środa, 9 lipca 2014

0 : 2

Znowu nie udało mi się założyć kantarka Obe, choć spędziłem na tym zajęciu jakieś dwie godziny wczoraj wieczorem - to jeden "gol" dla czterokopytnych.
 
Brama jednak w końcu rzeczywiście puściła i w konsekwencji jestem już naprawdę dobrze wybiegany - marszobieg aż do Brzozówki, kawał za torami kolejowymi, zaliczyłem jeszcze przed końskim śniadaniem - to "gol" drugi.
 
Ale - po kolei. Z Obe szło mi wczoraj naprawdę dobrze (tyle, że bez finalnego sukcesu...). Naprawiłem ogrodzenie, pomajstrowałem przy samochodzie i właśnie jak wybrałem się do stada z kantarkiem w ręku, stadu zachciało się odpocząć w cieniu pod wiatą. No i znalazłem dobry sposób, bo trzymałem małą dzikuskę poza wiatą, nie pozwalającej jej wejść i dołączyć do matki. Stopniowo pozwalała mi się głaskać, zarówno ręką, jak i kantarkiem, przychodziła też coraz częściej i bliżej - słowem, wszystko było na dobrej drodze, żebym jej ten kantarek nareszcie założył. Ale po niespełna dwóch godzinach najpierw stado się znudziło i wyszło spod wiaty, a potem Bubiszcze, które - sądząc po zachowaniu Mahru i Margire - co najmniej jedno ssanie mleka w tym czasie ominęło i widać zaczęły jej wymiona ciążyć, stanowczo przerwało narzuconą przeze mnie izolację od źrebięcia.
 
Próbowałem się w ostatniej chwili ratować brutalnością zamiast subtelności i złapać małą na lasso zrobione z lonży. Nawet mi się to udało, ale zaimprowizowana pętla zaciskała się zbyt wolno i ofiara zdążyła się uwolnić. Dalej już nie eskalowałem przemocy i dałem sobie spokój.
 
 
O dziwo, Obe zdaje się nie mieć mi tego wszystkiego za złe - podchodzi nawet chętniej niż przedtem. Oczywiście - pod warunkiem, że nie mam w ręku kantarka...
 
Nie wiem o której zbudził nas dzisiaj tętent kopyt - chyba trochę po 4.00 rano, ale nie zdążyłem rzucić okiem na zegar. W każdym razie, było już całkiem widno. Boczna brama, której rzadko używamy - puściła. Właściwie, to tylko górny drąg puścił, bo sizal, którym jest przywiązany do słupka, zetlał.
 
I - skubane! - wszystkie jakoś przez drąg dolny i krzywo wiszący górny przejść potrafiły. A jak chcemy, żeby np. przez kawaletki albo leżące na ziemi drągi przechodziły - to obraza Boska i gwałt na końskiej godności jest.
 
Potem, w terenie, po śladach sądząc, żadne kolorowe plastikowe śmieci nie robiły na nich wrażenia. A weź spróbuj obok czegoś takiego przejechać, w siodle siedząc...
 
W każdym razie zacerowałem prowizorycznie tę boczną bramę, otworzyłem szeroko główną (zwiało całe stado w komplecie) - i poszliśmy z Lepszą Połową tropem.
 
Tropienie zwierzyny jest jak badanie historii. Brak dowodu nie jest dowodem. Ulegliśmy takiemu złudzeniu, jak się nam wyraźnie w miękkim piasku odciśnięty ślad skończył na polu seradeli koło torów kolejowych, przy przejściu nie "naszym", tylko tym położonym pomiędzy nami a grabowską stacją, prowadzącym do jednej z odnóg wsi Brzozówka.
 
 
Trop wchodził na to pole, a wyraźnego wyjścia widać nie było. Poszliśmy zatem w stronę, w którą wydawało się nam, że mogły potruchtać (one prawie cały czas kłusem szły - to pole to w ogóle był pierwszy przypadek, że jakoś poważniej z drogi zboczyły) - lasem, wzdłuż torów, w stronę domu.
 
Ale, jak po stu metrach żadnego śladu nie było - zaproponowałem, żebyśmy się rozdzielili. Ja wróciłem z powrotem i zacząłem klasycznie krążyć po spirali, zaczynając od punktu, w którym ślad się urywał - a Lepsza Połowa poszła dalej prosto.
 
Prawdę powiedziawszy spodziewałem się, że to raczej ona odniesie sukces - z przeciwka jechał pociąg, liczyłem na to, że gdziekolwiek w lesie są, to je wypłoszy na bardziej otwartą przestrzeń. Sądziłem bowiem, że nie widzimy ich śladów, bo weszły gdzieś między drzewa.
 
Ale nie! Okazało się, że z tego pola seradeli poszły jednak na drugą stronę torów - tyle, że jakoś tak boczkiem, że tylko z bliska ślad dało się wypatrzyć - a wyraźny trop dopiero na szerokiej, piaszczystej drodze za torami się pojawił. Wkrótce zresztą zobaczyłem je na horyzoncie: pasły się na dojrzewającym owsie.
 
Na szczęście ten owies bujnie rósł tylko przy samej drodze - w głębi to były może ze trzy źdźbła na każdy metr kwadratowy, reszta to mech i jakieś chwasty. Wielkiej szkody zatem nie narobiły.
 
Zresztą - one wcale nie były głodne! Jak by były głodne, to byśmy je wcześniej znaleźli, bo różnych zbóż i innych upraw nadających się do szabrowania było po drodze mnóstwo.
 
Sądząc po kierunku w którym szły, naszym koniom potrzebny jest dobry psychoanalityk.
 
 
Albo - większe końskie towarzystwo..?
 
200 metrów dalej ma gospodarstwo największy w okolicy "handlarz". Zmierzały prosto w stronę jego obejścia - a że tuż przed celem na owsik zboczyły, to o tyle nie dziwota, że w międzyczasie po prostu nastała pora śniadania.
 
Jedno z dwojga zatem - albo życie im niemiłe, albo chciały się zapoznać z końmi, które tam przebywają i które pewnie słyszały...
 
Dość łatwo udało mi się złapać Margire - a jak już ją miałem, to Melesugun złapałem jeszcze łatwiej.
 
I poszliśmy do domu.
 
Kolejny pociąg (rano trochę ich jest...) mijał nas, gdy już wróciliśmy na "naszą" stronę torów, ale wciąż byliśmy dość blisko. Nawet uchem żadna nie zastrzygła! Konie na wojnę...
 
Trzymając dwie kobyły za kantary (uwiąz w tym czasie przedzierał się z Lepszą Połową przez gęste zarośla jeżyn i malin - maliny, podobno, już owocują - przynajmniej jakiś informacyjny zysk z tej wycieczki...) nie mogłem się odganiać od owadów. A tych, głównie zresztą much, unosił się nad stadem gęsty, zbity tuman. Ze dwie połknąłem, jedną wciągnąłem nosem. Ogólnie - głowę mam teraz całą w bąblach.
 
Ale wieczorkiem, o ile tylko nie będzie (bardzo) padać - spróbuję znowu z tym kantarkiem! Spróbowałbym od razu, bo po powrocie do domu obie małe wręcz się do mnie kleiły, syte wrażeń - ale czas już było jechać do pracy...

2 komentarze:

  1. A nie było "Psychologii ogiera"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ogiery mają jakąś "psyche", a nie tylko narząd..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...