poniedziałek, 17 lutego 2014

O farcie i nie-farcie, czyli moja prywatna metafizyka życia

Fart, Drodzy Państwo, to w języku polskim, być może nie najwyższych lotów, ale też nie znajdujemy się teraz w szacownym gmachu Biblioteki Narodowej, tylko w internecie, gdzie nie takie pospolitowanie uchodzi, to tyle co "szczęście", "dobry los", "fortuna". Jeśli ktoś z Was tak już zangliczał, że mu się to słowo z piardem kojarzy - to proszę przyjąć wyrazy współczucia. Zarazem proszę też przyjąć do wiadomości, że to Wasz problem, jesli daliście się już tak wynarodowić, a nie mój - i nie mam najmniejszego zamiaru dostosowywać słownictwa, którego tu używam, do Waszych manier i przyzwyczajeń!

Po tym wstępnym wyjaśnieniu, które wydaje mi się konieczne w świetle komentarzy, z jakimi się spotkałem po tym, gdy użyłem tego słowa w tytule postu po raz pierwszy - przechodzimy do meritum.

Ci spośród Was, którzy bywają tu od dawna, być może pamiętają, że generalnie uważam, iż suma fartu i nie-fartu w życiu jest - w dłuższym okresie - stała i zmierza do zera. Jeśli zatem przydarzyło się coś dobrego, jakiś uśmiech losu - to należy mieć się na baczności, bo być może tuż za rogiem leży przysłowiowa skórka od banana, na której zaraz się poślizgniemy i rozbijemy sobie oba kolana. I odwrotnie - po ciężkim ataku pecha, być może warto pójść do kolektury Lotto.

Oczywiście pamiętając o tym, że zarówno farty, jak i nie-farty ZWYKLE przychodzą seriami! Ewentualnie - w jakimś okresie dominuje nie-fart, by potem było odwrotnie i dominował fart.

Przypadki i całe serie przypadków szczęśliwych i nieszczęśliwych znoszą się wzajemnie, a im dłużej żyję, tym silniejsze żywię przekonanie, że ogólny bilans wychodzi na zero.

Jest to przekonanie metafizyczne, ponieważ nie mam na nie śladu dowodu, poza własnym, czysto subiektywnym przekonaniem. Ba! Uważam wręcz, że próby prowadzenia tu jakichś statystycznych zestawień (jak np. w ostatniej powieści Marka Krajewskiego o komisarzu Popielskim...) do niczego nie prowadzą i są wręcz absurdalne.

Ostatecznie - już samo zdefiniowanie, że coś jest "wypadkiem szczęśliwym", albo "wypadkiem nieszczęśliwym" jest z gruntu subiektywne i nie ma dwóch takich ludzi którzy, przeżywając (gdyby to było możliwe...) serię takich samych zdarzeń, jednakowo by je pod tym kątem oceniali!


Metafizyczność, a nawet irracjonalność tego mojego przekonania (na które przecież, jako rzekłem, nie mam śladu dowodu...) nie umniejsza jego mocy. W konsekwencji podejrzliwie zwykłem patrzeć na ewentualne powodzenie, sukces, czy dowody uznania, spodziewając się, że lada moment jakaś spadająca z dachu cegła skutecznie te chwile sztachnięcia się endorfinami zrównoważy.

Z drugiej strony - jakoś mnie przesadnie nie stresują telefony od windykatorów, czy nawet takie nieszczęścia, jak to, co ostatnio spotkało Melesugun. Jesli tylko będę miał dość czasu - na pewno jakoś się z tych kłopotów wygrzebię! Jak mawiał Dobry Wojak Szwejk: jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było...

Czy jestem w związku z powyższym fatalistą..? Być może do pewnego stopnia tak. W każdym razie: jakoś nie chce mi się wierzyć, aby starczyło sobie zwizualizować pożądny "cel życiowy" i powtarzać takie ćwiczenie regularnie, a tajemnicze siły motywacji już mnie do tego celu nieuchronnie zaprowadzą... Jeśli mam coś zrobić - dzielę sobie zwykle zadanie na tak drobne kroczki, jak to tylko możliwe - i każdy kroczek ujmuję w bilansie sukcesów i strat oddzielnie.
Nie umiem ocenić, na ile takie podejście jest wynikiem naszego życia na wsi? Zapewne w dużym stopniu. W naszych warunkach o jakości życia decydują drobiazgi. To, czy załączył się podgrzewacz wody, czy niekoniecznie? Czy trzeba było ostro palić w Herculesie, czy nie? Ile Trzy Gracje raczyły nasrać pod wiatą i jak rozmiękły był grunt (lub jak sypki śnieg...), przez który pchało się taczkę?

W dalszym ciągu tak, jak to zawsze miałem w szkołach, czy w pracy - pasjami wręcz lubię tworzyć skomplikowane, wymagające skoordynowania wielkiej liczby niezależnych elementów plany i projekty. Nauczyłem się już chyba jednak, żeby nie wkładać wszystkich jajeczek do jednego koszyka - i nie liczyć nadmiernie na to, że najbardziej nawet błyskotliwy plan rozwiąże WSZYSTKIE kłopoty naraz...

7 komentarzy:

  1. Dobrze, że Pan tak to widzi, bo niektórzy ludzie wierzą tylko w swój pech, roztrząsając go przesadnie. Gdy mają szczęście - marginalizują je i uważają, że tak ma być i należy im się. Zero równowagi.
    Za to w mojej rodzinie kierujemy się mottem "dobro powraca". Czasami przecieramy oczy ze zdumienia, gdy życie oddaje nam z nawiązką.
    Może tak bardzo doceniam to co mam, że bilans (sukcesy-porażki) wychodzi mi na plus? Trochę się czasami boję, że pechowy czas jeszcze nie nadszedł...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie specjalnie lubię jak p.Jacek zaczyna doszukiwać się głębi w doczesnym żywocie człowieka poczciwego . Nie zgadzam się z tezą iż coś w się musi równoważyć bardziej przemawia do mnie idea zawarta Katarze mistrza Lema .A.Ś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musieć to nie musi.

      Ale jakoś tak się dzieje, że im dłuższa seria rzutów monetą - tym bliżej idealnego rozkładu 50 : 50 orłów i reszek - nieprawdaż..?

      Z czego oczywiście bynajmniej nie wynika, że eksperyment w postaci rzutów monetą rzeczywiście adekwatnie oddaje złożoność tej akurat sytuacji...

      Usuń
    2. To by było za pięknie na onkologi wśród pacjentów byłoby multum bogatych i szczęśliwych ludzi . Los nie jest sprawiedliwy i życie to coś dużo dużo więcej niż seria rzutów monetą ; A Ś

      Usuń
    3. A kto tu mówi o sprawiedliwości..?

      Poczucie szczęścia to chyba najbardziej subiektywne z możliwych ludzkich odczuć. A ponieważ granice adaptacyjnej plastyczności człowieka wydają się być niczym nieograniczone - nie widzę przeszkód, by cieszyć się z dobrego dnia nawet w kancłagrze, czy na oddziale onkologicznym - na co też jest przecież trochę dowodów, że i tak bywało i bywa...

      Usuń
    4. Psychologowie zwłaszcza są doskonali w pocieszaniu innych-złamałeś kręgosłup straciłeś rękę czy nogę hura zyskałeś szanse na rozwój osobowości nie zgadzam się z taką interpretacją
      Bardziej przemawia mi idea Lema z Kataru którą lapidarnie można by streścić w życiu przytrafiają się nieprawdopodobne zdarzenia ale nie mamy na to żadnego wpływu ;) Oczywiście hodując np króliki możesz być co najwyżej podrapany hodując konie istnieje ryzyko że Cię kopną i jest to tylko kwestia kiedy i jak mocno .AŚ

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...