sobota, 17 maja 2014

Owies z Cichą

Wybrałem się wczoraj po pracy po owies. Daleko - niedaleko, bo raptem kawałek za Iłżę. Tyle, że droga nużąca była, na południe od Radomia lało jak z cebra (teraz tak leje u nas...). Okolica tam - klaustrofobiczna. Wprawdzie niby horyzont daleko, żaden las go nie przesłania, co najwyżej jakieś wzgórki (i wiatraki na nich...). Ale te poletka wciśnięte jedno w drugie jak kochankowie w nieogrzewanym akademiku - brrr..!

Cóż z tego, że ziemia tam lepsza niż u nas, jak splunąć nie można, żeby w sąsiada nie trafić..? I to niekoniecznie w najbliższego, bo przy dobrym wietrze splunięcie może i ze trzy takie paseczki przelecieć, nim spadnie...

Jakiś dobry duch kazał mi włączyć radio. Czego zwykle nie robię. Radio, jak i samochód, ma te swoje 23 lata i o żadnej technologii cyfrowej nawet nie słyszało. Że Wendi sama w sobie jest dość hałaśliwa, jak to (potężny było nie było...) diesel, słuchanie radia wymaga odrobiny samozaparcia. Akurat wczoraj byłem widać w odpowiednim po temu nastroju, dzięki czemu doznałem iluminacji. Szła bowiem (chyba retransmisja..?) koncertu finałowego festiwalu "Nowa Tradycja", a w nim taka oto perełeczka:


Przez kumoterstwo z Lepszą Połową próbowałem znaleźć tę litewską piosenkę w całości - ale mi się nie udało, a odtwarzania z kanału "Dwójki" włączyć po prostu nie potrafię, za każdym razem wyskakuje mi Kalisz z Palikotem tylko, co jest zdecydowanie nadmierną karą za tak zbożne usiłowania!

W każdym razie jestem zachwycony. I, jak to zwykle bywa, ogarnęły mnie refleksje. Refleksja pierwsza, o której być może już opowiadałem... A nie - nie opowiadałem! Sprawdziłem, bo udało mi się przez Google znaleźć w potężnym chaosie tego bloga właściwy wpis. Refleksja jest bowiem nie tylko na marginesie "Nowej Tradycji", ale i spotkań z naszą lokalną poetką ludową, panią Alfredą: wygląda na to, Mili Państwo, że dawnymi czasy znacznie większy procent populacji niż obecnie wykazywał się jakimiś talentami twórczymi.

Wszak i borynowa Jagna pięknie z papieru wycinała!

A teraz co..? Rozumiem - nastąpiła specjalizacja. Specjalizacja, jak uczył Dawid Ricardo, pozwala taniej udostępnić ludności dobra wyższej jakości, bo każdy to robi, na czym zna się najlepiej i wszyscy mają z tego korzyść.

No tak - ale czy to aby na pewno o to chodziło, żeby z twórców czy choćby odtwórców, zamienić ogromną, przytłaczającą większość ludzkości w biernych konsumentów kultury, nic z siebie do niej nie dokładających..?

Przez chwilę kontemplowałem myśl, że być może na skutek postępu technicznego obniżyła się średnia inteligencja - i teraz przeciętny "młody, wykształcony z wielkiego miasta" to już zwyczajnie nie jest w stanie niczego do rymu czy do rytmu złożyć.

No ale to ma sens tylko na Zgniłym Zachodzie (do którego i my - z dobrodziejstwem inwentarza - należymy...). Gdzie liczba ludności nie wzrosła w sposób istotny przez ostatnie 100 lat - więc za ewentualne obniżenie poziomu musiałaby odpowiadać jakaś selekcja negatywna. Jaka? To chyba nie temat i nie blog na takie rozważania. Tym bardziej, że nic mi konkretnego nie przychodzi do głowy...

Istotny wzrost liczebny (z którym może się wiązać zmniejszenie "presji selekcyjnej", a więc i - spadek inteligencji, rozumianej przede wszystkim jako zdolność do przetrwania...) nastąpił w ciągu ostatnich 100 lat raczej w Trzecim Świecie. A tam wciąż trzeba chyba nielicho kombinować, żeby się utrzymać na powierzchni..? I z argumentu wióry...

Refleksja druga ma bardziej praktyczny charakter. Sobie wysłuchałem tego:


Fajne. Ale obce. Może i przez to fajne, bo egzotyczne. Tylko - niech mi jeszcze raz ktoś powie, że Białorusini to prawie Polacy... Gdzie "prawie", jakie "prawie", co "prawie"..? "Prawie" czyni wielką różnicę..!

Tak leje, że z wyjazdu na targ zrezygnowaliśmy (choć Lepsza Połowa już przygotowała pokrzywową "gnojówkę" do wsadzenia kolejnej porcji pomidorów, ogórków, czy co tam byśmy ciekawego znaleźli). Ale i tak wkrótce trzeba się będzie zbierać do Warki. Pióra wycieraczek muszę wymienić, bo oczywiście podczas wczorajszej wycieczki się zdarły. Tudzież zwykłe spożywcze zakupy zrobić.

Kobyłom tak się nie chce, że śniadanie wydałem im pod wiatą. Przy czym Melesugun nawet nie wstała, tylko zjadła na leżąco. A za to po raz pierwszy dała mi się wydrapać i wygłaskać nasza płochliwa Obe (Mahru w tym czasie usiłowała mi się wdrapać na plecy - ona się powoli robi nadmiernie namolna...). Zainspirowany przykładem stada, po końskim i kocim śniadaniu, sam też wróciłem jeszcze na ponad dwie godziny do łóżka...

6 komentarzy:

  1. Tyle różnych wątków udało się Panu poruszyć w jednej krótkiej notce, aż trudno zorientować się, który jest wiodący. Sądząc jednak po tytule, zaryzykuję tezę, że Cicha jest dobra jak owies, więc siłą rzeczy artystka wybija się na plan pierwszy, ale pewności nie mam, czy o to własnie chodzi. Być może jednak sam owies jest ważniejszy niż wszytko inne. Do takiej tezy skłaniałby opis niesamowitych wrażeń z wyprawy po upragnione zboże, które przeżywa autor, udając się w niebezpieczną podróż prawie pod Kielce, z trudem pokonując chwile słabości i towarzyszące mu cały czas uczucie lęku.
    Pomijam następujące wątki poboczne : Kalisz, Palikot, Białorusini, zgubne skutki specjalizacji, bo to są przecież sprawy oczywiste dla każdego słuchacza pani Cichej.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam - towarzysza Wiesława młodzież nie słuchała, to i zorientować się nie potrafi!

      Usuń
    2. Kto to widział, żeby nie cieszyć się pięknem krajobrazu Wyżyny Kieleckiej i w dodatku robić jakieś niecne przymiarki względem plucia na rodzinne poletka? Małe jest piękne! Jak mawiał tow. - brrr - Wiesław i tego się trzymajmy.
      Podobno, tak przynajmniej twierdzi autor, cytuję jego wyznanie: "Jakiś dobry duch kazał mi włączyć radio". Nie mam żadnych podstaw, by nie wierzyć autorowi, że - z tym duchem - tak właśnie było. Ostatecznie istnieją na jego obecność obiektywne dowody. Wendi pokonała trudy jazdy po licznych wzniesieniach, zaś sam autor, po krótkotrwałym wstrząsie - spowodowanym długotrwałym przebywaniem w warunkach nizinnej monotonii - szybko odzyskał pełnię sił, żeby nie powiedzieć, został cudownie uzdrowiony.

      Usuń
    3. Aha! Czyli chodzi o to, że w trosce o dobre samopoczucie mieszkańców Wyżyny Kieleckiej powinienem dokonywać autocenzury i wycinać moje nieprzyjemne impresje na widok wąskich, mocno w siebie wciśniętych, klaustrofobicznych paseczków ziemi - spadku po niesławnym anty-polskim powstaniu styczniowym - tak..?

      No - szczerze powiedzawszy: w dupie mam dobre samopoczucie mieszkańców Kielecczyzny..!

      Nie tylko dlatego, że pracując w sztandarowym przedsiębiorstwie miasta Radomia zdążyłem już antykieleckim patriotyzmem nasiąknąć...

      Usuń
    4. Nie!
      Szczęście w nieszczęściu, że koniki nie patrzą na pyszny owies kielecki przez pryzmat historii, bo pewnie ogłosiłyby strajk głodowy;)

      Usuń
    5. Nie wiadomo, czy kielecki. Panowie handlują, to owies może być skądkolwiek.

      No i od kiedy Iłża to kieleckie..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...