niedziela, 16 marca 2014

Polityka rolna raz jeszcze

Dyskusja o Ukrainie na forum historycy.org zdryfowała na CAP-a (niestety, Państwo nie zalogowani tej dyskusji nie zobaczą...). Ponieważ, o ile mi wiadomo, na forum nie ma oddzielnego wątku temu tylko zagadnieniu poświęceonego - a przy tym, temat jest zarówno związany z gospodarstwem, więc pasuje do tego bloga, a nie do "ciemnego kąta internetu", jak i może być też interesujący dla Państwa - to postanowiłem trochę o polityce rolnej pofilozofować. A co mi tam..!

Wielu ludzi dostrzega już, że dopłaty tzw. "bezpośrednie", do powierzchni użytków rolnych, prowadzą do patologii. Choćby takich jak w Rytomoczydłach, gdzie właścicielowi (racjonalnie) bardziej opłaca się doprowadzić majątek do ruiny niż cokolwiek w nim robić. Co jest, skądinąd, przypadkiem łagodnym i na małą skalę. Słyszałem bowiem o dużo absurdalniejszych "przekrętach"...


Radą na to ma być wprowadzenie zamiast "dopłat bezpośrednich" - "dopłat do produkcji".

Moim zdaniem doprowadzi to do skutku zgoła przeciwnego niż to sobie wyobrażają zwolennicy tego rozwiązania. Mianowicie: drastycznie wzrosną koszty produkcji rolnej.

Te koszty już wzrosły. Po prostu wzrosły ceny artykułów niezbędnych do produkcji rolnej - a ponadto, bardzo wielu rolników ponosi dodatkowy koszt utrzymania maszyn czy budynków, które nie były może pilnie niezbędne, ale skoro była dotacja, to zostały zakupione lub zbudowane - a teraz stoją i domagają się paliwa, olejów, części zamiennych, prądu, spłaty kredytów... O tym już zresztą pisałem.


Jeśli zostaną wprowadzone "dopłaty do produkcji", to 99,97% rolników potraktuje je jako dodatkowy przychód, zachęcający ich do zwiększania produkcji niezależnie od jej opłacalności. Pojawią się  gospodarstwa produkujące tak drogo, że bez dopłat w ogóle by nie zaistniały, a pozostałe zwiększą produkcję ponad dotychczasowy "poziom równowagi". Oznacza to permanentną "świńską górkę", "mleczną górkę" i w ogóle - pod górkę, bo kto to sprzeda i gdzie..? Zapewniam Was, że ceny dla finalnego konsumenta NA PEWNO nie spadną! A nawet jeśli - to ile świńskich kotletów więcej jesteście w stanie zjeść..?

Oczywiście że najlepszym rozwiązaniem byłoby zniesienie wszelkich dopłat. Abstrahując od kwestii PO CO nam w ogóle jakakolwiek "polityka rolna" (jakie niby są racje - ekonomiczne czy polityczne - żeby istniała raczej "polityka rolna", a nie np. "polityka wydawnicza" - przecież rynek prasy papierowej zdycha, a liczba bezrobotnych dziennikarzy będzie wkrótce równa liczbie "nadmiarowych" zdaniem Jewrosojuza i niemiłościwie nam panującego gosudarstwa rolników..?) - to dopłaty są zwyczajnie najgłupszym możliwym narzędziem takiej polityki, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Historycznie gosudarstwa ingerowały w rolnictwo na trzy sposoby.

1. Poprzez ustanowienie stałych cen skupu.

Tak na przykład, od czasów cesarzowej Anny, "uregulowany" był rynek koni wojskowych w Imperium Rosyjskim. Państwo określało znane z góry, na wiele lat naprzód ceny, po których zamierza kupować "konie kirasjerskie", "konie ułańskie", itd. - a hodowcy, wiedząc to, zapewniali podaż aż nadto wystarczającą. Ceny te były początkowo nieznacznie wyższe niż koszt zakupu podobnych koni zagranicą - ale z czasem, choć bardzo powoli, spadały. "Wartością dodaną", której poszukiwał rząd nie była tu zresztą oszczędność, lecz pewność dostaw - na wypadek wojny, odcinającej Rosję od rynków zagranicznych.


Zdaje się, że pierwotnym motywem ustanowienia niektórych przynajmniej elementów CAP-a TAKŻE była obawa o tzw. "bezpieczeństwo żywnościowe" - na wypadek kolejnej wojny w Europie - nieprawdaż..?

Pytanie, czy ten motyw ma jeszcze obecnie jakiś sens? Czy Europie grozić może głód? Bo mam wrażenie, że zgoła wprost przeciwnie - sama Holandia pewnie by pół świata wykarmiła - a to taki maleńki kraik...

2. Poprzez indukowanie inwestycji.

Skomplikowana nazwa, chciałem się popisać że trudne słowa znam - ale rzeczywistość była bardzo prosta. W (prawie) każdej guberni Imperium Rosyjskiego w II połowie XIX wieku odbywały się - najczęściej raz do roku - jakieś "wystawy rolnicze". Na te wystawy był przeznaczony pewien budżet w postaci złotych imperiałów. I tak, właściciel najwyżej ocenionego buhaja dostawł na przykład 100 rubli w złocie. I piękny, złoty medal na dokładkę. To był majątek, równowartość kilku, jak nie kilkunastu takich buhajów.


Nic dziwnego, że chętnych było wielu. W praktyce ich inwestycje w poprawę jakości (bydła, koni, owiec, itp., itd.) były WIELE RZĘDÓW WIELKOŚCI wyższe od budżetów przeznaczanych na nagrody i organizację wystaw.

Tak samo zresztą działają po dziś dzień wyścigi konne (z wyjątkiem Singapuru, Hongkongu i bodajże Japonii - ale to specyficzne miejsca, gdzie wiele koni się ściga, a niewiele - trenuje...). Suma nagród wypłacanych właścicielom i dżokejom jest wielokrotnie niższa od kosztów hodowli i treningu koni. Innymi słowy, branża jako całość jest permanentnie deficytowa brutto - i istnieje tylko dzięki temu, że stale przyciąga nowe kapitały zachęcone nadzieją wygranej.

Carskie "wystawy rolnicze" sprawiały zaś, że włościanie zamiast chować zarobione w taki czy w inny sposób rubelki za świętym obrazem lub zakopywać w ogródku - inwestowali je w swoje gospodarstwa.

U schyłku PRL polskim rolnikom powodziło się relatywnie nieźle: choćby dlatego, że posiadali dobra powszechnie pożądane w miastach. Blondynki!


Co stało na przeszkodzie "uruchomieniu" tego kapitału (który w praktyce został zmarnowany na budowę za dużych, do niczego niepotrzebnych, murowanych piętrowych domów oraz skonsumowany) po transformacji ustrojowej w taki właśnie sposób, jak to za cara robiono..?

No a teraz - teraz jest za późno. Wieś, mimo dopłat (a właśnie - NA SKUTEK dopłat!) wydrenowana jest z kapitału i pozostaje jej tylko wyprzedawanie ziemi lub sprzedaż poniżej kosztów, gdy trzeba pokryć niezbędne wydatki...

3. Poprzez upowszechnianie wiedzy rolniczej

To było kiedyś dużo łatwiejsze niż dzisiaj. Starczyło wydać broszurę o hodowli pszczół, czy o niezbędnych zabiegach pielęgnacyjnych owiec, albo "kalendarz rolniczy" - a ludzie jakoś, nie wiedzieć czemu, garnęli się do takiej nauki. Teraz upowszechnia się wiedzę o sposobach zabiegania o dotacje.


Co to ma, w ogóle wspólnego z rolnictwem..?

Jaką niby cnotą i "postępem" jest uczenie ludzi żebrania..? Uczenie ich bezradności i polegania na władzy..? Jakby nie mieli tych cech sami z siebie?

W każdym razie - kolega Wojciech skuteczniejszą i ważniejszą tu prowadzi "politykę rolną" niż Ministerstwo - pożal się Panie Boże - Rolnictwa!

8 komentarzy:

  1. Jeszcze jedna konsekwencja wprowadzenia "doplat do produkcji" bedzie obnizenie jakosci tych produktow. Przeciez oczywistym jest, ze rolnicy beda produkowac zywnosc "na ilosc" (jakoscia sie nie przejmujac) jesli od tego bedzie doplata...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temu można by teoretycznie przeciwdziałać, różnicując stawki dopłat w zależności od jakości produktów.

      Inna sprawa, że te "pomiary jakości", których dokonują np. mleczarnie odbierając mleko - to też wcale nie jest niekontrowersyjny temat...

      Zapomniałem od jeszcze jednego narzędzia "polityki rolnej", od którego w ogóle miałem zacząć wywód - ale się zdekoncentrowałem pisząc najpierw rano artykuł do miesięcznika. O podatkach. Ale to może i dobrze, bo temat wykracza poza rolnictwo - najwyżej zajmę się nim oddzielnie...

      Usuń
    2. Czy chodzi o to, że mleczarnie badają zawartość białka poprzez zawartość azotu, a jak się doda (mocznika bodajże?), to zawartość "białka" tak mierzonego rośnie na łeb na szyję?

      Usuń
    3. Radek twierdzi, że aby zwiększyć zawartość białka w mleku, krowom należy dać więcej kukurydzy. Czy w ogóle - paszy energetycznej. Skoro tak, to nie mam więcej pytań, jak chodzi o tę metodę pomiaru...

      Usuń
  2. Dopłaty to błąd. Wszelkie. Kropka.

    Dziękuję, pozdrawiam. ;)

    A tak poważnie -- w mojej ocenie lepiej działałyby tu mechanizmy rynkowe, niż jakiekolwiek dotacje. Co stoi na przeszkodzie, by te stałe ceny skupu na wiele lat naprzód ustalało nie państwo, a prywatne przedsiębiorstwo przy podpisywaniu umów -- chcąc sobie zabezpieczyć dostawy jakiegoś surowca (niezależnie, czy ma to być wierzba energetyczna, śliwki, czy wieprzowina).

    To oczywiście przenosi ryzyko z rolnika na przedsiębiorcę, ale jeśli on się zajmuje produkcją czegoś z tego surowca (a nie handlem nim), to ryzyko się zmniejsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ zgadzam się, że dopłaty to błąd.

      Nie dostrzegam też ŻADNEGO istotnego powodu, dla którego jakiekolwiek państwo miałoby prowadzić jakąkolwiek "politykę rolną".

      Przypomniałem dawne, zapomniane narzędzia takowej polityki aby wykazać, że dopłaty nie są wcale jedyną możliwością. Wręcz przeciwnie - są opcją zwyczajnie najgłupszą (i rodzącą najwięcej niekorzystnych skutków ubocznych - niezależnie od tego, w jakiej formie są rozdzielane).

      Fakt, że jest to obecnie formuła dominująca, zdaje się świadczyć o postępującym zidioceniu świata...

      Usuń
    2. Myślę, że polityka rolna jednak powinna przez państwo być prowadzona -- ale tylko w zakresie edukacji młodych ludzi i rolników, by gospodarowali w sposób zrównoważony, a nie wyłącznie w oparciu o nawozy mineralne, środki ochrony roślin i ropopochodne paliwa.

      Usuń
  3. Dopłaty są najzwyczajniejszym reliktem lat zimnowojennych (a tak naprawdę już wtedy były koncepcją archaiczną i przeterminowaną). Ale jak wiadomo, w biurokracji wszystko rodzi się za późno i owocuje skutkiem odwrotnie skutecznym do zamierzonego.

    Tak "by the way", to ta blondynka ze zdjęcia wyraźnie zna się blisko z afrykańskim pomorem świń. Mam nadzieję, że latała gdzieś po sieci w postaci zdjęcia, a nie po okolicy w postaci (jeszcze) żywej?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...