, 5 września 2014

Obe i Mahru

Poproszono nas o aktualne zdjęcia naszych tegorocznych pociech - więc, skoro już je zrobiliśmy (część Lepsza Połowa około południa, część ja - dwie godziny temu), to i Państwu pokażę. Bo niby czemu nie..?


A co ona tam robi..?


Synchroniczne żarcie


i synchroniczne plażowanie


Ale o sooo choo..? Nie widzisz, że jesteśmy zajęte..? A matka zastępcza nas pilnuje...


Obe


Mahru (jak zwykle utytłana...)


Stado w komplecie


I matka z córką: synchroniczny zagap!

czwartek, 4 września 2014

Paluszek i główka...

to szkolna wymówka - jak zwykła mawiać moja babcia.
 
Główka mnie wprawdzie na razie jeszcze nie boli - ale wszystko da się załatwić, nieprawdaż..? Tak, czy inaczej zgrzeszyć czymś dzisiaj muszę: już się pytałem najsympatyczniejszej spośród koleżanek w pracy, ale jakoś  do wspólnego grzeszenia nie jest skłonna (ale spokojnie, spokojnie, mamy czas, kropla drąży skałę - i takie tam...: po prawdzie to od tylu już lat grzeszę w tej materii samym tylko zaniechaniem - no dobra: myślą i mową czasem też - że nieskłonnym za wiele obiecywać bojąc się, że obietnic nie wypełnię...) - pozostaje zatem zgrzeszyć jakimś nieumiarkowaniem. Może być i takim, od którego potem głowa boli - zapasów mi to nawet nie uszczupli w widoczny sposób, choćbym grzeszył od rana do wieczora i od wieczora do rana...
 
Dlaczego KONIECZNIE muszę dzisiaj zgrzeszyć? A bo umyłem rano, po wypędzeniu stada na pastwisko, utytłane w piasku gumofilce. Co zauważywszy, Lepsza Połowa od razu zapytała, co takiego przeskrobałem, że próbuję być dobry..?
 
Nie będę przecież takich podejrzeń niewinnie cierpiał!
 
Fakt, że umyłem te gumofilce, w piasku po wypędzaniu stada na pastwisko utytłane już i wczoraj - tyle, że wczoraj Lepsza Połowa tego nie zauważyła... Ot - po prostu wraz z końcem wakacji i początkiem nowego roku szkolnego postanowiłem stać się lepszym człowiekiem!
 
A że mnie za to taka nagroda spotyka, to chyba jasne, że dla równowagi zgrzeszyć czymś trzeba..?
 
Wraz z końcem wakacji i początkiem nowego roku szkolnego (dawno pisałem, że obóz koncentracyjny to liberalna instytucja w porównaniu do szkoły - a jak teraz słucham opowieści koleżanek i kolegów to brr... pozostaje się tylko cieszyć, że dawno mam to już za sobą: na ile jednak tak traumatyczna przeszłość zwichnęła moją psychikę..?), wziąłem się też do nauczania naszej tegorocznej młodzieży. I tu dochodzimy od główki do paluszka...
 
Miałem na szczęście solidne rękawice. Ale i tak, gdy złapałem za kantar tę pannę:
 
 
a ta się szarpnęła do tyłu - mój palec wskazujący lewej ręki zrobił się do rana jakieś 30% grubszy od palca wskazującego ręki prawej i o jakieś 70% mniej ruchomy.
 
I to pomimo dość rychłego po wypadku schłodzenia zimną wodą i nasmarowania smarowidłem!
 
Na szczęście, jak sobie stukam w klawiaturę i palec się rozgrzewa, to czuję wręcz, jak życie doń wraca. Szybko mi zatem ta kontuzja przejdzie - i dobrze. Nauki przerywać nie można: nie mam, tak prawdę powiedziawszy żadnego innego pomysłu na dziką i nieufną Obe, jak cierpliwość i systematyczność. W końcu jej się chyba znudzi i da się złapać - co nie..?
 
Poza tym, zbliża się łykend, a z nim - kolejna sesja rżnięcia i rąbania. Znowu ma być podobno duszno i gorąco, ale jeśli nie mamy w zimie zamarznąć, nie da się zwolnić tempa: jeszcze dwa takie łykendy jak ostatni, a nasza wiata na drewno będzie pełna... O ile przedtem nie wyzionę ducha, ma się rozumieć...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...