piątek, 7 marca 2014

Dlaczego chodzę na stację pieszo?

Choć, teoretycznie, mógłbym jeździć konno, a konia zostawiać na podwórzu u Pana Jana (w którego stodole i tak trzymamy nasze siano - a jest to tuż koło stacji...)?
 
Takie pytanie zadały mi aż dwie osoby ostatnio - widać rzecz budzi zainteresowanie. Odpowiedź jest dość oczywista:
  1. Gdybym miał czyścić, a potem ubierać konia w ogłowie i siodło, to chociaż robię to bardzo sprawnie, zajęłoby mi to łącznie co najmniej tyle samo czasu, co dojście do stacji na piechotę - czyli 25 minut.
  2. Oczywiście mógłbym jechać na oklep. Jak raz na Melesugun (a tylko ona wchodzi w grę, bo jedyna nie źrebna...) większość tego dystansu już kiedyś pokonałem nie tylko na oklep, ale i bez ogłowia. Tym bardziej jednak pojawiłby się drugi kłopot. Albo bowiem musiałbym ze sobą zabierać ubranie na zmianę - albo byłbym cały w kłakach (właśnie zmieniają futro...) i przesiąknięty zapachem końskiego potu. Który sam bardzo lubię - ale obawia się, że należę do mniejszości pod tym względem.
  3. No i, last but not least - zostawiać kobyłę samą na tyle godzin nawet, jeśli ma do oporu żarcia, to trochę, a nawet bardzo - nieładnie.
 
Zupełnie teoretycznie to bym mógł nawet i do samego Radomia konno dojeżdżać. Wedle biletu kolejowego to są 32 kilometry. Nawet nie trenowany koń bez łaski powinien to przejść w trzy, może trzy i pół godziny.
 
Tyle tylko, że iść prosto, wzdłuż torów kolejowych, praktycznie się nie da (chyba że po samych torach - ale to nawet dla człowieka nie jest łatwe, a koń pewnie by sobie nogi połamał na podkładach i kruszywie...). Jak już pisałem, wybudowanie nasypu spowodowało zabagnienie jego najbliższej okolicy. Tylko na pewnych odcinkach wzdłuż toru biegnie dróżka. Trzeba by kluczyć. I w efekcie z 32 km zrobi się pewnie dwa razy tyle, jak nie lepiej - a z trzech godzin: siedem albo osiem. Nierealne.
 
No i w Radomiu to już nie mam pojęcia, co bym z tym koniem zrobił...
 
Niewątpliwie jednak, brak samochodu, który powtarza się już po raz drugi w ciągu miesiąca, jest argumentem za zakupem roweru! O co Lepsza Połowa od dawna zabiega. Do tej pory jej odpowiadałem, że skoro mamy konie, to po co nam rowery? A jednak - przydałyby się.
 
Ogólnie to wkurzony i podłamany trochę jestem. Z mechanikiem samochodowym jest jak z dzieckiem. Jak z kobietą. Jak ze źrebna kobyłą. Kaprysi - i za cholerę nie sposób się z nim dogadać!
 
Pytałem się nim oddałem Wendi do warsztatu - ile będzie kosztowała wymiana sprzęgła i ile to potrwa?
 
Przecież nie pytałem się o to, żeby Mistrzowi dokuczyć! Nie pytałem się ze złośliwości czy z próżnej ciekawości. Pytałem się, bo mając i pracę i gospodarstwo na głowie - ja po prostu MUSZĘ takie rzeczy zaplanować. Nie mówiąc już o tym, że nie sram pieniędzmi - i jeśli Mistrz znacznie przekroczy budżet, który mi podał na początku, to mu zwyczajnie nie zapłacę. Bo nie mam z czego. Sprawne sprzęgło jest mi potrzebne, żeby móc rozrzucić nawozy. Ale jeśli zapłacę za nie jakby było ze szczerego złota, to nie kupię nawozów - po jaką zatem cholerę w ogóle oddawałem wóz do naprawy..? I to jeszcze tak daleko, gdy za tę samą cenę, jak się okazuje, mogłem to zrobić po sąsiedzku, w Warce? Ech...


1 komentarz:

  1. Rower dobra rzecz. Ja się przymierzam do roweru elektrycznego.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...