środa, 15 stycznia 2014

Ciężarówki na gigancie

Około 18.20 ze stanu letargu przed pudłem (akurat "House" leciał - ale odcinek, który na pewno już wcześniej widziałem, więc mała strata...) wyrwał nas najpierw głośny trzask, a potem szybko oddalający się tętent kopyt.

Wdziałem na grzbiet kufajkę, założyłem walonki, porwałem podany mi przez Lepszą Połowę uwiąz i ściskając w ręku telefon, w którym szczęśliwie jest całkiem dorzeczna latarenka - pobiegłem najpierw kierując się słuchem, a potem - gdy doszedłem do piaszczystej drogi oddzielającej nas od nieużytków z "labiryntem dołów" - śladami. Na szczęście były bardzo wyraźne. Wkrótce mogłem nawet zgasić latarenkę. Na kurzą ślepotę nie cierpię i choć niebo było pochmurne, a wkrótce zaczęły spadać pierwsze krople deszczu (pada do tej pory równomiernie - i całkiem jest już teraz błotniście...), tak wyraźnego tropu i po ciemku nie mogłem przeoczyć.

Zbiegów znalazłem szybko. Dwa pola za sosenkami, które ktoś nasadził przy naszej północno - wschodniej granicy pasły się na jakimś rżysku.


Z łatwością przypiąłem na uwiąz Szefową. Postanowiłem jednak dla pewności schwytać jeszcze Bubiszcze. To już nie było takie łatwe: Bubiszcze nie miało najmniejszej ochoty współpracować. Ale - pomalutku, pomalutku, boczkiem, boczkiem - złapałem ją za kantar.

No i poszliśmy do domu. Melesugun na uwiązie, Osman Guli prowadzona za kantar i Małe Złe, czyli Margire jako ten wolny elektron biegający sobie (a jakże! Z barankami i podskokami...) wokół. Małe Złe po drodze wlazło na coś metalowego. Aż się nieprzyjemny trzask w tej nocnej ciszy, przerywanej tylko coraz gęstszym odgłosem padających kropli rozniósł.

No fajnie! - pomyślałem sobie - jak nic rozwaliła sobie nogę i będę jeszcze po nocy szył...

Ale nie - jak doszliśmy do światła, okazało się, że nic jej nie jest. Znakiem tego - złego Dyabli nie biorą..!

Co się stało..? Nie tak dawno mieliśmy kilka pod rząd ucieczek indywidulanych - Małego Złego oczywiście. Jeszcze wcześniej, z Wielkiego Padoku pod pastuchem uciekało... także Małe Złe, ewentualnie - w towarzystwie córki, czyli Najmniejszego Złego.

Coś tam sobie niejasno przypominam, że przy okazji zganiania chłopaków z Pierwszego Padoku puścił kiedyś drut i Bubiszcze przez chwilę pętało się poza wyznaczoną strefą zamkniętą - jeszcze latem.

Ale ucieczka zbiorowa..? To chyba ostatni raz jak się spóźniłem o całą godzinę ze śniadaniem, wracając na piechotę z Grójca - dobrze ponad rok temu!

Tym razem, wygląda na to, że puściły - zapewne poddane naciskowi podczas czochrania futra przez jedną z ciężarówek - sizale trzymające na miejscu belki tworzące jedną z dwóch frontowych bram Padoku Zimowego. Zrobiła się dziura, a skoro była dziura w ogrodzeniu, no to znudzone damy nie mogły przecież z takiej okazji nie skorzystać, nieprawdaż..?

To był bardzo krótki gigant. Dokładnie o 18.48 z powrotem pogrążyłem się w letargu...

1 komentarz:

  1. Hehe widzę, że łatanie ogrodzenia sznurkami jest praktykowane i w Boskiej Woli :D Recykling sznurków pełną gębą! Popieram gorąco.
    A moje kopytne na szczęście (odpukać) od jakiegoś czasu boją się pastucha. Bo kopie że plomby dzwonią. Mieliśmy kiedyś jakiegoś wspaniałego markowego pomelaca za kupę kasy, to giganty były non stop. I jak raz się zepsuł to tragedia i szybko kupiłam "coś" za grosze na alledrogo, żeby było na razie, zanim starego nie naprawimy. I to coś jak łupnęło szefową to od tamtego czasu nie podchodzą w ogóle do druta. A pomelaca zapomniałam do naprawy odstawić, a po prawdzie szkoda kasy mi było...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...