wtorek, 21 stycznia 2014

Kto żre jak świnka i dlaczego Hippovit nie jest ekstra..?

Oczywiście, że pierwotnie planowałem robić to całkiem inaczej. W ścianę wiaty miały być wbite haki, do których przywiązywane byłyby konie na czas karmienia - oraz uchwyty na przenośne żłoby.

Problem polegał na tym, że kiedy się tu wprowadziliśmy z piątką (wówczas) koni - wiata jeszcze nie miała ścian, w które dałoby się cokolwiek wbijać. Był sam dach na słupach, a i to - nie pokryty nawet papą.


Więc, nie mając innego wyjścia - podałem im pierwsze porcje (zresztą nawet nie owsa, bo też nie zdążyłem go kupić, tylko musli, którego worek kupiłem od Petry, zabierając od niej Melesugun i Osman Guli) w wiaderkach budowlanych, których kilka miałem w zapasie. Dokładnie miałem ich trzy - więc starsi państwo, czyli Dalia i Gluś, jeść musieli ze wspólnego korytka, też budowlanego:


Ponieważ rozwiązanie to okazało się całkowicie wystarczające, dałem sobie spokój z wszelkimi ulepszeniami.

Udawało mi się w ten sposób skutecznie karmić paszą treściwą jedenaście koni - i każdy z tych jedenastu koni zjadł swoje (wcale nie miały jednakowych porcji, bo pensjonatowe dostawały więcej...) nie niepokojąc pozostałych.

Trzy tekinki - to w ogóle prawie jak urlop w porównaniu do tamtych doświadczeń!

Trzeba tylko przestrzegać prostych zasad. Każdy koń dostaje swoje wiaderko w takiej kolejności, jakie miejsce zajmuje w hierarchii stada - od szefowej do ostatniego w szyku. Każdy musi dostać to samo i w tej samej ilości (to nie jest absolutnie konieczne, ale bardzo ułatwia sprawę). Potem trzeba tylko być w pobliżu, gdy pierwszy skończy (zwykle jest to Bubiszcze...) - i nie pozwolić mu przeszkadzać pozostałym. Jeśli dochodzi do burdy (co w tej chwili już się nie zdarza - nigdy) - po prostu zabieram wiaderka wszystkim, czy skończyli czy nie. Okazuje się, że mała porcja odpowiedzialności zbiorowej skutecznie hamuje najgorszego nawet warchoła...

W ten sposób każdy zje swoją porcję. NIE MA tu żadnej "rywalizacja", "braku kontroli", "eliminacji najsłabszych", czy temu podobnych cech, które niektórzy z Państwa, kierując się swoją teoretyczną wszechwiedzą, raczyli byli ongiś mi imputować.

No tyle, że niektórzy żrą jak świnki, rozsypując na boki bez pomiarkowania, za jedno - owies, marchewkę czy musli:


a inni - jedzą grzecznie i pożądnie, nie brudząc ani wiaderka, ani otoczenia.

Zdecydowanie przedkładam praktyczne doświadczenie nad teorię. Jeśli coś działa w praktyce - a teoria jest z tym sprzeczna - no cóż: tym gorzej dla teorii...

No i właśnie praktyczne doświadczenie dowodzi, że suplement witaminowy Hippovit Extra, na który zresztą skarżyłem się już wczoraj na angielskim blogu - zdecydowanie nie jest ekstra!

Być może ma dobroczynny wpływ na zdrowie i kondycję koni - tego nie sposób ocenić w tak krótkim czasie. Przede wszystkim jednak, aby mógł swój dobroczynny wpływ ujawnić, konie musiałyby go zjadać. A nie chcą.

Jedna tylko Melesugun dojada swoją porcję do końca, gdy jest ona wymieszana z Hippovitem. Marchewki co prawda Hippovitem nie posypuję - ale w wiaderkach zostały resztki nie dojedzonego owsa ze śniadania. I musiałem to wszystko oddać Melesugun do wylizania, żeby się nie zmarnowało. Bo dwie pozostałe po prostu sobie poszły, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie tym, co zostało na dnie:


Prawdopodobnie skutek byłby lepszy, gdybym mieszał ów Hippovit z paszą mokrą i lepką.

Tyle, że są tu dwa problemy:
- po pierwsze i najważniejsze - skoro Osman Guli i Margire zostawiają te kawałki marchewki, które się obtoczyły w Hippovicie, to nader wątpliwym jest, by chciały jeść cokolwiek, co pachnie tym suplementem,
- po drugie - byłoby mi bardzo trudno przygotowywać lepką i wilgotną paszę zimą, kiedy nawet kran pod wiatą dla koni działa tylko 4 - 5 razy na dobę, gdy go rozmrożę, kranu przy chatce nie rozmrażamy wcale - zatem, taką lepką i wilgotną paszę musiałbym przygotowywać w domu, tak..? Nie bardzo nam się taka propozycja podoba...

Wniosek jest taki, jaki zapodałem już wczoraj w języku obcym: kończymy ten Hippovit najszybciej jak się da - i przechodzimy na coś innego.

Spróbuję im na ostatni trymestr ciąży zapewnić jakiś chelat. Plus, być może suszoną lucernę (własną lucernę mamy tylko w sezonie - i mamy jej za mało, żeby suszyć). O ile uda mi się takową kupić w rozsądnej cenie (co nie jest takie proste, wstępne rozeznanie w necie wykazało, że owszem, można - ale od 24 ton w górę: 24 tony to nasza trójka jadłaby przez jakieś dwa lata - załatwiając sobie zresztą na amen nerki od nadmiaru białka, bo już nic innego jeść by nie mogły...).

Zawsze natomiast możemy wrócić do musli o wdzięcznej nazwie "Klacz", które nabywa się po prostu na targu w Warce, za 47 zeta worek 25-kilowy (starczał nam na 9 - 10 dni). Musli wszystkie trzy kobyły żarły z upodobaniem. Przeszliśmy na Hippovit ze względów oszczędnościowych (kilogramowy worek kosztuje tylko 9,90 i starcza na dwa tygodnie) - i okazało się to błędem.

Na razie - zwiększyłem po prostu porcję owsa: do czasu, aż wyjdzie cały ten Hippovit (toż wyrzucał nie będę - Melesugun to zje, a pozostałe przynajmniej troszeczkę, siłą rzeczy, też podziumdziają zawsze, nim zostawią resztę...).

Acha! Koleżanka Melesugun bez kantara bo raczyła była się obetrzeć. Prawdopodobnie w ten sposób, że intensywnie czochrała się łbem o ogrodzenie lub o lizawkę. Obtarła sobie futro do gołej skóry dokładnie na lewym ganaszu - tam, gdzie kantar go często dotyka. No i musiałem zdjąć.

Nie znalazłem żadnych zmian skórnych, czy pasożytów - pewnie po prostu było jej za gorąco w zimowym futrze (mrozek chwycił w końcu ledwo parę dni temu...).

6 komentarzy:

  1. Martwię się, co może się stać, jeśli okaże się, że Bubiszcze ma pamięć słonia i w pewnym momencie odtworzy sobie wszystkie upokorzenia, które musiał pokornie znosić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MusiałA. Bo to istota niewątpliwie płci żeńskiej.

      Ale właściwie - jakie znowu upokorzenia..? Że nie pozwalam jej obżerać młodszej koleżanki..? Trudno. Takie same upokorzenia zatem każde dziecko w przedszkolu jakoś znosi - i żyje.

      Usuń
  2. Jeszcze jedno, nie wiem dlaczego - w grę może wchodzić percepcja podprogowa :) - ale tamta pani skojarzyła mi się z wicepremierą Bieńkowską.
    W tym samym poście napisał Pan także o skandalu... a nie uważa Pan, że porównywalnym skandalem może być pisanie ciekawych notek gdzieś po kątach w internecie, zamiast na blogu głównym - achałtekińskim?
    Praktyka weryfikuje wszelkie założenia i teorie, prawda?
    "Jeżeli rozwiązanie jest całkowicie wystarczające, dałem sobie spokój z wszelkimi ulepszeniami." to są słowa Szanownego Pana - zatem nie tylko Herculesa, ale i tego się trzymajmy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Vox populi, vox Dei. A większość była raczej za tym, żebym rozdzielił tematy i tożsamości, tę bardziej dyaboliczną i pyskatą pokazując tylko zainteresowanym.

      Znaczy się - głosowania ani ankiety oczywiście nie robiłem, ale takie odniosłem wrażenie...

      No i już. Teraz trzeba się przyzwyczaić.

      Usuń
  3. Niestety takie metody karmienia u mnie nie zdawały egzaminu. Widocznie nie na wszystkie konie działają w podobny sposób ;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale co robiły - biły się, nie chciały jeść każdy swego, tylko próbowały najpierw zabierać kolegom..?

      Być może zabrakło Ci bezwzględności i konsekwencji.

      Nie mogę twierdzić, że mnie się udaje, bo tekinki są wybitnie inteligentne. Nauczyłem tego także tinkera, araba, kuca felińskiego i pewną liczbę półkrewek.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...