czwartek, 9 stycznia 2014

Anglofobia i gender, czyli - co słychać na forach..?

Znowu tak, jak przedwczoraj - nie chce mi się przepisywać własnych tekstów z forów, choć uważam, że mogą być dla Państwa ciekawe.

Jeśli ktoś z Państwa interesował się dalszym ciągiem tej dyskusji na moim ulubionym historycznym forum, do której uprzednio odsyłałem, to mógł sam zauważyć, że wątek "rolny" zanikł. Za to rozwinęła się dyskusja o polityce brytyjskiej, a kilku userów dało upust zoologicznej wprost anglofobii.

Już sama ta dyskusja jest off topem w tamtym wątku - a gdybym chciał tam dyskutować o fobiach, byłby to off top w off topie. Przy tym, anglofobia jest postawą promowaną przez jednego z najprominentniejszych historyków polskiej blogosfery - i, jaka taka, znajduje masę naśladowców.

Czy naprawdę muszę Państwu tłumaczyć, dlaczego uważam to za postawę irracjonalną..?

Wielka Brytania wprawdzie nie ma konstytucji w takiej formie, w jakiej występuje to w większości państw kontynentu europejskiego, ale ma, bez wątpienia prawo konstytucyjne - na które składają się zarówno ustawy, jak i precedensy nagromadzone w ciągu wieków. Nieco to utrudnia rozeznanie w sytuacji - ale bez sprawdzania całej tej biblioteki w ciemno twierdzę, że ŻADNE prawo nie zobowiązuje brytyjskiego rządu do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizował interesy polskie.

Możecie się zdziwić - ale takiego prawa nie zawiera też konstytucja amerykańska, francuska, niemiecka, czy rosyjska...

JEDYNYM na całym świecie rządem prawnie zobligowanym do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizować interesy polskie jest rząd... polski!

Jest typowym przejawem moralnego i mentalnego wygodnictwa twierdzić, że skoro rządowi polskiemu się to nie udaje - to winny jest ktoś obcy.

Ot - głupie Polaczki wszczęły miatież w 1830. Wszczęły i przegrały - co nie było trudne do przewidzenia, ZANIM w ogóle do ruchawki doszło.

Być może - rozstrzygających dowodów na to nie ma, ale poszlaki są - ktoś głupich Polaczków do tego miatieża podburzał. Może to byli Francuzi, może Prusacy, może Brytyjczycy. A może - każdy po trochu..? Nie wiadomo. Mogli to nawet zrobić Rosjanie - tacy, którym konstytucyjne Królestwo Polskie było solą w oku... Wszystko możliwe - wszak, na co już kiedyś w polemice zwróciłem uwagę samemu JKM, nieprawdą jest, jakoby polskie powstanie "uratowało Belgię" - albowiem kluczowe porozumienie, przesądzające o podziale Zjednoczonych Niderlandów, podpisano PRZED wybuchem powstania, a w każdym razie - na pewno zanim do Londynu, gdzie się odbywała poświęcona tej sprawie konferencja, wieść o zamieszkach w Warszawie miała szansę dotrzeć.

Oczywiście byłoby rzeczą bardzo ciekawą dowiedzieć się, jak to było naprawdę - i nie traćmy nadziei, że może kiedyś się to uda. Jak wiadomo rękopisy nie płoną - a jeśli ktoś Zaliwskiego podjudzał i pieniądze mu dawał, to przecież rękopiśmienne brał pokwitowania - i może jeszcze je ktoś kiedyś znajdzie..?

Nie rozumiem jednak zupełnie, dlaczego mamy mieć pretensje do jakiegoś ówczesnego Bonda, Jamesa Bonda, który ewentualnie wykonał swój job (i może jeszcze przy okazji wzbogacił genową mieszankę ludu nadwiślańskiego - przy braku antykoncepcji podówczas...) - a pretensji do głupków, którzy dali mu się wykorzystać i wszczęli bezsensowny miatież to już nie mamy..?


Albo - albo. Albo powstanie było "uzasadnionym patriotycznym zrywem umacniającym świadomość narodową" - i wtedy nawet, jeśli jakiś Bond, James Bond, coś miał z tym wspólnego, to Bóg z nim - nie można przecież mieć o to pretensji. Albo powstanie było głupotą, a w takim razie - winni są ci, co je wszczęli i ci, którzy mu przewodzili. Jeśli wszczęli i przewodzili na skutek podjudzania - to dlaczego ma ich to zwalniać z odpowiedzialności? Ktoś ich zahipnotyzował, własnej woli i zdrowego rozsądku pozbawił, nie wiem - psychotropy podał i tak podjudził..? No chyba nie..!

Mocarstwa w Teheranie oddały polskie Kresy Stalinowi. I znowu - pretensje mamy o to do mocarstw. A konkretnie do "anglosasów".

Znaczy się - naprawdę uważacie Państwo, że USA i Wielka Brytania miały, jeszcze prowadząc ciężką i wyczerpującą wojnę z Hitlerem, już szykować się do nowej, jeszcze cięższej i jeszcze bardziej wyczerpującej wojny ze Stalinem? Ryzykując że ci dwaj - jak to już wcześniej przecież było - dogadają się w tej sytuacji między sobą i będzie w ogóle paskudnie..?

Oczywiście - Wielka Brytania i Stany Zjednoczone MOGŁY poświęcić jeszcze kilkaset miliardów przedinflacyjnych dolarów i jeszcze kilka czy kilkanaście milionów zabitych (biorąc pod uwagę postępy Projektu Manhattan - niekoniecznie równo po obu stronach konfliktu rozłożonych...) i pójść na wojnę ze Stalinem, a nawet ze Stalinem, Hitlerem i Tojo jednocześnie - i wygrać.


Miały taką materialną możliwość. Nie skorzystały z niej.

Tak samo Francja i Wielka Brytania MOGŁY zaatakować Rosję i Prusy (a nawet Rosję, Prusy i Austrię jednocześnie...) w 1831 roku. Albo w 1863. Jak dowodzą wypadki, które miały miejsce dwadzieścia kilka lat później (lub kilka lat wcześniej) - taka wojna zapewne, za cenę jakiegoś miliarda czy dwóch miliardów funtów w złocie i może z pół miliona do miliona trupów - RACZEJ zakończyłaby się zwycięstwem Zachodu i restytucją Polski w granicach z 1772 roku lub lepszych.

Francja i Wielka Brytania miały materialną możliwość stoczenia i wygrania takiej wojny. Nie skorzystały z niej.

Ale na Boga! Mieć pretensje do obcych mocarstw o to, że nie chcą broczyć krwią i złotem w interesie Polski..? Ale na jakiej podstawie..? Prawnej..? A gdzie w konstytucji brytyjskiej czy francuskiej jest obowiązek pomagania Polakom..? Moralnej..? Znaczy się - uważacie, że Polaków rząd brytyjski, amerykański czy francuski powinien bardziej cenić niż własnych poddanych..?

Lepiej się zastanówcie nad sobą, jeśli istotnie takie macie poglądy, jak to wyżej opisałem...


Teraz sprawa "gender". Sądzę, że w przywołanej dyskusji z mojego ulubionego końskiego forum wyraziłem się jasno i niewiele trzeba dodawać.

Jedyna rzecz, którą chciałbym podkreślić dodatkowo - to zarzut, bardzo często zwłaszcza przez koleżankę blogerkę Kirę dawnymi czasy podnoszony, jakoby kultura powinna bronić się sama.

W kolejnych postach przywołanego wątku rozróżniłem dwie przyczyny obecnego kryzysu. Pierwsza jest niejako "naturalna" - albowiem rzeczywiście jest tak, że na skutek zmian od nikogo bodaj osobiście niezależnych, obiektywnych, kultury ludzkie poddawane są presji wyzwań wcześniej nie znanych.

Do tej pory, tj. gdzieś tak do połowy XVIII wieku - zmiany w układzie sił pomiędzy człowiekiem a naturą były na tyle powolne, iż kultura, odpowiadająca za ograniczenie ludzkich aspiracji i potrzeb do poziomu możliwego do zaspokojenia przez środowisko - nadążała, a nawet wyprzedzała rozwój techniki.

Od połowy XVIII wieku nasz stopień opanowania środowiska naturalnego rośnie w coraz szybszym tempie. I nie ma takiej kultury, która byłaby w stanie przetrwać to zjawisko nienaruszona!

Ludzie są bezbronni wobec dobrobytu i pomyślności. Kultury, które stworzyli, przez tysiące lat funkcjonowały w warunkach niedostatku i ciągłego zagrożenia. Niedostatek i zagrożenie były materialnym spoiwem wszystkich do tej pory istniejących kultur. Mało która z ludzkich kultur zawierała jakieś restrykcje chroniące jej nosicieli przed zadławieniem z nadmiaru zbyt łatwo pozyskanego bogactwa - bo takiego zagrożenia po prostu nie było.

To tak samo jak z obżeraniem się czekoladą. W dziejach naszego gatunku głód, niedojadanie, niedostatek pożywienia - zwłaszcza pożywienia słodkiego, które bardzo rzadko występuje w przyrodzie - to norma. Jeśli więc ludzie widzą jedzenie, to je zjadają. Opychając się, ile wlezie - bo przecież za chwilę tego jedzenia zabraknie i będą głodni. Tymczasem od ok. 100 lat  - jedzenia nie brakuje. I nie brakuje. I nie brakuje. A my się ciągle opychamy po dziurki w nosie czekoladą - tak, jakby to zrobili nasi paleolityczni przodkowie...


Problem ten być może rozwiąże dobór naturalny. Albowiem ludzie niezdolni do powstrzymania się od ciągłego obżartwa już za 2 - 3 pokolenia od teraz powinni po prostu wymrzeć (inna rzecz, że postępy chirurgii plastycznej znakomicie ten pożądany z punktu widzenia zdrowia gatunku proces opóźniają...).

Niestety - WSZYSTKICH kłopotów wynikłych z nadmiaru nazbyt łatwo pozyskanego bogactwa sama natura za nas nie rozwiąże. Choć - takie, skrajnie restrykcyjne kultury jak Amisze czy wahabici mają przed sobą niewątpliwie wielką przyszłość: zabraniając ludziom korzystania z większości dostępnych obecnie uroków życia - znakomicie ich bronią przed porażeniem nadmiarem.

Oprócz tego naturalnego, wynikłego z przyczyn obiektywnych i od naszej indywidualnej woli niezależnego kryzysu - jest jednak i drugi. Jest to kryzys powodowany zapoznaniem (fałszywym wyobrażeniem) prawdziwych przyczyn cierpienia trawiącego bardzo wielu ludzi.

Tak, jak pisałem na forum - ludziom wydaje się, że powodem ich cierpienia jest kultura, narzucająca im takie lub inne restrykcje: własność prywatną (oczywiście - cudzą własność prywatną: bo widział ktoś kiedyś, żeby kogoś o cierpienie przyprawiała własna własność..?), monogamię, określone role społeczne, itd, itp.

Tymczasem w rzeczywistości powodem tego cierpienia jest niedostatek restrykcji - ludzie cierpią, ponieważ ich kultura nie mówi im, co mają robić. A nie mówi im tego, bo sytuacja jest nowa i nie zdążyły się jeszcze wykształcić żadne kulturowe normy, który by zachowanie ludzi w tej nowej sytuacji regulowały.

Jest zresztą rzeczą niezmiernie wręcz charakterystyczną, że gdy przychodzi do praktycznej implementacji takiej lub innej utopii stworzonej pod hasłem "znoszenia kulturowych restrykcji" - to w rzeczwistości powstaje system bardziej restrykcyjny. Tak było z "realnym socjalizmem" - nieprawdaż..?

Ale tak było też i w hipisowskich komunach organizowanych w Ameryce pod hasłem wolnej miłości. Oglądałem kiedyś program telewizyjny, w którym byli członkowie takich komun wspominali swoje doświadczenia. Okazało się, że praktyczna realizacja "małżeństwa zbiorowego" wymaga tak drobiazgowych reguł i tak wiele rodzi napięć i kłopotów, że rozpad komuny i powrót do "mieszczańskiego społeczeństwa" dla większości z nich był doświadczeniem wyzwalającym...


Europejczycy i Europejki przechodzące na islam i wstępujące w szeregi najskrajniejszych, najbardziej restrykcyjnych sekt muzułmańskich szukają tam tego samego, czego szuka wierzchowiec u dobrego jeźdźca: pewnej ręki, braku wahania, bezpieczeństwa i zwolnienia z konieczności samodzielnego podejmowania decyzji...

Tak, czy inaczej - kultura się nam wali. Nie rozumiem i nie akceptuję postawy, wedle której - a niech się wali, zobaczymy, co z tego wyniknie! Gdy wali się zabytkowy budynek podpieramy go stemplami, wstrzykujemy beton pod fundamenty, ściany wzmacniamy najlepszą stalą.

Możemy postać i popatrzeć co wyniknie ze zderzenia tradycyjnych kultur z nowoczesną techniką. Ale dokładać do i tak już istniejących problemów jeszcze dodatkowe - podkopując i tak zachwiane kulturowe normy, znosząc i tak zbyt słabe i zbyt nieliczne restrykcje i ograniczenia - i to wszysto w imię ścigania utopii, poszukiwania niemożliwego, w imię działania o którym z góry wiemy, że jest błędne, bo oparte na fałszywych przesłankach..?

12 komentarzy:

  1. Owszem, rząd anglosaskie nie miały obowiązku bić się ze Stalinem o Polskę. Ale że przy okazji obrzydzały Polaków swoim społeczeństwom podłą propagandą, jak ukazał na przykład profesor Biskupski, to już skurwysyństwo czyste, scilicet - żadnym interesem nieumotywowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że rządy anglosaskie, rządząc państwami tzw. "demokratycznymi" - siłą rzeczy MUSIAŁY podjąć się pedagogicznego dzieła uświadomienia swoim wyborcom, kto jest przyjacielem (Wujek Joe...), a kto zasługuje na odrobinę... pedagogiki specjalnej (nie tylko ci okropni Polacy, ale też Chorwaci na ten przykład - do dziś, a przynajmniej do roku 2000, kiedy mogłem to obserwować "Chorwat" kojarzy się przeciętnemu norweskiemu uczonemu z "faszystą" - Kozacy czy biali Rosjanie...).

      Jest to skurwysyństwo, ale nie zgodzę się, że przypadkowe. To cecha systemu. Pozostająca w jaskrawej sprzeczności z jego teoretycznymi założeniami - o czym na innym miejscu już chyba kilka razy pisałem..?

      Usuń
  2. Szanowny Panie, mam nieodparte wrażenie, że uwielbia Pan nagą prawdę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy, pyta się Pan o historyczną...? ;)

      Dawno , dawno temu - w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku poznałem pewnego pana, który wrócił do Polski po wielu latach pobytu w Anglii. Ów pan był tam na tyle długo, że po powrocie pozostał mu odruchowy tik oglądania się za siebie i na boki, z którym jak mniemam po prostu nie radził sobie, bo nie sądzę, aby robił to specjalnie. Czy się zajmował w tej Anglii nie mam pojęcia :) lecz nie to jest istotne, a raczej to, co powiedział o polityce Anglików. O ile dobrze pamiętam użył wówczas sformułowania:
      " najbardziej wredny naród".

      Usuń
  3. Memy i kultury też prawdopodobnie podlegają doborowi naturalnemu – przetrwają najlepiej przygotowani. Ze względu na szybkość zmian w otoczeniu prawdopodobnie obecnie lepszym modelem do opisu co się dzieje z kulturami jest teoria katastrof. Do XVIII wieku prawdopodobnie bardziej nadawał się model dryfu genetycznego (w Starym Świecie).
    Osobistym wyborem jest czy broni się status quo, czy z nim walczy... Często przywoływana przez Pana religia chrześcijańska wykazuje w tym względzie sporą niekonsekwencję – propaguje obie postawy.
    Navigare necesse est, vivere non est necesse – popisując się powierzchowną znajomością kanonu naszej kultury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Primum non nocere - jak już mamy się tak przerzucać. A dawna UPR nawet miała w statucie, że "nie wolno podejmować środków, które doraźnie pogarszają sytuację nawet, jeśli mogłoby to służyć poprawie w dalszej sytuacji".

      Inna sprawa, że i cóż z tego akurat, cóż z tego..?

      Usuń
    2. "w dalszej przyszłości" oczywiście. Chyba muszę sobie zrobić drugą kawę...

      Usuń
  4. Kultura się nie obroni. Kultura zawsze ulega dziczy, która nie ma ograniczeń... kulturowych/moralnych.
    Atakująca dzicz zaś nie walczy o nic innego, jak o zapchanie żołądków, tu i teraz, i po brzegi. Kluczowa więc jest chęć=chciwość, która bez żadnych hamulców niszczy kulturę.
    Nie ważne jest więc, skąd pochodzi niszcząca szarańcza. Akurat w ostatnich latach niszczy nas nasza własna, na tej ziemi wyrosła. Po nich choćby potop.
    Po budzących wątpliwości j.w. zrywach powstańczych, gdy car ogołocił szlachtę, a co za tym idzie Polskę z majątków, zubożała część obywateli nie rzuciła się z chciwością na odrabianie własnych/prywatnych majątków, lecz znakomita większość zaangażowała się w uświadamianie społeczeństwa, nauczanie, pracę dla likwidacji biedy i podnoszenie ogólnego morale narodu, co w dalszej perspektywie przybliżało powtórne zaistnienie państwa dla narodu spojonego ideą wyższą niż napchanie badziucha "tu i teraz". Bądźmy szczerzy: dziś liczy się wyłącznie "tu i teraz", a kultura, moralność i wyższe cele są dla naiwnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtórzę, co ostatnio pod jakimś innym komentarzem odpowiadałem: nikt nie ma OBOWIĄZKU wykazywania się heroizmem i altruizmem. Nawet Kościół nie żąda wcale od swoich wiernych, by zostawali męczennikami - jest to dobrowolny wybór i nikt nie ma pretensji do tych, którzy męczeństwa unikają.

      Problem polega na tym, że w czasach, gdy kultura miała więcej czasu na dostosowanie się do zmian w świecie - udawało się nawet te najbardziej niszczycielskie z ludzkich instynktów wprząc w rydwan cywilizacji. Obecnie jest to niemożliwe, bo insynkt zniszczenia dostaje nowe środki realizacji najbardziej chorych żądzy, nim w ogóle zdążą się uaktywnić jakieś (ewolucyjne lub inne, tego nie wiemy...) mechanizmy ograniczające...

      Usuń
    2. Oczywiście, że nie ma obowiązku zostawać męczennikiem, ani wykazywać heroizmu. Nie wolno nam jednak niszczyć wszystkiego dokoła w imię zapchania własnego brzucha i zaspokojenia żądz. Tylko to pierwsze oddziela nas od zostania "zgrają rozproszonych bydląt", szarańczą. Taki sposób bycia zabija w nas najbardziej podstawowe instynkty: przetrwania - bo sami stajemy się bezbronni niszcząc struktury społeczne i mechanizmy obrony, i zachowania gatunku - pozostawiając potomnym pogorzelisko.

      Usuń
  5. "czego szuka wierzchowiec u dobrego jeźdźca: pewnej ręki, braku wahania, bezpieczeństwa i zwolnienia z konieczności samodzielnego podejmowania decyzji"
    tyle, że normalni biali ludzie to nie jakieś cholerne wierzchowce i u człowieka to sie nazywa natura niewolnika ale lata komunizmu w EUropie, czerwonego, brunatnego a ostatecznie tęczowego, zrobiły swoje, zresztą gender czy zalewanie europy arabskim szambem i wszysto co kjarzy sie ze wsplczesna poltyka jawnie skieowane jest przeciw całemu pięknu białej rasy (merkel sie do tego piekna akurat nie zalicza) bo w koncu o ile ideą lewactwa (nie ideowej lewicy o której mówi precz z komuną) jest wszystko burzyć wszystko co prawe i piękne ale od czasów jakobińskich zawsze były rózne sorosy, kenijsko-muzułmańskie obamo-care'y itp NWO-masonskie marionetki które wytrzebia elity przez motłoch a potem ten motłoch przez multikultiralizm zawsze opierając sie na starej zasadzie że tych gorszych sie idealizuje ale przewrotnośc to głowna broń narodu wybranego (przez diabła) w arabii saudjskiej, która zmiast przygarniac to niepotrzebne jej bydlo zwane uchodcami buduje im w europie meczety i finansuje terroryzm, grozi kara smierci za modlitwe (nie muzulmanskie wycie tylko normalna modlitwe do normalnego boga) we wlasnym domu jesli ktos zrobi donos a oczym przekonał sie juz niejeden cudzoziemiec a przeciez tyle osób powie że to tacy mili ludzie a islam to taka sama "religia" jak chrzescijanstwo a nawet mimo pierwszego przykazania taka bardziej uduchowiona bo egzotyczna.. głupota ludzka okazuje sie jak zawsze być czyms gorszym niż okrucieństwo

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...