sobota, 1 lutego 2014

Automatyzacja vs indywidualizacja

Z powodzeniem, a nawet z niejaką łatwością rozprawiwszy się rano z problemem dostawy siana (jak to jednak solidny ciągnik zmienia życie na wsi...), tudzież solidnie posprzątawszy Padok Zimowy (bo wyszło słoneczko na chwilę i wydawało się, że jest cieplej...), uniesiony falą entuzjazmu, zadzwoniłem do Radka, druha mego serdecznego z pytaniem, czy aby nie wybiera się do cywilizacji..?

Wendi będzie do odbioru najwcześniej w poniedziałek - a tu trzeba do tego czasu przeżyć, a także wykarmić osobniki czterołape, którym już tylko jedna pusiunia karmy została. Więc - albo uda się z kimś zabrać do ośrodka kultowego poświęconego bliźniaczym bóstwom Mamony i Tandety, znanego powszechnie pod nazwą "Pierdonki" - albo trzeba będzie się kopnąć piechty (jak to się mawia na Kociewiu...) do Strzyżyny i tamże polować na pociąg. A pociągi jeżdżą u nas w tej chwili całkowicie nieprzewidywalnie. Wiem, bo już dwa razy przez ostatnie kilka dni się nimi przewiozłem. Rozkład jazdy sobie - pociągi sobie. Pal licho ten dwukilometrowy marsz - ale już czekanie nie wiadomo jak długo w nieogrzewanej poczekalni...

Zadzwoniłem - umówiłem się - i... prawie umarłem. Kilkugodzinna wyprawa po prostu była ponad moje siły.

Dobrze, że nie wpadłem na pomysł jechać pociągiem do Warszawy (a teoretycznie powinienem - właśnie skończyła się ważność mojego dowodu osobistego na ten przykład i powinienem go chyba odnowić w miejscu zameldowania, nieprawdaż..?). Pod koniec dostałem normalnej, regularnej trzęsiawki - i Lepszej Połowie już się nie udało doprowadzić mnie do porządku, póki nie ległem w wyrku. Za co oberwało mi się po głowie (ale było mi w dużym stopniu wszystko jedno - siedziałem przy kozie w swetrze i trząsłem się, moje grzeszno cielsko utraciło na pewien czas zdolność do termoregulacji...), a teraz obrywa mi się po plecach, bo Hercules zdążył ostygnąć przez noc, zbyt krótko drewnem karmiony i powoli dopiero się rozpala.

No ale co zrobić, co zrobić..?

Za to była wyprawa z Radkiem, druhem moim serdecznym, jak zwykle - pouczająca. Doszło podczas niej do zabawnej i instruktywnej konfrontacji, o której pragnę zdać Państwu relację.

Otóż - pośród wielu innych punktów programu tej wycieczki, odwiedziliśmy też gospodarstwo pewnych starszych państwa (pan ma ponad siedemdziesiąt lat, pani jest niewiele młodsza - ale postawna, energiczna i widać, że krzepę w łapie ma - a i kurwami rzuca jak na prawdziwego chłopa z jajami przystało...). Którzy mieli mieć krowę na sprzedaż. Krowa się wycieliła, urodziła podobno przepiękną jałóweczkę i daje mnóstwo mleka - i już nie jest na sprzedaż.

Za to, być może państwo będą mieli na sprzedaż kwotę mleczną (o kwotach mlecznych opowiadałem jakiś czas temu) - bo jej nie wykorzystują. Ilościowo. Bo jak chodzi o jakość mleka, to nawet Radek był pod wrażeniem, gdy pani pokazała ostatnie tzw. "paski" (w rzeczy samej, są to wąskie paskie papieru) z wynikami badań odstawianego do mleczarni mleka.

Teraz - na czym polega interesujący aspekt tego spotkania..? Otóż - przez całą drogę Radek, druh mój serdeczny, któremu dzięki zwyżce cen mleka udało się wreszcie wyjść na prostą, opowiadał mi o kolejnych ulepszeniach i inwestycjach, których planuje u siebie dokonać, żeby zwiększyć skalę produkcji, uczynić ją bardziej zautomatyzowaną i tańszą.

Tymczasem państwo doją swoje krowy... ręcznie! Pani opowiadała, że nawet mają dojarkę elektryczną, ale od nowości nigdy z niej nie skorzystali - stoi sobie i myszy by się w niej zalęgły, gdyby nie piętnaście kotów w gospodarstwie (a koty faktycznie ma dorodne - zwłaszcza wielkiego, czarno - białego kocura...).

Ci państwo są oczywiście skazani na ekonomiczną zagładę - o tyle ich to już powoli przestaje obchodzić, że wiek emerytalny mają, planują w ciągu roku sprzedać swoje gospodarstwo (ale to sadownicza okolica, ceny ziemi są tam zupełnie inne niż u nas - trudno zatem byłoby tę ofertę uznać za "okazję" - tak tylko wyjaśniam...) i przeprowadzić się gdzieś, gdzie będą mieli święty spokój.

Skazani są na ekonomiczną zagładę o tyle, że ich sposób produkcji, dający w rzeczy samej produkt wysokiej jakości, jest po prostu dużo gorzej skalowalny od działań Radka: gdyby chcieli zwiększać produkcję zamiast ją zmniejszać, musieliby zatrudniać ludzi - a praca ludzi kosztuje więcej niż praca maszyn (lubo pani opowiadała, że w czasach świetności doili we dwoje TRZY razy dziennie 22 krowy - ręcznie!). Ma to sens, dopóki pracuje się samemu - przesadnie swojej pracy nie ceniąc.

Oczywiście, jako niepoprawny "prepers" mogę zadać pytanie, czy ta kalkulacja utrzyma się, jeśli cena energii napędzającej maszyny i potrzebnej do tego, aby te maszyny wyprodukować - jeszcze wzrośnie..? To jest jednak perspektywa, którą (wciąż!) liczyć należy na dziesięciolecia - więc naszych sympatycznych gospodarzy, jako żywo, z czysto biologicznych powodów, obchodzić już nie może...

Obchodzić za to powinna i to nader żywo - Państwa, moich Wiernych Czytelników. Niejeden z Państwa bowiem robi to mniej - więcej, co owi gospodarze: usiłuje wytworzyć produkt indywidualny, rzemieślniczy, nie do kupienia w ośrodku kultowym bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety, zwanym popularnie "Pierdonką".

Państwo macie nad nimi tę przewagę, że przynajmniej próbujecie marketingować i sprzedawać swoje indywidualne, rzemieślnicze produkty po cenach, na które niewątpliwie zasługują - ale które to ceny są nieosiągalne w ośrodku kultowym bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety, popularnie zwanym "Pierdonką". Nasi gospodarze odstawiają swoje rzemieślnicze, indywidualnie wyprodukowane, od wypieszczonych krów pochodzące mleko po prostu - do mleczarni. Gdzie miesza się je z gorszymi jakościowo produktami zautomatyzowanych farm. Zamiast na miejscu przerobić na masło, sery, śmietanę, itd. (co, nota bene, JESZCZE zwiększyłoby konieczny nakład ręcznej pracy...).

Popularne wyjaśnienie powodu, dla którego tak trudno jest sprzedać indywidualnie, ręcznie udojone mleko od szczęśliwej krowy po cenie, na którą zasługuje, to "ubóstwo" społeczeństwa.

Zauważcie jednak, że to wytłumaczenie nijak się ma do historycznych faktów. W czasach, gdy nasi gospodarze doili ręcznie trzy razy dziennie 22 krowy (produkując ZNACZNIE więcej mleka niż obecnie, gdy krów zostało im trzy...) - realna cena, jaką uzyskiwali za swój produkt była JESZCZE NIŻSZA niż obecnie. Bo generalnie wszyscy wówczas byliśmy biedni (nie licząc tych z Państwa, których nie było jeszcze na świecie, ma się rozumieć...).

Tak więc historyczne fakty są takie, że społeczeństwo nasze w ciągu ostatnich 25 lat znacząco się wzbogaciło - a mimo to, popyt na indywidualnie wyprodukowane, "rzemieślnicze" produkty - spada.

Jako niepoprawny "prepers" mogę się z tym nie zgadzać. Ale byłbym zwykłym idiotą, a nie "prepersem" (nawet niepoprawnym!), gdybym widząc taką kolejność zdarzeń - nie miał wątpliwości i nie zadawał pytań.

Czy aby przypadkiem nie jest tak, że nasze społeczeństwo w ciągu ostatnich 25 lat wzbogaciło się tak znacząco - DZIĘKI temu, że ma teraz do dyspozycji ośrodki kultowe bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety (nie tylko spod znaku "Pierdonki"...), pozwalające mu zaspokoić podstawowe potrzeby bytowe za ułamek tej pracy, którą trzeba było w tym samym celu wydatkować jeszcze ćwierć wieku temu..?

Czy aby przypadkiem oczekiwanie iż społeczeństwo wzbogacone w ten sposób odwróci się kiedyś od Mamony i Tandety i zacznie poszukiwać innego boga - nie jest aby nadzieją na wyrost..?

I czy wreszcie przypadkiem nie mają racji JEDNAK entuzjaści i zwolennicy postępu..? Ostatecznie, taka technologia jak domowe drukarki 3D, wykorzystujące sztucznie wyhodowane komórki, może w przyszłości pogodzić automatyzację z indywidualizmem. Grzebiąc już nie tylko nas, usiłujących funkcjonować w tak archaiczny, wsteczny sposób, ale i zautomatyzowane farmy oraz "Pierdonkę" - a to dlatego, że włożywszy w taką drukarkę odpowiedni "toner" każda gospodyni domowa będzie mogła dowolnie modyfikować program, wedle którego urządzenie wyprodukuje jej takie gotowe danie, na jakie tylko fantazji jej wystarczy..?

Ba! Nic mi nie wiadomo, aby jakieś prawo natury miało zakazywać tworzenia - taką metodą lub inną - także indywidualnie zaprojektowanych organizmów żywych. Gatunków już istniejących (przez co praca jakiegokolwiek hodowcy straci sens - skoro będzie można sobie zaprojektować czempiona..?) - ale też całkiem nowych, wyłącznie z fantazji twórcy zrodzonych..?


Oczywiście, jeśli nawet doczekam tych czasów, to będzie mnie to akurat tyle obchodziło, co wczoraj spotkanych, sympatycznych gospodarzy Radkowe plany inwestycyjne - bo będę już tak stary, że i tak ani na tym nie stracę, ani nie zyskam...

4 komentarze:

  1. Ale, ale - przecież praca ludzi jest dziś za darmo! Musi być jakiś sposób, żeby przekonać studentki pedagogiki i studentów marketingu, że dojenie krów to ich wymarzone praktyki/staż/wolontariat, który mogą wpisać w CV, aby "mieć doświadczenie"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny pomysł! Pytanie tylko, czy krowy będą dalej szczęśliwe przy takim personelu..?

      Usuń
  2. Kurcze, blogger znowu mi wrzuca z opóźnieniem do tracka :/
    A co do krów to pamiętam jak ostatnio prund zabrali i sąsiedzi musieli doić ręcznie. Masakra bo krowy przyzwyczajone do dojarki, strasznie nie lubią jak się je maca po wymionach :/ Ale prawda taka, że mleko ręcznie zdojone jest lepsze smakowo i czystsze w sensie "chemii". Bo użycie dojarki oznacza, iż do jej czyszczenia trzeba używać dosyć agresywnych detergentów i środków bakteriobójczych. I to się nigdy w maszynie dobrze nie wypłucze więc z kolejnym udojem trafiają do mleka kolejne resztki. O to się mleczarnia nie piekli, wszak sama te środki do mycia i odkażania dostarcza, za to obcina bezlitośnie za wszelkie bakterie. Czy to pożyteczne czy nie. Teraz zresztą mleka i tak od sąsiadów nie biorę, bo od krów zimą trzymanych w oborze to nie ten smak. I w samym mleku i w serach to czuć, nikt kto nie miał porównania nie uwierzy, ale naprawdę jest różnica. Jak tylko latem krowy idą na pastwisko to mleko jakby nabierało zapachu łąki a i ser się robi inny. Oby do wiosny...
    A za dojenie ręczne to dla tych Państwa, wieeelki szacun. Choć jak znam życie to oni mają taką wprawę że dojarka bym im dużej różnicy nie zrobiła. Zupełnie jak tym prządkom wrzecionowym, które jak wynaleziono kołowrotek, wcale nie chciały się przesiadać na nowomodny wynalazek. Zresztą siedzę akurat w temacie i rękodzieła czy też rzemiosła i widzę, że nie ma ono raczej szans funkcjonować szerzej. Jakieś tam jednostkowe przypadki, które rajcuje noszenie ręcznie wykonanych i niepowtarzalnych rzeczy, istnieją, ale większość interesuje metka. Ja osobiście siedzę co prawda w niszy, która z założenia wymaga zastosowania jak najbliższych historii materiałów czyli w rekonstrukcji, ale i tutaj największy zbyt jest na tzw. rymcerstwo czyli ciuchy i dodatki wyglądające poprawnie, ale wykonane ze współczesnych materiałów i współczesnymi metodami. Ci którzy szycie strojów zaczynają od uprawy lnu lub hodowli owcy to może kilka osób w Polsce. Ci którzy zaczynają od kupna surowego runa lub lnu do przędzenia to kilkanaście. Niewiele jak na kraj który ma ponoć 38mln mieszkańców ;) Podobno na zachodzie jest większe zainteresowanie takimi tematami, ale to też trochę taki mit jak smoki i jednorożce ;) Bo z tego co widzę, to i na zachód najwięcej jeżdżą zawsze handlować ludzie, którzy mają właściwie regularne przedsiębiorstwa. No bo jak można nazwać zakładem rzemieślniczym szwalnię zatrudniającą 100 osób przy maszynach? I co z tego, że szwalnia produkuje niby "odzież historyczną"? Ja żeby wyprodukować nić do utkania sztuki odzieży, muszę siedzieć bite dwa tygodnie. A i nie liczę tu kwestii hodowli tej nieszczęsnej owcy. Ile musiałabym zawołać za kupon tkaniny który kosztuje lekko licząc miesiąc pracy? Nikt mi nie da takiej kasy, nawet jeśli będę liczyć najniższe stawki krajowe :/ Dlatego tego typu rękodzieło nie ma szans przetrwać. No chyba, że walnie taka katastrofa, że nasz śliczny przemysł po prostu zostanie wyłączony i wrócimy do ery kijków i kamieni :/ Ale wtedy kwestia co wrzucić na grzbiet będzie raczej drugorzędna za kwestią co wrzucić do gara... I tu umiejętności tych Państwa w ręcznym dojeniu krów będą w cenie. A koledze Radkowi szczerze życzę żeby nie przeinwestował, bo mam jakieś dziwne wrażenie, że niewiele nam już dopłat i innych "preferencji" skapnie, bo to wszystko ledwie dyszy :/ A z "koncernowym rolnictwem" z drugiego końca świata to nie będzie jak konkurować :/ Czarnowidzę

    OdpowiedzUsuń
  3. Bez postępu w rolnictwie nie da rady, aby żyć z niego na dobrym poziomie. Wszystko się rozwija, więc czemu rolnicy mają kończyć na posiadaniu ciągnika? Po to wymyślono dopłaty, aby wykorzystywać je do modernizacji.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...