środa, 18 czerwca 2014

Rozwiązłość Polek, mądrość Polaków i dzieje rolnictwa w Polsce

Nie powinienem odrywać Lepszej Połowy od doniosłego zagadnienia wpływu molibdenu na absorpcję azotu przez rośliny uprawne - ale nie strzymałem, sprowokowany dyskusją, która rozpętała się wczoraj na moim ulubionym historycznym forum.
 
 
Dzieło pomienionego Al-Idrisiego czytane jest na arabistyce w toku normalnego kursu, spytałem tedy Lepszą Połowę, z czym się jej kojarzy. Otóż, na pierwszy rzut oka kojarzy się jej z opisem rozwiązłości Polek, rzekomo nie tracących podówczas żadnej okazji do grzechu.
 
Co, poniekąd, jako wrażenie arabskiego turysty w Polsce - ma wszelkie szanse na bycie spostrzeżeniem trafnym i o nieprzemijającej wartości..!
 
 
Inna rzecz, że nie wiadomo, czy ów Idrisi faktycznie u nas był, czy tylko mu się kumple zwierzali (jak to kumple, niewątpliwie koloryzując...). Ewentualnie - czy aby nie przepisał tego z jakichś wcześniejszych relacji. O dwa stulecia starszy ibn Jakub o rozwiązłości opowiada mniej - więcej to samo (dodając szczegóły żywcem pasujące do niejakiego d'Alamberta opisów obyczajów Polinezyjek i Polinezyjczyków - z wieku XVIII... Co, poniekąd dowodzi, że wyobraźnia wyposzczonych podróżników podobnymi chadza ścieżkami!). O mędrcach za to i o oliwkach milczy.
 
Być może dlatego, że ibn Jakub jednakowoż w Polsce, wcale tak wówczas jeszcze nie nazywanej, w rzeczy samej był, z Mieszkiem I (który ani przypuszczał w tym momencie, że mu taki numerek przy imieniu dostawią...) jakoś - przez tłumacza zapewne - rozmawiał, myto mu zapłacił, na co bardzo narzeka, drużynników jego, których wielce chwali, widział (pytanie tylko, czy dano mu okazję ich tak detalicznie policzyć, jak to podaje - ja bym mu takiej okazji nie dał, starając się raczej, żeby mu się w oczach mnożyli - a nie wydaje mi się, aby Mieszko I był ode mnie głupszy pod jakimkolwiek bądź względem...).
 
Zbieżność dwóch źródeł, które zdają się siebie wzajemnie potwierdzać dowodzi jednakowoż, że coś z tą rozwiązłością musiało być na rzeczy. Co prawda, o obyczajności w epoce tak odległej możemy jedynie snuć domniemania. Z pewnością nie było tak, że Polki ówczesne przeciw lokalnej obyczajności jakoś szczególnie grzeszyły. Gdyby bowiem zachowywały się rzeczywiście swobodnie ponad miarę, to by źródeł o tym świadczących było więcej - tymczasem taki Thietmar na przykład, który ani Polaków, ani ich władcy zdecydowanie nie kocha, jakoś nie korzysta z tak oczywistej okazji, żeby wroga moralnie pognębić...
 
Znakiem tego, nie chodziło o jakąś rozwiązłość, by tak rzec, absolutną - a jedynie o różnicę kulturową. Która dla Araba (lub zarabizowanego Żyda) musiała być uderzająca, ale już dla Niemca - niekoniecznie.
 
 
O co chodziło naprawdę i co się kryje pod iście marynarskimi fantazjami obu panów, tego pewnie się nigdy nie dowiemy. Sądząc po obyczajach sąsiadów o których coś tam wiemy, więc Germanów głównie - możliwe, że kwestie małżeństwa, konkubinatu, wolnego związku, były w praktyce pogańskich i ledwo-co-chrystianizowanych Polan inaczej uregulowane, niż to w przywykłym już do purytanizmu i patriarchalizmu świecie śródziemnomorskim przyjmowano za normę. Jasnym jest, że ówczesne Polki burek na głowach nie nosiły - a niewykluczone, że strój ich bywał i bardziej swobodny lub żaden zgoła (do czego i fakt istnienia wspólnych łaźni musiał się przyczyniać - a co też niczym szczególnym na tle sąsiadów bezpośrednich nie było, Araba zaś i wtedy i dziś wciąż - szokować musiało). Spódniczki mini wcale nie wynaleziono w XX wieku: tak się ubierały Kozaczki nad Donem na przykład - w jakże purytańskim wieku XIX...
 
Niestety, nie znalazłem lepszego zdjęcia...
 
Wreszcie, prof. Labuda wspomina - w formie hipotezy - o możliwości istnienia bardziej nawet szokujących rytuałów, jak obyczaj dokonywania przez obecnych na pogrzebie znaczniejszej persony żałobników zbiorowego gwałtu na tej spośród małżonek zmarłego, która miała razem z nim spłonąć na pogrzebowym stosie (jasne, że nie wybierano do tej roli staruszki - wdowy, tylko którąś z młodszych konkubin, niewolnicę bodaj - i dlatego Thietmar o tym milczy...). Z tym, że na poparcie tej hipotezy ma bodaj dwa niejasne wersy u Gala Anonima - i jakieś odległe analogie...
 
To tyle, co mi przychodzi do głowy w kwestii rozwiązłości. Co do charakterystyki XII-wiecznej Polski jako "kraju mędrców", rzecz jest oczywista i trzeba być idiotą, żeby brać te słowa na poważnie. Tak, jak napisałem już w przywołanym wątku forum: skoro to miałaby być "cecha charakterystyczna" kraju, odróżniająca go od innych - to dlaczego, na Boga, nic nam o owej mądrości polskich mnichów nie wiadomo skądinąd..?
 
Wiadomo powszechnie o mądrości mnichów irlandzkich. Wiadomo o osiągnięciach klasztorów Italii. O pierwszym europejskim uniwersytecie w Bolonii, datowanym na rok 1088. O Sorbonie, założonej w roku 1150. Jakoś o Polsce w tym kontekście głucho. Pierwszą spisaną kronikę (po łacinie, wierszem) ułożył nam pewien anonimowy Gal. Który zresztą (wedle jednej z hipotez) był tak naprawdę Madziarem. Pierwszy polski uczony o którym coś wiemy to Wincenty Kadłubek - ale ten żył stulecie później i też niczego zgoła oryginalnego nie wypracował.
 
Ogólnie rzecz biorąc trafiały się w Polsce pojedyncze odkrycia, pojedyncze osobowości, szkoły nawet (najważniejsza, tak naprawdę, to chyba w logice...) - ale i w XII wieku i w wieku XVI i w wieku XIX i dziś byliśmy i jesteśmy prowincją życia umysłowego cywilizacji zachodniej. Ileż można się onanizować jednym Kopernikiem..? Tym bardziej, że jak wszyscy dobrze wiemy, Kopernik i tak była kobietą..!
 
 
Podstawowy powód dla którego zmobilizowałem się do napisania tego eseju, to oczywiście wynikła w toku dyskusji kwestią rozwoju rolnictwa w Polsce.
 
Temat ten poruszałem nie raz. I nie raz wskazywałem na fundamentalne zupełnie luki w naszej wiedzy! Kwestia tego, czy w XII-wiecznej Polsce dominowała już dwupolówka, czy jeszcze gospodarka żarowa - bynajmniej, moim zdaniem, nie jest rozstrzygnięta.
 
Jeśli mogę snuć domniemania na podstawie tego, czego moi dyskutancie nie napisali, to odnoszę wrażenie, że nawet dla uczonych - historyków pojęcie "gospodarki wypaleniskowej" pozostaje co najmniej mętne. A rzecz przecież wcale nie jest trudna do zbadania, boż taka gospodarka jak najbardziej przetrwała do czasów dobrze udokumentowanych - i u nas (choćby na obrzeżach Puszczy Białowieskiej, gdzie dopiero podskarbi Tyzenhaus za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego ów stan rzeczy zmieniać się podjął) i np. w Ameryce (o czym pewnie kolega Wojciech będzie miał więcej do opowiedzenia - w swoim czasie).
 
Przede wszystkim nieprawdą jest mniemanie, jakoby las wypalało się raz. A po wypaleniu ów już nie odrastał i ludność była w związku z tym niejako "zmuszona" przejść do innej formy gospodarowania.
 
Nie jest też prawdą mniemanie, jakoby gospodarka wypaleniskowa koniecznie wymagała koczowniczego, czy półkoczowniczego trybu życia. Zaś szacunki, wedle których w ten sposób można utrzymać nie więcej niż 1 - 2 osoby na kilometr kwadratowy mam za absurdalne. Dlaczego niby nie 5 czy 6..? Jak to się udowadnia..?
 
Opisów nie mamy. W zasadzie wszystko co mamy, to świadectwa archeologiczne. Z konieczności fragmentaryczne i gospodarki rolnej tyczące w najmniejszym stopniu. Raz dlatego, że wykopaliska koncentrują się na głównych ośrodkach - grodach. A tam przecież roli nie uprawiano! Znaczy się - w grodzie jej nie uprawiano, bo wokół oczywiście tak (i stąd większość informacji, jakie w ogóle mamy: w postaci odnalezionych szczątków roślin i zwierząt i narzędzi rolniczych). Dwa dlatego, że nie ma jakiejś łatwo uchwytnej różnicy między "gospodarką wypaleniskową", a "dwupolówką".
 
Przejście od jednego do drugiego systemu w rzeczy samej dokonywać się mogło płynnie - i przez długi czas zapewne oba te sposoby gospodarowania współwystępowały, nie tylko w ramach jednej struktury politycznej, ale być może nawet i w ramach pojedynczego gospodarstwa.
 
Nigdy nie było czegoś takiego jak "pierwotna puszcza", w której pracowita ręka piastowskiego kmiecia ogniem i siekierą wyrąbywała zręby nowego, cywilizowanego życia. To, co bierzemy za resztki takowej "pierwotnej puszczy", jak wspomniana już Puszcza Białowieska, to albo rezerwaty myśliwskie dawnych władców, które z rozmysłem utrzymywano przez wieki w stanie "dzikim" - albo obszary które względnie niedawno uległy depopulacji na skutek wojen lub zawirowań politycznych (największym spośród takich obszarów jest obecnie bodaj "ziemia niczyja" na linii demarkacyjnej pomiędzy obiema Koreami - ale część z Państwa może pamięta film "Królik po berlińsku"..?).
 
 
 
Całość dostępnego habitatu, najdzikszych ostępów leśnych, bagiennych i górskich nie wyłączając, została bez reszty podzielona między ludzi już w paleolicie. Tyle, że formy w jakich ten habitat był eksploatowany ulegały zmianie. Zrazu było to tylko zbieractwo i łowiectwo (w łowiectwie przecież od tysiącleci wykorzystywano ogień - dla naganiania zwierzyny we wcześniej przygotowane pułapki i zasadzki! Przy okazji odnawiając las...).
 
 
Kiedy pojawiło się u nas rolnictwo, wykorzystanie pod uprawę zboża świeżego pogorzeliska było rozwiązaniem naturalnym. Po wyczerpaniu się żyzności ziemi - pole zarastało i po upływie odpowiednio długiego czasu (jakiego, to już zależało od "naturalnej" żyzności ziemi - determinowanej m.in. składem podglebia, stosunkami wodnymi, obecnością zwierzyny nawożącej pole własnymi odchodami, itd.), wypalane było powtórnie. I tak w koło Macieju.
 
Na działkach o najwyższej żyzności, w dodatku wykorzystywanych w okresie ugorowania jako pastwiska - taka rotacja mogła przebiegać na tyle szybko, że młodnik, które je porastał (o ile wypasana zwierzyna na to w ogóle pozwoliła...), nie zdążył stać się dojrzałym lasem. Albo i wcale młodnika nie było. Co czyniło taki rodzaj "gospodarki wypaleniskowej" nieodróżnialnym od tzw. "dwupolówki" (czyli systemu w którym mniej - więcej połowa dostępnego areału ziemi ornej jest ugorowana - z zasady dłużej niż jeden rok...).
 
W zasadzie "postęp" od "czystej gospodarki żarowej" do "czystej trójpolówki" to głownie dzieje rozwoju hodowli bydła. Przy "ortodoksyjnej gospodarce wypaleniskowej" ludzie nie potrzebują trzymać żadnych zwierząt hodowlanych. Radło lub sochę potrzebną do tego, aby wyryć bruzdę pod zasiew ziarna da się zaprząc w babę - albo w tego małego, przypominającego tarpana konika, którego potem, aż do trzeciej ćwiartki XIX wieku używano co najwyżej do bronowania lub włóczenia, bo pługa uciągnąć nie był w stanie. Sierpem można ścinać zboże nawet na "polu" usianym niedopalonymi karpami. A takie właśnie oprzyrządowanie znajduje się w warstwach datowanych na XII wiek w Polsce!
 
 
Stopniowy rozwój hodowli bydła sprawia, że dysponując większą ilością nawozu można skracać czas ugorowania. Z lat kilkudziesięciu (w skrajnym przypadku) do, ostatecznie, jednego roku na każde dwa lata uprawy (stąd "trójpolówka" - bo jedna trzecia ziemi jest ugorowana...). Jednocześnie - w XIII wieku jednakowoż dopiero - upowszechnia się u nas pług, orka sprzężajna (w woły!), koniec końców - kosy, którymi już miedzy niedopalonymi karpami operować nie sposób. Potrzebne jest równe, gładkie pole - efekt wielu pokoleń starannej uprawy.
 
Oczywiście cały ten "postęp" zakłócany był periodycznie katastrofami naturalnymi i wojennymi, które za każdym razem - nawet i w wieku XVII, a i w wieku XX też - powodowały powrót do gospodarki najprymitywniejszej: gdy nowi osadnicy przybywali na "pustkę" opróżnioną z ludzi i zwierząt gospodarskich, zacząć trzeba było od wypalenia lasu...
 
Zarazem ta gospodarka "najprymitywniejsza" jest też, z punku widzenia indywidualnego kmiecia, najwygodniejszą. Po co troszczyć się o odnowienie żyzności ziemi, skoro może to zrobić - bez wysiłku ze strony człowieka - sama natura? Po co obarczać się inwentarzem, który produkuje nawóz i da się wykorzystać jako (powolna i niezgrabna...) siła pociągowa - ale żadnych więcej oczywistych korzyści nie oferuje (bo na mięso przeznacza się głównie stare i słabe sztuki - niezbyt, zapewne, smakowite - a co do mleka i jego przetworów, to aż do pojawienia się chłodnictwa w końcu XIX wieku, możliwości zbytu były dość ograniczone...)?
 
Stąd różnica interesów między kmieciem a panem ziemi - feudałem świeckim lub duchownym. W interesie tego ostatniego oczywiście że leży jak najgęstsze zaludnienie posiadanych dóbr: nawet, jeśli "produktywność krańcowa" każdego następnego chłopa i każdej następnej morgi zaoranej ziemi jest coraz mniejsza, to globalna nadwyżka do rozdysponowania rośnie. W praktyce - jak tego dowodzą nowsze badania - granicy tego wzrostu (za którą miałaby pojawiać się maltuzjańska bariera głodu) w średniowieczu nie osiągnięto. Plonów zawsze (pomijając okresy wojen) starczało. Tyle, że chłop, w miarę wzrostu gęstości zaludnienia, musiał się więcej napracować - i więcej trzymać bydła. Nazywanego też, adekwatnie: "złem koniecznym".
 
Uwaga na marginesie 1: zasada, iż w miarę wzrostu liczby ludności ilość pracy koniecznej do wykonania, aby tę ludność utrzymać rośnie - wydaje się być zasadą dość uniwersalną. Im więcej ludzi, tym więcej "etatów w gospodarce". I więcej potu po dupie ścieka... Za to - niekoniecznie żyje się milej i wygodniej...
 
Uwaga na marginesie 2: sam, poniekąd, zasady "malejących korzyści" właśnie doświadczam. Przez pierwsze dwa lata po zaoraniu moich nieużytków, plon trawy miałem najobfitszy. Jeszcze w trzecim roku nie dostrzegałem kryzysu. A teraz nad niczym się tak nie głowię jak nad tym właśnie, jak tu raptownie malejącą żyzność ubogiej, boskowolańskiej gleby reanimować..? A mam tylko pastwiska, zboża nawet nie próbowałem uprawiać...
 
Ostateczne wnioski co do tego, jak to naprawdę było  - wymagają badań terenowych, a nie teoretycznych dywagacji. Takich badań nad dziejami polskiej wsi - i w wieku XII i w wieku XVII i w wieku XIX - brak. Nie bardzo też widzę - kto niby miałby coś tak żmudnego i nie rokującego na szybki a spektakularny sukces finansować..?


6 komentarzy:

  1. Nie pamiętam czy przesyłałem Ci już ebooka "The Art of Not Being Governed: An Anarchist History of Upland Southeast Asia", bo ona porusza tematykę m.in. tego jak różni feudałowie w Azji Południowo-Wschodniej właśnie wyłapywali ludzi do roboty na polach ryżowych (ryż był najbardziej wydajnym zbożem jeżeli chodzi o wydajność z ha w tamtym czasie, oprócz tego łatwo go było opodatkować/zagarnąć). Wieśniakom i niewolnikom zaś nie widziało się życie polegające na harówce i jedzeniu w 90-80% ryżu więc uciekali na bagna i wzgórza, bo tam mogli sobie uprawiać gospodarkę łowiecko-zbieracko-ogrodniczą (opartą na wypalaniu małych fragmentów dżungli).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesyłałeś, dziękuję, przeczytałem.

      Usuń
  2. 2. Te szacunki dotyczące populacji mogącej utrzymać się z gospodarki żarowej są rzeczywiście mocno zaniżone. 1 osób na km2 to osiągają "czyści" łowcy-zbieracze. Po co więc miałby się kto trudnić rolnictwem jeśli osiągałby podobną wydajność?

    3. Gospodarka żarowa po opuszczeniu danego poletka przez ludzi stwarza korzystne warunki dla zwierzyny łownej, bo zwiększa obszar gdzie ta może się paś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Swoją drogą to ciekawe, że odczuwasz spadek żyzności Twojej gleby. Ty przecież prawie nic nie "eksportujesz" ze swojego gospodarstwa (te trzy źrebaki to pod względem żyzności jak prawie że nic)... A jednak walisz trochę nawozów.

    Może fakt, że wywozisz gnój (a wraz z nim żyzność) na "pustynię" sprawia, że gorzej Ci rośnie? Z tego co kojarzę (może się mylę), to zbierasz siano z padoków. Jak karmisz konie sianem, to one sporo odchodów zostawiają pod wiatą, gdzie Ty je potem wywalasz albo do ogródka albo na pustynie de facto pozbawiając pastwisko minerałów zawartych w tym sianie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jesli chodzi o "gwałt" na małżonce zmarłego - to opisano go w relacji Ibn Fadlana posła kalifa bagdadzkiego do króla Bułgarów kamskich. Co prawda opisywany tam obrządek dotyczy Rusów(a więc Wikingów najpewniej) ale - kto wie skąd czerpali wzorce(będąc wszak elementem napływowym na Rusi, którą przekształcili w państwo i szybko się zeslawizowali)?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...