sobota, 25 stycznia 2014

Poranek pełen wrażeń...

Byłem przygotowany. Przed ułożeniem grzesznego cielska na wyrku, obok Lepszej Połowy i koćkodana, zaopatrzyłem się w solidny zapas drewna. W tej intencji, że popalę co najmniej do północy - i może żar do samiuśkiego rana przetrwa, osobliwe, gdybym znowu wstał wcześniej, jak wczoraj..?

Nic z tego! Zacząłem przysypiać przed pudłem, więc ostatkiem sił wyciągnąłem koćwektor spod stołu i włączyłem - i padłem ok. 22.30. Przed 1.00 w nocy koćkodan chciał żryć, to wrzuciłem jeszcze kilka szczapek do Herculesa i nawet zdążyłem zarejestrować, że się zapaliły - ale podrzucić więcej nie dałem rady...

W każdym razie, rano Hercules był jeszcze ciepły więc, choć wstałem normalnie, o 6.00, rozpalić udało mi się szybko. A dzięki włączonemu koćwektorowi, chatka się nie wyziębiła, to i wiele nie trzeba było pracować nad jej rozgrzaniem.

Tak więc wszystko szło mniej - więcej zgodnie z planem. Aż do godziny 7.30, kiedy to rozległ się łoskot na tyłach chatki... Oczywiście - było to Małe Złe, które wyłamało kolejny narożnik ogrodzenia i próbowało dobrać się do owsa.


Złapałem Małe Złe, zaprowadziłem z powrotem na Padok Zimowy, naprawiłem narożnik, sprawdziłem że kran wciąż zamarznięty - i wróciłem do chatki.

Jazda bez trzymanki zaczęła się pół godziny później. Co prawda kran rozmarzł posłusznie - ale okazało się, że... ktoś i nie będę wskazywał paluchem kto, ale podejrzane są tylko trzy, przykopał w plastikowe korytko na wodę. Które ma wielgachną dziurę w jednym z boków...

No cóż: nalałem, ile się dało (dziura na szczęście nie do samego dna). A wracając do chatki wpadłem na genialny pomysł, że może bym tak samochód rozgrzał przed wyjazdem na targ..?

Nasza dzielna Wendi odpaliła grzecznie, ale parę minut później, jak już byłem w chatce i sam się grzałem, usłyszałem, że kaszle... Oho! Paliwka nie było dość i woda w przewodach pozamarzała...

Męczyłem się dobre pół godziny, co i raz ją odpalając (już nie tak grzecznie jak za pierwszym razem) i piłując z pedałem gazu wciśniętym w podłogę, co by chociaż marne 1000 obrotów na minutę z niej wycisnąć (jak spadało niżej 400 - gasła...). W końcu dałem sobie spokój, bo akumulator robił się już słaby. Na szczęście - silnik zdołał do tego czasu osiągnąć temperaturę prawie-że-roboczą. Więc, kiedy kolejne pół godziny później wsiedliśmy wreszcie - ruszyła jak gdyby nigdy nic. Lód się roztopił. Trzeba mu tylko było dać trochę czasu.

Kolejne pół godziny dlatego, że jak wróciłem do chatki to się okazało, że... wody nie ma! Przekaźnik ciśnieniowy, mimo obornika na dachu hydroforni, którym tak się chwaliłem parę dni temu - znowu zamarzł.

Moja wina: za późno ten obornik tam położyłem. Jest zimno i sucho i żyjątka, które powinny w nim wytwarzać temperaturę dodatnią, nie kwapią się do pracy. Poza tym - po prostu się nie zbił w jakąś spójną masę. I kiedy odwalałem go widłami, żeby dostać się do środka - okazało się, że przemarzł do samego dna...

Ale w hydroforni, nie powiem, dość komfortowo: podłoże miękkie, żadnego lodu. Tylko ten przekaźnik się blokuje. W sumie - nie trzeba nawet wchodzić do środka, żeby go uruchomić (nie jest to takie proste, bo drabinka, którą ongiś tam założyłem, już dawno przegniła, trzeba ją wyjmować i wkładać - bardzo w tej roli nieporęczną - drabinę, po której normalnie wchodzimy na strych...). Starczy go wspomnianą drabinką, albo i jakim kijem trącić, a już zaskakuje.

Uruchomiłem przekaźnik, załączyła się pompa, nabiła wodę w hydroforze, zawaliłem wszystko z powrotem - i ruszyliśmy na targ. Najpierw, przezornie, dolewając trochę ropy na najbliższej stacji. Udało się nam po drodze NIE przejechać pary zajęcy (one teraz mają okres godowy i zachowują się, mimo tak nieromantycznych temperatur, w sposób skandaliczny i bezprzytomny - jak się okazuje, nie tylko kaczorowi w zimnej staje..!).

Pan na stacji twierdził, że jego znajomy, zamieszkały na uboczu, tak jak my, odnotował dziś rano -21 stopni.

Targu właściwie nie było. Nie wiem czy to dlatego, że byliśmy trochę spóźnieni, czy temperatura wystraszyła sprzedawców - ale plac był prawie pusty. Marchewki dla kobył kupić się nie udało, przez najbliższy tydzień będą miały na lunczyk owies - tak samo jak na śniadanie i na kolację.

Miałem kupić w celach naukowych miał węglowy (nie ja będę o tym opowiadał, więc nie pytajcie o co chodzi). I okazało się, że nic z tego, bo miał... zamarzł i panowie nie potrafią/nie chce im się go odkuwać z bryły..!

To już szczery absurd, bo przecież - kiedy jest potrzebny węgiel jak nie wtedy, kiedy zimno, nieprawdaż..?

Kupiliśmy w każdym razie nowe korytko plastikowe do pojenia kobył. 

Sprzątając spod wiaty, dołożyłem kolejne cztery taczki do warstwy izolującej hydrofornię. Pomoże - nie pomoże, więcej już nie ma sensu, bo ile ja to potem będę odwalał..?

Wybaczcie, nowych zdjęć nie ma. Było co prawda ślicznie, jeszcze całkiem niedawno - ale kobyły brudne, żadnych wstrząsających zjawisk przyrodniczych czy meteorologicznych też nie było (no może poza dorodnym, drapieżnym ptakiem, który przez pewien czas nad nami krążył - ale weź takiego fotografuj bez teleobiektywu, aha...), jak się to wszystko działo, to nie miałem głowy do dokumentowania, a potem - nie chciało mi się. Teraz już się nie da, bo niebo zasnuło się chmurami - na które zresztą patrzymy z utęsknieniem, bo ma z nich padać śnieg, a z nim razem - przyjść ocieplenie...

Więc tylko filmik z naszym zewnętrznym koćkodanem, sprzed paru dni:


Chyba odmroziłem podeszwy stóp. Nic groźnego, ale póki się nie rozchodzę - poruszam się dość groteskowo...

2 komentarze:

  1. E, nie jest tak źle! Myślałam, że z powodu nieszczelnych wnętrz, bimber Ci w chatce zamarzł :-P

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...