niedziela, 1 czerwca 2014

Optymalizacja

Od ponad pół roku szukamy optymalnego sposobu na uzupełnienie diety naszych koni o pierwiastki niedostępne lub niedostatecznie dostępne w ubogiej, boskowolańskiej glebie. Nie zaniedbując, rzecz jasna, prób wzbogacenia składu samej tejże gleby - tutaj trwają już pewne mocno zaawansowane rozmowy, rzecz się rozstrzygnie na dniach (acz, zgodnie z tym co konsekwentnie pisze kolega Spermakulturnik, każda pomoc się przyda - i pomagającemu opłaci...), do tygodnia czasu. Z tym, że to oczywiście nie da natychmiastowego efektu - choćby dlatego, że w tej chwili to już i tak o jakimkolwiek poważniejszym nawożeniu może być mowa dopiero po sianokosach (a z tymi się nie spieszymy: pogoda była już po temu sprzyjająca w połowie maja - ale nawet nie próbowałem szukać usługodawcy, z doświadczenia wiedząc, że w takich sprawach każdy najpierw dba o siebie, a komu innemu kosi na końcu - i byłby to próżny wysiłek zupełnie...). 

Co ipso facto oznacza, że z jakąś suplementancją diety i tak będziemy musieli żyć co najmniej do przyszłej wiosny (a tak naprawdę to pewnie już zawsze - tylko formy mogą się zmieniać...) - spodziewam się co prawda, że tegoroczne siano MOŻE być lepsze od ubiegłorocznego, ale nie ma co kryć: dawkę Wap-Magu z mikroelementami dałem w granicach 10% tego, co Wojtek wyliczył jako niezbędne. Pomijając koszty (ten nawóz nie jest drogi), pozostaje kwestia czysto techniczna, z którą zresztą i tak przyjdzie mi się wkrótce zmierzyć, o ile jakiś transport mączki skalnej załatwię: jak to - to w takiej ilości w miarę równo po glebie rozrzucić..? "Kos" jest OK, ale:
  • mieści jednorazowo nie więcej niż ok. 300 kg ładunku - a to się przekłada na ilość "kursów", co z kolei oznacza, że nawet po rozrzuceniu łącznie ok. 3 ton nawozów po Wielkim Padoku, przynajmniej wjazd nań już przypominał klepisko (chwalić Boga tam konie najwięcej własnego nawozu zostawiły, więc trawa, choć mocno przyduszona, jednakowoż odbiła...) - trochę mi wyobraźni nie starcza, żeby ujrzeć oczyma duszy, jak to będzie wyglądało po kilkunastu tonach... No cóż: pożyjemy - zobaczymy, nieprawdaż..?
  • jest maszyną dość delikatną: najbardziej się zawsze boję o ten pojemnik z papier mache, ale maszynie M. jak raz właśnie nawalił mechanizm napędowy - jedna z zębatek wzięła i się połamała. Że "Kosy" są tylko albo stare, albo bardzo stare - to mam wrażenie, że ze dwa albo i trzy przyjdzie zużyć nim całą wywrotkę po terenie rozrzucę...
Wracając do ad remu, czyli do naszych przygód z suplementacją diety. Wypróbowaliśmy przez rzeczone ponad pół roku całą masę różnych mniej lub bardziej profesjonalnych dodatków dietetycznych. Efekt, by tak rzec, medyczny, nie mnie oceniać. Nasz zaprzyjaźniony położnik, z którym rozmawiałem w miniony czwartek wygłosił na cześć naszych kobył mocno podnoszącą na duchu laudację - ale on jest, jak sam się przyznaje, to żadna zresztą tajemnica - najbardziej przyzwyczajony do urody folbluciej. A w tej konwencji Trzem Gracjom nie sposób nic zarzucić.

Wygląda na to, że - jak zwykle - nie żaden "obiektywizm", tylko przyzwyczajenie rządzi. Znawcom tzw. "półkrewek", czyli "koni sportowych", podobnie jak miłośnikom arabów, nasze i tak nie będą się podobać - co bym z ich dietą nie zrobił (bo przecież nie utuczę ich do rozmiarów naszej padłej Dalii wlkp). I jak bym ich nie trenował (o ile bym je trenował, rzecz jasna - na razie nie mam takich planów...).

Generalnie, z mojego punktu widzenia, dodatki dietetyczne dla koni dzielą się na dwie kategorie. Na takie, których Trzy Gracje, jakkolwiek nie przymuszane, konsumować nie chcą - i na takie, które konsumują z ochotą.

Jest rzeczą oczywistą, że interesują mnie raczej te drugie, a nie te pierwsze.

W konsekwencji - NIE ZAMIERZAM więcej kupować teoretycznie bardzo fajnych, ale niemal niemożliwych do skutecznego skarmienia chelatów. Po jaką cholerę w ogóle karma, którą - być może - da się podać tylko, jak się karmi konie "na mokro"..? Ja rozumiem, że taki jest "trynd". No ale dajcie spokój: koń nie świnia żeby z koryta jakieś zupki chłeptał. Kiedy trzeba, to trzeba - ale my tu ani sportów wyczynowych nie uprawiamy, ani solidnego, stałego pokarmu nam nie brakuje.

Dodatki ziołowe od czasu do czasu będą także i w przyszłości potrzebne. W szczególności jak tylko obie smarkule zaczną na serio stały pokarm same jeść (na razie to bardziej - jak to dziewczynki - za matkami małpują, ale to już kwestia tygodni tylko...), chciałbym całe stado po raz kolejny odpiaszczyć. Albowiem obie wnusie pasjami, właśnie swoje matki małpując, wykopują korzonki. I choć razczej ich jeszcze nie są w stanie zjadać, to co się piachu nałykają, to ich.

Niestety - Trzy Gracje cechuje wyrafinowany gust i różne ostropesty, czarnuszki i inne - z reguły lądują poza wiaderkiem. Starannie od owsa oddzielone. Ziarenko po ziarenku...

Doceniane za to bywają sieczki. Podawałem co prawda raczej w aptekarskich dawkach, bo dostałem próbkę gratis przy którymś zakupie - ale jest to niewątpliwie trop, którym w razie potrzeby można podążyć. Aromatyczne nasiona nie - sieczka tak.

Kobyły są zdecydowanie na tak, jak chodzi o musli. Najczęściej kupujemy im na targu w Warce musli marki "Klacz" - wychodzą średnio trzy worki na miesiąc, więc niespełna 150 złotych, a to jest do przeżycia. Ale tuż po wyźrebieniach, na fali entuzjazmu, kupiłem też w sklepie specjalistycznym, markowy pokarm dla matek karmiących.

Musli ma, niestety, jedną podstawową wadę. To jest produkt przeznaczony zasadniczo dla koni nie wychodzących na trawę - i w konsekwencji, nawet przy relatywnie niewielkich dawkach, które stosowałem (łatwo policzyć, skoro wychodzą trzy worki na trzy konie na miesiąc, to każda zjadała niespełna kilogram dziennie - oprócz owsa i innych dodatków, o których za chwilę), zacząłem się obawiać przebiałkowania.

Poza tym - tak w życiu, jak i w diecie potrzebne są czasem odmiany, nieprawdaż?

Kupiłem tedy - zasadniczo dla matek karmiących, choć Melesugun też ciutek dajemy - otręby owsiane. Ciekawostka: kupiłem je w internetowym sklepie dla stosujących "dietę Dukana" (cokolwiek to oznacza...), albowiem jako produkt dla koni sprzedawane są wyłącznie otręby pszenne. Dlaczego..? Nie mam pojęcia...

Owe otręby od piątku, kiedy to przyszła do nas paczka, podajemy jako dodatek do owsa. Cieszą się wzięciem!

Na razie wszystkie trzy dzienne posiłki są takie same, tj. jest po półtorej miarki owsa (dla Melesugun: jedna miarka) plus "na oko" otrąb. Zapewne jednak za tydzień dokupimy znowu siemienia lnianego (które bardzo lubią): część skarmimy, urozmaicając w ten sposób posiłek południowy, a resztę wysiejemy w ogródku, o ile znajdę wolne miejsce i o ile zdążę je wypielić.

Wypielenia wymaga też kąt ogródka, gdzie rośnie nasza lucerna. Zwykle od czerwca w południe konie dostawały po garści świeżej lucerny z ogródka właśnie. Chwilowo to tam nie ma nawet jak dojść, no ale - miejmy nadzieję, że to się zmieni...

Jak się lucerna skończy, przejdziemy na zielone pędy topinambura, a potem - na naszą, zieloną kukurydzę, którą podajemy w całości (już wzeszła i nie najgorzej się prezentuje...). A potem lucerna zdąży odrosnąć...

Oczywiście - rośliny wyrosłe na naszej glebie, nawet w ogródku, który jest najlepiej nawiezioną częścią gospodarstwa, też może cechować niedobór potrzebnych pierwiastków. I właśnie dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy znalazłem... to:


jest to lizawka mineralna, z całą listą rzadkich pierwiastków w składzie. Zdjęcie z wczoraj rana, tuż po ustawieniu - a już było widać ślady zębów. Dziś tych śladów jest znacznie więcej, znakiem tego - została zaakceptowana (będę chyba tylko musiał zrobić jakiś karmnik, toż do dna z wiaderka nie wyjedzą... - ale na razie może to sobie tak stać, jak stoi, dają radę...). Ponieważ mam nieodparte wrażenie, że kobyły są mądrzejsze ode mnie jak chodzi o to, czego im do żarcia potrzeba - to powodzenie, jakim się ta lizawka cieszy dowodzi, iż był to zakup celowy.

I to tyle jak chodzi o meritum sprawy. No bo, skoro już wyszedłem wczoraj rano sfotografować nowo ustawioną lizawkę, to i za stadem polazłem tam, gdzie było. I udało mi się pochwycić niektórych na drzemce:



w pozie, jak widać, nader swobodnej.

Innych - na psotach:




Od czego i koleżanka zmuszona była powstać:



Za czym niektórzy zgłodnieli:


a ciągiem dalszym był szereg hopków - tyle, że właśnie skończyła mi się bateria w aparacie...

I to jest powód, dla którego piszę to wszystko dopiero dziś, a nie wczoraj, jak sobie planowałem - bo nim się bateria podładowała, zajęty już byłem innymi pracami i nie starczyło mi czasu.

7 komentarzy:

  1. Co to za lizawka, we wiadrze? Naprawdę taka dobra? Może byś napisał , gdzie to kupić?
    I jak odpiaszcza się konie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O lizawce opowiem za jakiś czas, gdy doświadczenia będą bardziej kompletne. Na razie tyle tylko, że koniom smakuje - więc stówy na Allegro nie wydałem bez sensu! U Was raczej nie będzie potrzebne, Góry Izerskie to nie Mazowsze, gleba aż kipi od pierwiastków...

      A co do odpiaszczania. Trzeba podać coś, co się zżeluje w końskich jelitach wiążąc zawarty tam piasek, który w efekcie zostanie wydalony razem z kupką. W zasadzie chyba wszystkie dostępne preparaty są ziołowe, na bazie głównie ostropestu. Można i sam ostropest podawać, ale nasze jakoś za takim "naturalem" nie przepadają - spróbuję zatem zdobyć coś bardziej przetworzonego, żeby łatwiej było podać...

      Usuń
  2. Dieta Dukana to rodzaj wysokobiałkowej diety odchudzającej, która po osiągnięciu efektów zmienia się na dietę wysokobiałkową tylko w niektóre dni. Oprócz tego, zwłaszcza na początku wyklucza warzywa i owoce (chyba prawie wszystkie) co może powodować zaparcia... Stąd otręby - by chodzić do kibelka regularnie... Swoją droga pan Dukan przeszedł na łono Abrahama w VI dekadzie życia, więc może nie za taka zdrowa ta dieta...

    Co do rozrzucania... Zwłaszcza mączka marmurowa, którą skombinujesz jest mało aktywna, więc w razie czego może sobie leżeć na kupie w całości, lub częściowo do czasu... aż przyjdzie na nią czas (niech by nawet na jesień).

    Lizawka rzeczywiście, aż wygląda zdrowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie jedyny sposób, jaki mi przychodzi do głowy, to rozrzucać to etapami. Po nie więcej niż kilka ton. Więcej się nie wyrobię czasowo - a i "Kosa" trzeba będzie pomiędzy jednym a drugim etapem remontować...

      Zresztą: zobaczymy!

      Usuń
    2. To może jeszcze najbardziej rozsądna opcja to po staremu, w zapaskę i sypać z ręki.;-)

      Usuń
  3. Gdzieś pisałeś, że z racji tego, że Ci się rozrzutnik w Kosie popsuł, to miałeś 1m szerokości pasy bujniejszej trawy. Mógłbyś powiedzieć mniej więcej na jaką szerokość się wysypywał ten nawóz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było w zeszłym roku. Chyba nawet zamieszczałem jakieś zdjęcia?

      Nawóz wtedy sypał się na takiej szerokości, jaka ma średnicę talerz rozrzutnika: kilkadziesiąt centymetrów (zdecydowanie poniżej pół metra).

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...