sobota, 22 marca 2014

Żeńska strona mocy

Ziemia zaczyna pachnieć ciężką, ciepłą wilgocią. W samą porę skończyłem właśnie rozsypywać nawóz: ostatnie 800 kg - jeszcze przed śniadaniem (tylko kobyły wcześniej nakarmiłem: koćkodany były takim traktowaniem wielce oburzone...), dziś rano.


Dzięki temu nie tylko na pewno zdążę przed deszczem (zapowiadanym dopiero na jutro w nocy - ale chmury które, wedle tej prognozy powinny co najwyżej stwarzać ciekawą scenerię dla wschodu naszej dziennej gwiazdy JUŻ zasnuły niebo grubą powłoką - tak, że nie mam jak zrobić dla Was nowych zdjęć, choć chciałem...). Ponieważ jesteśmy nieco ahead of schedule, zapewne będę w stanie przejrzeć i naprawić ogrodzenia - co wydaje się naturalnym żądaniem Lepszej Połowy po ostatniej przygodzie - jako też, prawdopodobnie, choć trochę napocznę nasz ogródek. Który, tak po sprawiedliwości, wymaga wypielenia, rozrzucenia kompostu, który dojrzewał od jesieni i przekopania. Najprawdopodobniej pielenie, z braku czasu, pominę...

Pilnej naprawy wymaga szklarnia (schowałem w niej nawozy na czas rozrzucania: Lepsza Połowa bała się, że szklarnia będzie w efekcie nie do użytku - ale nic się nie stało, żaden worek się nie rozsypał w środku - co innego na zewnątrz - tyle, że sama budowla jest po tych wszystkich wichurach w strzępach, a i ziemi do środka trzeba podrzucić...). Co z braku zarówno czasu, jak i środków - będzie się jednak ślimaczyć. Szybciej jak za jakieś 10 dni tego nie skończę.

No i bardzo dobrze! Podrzucanie 50-kilowych worków na wysokość własnej głowy (opracowałem całą metodę, bo "na hurraa..." to więcej jak 3 - 4 nie dawałem rady...), tudzież dalsze prace, które mnie tak, czy inaczej czekają, to w sumie miłe wytchnienie nie tylko po biurowej rozlazłości, od której zdążyłem przez ostatnie lata odwyknąć - ale i jakiś sposób na opanowanie żeńskiej strony mocy.

Nie dość, że w ciągu ostatnich trzech tygodni napisałem aż dwa debiutanckie teksty dla prasy kobiecej (z rozpędu comiesięczny tekst dla "KT" wyszedł... a, sami zobaczycie..!). Nie dość, że sama ziemia pachnie teraz jak wielkie, czekające na nasienie łono. Nie dość, że stężenie hormonów pod wiatą jest już tak wielkie, że aż w powietrzu je czuć - to jeszcze, całkiem przypadkowo, przeczytałem właśnie, jeżdżąc pociągami, całkiem sympatyczną, kobiecą powieść o akuszerkach. Średniowiecznych akuszerkach. Całkiem sympatyczną, bo liczba nieprawdziwych stereotypów na temat epoki, które się tam pojawiły, była względnie niewielka (aczkolwiek, żeby tak całkiem ich nie było, tego to nie można powiedzieć...).

Jak się zapewne domyślacie, jako typowy facet, mam - jak to kiedyś pewna nasza przyjaciółka określała - "blokadę" na poród. Innymi słowy, jest to zdarzenie, które samo w sobie wywołuje u mnie atak przerażenia (aczkolwiek, pochlebiam sobie, że rok temu z porodem Osman Guli poradziłem sobie na tyle przytomnie, że aż sam siebie zaskoczyłem...). W tym roku, siłą rzeczy, nie jestem w stanie być przy naszych położnicach non stop. Co gorsza - czekają mnie  w ciągu najbliższych dwóch tygodni aż dwa parodniowe wyjazdy. Co prawda, wymiona wciąż wiotkie - ale...

No i właśnie dlatego, dobrze jest się zmęczyć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...