niedziela, 9 lutego 2014

Sukcesy

Nie ma to jak pochodzić z taczką i pozbierać końskie gówna. Lepszej psychoterapii nie potrzeba..! Polecam: pogoda się poprawia, coraz cieplej, więc jak by ktoś z Państwa reflektował, to możemy za niewielką opłatą i we w miarę komfortowych warunkach zaoferować tego rodzaju sesje terapii ruchowej na świeżym powietrzu...

Mnie w każdym razie wczoraj pomogło. Dzięki czemu mogłem się cieszyć z serii sukcesów. To tak dla odmiany po stołecznych porażkach - ma się rozumieć.

Na targu udało się nam zdobyć z dawna wyglądany miał i to z dostawą do domu. Po czym - umówieni byliśmy na środę - kiedy już kończyłem wspomniane wyżej sprzątanie (ponieważ odmarza teraz to, co wcześniej zaginęło w śniegu - wyszło mi 9 taczek, bezprecedensowa ilość przy zaledwie trójce kobył...), pan zadzwonił z informacją, że trochę mu zostało i może przywieźć już teraz. Nawet trafił bez większych trudności.


Po co nam miał, tego nie powiem. Na pewno nie do palenia w Herculesie (jak widać zresztą, "żelazna rezerwa" drewna nawet nie ruszona jeszcze, a i z tego, co mamy za domem, spaliliśmy na razie ledwie połowę - co dobrze prognozuje na przyszłość...). O przeznaczenie tego miału musicie się dowiadywać u Wojtka Majdy - tam też będzie zamieszczana relacja z eksperymentu.

Zaraz po targu wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionego sklepu ogrodniczego, kupić podpałkę do Herculesa. No i tam się okazało, że panie mają w ofercie mieszanki roślin kwiatowych i wonnych, które na wiosnę będziemy mogli zastosować na części naszego nowo budowanego klombu przy wjeździe na farmę:




Pamiętacie jak ten kawałek ziemi wyglądał jesienią..? To jest właśnie czynność, którą nazywam kształtowaniem krajobrazu.

Kwiatki i wonie będą zapewne w dole, bliżej okazałej brzozy, w cieniu której mamy "imprezownię". Wyżej, a bliżej naszej piaszczystej drogi, posadzimy jakieś krzaczory, co by zarazem owoce do przefermentowania dawały i barierę anty-ucieczkową w pobliżu przepędu łączącego Padok Zimowy z Wielkim Padokiem tworzyły.

Jak widać - klomb jest już gotowy niemalże w połowie. Jak już cały dół będzie zapełniony obornikiem, na wierzch wrzuci się jeszcze przyczepę lub dwie ziemi - tak dla dekoracji raczej, w końcu to reprezentacyjne miejsce przy samym wjeździe na farmę, niż z rzeczywistej potrzeby.

Na tym się lista sukcesów nie kończy. Niechętnie, ale że człowiek, któremu jestem co nieco winien prosił, odmówić nie mogłem - pożyczyłem w piątek naszą przyczepę. Wróciła - naturalnie! - w czasie, gdy sprzątałem pod wiatą. Nawet wysprzątana, nic się jej nie stało. Poza tym, że gdy jej chwilowy użytkownik zatrzymał zestaw hamulec przyczepy - o ten, tu w pozycji prawidłowej, czyli zwolniony:


sterczał do góry jak lingam w hinduskiej świątyni. Gościu przejechał 60 km wlokąc za sobą przyczepę z zablokowanymi kołami..!

I to jest sukces i szczęście. Sukces i szczęście, że zima - mimo wszystko - i że dystans nie taki znowu wielki. Bo by się koła zapaliły... Przynajmniej te po lewej stronie, bo z prawej linka hamulca jest urwana, czego nie zdążyłem jeszcze naprawić.

Skoro już miałem przyczepę, to przywiozłem Trzem Gracjom słomy - a przy okazji podrzuciłem do zaprzyjaźnionego mechanika szkielet naszego wyrka (stanowiącego szczytowe osiągnięcie rumuńskiej kultury technicznej w służbie szwedzkiego kapitału...) w którym urwał się kolejny gówniany spaw. Nie! Wybijcie sobie z głowy zbereźne myśli! Spaw się urwał, bo gówniany był - wcześniej podobny los spotkał już prawie wszystkie spawy w tej częście wyrkowego szkieletu (znaczy się - tam, gdzie spoczywają nasze tułowia zwykle...). A to dlatego, że Rumuni, produkujący ten mebel dla Ikei, konsekwentnie punktowali spawami łączenia ZAWSZE w taki sposób, że działająca od góry siła rozpycha miejsca łączeń na boki. To się po prostu nie ma prawa trzymać - i też, konsekwentnie, kolejne spawy puszczają haniebnie i wcale nie trzeba w tym celu oddawać się jakimś dzikim harcom (powiedziałbym wręcz, że strach byłoby coś takiego robić - od dawna już staramy się na nasze wyrko kłaść ostrożnie i łagodnie - starczy że koćkodan wskoczy, a już dźwięki, które się zeń dobywają mogą przyprawić o zawał...).

Usiłowałem podstępnie namówić Lepszą Połowę na zakup nowego wyrka (no wiecie...). Twierdzi jednak, że w ofercie z dostępnej dla nas półki cenowej i tak nic lepszego nie ma - w każdym razie nic, co by się nam zmieściło między Herculesem a szafą...

No ale - zaprzyjaźniony mechanik pospawał to co się urwało. I dzięki temu przynajmniej wyspałem się wygodnie i smacznie.

Ba! Nie wiem na czym to polega, ale odkąd zdcydowanie pocieplało - to i Dafik cieplejszą wodę daje i już nie trzeba spod prysznica uciekać, trzęsąc się z zimna..?

Jak to dobrze, że zima jest jednakowoż fenomenem przemijającym...


No i dowiedziałem się, co prawda dopiero dziś rano, na czym polega różnica między "podgrzewaczem sterowanym hydraulicznie", a "podgrzewaczem sterowanym elektronicznie" - bardzo dziękuję! Wygląda na to, że zamontujemy sobie ten drugi...

Wracając w piątek z Warszawy, kupiłem w piaseczyńskim Auchan mule z przeceny. Troszkę się baliśmy je spożyć - te, które były otwarte przed gotowaniem i te, które się nie otworzyły po ugotowaniu, skrupulatnie wyrzucając. Ale zjedliśmy, Lepsza Połowa bardzo smacznie je przyrządziła - i żyjemy. Tylko koćkodan czarno - biały napędził nam stracha, bo choć nie zjadła nawet kawałka mula,  a tylko polizała sosik, to zaczęła rzygać nim spożyłem połowę swojej porcji.


No cóż - być może nasz stary, czarno - biały koćkodan ma po prostu alergię na owoce morza..? Po rybie też ZAWSZE womituje. Co sobie tłumaczyliśmy do tej pory reakcją na połykanie z łapczywości ości. Ale przecież sosik z muli ości z całą pewnością nie zawiera..? Zdaje się, że tylko krewetki (ale kiedy to było..?) nie wywołują u niej tak gwałtownej reakcji żołądkowej.

Jak patrzę na to zdjęcie powyżej, z lata 2009 roku, a już wtedy były stara jak koci Matuzalem i każdego dnia oczekiwaliśmy, że jeśli nawet lisek jej nie zje (liska, mieszkającego poprzednio w naszym Lasku Centralnym przeżyła: tej jesieni widziałem jego truchło leżące na asfalcie we wsi...), to padnie ze starości lada dzień - nie mogę nie przyznać że fakt, iż nasz czarno - biały koćkodan wciąż żyje - to już nawet nie sukces. To cud! Normalne wiejskie koty tak długo nie żyją...

4 komentarze:

  1. Co do miału: "terra preta" to dobry trop?

    OdpowiedzUsuń
  2. A ile może mieć lat ta Twoja kocilla? Piętnaście? Dwadzieścia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie nie wiadomo, ale kiedy 8 lat temu ją przygarnialiśmy, wet dawał jej ponad 10. Więc ma między 18 a 20 zapewne...

      Usuń
  3. Chwila, chwila. Znaczy sukcesów gratuluję, poprawy humoru też ale ile koćkodan ma lat? Bo jak poniżej 20tu to żaden Matuzalem. Nasza Muszka, dożyła 19tu. Osobiście zaniosłem ją do weterynarza, mózg dalej sprawny, tylko ciało odmówiło posłuszeństwa. Procesy trawienne ustały parę dni wcześniej, muchy już się zlatywały. Nie było innej drogi ale płakałem całą drogę do weta. Jak nikt nie patrzył oczywiście. U weta chyba tylko jakaś jedna łza gdzie spłynęła zdradziecko. W końcu chłopaki nie płaczą. Potem w drodze do domu poszedłem trasą naokoło. Nie chciałem nikogo widzieć. Popłakałem sam. Muszkę zakopaliśmy w ogródku. Wredna, złośliwa kotka. Do dziś za nią tęsknię.

    s_s

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...