środa, 20 sierpnia 2014

Kongo

W dawnych czasach, gdy świat był dziki, nieznany i kuszący młodzi ludzie chcąc dowieść swojej męskości (i zabić jakoś czas w oczekiwaniu na nieoczekiwany wypadek, który zabierze z tego łez padołu najpierw ojca, a potem starszego brata - to w świecie anglosaskim, gdzie powszechnie, przy dziedziczeniu, obowiązywała zasada majoratu i najstarszy dostawał wszystko, a pozostali - nic...) wybierali się na poszukiwanie "jądra ciemności".

Odkrywali nieznane lądy, rzeki i jeziora. Doktora Livingstone albo pułkownika Kurtza. Okapi.


Prawda, że okapi jest sympatyczne..?

No, ale wracając do naszych baranów, czyli młodszych braci - wyrzutków anglosaskiej "klasy wyższej" - to, rzecz jasna, większość odkrywała głównie moskity i egzotyczne burdele, przez co, jeśli w ogóle wracali do domów (co średnio udawało się dwóm na każdych trzech - nie aż tak źle...), to z malarią i równie jak burdel egzotycznym tryprem - więc nawet, jeśli uśmiechnęło się do nich szczęście i starszy brat poślizgnął się na skórce od kiełbasy (nie mógł poślizgnąć się na skórce od banana, bo pierwszy statek - chłodniowiec towarzyszył dopiero rosyjskiej II Eskadrze Oceanu Spokojnego admirała Rożestwieńskiego w drodze z Kronsztadu pod Cuszimę - a wtedy okapi było już odkryte...), to i tak były spore szanse, że dzieje rodu w ten sposób się zakończą...

Dziś rano znalazłem się w sytuacji takiego wyrzutka - młodszego brata. Wprawdzie plecy bolały po wczorajszej rąbance (21 taczek drewna, nie w kij dmuchał, nawet z nowym, dużo lepszym pieńkiem...) - ale w końcu nie dało się dłużej siedzieć przed końputerem. Trzeba było zrobić miejsce Lepszej Połowie, która ma swoje zajęcia i pilnie się im oddaje.

Tymczasem - piła nie tylko nie naprawiona, ale panowie z serwisu w Radomiu nawet nie wiedzą co jej tak naprawdę jest (oj, ja ich opiszę! Jak ja ich opiszę..! Aż będą opisani... no - nie znoszę być tak lekceważony jako klient...).

Alternatywnie rozważałem opcję kopania dołu pod naszą ziemiankę. Ale w tym celu koniecznie muszę się najpierw rozmówić z naszym Panem Sołtysem - nawet, jeśli nie uda mi się go skaptować, żeby mi zasadniczą część robót wykonał, co bym bardzo chciał (ale nie jest to takie łatwe, Pan Sołtys pierwsze wolne terminy na roboty mają w połowie przyszłego roku...), to w każdym razie muszę się z nim umówić na docinanie moich rurek, które zamierzam użyć na zbrojenie - a które wciąż, w dużej liczbie, leżą u Niego na podwórku.

Tymczasem z Panem Sołtysem skontaktować się nie sposób - telefon nie odbiera, w domu go nie ma...

Cóż mi innego zostało jak nie wyprawa do samego jądra ciemności..?

Lepsza Połowa od dawna kopie mnie w żyć, żebym poprzycinał flance u naszych truskawek.

Problem w tym, że truskawki są w "tylnej" części ogródka - gdzie od wczesnej wiosny nawet nie zaglądałem. Kongo! Normalnie Kongo!

Wywiozłem 16 taczek chwastów, nim dało się w ogóle dojść do tych truskawek. Przy okazji odkrywając cud natury na miarę okapi. Tadam:


To jest, Drodzy Państwo pomidor. Dziki pomidor - który sam sobie wyrósł, gdzie chciał. To jest pomidor hydroponiczny - bo wyrósł nie w gruncie, a w małej kałuży wody, która się zrobiła w dołku czarnej folii, którą wyłożona jest grządka truskawek...

Ma już owocki. Jak się zrobią czerwone, koniecznie zbadam ich Brix - toż to ewenement, żeby sobie owocująca roślinka na samej tylko deszczówce rosła!

Dalej już nie było tak egzotycznie ani ekscytująco. Wyciąłem nożyczkami nowe otworki w folii i wsadziłem coś koło 50 flanc - zobaczymy, czy się przyjmą. Jak nie, będę odcinał od krzaków - matek i wysadzał kolejne, aż do skutku. A na koniec obetnę wszystkie zbędne flance. Howgh!

3 komentarze:

  1. Trzeba było tego konga nie wycinać, tylko dosiać co nieco roślinek...takich ziółek na rozweselenie życia :)) W takich chaszczach nikt by ich nie znalazł :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomysł, że carskiej Rosji cokolwiek mogli odkryć (to sie jeszcze zdarzało), wdrożyć (bardzo rzadko) i z sukcesem użyć jako pierwsi (kompletnie niemożliwe) chyba jest spowodowany nadmiarem rosyjskojęzycznej literatury. Ten chłodniowiec jako pierwszy w 1904 to prawie jak Schodow, wynalazca klatki i Puszkin, odkrywca puszek.
    Pierwszy nowoczesny chłodniowec płynął z Argentyny do Anglii w 1869 (awaria, próba nieudana), a skuteczny transport to z Nowej Zelandii do Anglii w 1881, co spowodowało natychmiastowy boom na tym rynku i eksplozję imigracji do NZ, Aus i Arg. W starszych dzielnicasch Buenos Aires widać jaka forsa wtedy się przewalała w tym kraju (niemała...) A 1904 to już się zbliżał koniec tego boomu. I w końcu ktoś dał w łapę i wcisnął rosyjskiej admiralicji już dobity chłodniowej, a potem się chwalili pierwszym na świecie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie w 1869, tylko w 1876 i nie z Argentyny, tylko z Australii - to raz.

      Nie "natychmiastowy boom na tym rynku", tylko powolny rozwój, bo technologia była eksperymentalna i skrajnie kosztowna (te pierwsze "chłodniowce" zużywały na samo tylko chłodzenie do 3 ton węgla dziennie...).

      Z Argentyny to pierwszy transport mrożonej wołowiny był w 1890: do tej pory te dzikusy eksportowały tylko skóry, a wołowinę musiały same zjadać.

      Pierwszy transport bananów był w 1901. Okapi tak, czy inaczej zostało odkryte w tym samym roku.

      Admirał Rożestwieński miał w swojej flocie nowiutki chłodniowiec. Co mu niewiele pomogło zważywszy, że swoją epicką podróż zakończył i tak pod Cuszimą...

      Obawiam się, że Koledzy antyrosyjska fobia i nowy, argentyński patriotyzm już dawno rzuciły się na mózg....

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...