czwartek, 2 stycznia 2014

Kłopoty z wyobraźnią

Wcale nie przypadkiem "ludzie najbardziej lubią te filmy, które już znają".


Wyobraźnia to narzędzie walki o byt. Takie samo jak kły, pazury, czy umiejętność lizania dupy przełożonemu (potrzebna tak samo dziś, jak 1000 czy 100.000 lat temu...). Wyobraźnia potrzebna jest po to, aby móc przewidywać NA KRÓTKĄ METĘ. Do tego była ćwiczona!

Ten pie...ony tygrys szablozębny zajdzie mnie z prawej, czy z lewej..? Tamtym jeb...ym dzikusom zza rzeki przyjdzie do niemytych, zawszonych głów zaatakować nas już dziś, czy dopiero jutro rano..?

Zastosowanie wyobraźni do tego, aby przewidywać coś w horyzoncie czasowym dłuższym niż narzucany przez najbardziej palącą, najpilniejszą potrzebę, jaka akurat w tej chwili nas uwiera w tyłek praktycznie mija się z celem. Od 100.000 lat nieodmiennie bowiem - kończy się to popadnięciem albo w bełkot, albo w niełaskę współplemieńców. O czym bardziej szczegółowo pisałem w tekście otwierającym portal Agepo.


Podobnie jest z rysowaniem map terenów, na których nigdy się nie było i wybierać się za bardzo nie ma potrzeby. "Tam żyją lwy". Względnie inne istoty "odmienne": jednonodzy, słoniousi, czy temu podobne maszkary, stanowiące prostacki i mało dbający o funkcjonalność kolaż dobrze znanych, codziennych elementów.


Podobnie wreszcie jest z literaturą. Ta, która cieszy się naprawdę wielkim powodzeniem czytelników, nie próbuje bynajmniej opowiedzieć im niczego nowego. Portretuje ich samych. Najczęściej - takimi, jakimi CHCIELIBY być. A więc: piękniejszymi, silniejszymi, młodszymi, zdolnymi dłużej kopulować i więcej wypić niż naprawdę - ale też - nie przejawiającymi żadnych takich cech, które kogokolwiek zmuszałyby do krytycznego namysłu, wysilenia wyobraźni czy też, nie daj Panie Boże - sumienia. To jest "literatura popularna", zwana też "szmirą"... Ta z większymi ambicjami - wyciąga na wierzch lęki ukryte w podświadomość, zdarza jej się też poruszyć jakąś bolesną zadrę. Co zwykle sprawia zresztą, że dzieło takie przechodzi znany cykl, od bycia wyklinanym, przez czasowe zapomnienie, po wielki triumf, zwykle po śmierci autora (wględnie na takim etapie jego życia, że już mu nic po sławie i pieniądzach, gdy zdrowie i wiek nie pozwalają naprawdę skorzystać z uroków życia...).

Zjawiskiem największej rzadkości w literaturze jest próba dotknięcia NIEZNANEGO. Naprawdę nie ma znaczenia, w jakich kostiumach biegają bohaterowie i gdzie umiejscowiona jest akcja - zdecydowana większość opowieści o magicznych krainych czy zdobywcach kosmosu nie zawiera w sobie ani krzty nowości czy tajemnicy i równie dobrze mogłaby się toczyć na przeciętnym przedmieściu przeciętnego hamerykańskiego miasta.

Nieznanego, nienazwanego, niepojmowalnego próbował dotykać Platon - tworząc dzieła, które są tak samo literaturą, jak filozofią. Jego najlepszy, choć zbuntowany uczeń postanowił tajemnicę tego, co poza wyobraźnią zagadać, tworząc wielki filozoficzny system na tyle rozbudowany, by na spotkanie z nieznanym nie starczyło już czasu - i ta metoda okazała się nader płodna w filozofii, znajdując wielu naśladowców, przynajmniej do czasów Kierkegaarda czy Schopenhaurea. Tym sposobem jednak, filozofia oderwała się od literatury. Można bowiem "zagadywać na śmierć" tajemnicę bytu w ramach filozoficznego wykładu - ale nie da się tak zrobić w dziele literackim, bo któż je będzie czytał..?

W budzącej lęk grozie nieznanego, leżącego poza granicami wyobraźni świata zanurzać zwykł czytelników Dick - choćby w fenomealnej, mimo nader ubogich dekoracji powieści "Płyńce łzy moje, rzekł policjant", którą właśnie z przyjemnością skonsumowałem. Nieustającym ćwiczeniem z umiejętności zmierzenia się z nieznanym jest twórczość Lema - i pewnie stąd jej obecna niepopularność, bo tego się bez największego napięcia umysłu w ogóle czytać nie da. A młodzi ludzie coraz to leniwsi i coraz uboższą mają wyobraźnię - nieprawdaż..?


Poza wszystkim, jako że kostium jest naprawdę nieważny, dzieła wartościowe pod względem prób opisu "świata poza wyobraźnią" wcale niekoniecznie muszą lokować się w gatunku fantastyki - choć ta jest bez wątpienia o tyle predystynowaną do tej roli, że jej czytelnicy oczekują pewnej "dziwności". To co nowe zaś - zapewne zwykle jest "dziwne", czyż nie..?

Niestety, 90% dzieł "fantastycznych" przynosi tu wyłącznie rozczarowanie. Jak choćby cykl Thomasa Harlana, przedstawiający alternatywny, magiczny świat, w którym na początku VII wieku wciąż istnieje, spinane klątwą Oktawiana Augusta Zachodnie Imperium. Pomijając oczywiste niechlujstwo (ziemniaki i kukurydza w Europie przed odkryciem Ameryki - na Boga! Czy ci Amerykanie nie mogą choć tak podstawowych rzeczy pamiętać..?) i całą masę niekonsekwencji (pryncypat funkcjonuje jak za Augusta, a mimo to - administracja centralna przypomina raczej dioklecjańską...) - to nawet biorąc poprawkę na funkcjonowanie działającej magii i tak jako "historia alternatywna" jest to dzieło kompletnie pozbawione wyobraźni. Jest rzeczą absolutnie niemożliwą, aby świat tak różny od naszego, miał aż tak podobną historię...


Dlaczego więc w ogóle je czytałem..? No cóż: a kto powiedział, że codziennie muszę ćwiczyć wyobraźnię w najtrudniejszy możliwy sposób, konfrontując ją z nieznanym..? A..? Odrobina odpoczynku też się należy..! W "pudle" i tak lecą głównie te filmy, które już widziałem...

4 komentarze:

  1. O tempora, o mores! Za moich czasów panie Jacku, jak byłem piękny i młody... Haha... narzekanie jest odwieczne, taki sznyt któremu poddajemy się wszyscy prawie. Ja też! :) 95% procent literatury od upowszechnienia druku było dla kucharek i tak ma być. I tam trafiają się perły a sporo jest pozycji niezłych. Współczesne s-f lepsze do Dicka i Lema, zmuszające do skupienia, wysiłku intelektualnego i rozwijające wyobraźnię? Dukaj, oczywiście Jacek Dukaj ale i Ted Chiang a z nowości: Peanathema Neala Stevensona - proszę koniecznie sięgnąć po tę cegłę! Dukaj w "Czarnych Oceanach" wykontycypował sobie (nie wiem czy jest takie słowo, ja to od "antycypować" i "wykminić" biorę) "myślnię" jako nośnik przejawów świadomości - eter myśli i odczuć istot żywych. Stephenson polskiego nie zna, nie ma mowy żeby czytał "Inne Pieśni" a przecież "Peanathema" jest twórczym rozwinięciem "Innych Pieśni". Nauka + filozofia w formie tak doskonałej że oderwać się nie idzie. Niech się ten stary pryk i maruda Lem czochra ;) A Dick ćpał na potęgę i niektóre z jego książek to po prostu zapisy "bad tripów". Taki "Labirynt Śmierci" to książka wręcz paskudna, dołująca i okropna. Nie żebym mu ujmował, "Trzy stygmaty Palmera Eldricha" przeczytałem w wieku lat bodajze 13 i do tej pory uznaję za arcydzieło. Lem wielkim pisarzem był, oczywiście! Jednak świat się nie zatrzymał; są kontunuatorzy, często lepsi od dawnych mistrzów. Choć pewnie gdybym czytał/chłonął tylko pulpę to miałbym inne zdanie.

    Najlepszego w Nowym Roku!

    shape_shifter

    PS. A szweckie kryminały faktycznie są przewidywalne do zwymiotowania :) Wiem bo moja mama czyta więc czasem z braku laku sam sięgam :) J.H Chase, Chandler, Hammet, Ellison, Coben, Clancy, Follet - jest mnóstwo dobrych autorów kryminałów. Nie to co co te szweckie bubki którzy autocenzurują wyobraźnię podpierając się protezą polit-popu ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dukaj wydaje się być entuzjastą przyszłości. Mnie przyszłość przeraża - i stąd nie bardzo mogę się do niego przekonać. Choć "Lód" nawet kupiłem i przeczytałem z wielką przyjemnością.

      Usuń
    2. "Wydaje się" to dobre określenie; spróbuj przeczytać opowiadanie "Linia Oporu" ze zbioru "Król Bólu" (skoro bardzo cenisz sobie Lema to przypadnie ci do gustu także "Oko Potwora"); "Czarne Oceany" też nie były zbyt optymistyczne...

      Polecam też "Blindsight" Petera Wattsa (wydali to bodajże jako "Ślepowidzenie").

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...