czwartek, 14 sierpnia 2014

Miasto grzechu

Anielski instruktor pokazuje świeżo upieczonemu aniołowi piękny globus naturalnej wielkości (zgaduj, zgadula, co to znaczy..?), na którym co jakiś czas zapalają się światełka i objaśnia: jak się zapali takie światełko, to znaczy, że żona zdradziła męża.
- A ta łuna świateł tutaj w samym środku Europy..?
- To Ciechocinek...


Nie pierwszy raz twierdzę, że Warszawa jest prawdziwie grzesznym miastem. Albo i samym "Miastem Grzechu" we własnej, niefilmowej postaci..!


No bo powiedzcie sami: czy jest w Polsce miejsce, gdzie by TAK lało, jak w Warszawie..?

Byłem w Karkonoszach latem 1997 roku, gdy Śląsk nawiedziła "powódź stulecia". Faktycznie - lało strasznie, dosłownie zmyło nas z góry (ażeśmy wylądawali w uroczym miasteczku Wleń, układając - Bóg wie po co - barykadę z worków z piaskiem wzdłuż Bobru: znacznie utrudniła ona potem spływ wezbranej wody, bo zalać to zalało równo po obu jej stronach...).

Ale w porównaniu z ulewą na którą trafiliśmy ostatniej nocy w stolycy, gdy odwoziłem Lepszą Połowę na nocny autobus do Wilna - to była mżawka...

Starczyło wjechać do Raszyna, a z biblijnego potopu ulewa stała się normalną, tylko długą, uporczywą i obfitą sierpniową burzą...

Czegóż to może być innego dowodem, niż Bożego gniewu na rozpustę, która się w naszej stolycy co dzień i co noc dzieje..?

Prognoza pogody zapowiadała w Boskiej Woli burzę o zmierzchu. I faktycznie - takowa przeszła i ustała. Toteż kiedy wyjechaliśmy w stronę Warszawy - dobrze już po zmierzchu, bo ten autobus w środku nocy odjeżdża - wziąłem kurtkę tylko przez wzgląd na Lepszej Połowy kpiny i nawiązania do przygody sprzed niemal dwóch lat.

Jak to zwykle bywa, zabłądziłem na obwodnicy i zamiast na aleje Jerozolimskie wjechałem na Połczyńską - i gdy na tejże Połczyńskiej byliśmy, zaczęło lać: wycieraczki (a nowiutkie mam!) na trzecim biegu ledwo dawały radę, a i tak tylko rozmyte światła widziałem przed sobą. Jakoś, na poły po omacku, trafiłem koniec końców na Zachodni - ale Lepsza Połowa, choć wysadziłem ją tuż pod drzwiami dworca, na stanowisko autobusów dotarła mokra na wylot. Mnie kurtka po tym, jak odstawiłem Wendi na parking nic już nie pomogła - nawet gacie miałem mokre...

W drodze powrotnej włączyłem sobie na ful grzanie (to akurat w Patrolu łatwe, z chłodzeniem byłoby gorzej...) - i z coraz większym przerażeniem patrzyłem na to, co się dzieje za oknami, bośmy konie zostawili na pastwisku, ani się spodziewając takiego kataklizmu. Dotarłem do domu o wpół do pierwszej. W ciągu pół godziny udało mi się wytoczyć belkę siana i sprowadzić kobyły (które grzecznie czekały tuż przy bramie...) pod wiatę.

Zapewne bez istotnego powodu, bo na ile jestem w stanie to stwierdzić (mało już przytomny byłem...), wkrótce potem - deszcz ustał... Walnąłem prewencyjnie kielonek jałowcówki przeciw przeziębieniu, przytuliłem koćkodana (któremu zatkałem przedtem usta jego ulubioną parówką z "Pierdonki"...) - i zapadłem się w objęcia Morfeusza... Tylko po to, aby z dokładnością szwajcarskiego zegarka obudzić się o 5.00: czas był wydać stadu poranny owsik, a że już tylko mżyło i było ciepło, to i wygonić na pastwisko...

Ponieważ podejrzanie mnie przy tych czynnościach bujało, postanowiłem na razie nie wstawać. Łyknąłem tylko drugi kielonek jałowcówki (prewencyjnie ma się rozumieć...) i zapadłem w sen ponownie - na ponad dwie godziny.

O pół do dziesiątej byłem na porębie. Włączyłem w pile ssanie i ciągnę. I ciągnę. I jeszcze raz ciągnę. I nic...

I tak kilka razy - a że skutek był zawsze taki sam, to czym prędzej wróciłem jak niepyszny, przebrałem się w nieco bardziej reprezentacyjne szaty i pojechałem do zaprzyjaźnionego serwisanta Stihla w Warce. Niestety: zaprzyjaźniony serwisant stwierdził jedynie, że nie wie, co naszej pile jest. Mamy Oleo-Maca, od ponad dwóch lat, kupionego w promocji - więc miał prawo nie wiedzieć.

Serwis Oleo-Mac jest w Radomiu. Była prawie 11.00. Zdążę..? Muszą zdążyć! Zdążyłem: równo o 12.57 zajechałem pod chatkę, zdawszy piłę w serwisie i zatankowawszy tanie, radomskie paliwko.

Kobyły się napiły, kukurydzę dałem im już po ponownym wygonieniu na Wielki Padok. Stwierdziłem, że w zaistniałej sytuacji (a nie udało mi się dodzwonić do M., u którego mam obiecany pieniek do rąbania...), bardziej ergonomicznie będzie pobrudzić się później, więc najpierw pojechałem do biblioteki w Stromcu - a dopiero potem wziąłem się za pielenie ogródka. Co nie było tak do końca dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę zmęczenie mojego kręgosłupa trzema dniami rżnięcia: dość szybko okazało się, że mam do wyboru tylko dwie pozycje - wyprostowaną albo leżącą. W żadnej innej impulsy nerwowe z mózgu nie docierają do kończyn... Ot - uroki starości..!

Umyłem grzeszne cielsko, ogarnąłem trochę chatkę (za cztery dni Lepsza Połowa i tak załamie ręce widząc ten brud...), odgrzałem sobie wczorajszy obiad - no i mamy: 17.20, gdy to piszę...

Co się stało naszej pile..? A bo ja wiem..? Świeca w porządku, zalane też nie było, wstrzyknięcie paliwa do gaźnika nie daje skutku... No: tajemnicza sprawa..!

Już kiedyś opowiadałem. Zarówno nasz obecny piec "Hercules", jak i wcześniejsza koza nie są wielkie. Polana trzeba bardzo drobno pociąć. W przeciwieństwie do sąsiadów, którzy większość pracy wykonują przy pomocy dużych pił elektrycznych, ja przede wszystkim rżnę spalinówką - krótkie, cienkie, drobne polanka - a potem rąbię (głównie po to, żeby szybciej schły). Toteż mnie to zajmuje wielokrotnie więcej czasu niż im - no i piła, która za wielka nie jest, raptem trochę ponad 2 KM mocy, w d...ę dostaje jak mało który sprzęt...

Tak, czy inaczej, klątwa która powoduje katastrofy za każdym razem, gdy Lepsza Połowa wyjeżdża - zadziałała i tym razem...

1 komentarz:

  1. Po mojej stronie Wisły też wczoraj wszystko pływało. Co do pił: u mnie rżnie się na elektrycznej "krajzedze" też cienkie patyki. Tylko że to to praca na 2 osoby: jedna podsuwa taki "drąg" pod tarczę, a druga odrzuca odcięte kawałki na bok.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...