sobota, 16 sierpnia 2014

Dzikie pomidory

Takiego zjawiska jeszcze nigdy wcześniej w naszym ogródku nie było. Owszem - rozsiewały się i mnożyły jak chwasty różne roślinki. Część była tu zanim ogródek założyliśmy - jak chrzan, który miejscami jest prawdziwą plagą, bo co by mu nie zrobić, konsekwentnie odrasta. Tak samo mięta, której mamy trzy rodzaje i która jest ekspansywna jak anglo-sascy purytanie (nie napiszę, że jak Rosja - skoro Rosja zadowala się pretensjami do ledwo Doniecka...).

Z roślin nowo przez nas, po założeniu ogródka posadzonych, na trwale do miejscowej flory wszedł ogórecznik, którego raz tylko starczyło posiać - a i to na spirali ziołowej, a nie w ogródku - i teraz jest wszędzie.

Oraz len - lubo dużo mniej ekspansywnie, bo on zasadniczo rośnie tam, gdzie był sadzony - a mało się rozszerza i bodaj chyba jedna jedyna roślinka już teraz, po licznych zmianach w grządkach, z niego została...

Natomiast w tym roku - mamy takich "nieproszonych, choć miłych gości" całe zatrzęsienie. Spośród nich najbardziej ekspansywny i najpowszechniej obecny okazał się... pomidor!

O - takie właśnie pomidorki koktajlowe:


Tu akurat wersja "kulturalna" - tuż przed obraniem z owocków - rosnąca sobie mniej - więcej w tym samym miejscu co rok temu, a posadzona przez Lepszą Połowę z sadzonki zakupionej na targu w Warce.

Tymczasem zarówno tuż obok:


jak i pół ogródka dalej, bo prawie przy poziomkach i pigwowcach:


na grządce buraka liściastego - i jeszcze w kilku innych miejscach - powyrastały sobie dorodne krzaki, których bynajmniej nie sadziliśmy, aniśmy się ich nie spodziewali!

Ot - zaleta rzadkiego i niedostatecznego pielenia, toż gdybym to robił jak należy, pewnie bym je skasował, gdy były malutkie (bo też i musiałem je nieco przerzedzić, osobliwie gdy rosły na ścieżkach na ten przykład, albo wśród innych roślinek...).

Tymczasem mimo, że jak widać, stosujemy wobec nich "zimny wychów", bo ani własnych kijaszków nie mają do podparcia, ani żadnego ekstra nawozu nie dostały, poza tym, co "z przydziału" danej grządce się należało - nie tylko dorodniejsze i bujniejsze od "kulturalnych" wyrosły, ale i owocki mają:



Wprawdzie ilościowo nie aż tyle, co ów biedaczyna "kulturalny", uginający się pod brzemieniem - ale, śmiem twierdzić, że za to - dorodniejsze...

Wobec takiej klęski urodzaju - nastawiłem wczoraj eksperymentalnie "pomidorówkę". Pierwej doprowadzając do porządku praktycznie cały "przód" ogródka - co mi się jeszcze w tym roku nie udało.

Pewnie będę czynności ogrodnicze i dzisiaj kontynuował. Wprawdzie popołudniu udało mi się zdobyć pieniek do rąbania - ale cóż z tego, kiedy otwieram ci ja dzisiaj o 5.10 (zaspaliśmy, zaspaliśmy...) drzwi, żeby wypuścić koćkodana, a tu... leje!

Kolejna nietrafiona prognoza pogody w tym sezonie. Mam tylko nadzieję, że nie cały dzień będzie lało, a przynajmniej - nie cały z równą intensywnością.

Koćkodan, nota bene, przechodząc na swoje miejsce tak bujnął końputerem, że się niechcący i jego konterfekt z wczoraj załadował:


Ach! Gdybyż dało się ją wykarmić pomidorami... Tymczasem opakowanie parówek drobiowych z "Pierdonki" już się kończy: tak to jest, jak się nadużywa jednej tylko metody zatkania koćkodańskich ust...

2 komentarze:

  1. U mojej mamy na kompoście rosną w najlepsze zdziczałe pomidorki ;)
    PS chyba z moją mamą jesteś na fejsie zaprzyjaźniony, jak widziałam? ;-)) Imię i nazwisko to samo co moje ;-))

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...