piątek, 26 grudnia 2014

Spadło...

w nocy białe gówno:


Technicznie rzecz biorąc to nie jest żaden "pierwszy śnieg" tej zimy, bo już coś tam padało i wcześniej. Tyle, że wtedy był to drobny pył, który długo się nie utrzymał i o którym dawno zapomnieliśmy. Ten, nawet jeśli nie utrzyma się wiele dłużej, to przynajmniej zapadnie w pamięć. Ciężkie, mokre, wielkie płaty, oblepiając wszystko na co spadły, stworzyły jedną w swoim rodzaju minimalistyczną kolorystycznie dekorację:





Zdjęcia byłyby lepsze, gdyby było słońce. Tymczasem to niemożliwe, bo wciąż pada, co nawet widać na kolejnym:


Kobyły oczywiście przyszły się połasić jak tylko zobaczyły, że idę na pastwisko:



Jedna Szefowa zachowała przyzwoitość i udawała, że coś skubie spod śniegu:


Wydawałoby się, że jedyne co nam w tych okolicznościach przyrody pozostaje to palić w Herculesie i leżeć brzuchami do góry z książką, netem lub telewizorem:


Ale nie ma tak lekko, Drogie Mieszczuchy, o nie! Gówno spod wiaty samo się nie wywiezie - a odpuszczenie sobie jednego dnia sprawia, że następnego zadanie to, z przyjemnego ćwiczenia w swoistej medytacji staje się katorgą. Poza tym, umówiłem się z Radkiem, druhem moim serdecznym, że wpadnę dziś do niego po słomę. Tym bardziej zatem, sprzątnąć trzeba porządnie, żeby potem nareszcie w pełni po zimowemu pod wiatą pościelić.

Ale nie ukrywam. Głównie to będziemy dziś leżeć brzuchami do góry. Jak na Dzień Święty przystało...

Czego i Państwu życzę!

Jutro przywozimy z powrotem z miejsca czasowego wygnania Najmniejsze Złe. Najmniejsze Złe, przedarłszy się drugiego dnia swego pobytu do kolegów płci przeciwnej zdołało w miejscu czasowego wygnania narobić niezłego rabanu i okuleć. Ale, podobno, już wszystko z nią w porządku i możemy ją zabierać z powrotem do domu.

środa, 24 grudnia 2014

Święto Immanencji albo komitet kolejkowy i co z tą konserwacją żywności..?

Święto Immanencji do najłatwiejszych nie należy. Właśnie dlatego, że immanencja, jaka jest, każdy na ogół widzi (immanencja, wyjaśniam nie zorientowanym, to wszystko, czego możemy doświadczyć jako rzeczy WEWNĘTRZNEJ: przeżycia, wrażenia, idei, wspomnienia, doświadczenia, itd.) - i, doprawdy, mało kto ma w tej materii same tylko pozytywy na koncie! A tu, skoro byt transcendenty stał się bytem immenentnym (co samo w sobie jest, jak się temu bliżej przyjrzeć, zjawiskiem zgoła skandalicznym! Na szczęście upływ ponad 2000 lat od tego wydarzenia - niezależnie od błędów w jego datowaniu - pozwala otoczyć ten skandal całkiem nieprzejrzystą mgłą mistycznej nierzeczywistości, odrobinę przywracając właściwe, z punktu widzenia zdrowego rozsądku, granice między rzeczami ziemskimi, a rzeczami niebieskimi...) - wypadałoby poczuć się wznioślej. Wypadałoby, w obrębie sobie właściwej immanencji, w tym przypadku, na ogół - trawienno - prezentowo - rozrodczej, coś z owej transcendencji poczuć.

Rozrodczej, bo to przecież Dzień Powrotu Słońca, od tej pory dni będą się wydłużały i cała masa zwierząt po polach i lasach, wolę Bożą czując z tego powodu - oddaje się rui. A Litwini na ten przykład, śpiewają o dziewięciorogim, słonecznym jeleniu:


My co prawda o takich seksualnych symbolach zapomnieliśmy, ale to wcale nie znaczy, że lepsi z nas chrześcijanie. Choćby to przecież, że najbardziej uroczystym posiłkiem całego cyklu świątecznego jest przedświąteczna (technicznie rzecz biorąc...) kolacja, a nie świąteczne śniadanie (jak u lepiej schrystianizowanych Europejczyków z Zachodu - o czym mogą Państwa poinformować chociażby liczni teraz emigranci na Wyspach Mglistych...) - to przecież jawne nawiązanie do dawnego święta zmarłych, w najdłuższą noc roku obchodzonego przez naszych w skóry odzianych i po lasach biegających przodków...

Rzeczona kolacja wymaga karpia. Ryby smacznej, mało ościstej - i, z przyczyn dla nas przynajmniej niepojętych - kompletnie niemal niedostępnej w normalnej ofercie handlowej poza trzecią dekadą grudnia.

Pierwszego karpia w tym roku nabyłem w radomskim Auchan już ponad tydzień temu, kiedy to przyjechałem do pracy samochodem (pozwalam sobie na taki luksus na ogół nie częściej niż raz w tygodniu - za drogo to wychodzi w porównaniu z pociągiem - na ogół wtedy, gdy z góry jestem w stanie przewidzieć, że na powrotny pociąg nie zdążę bo, na ten przykład, jadę w delegację do stolycy: tak właśnie było w ubiegłotygodniowy wtorek bodaj...) i po pracy zrobiłem drobne sprawunki.

Którego to karpia oczywiście zjedliśmy z należną smacznej rybie atencją natychmiast, następnego dnia.

Na Wigilię wypadałoby kupić drugiego. Specjalnie w tym celu pojechaliśmy wczoraj wieczorem do Warki. I w Pierdonce i w Lewiatanie - po karpiach już tylko wątłe ślady. W Pierdonce została cena, w Lewiatanie - pusty zbiornik.

Co było zrobić? Ryzykując, że nie wrócę, albo i nie dojadę (coś skrzypi coraz potworniej pod maską...) - pojechałem do Radomia samochodem. W tej intencji, że po pracy (a, zgodnie ze zwyczajem, puszczono nas dzisiaj kilka godzin wcześniej - co tym bardziej wymagało własnego transportu, bo Koleje Mazowieckie około południa na tej trasie po prostu nie jeżdżą...), gdzie jak gdzie, ale w Radomiu karpia nabyć zdołam na pewno.

Nie zdołałem. Pan z działu rybnego w Auchan wręcz roześmiał mi się w twarz, gdy go o karpia nagabnąłem (czy nagabłem..? nieważne...).

Była za to wciąż bardzo przeceniona cielęcina - przyda się na jutro...

Cielęcina i puszka dla koćkodanów i żadnego karpia.

Co robić? Miałem do wyboru dwie możliwości. Możliwość pierwsza: postąpić jak typowy facet, czyli jak zwykle bym postąpił, czyli podejść do rzeczy zadaniowo i po prostu jeździć od supermarketu do supermarketu aż się wszystkie pozamykają, albo - aż w którymś jakiegoś zapomnianego, ostatniego karpia znajdę.

Możliwość druga: skoro mam cielęcinę i puszkę dla koćkodanów - pojechać do domu. Niech tam! Po świętach może będą karpie w przecenie..?

Posłuchałem kobiecej strony mojej natury (która, jak Państwo widzicie, coraz częściej dochodzi do głosu w ostatnim czasie - a niektórzy twierdzą, że jestem niedojrzałym, nieodpowiedzialnym samcem..?) i pojechałem do domu. Tuż za Radomiem (zakorkowanym jak nie Radom zgoła! Tym gorzej, gdybym jednak wybrał szamotanie się po sklepach...) przypominając sobie, że po drodze jest wieś ozdobiona aż dwoma sporymi transparentami z napisem "żywe ryby".

Bingo! Wprawdzie zostały tylko ostatnie sztuki, najmniejsze (za to najbardziej żywotne...) - no i pan sprzedawca nie chciał mi tych dwóch maleństw utłuc na miejscu mówiąc, cytuję: swojej ryby żal, karmi się to i jak tak utłuc..? - ale już przy ich rozpakowywaniu Lepsza Połowa stwierdziła, że lepszych karpi nigdy nie widziała. Pachniały przyjemnie, nie żadnym tam szlamem, tylko po prostu - zdrową, wiejską rybą. E-ko-lo-gi-czną. Jak by się kto pytał.


Rzeczywiście: przyznaję, że trudno wręcz porównywać te karpie z tamtym sprzed tygodnia. Kruchutkie wyszły. Mięciutkie. Delikatniutkie. Świeżutkie. No - palce lizać! Obżarliśmy się jak tubylcy złapanym hipopotamem. Po dziurki w nosach. Zgodnie z tradycją i wymogami Święta Immanencji.

Lepsza Połowa odgraża się, że następnym razem pójdzie na całość i zrobi karpia w szarym sosie. Który to szary sos jest, tak na marginesie, powodem dla którego karpie kupuje się, wedle tradycji, żywe. Przez wzgląd na Państwa wydelikacenie wielkomiejskie, nie będę pisał dlaczego...

I tu przychodzimy do tak niezwykle niektórych z Państwa fascynującego zagadnienia konserwacji żywności. Otóż - konserwacja żywności jest zadaniem trudnym i niewdzięcznym. Dlatego właśnie były kiedyś przy dworach i co zamożniejszych chałupach własne stawy, żeby żywności NIE konserwować. Żeby można było po prostu wziąć sieć, czy zgoła wędkę - i świeżą, smaczną rybkę złowić, a potem zjeść niemieszkając. Ot co!

Natomiast i fakt, że poza trzecią dekadą grudnia karpi się w Polsce nie dostanie w normalnym sklepie, jak i wszystkie moje (i chyba nie tylko moje: te korki w Radomiu to skąd się wzięły - jak nie z rozpaczliwego miotania się paru pewnie setek facetów, próbujących wykonać to samo dokładnie zadanie - zdobyć karpia!) wczorajsze i dzisiejsze przygody, to jeszcze jeden kamyczek do ogródka fanatycznych wielbicieli mitycznego "wolnego rynku". Popyt jest, a podaż..? Fiuuuu.... i tyle by było na temat podaży. Tylko komitet kolejkowy zakładać..!

środa, 10 grudnia 2014

Szron

Tym razem to nie ja. Cały Boży dzień grzecznie siedziałem za biurkiem. A z tego wspaniałego widowiska, które zafundowała nam wieczorna mgła połączona z mrozem - miałem tyle, że dwa razy skrobałem szybę Wendi: najpierw rano, przed wyjazdem na stację, a potem po (spóźnionym - w Dobieszynie czekaliśmy aż przyjedzie pociąg z Warszawy...) przyjeździe, gdy do niej wsiadałem na stacji.

Ale zdjęcia są. Jakże by ich mogło nie być? Skoro nasz świat tak niebepiecznie i nieodwołalnie urodziwy jest..?














wtorek, 9 grudnia 2014

Ostatnie promienie słońca...

Niespotykanym zbiegiem okoliczności (załapałem się na pociąg, który się SPÓŹNIŁ, dzięki czemu dojechałem na miejsce prawie dwie godziny wcześniej, niż dojechałbym, gdybym musiał czekać na ten, na który zdążyć powinienem...) wróciłem z delegacji do stolycy na tyle wcześnie, żeby zdążyć na ostatnie promienie zachodzącego słońca - co wykorzystałem, biegnąc na padok z aparatem ledwo co zastąpiwszy wyjściowe trzewiki gumiakami i zamieniwszy marynarkę na kufajkę:




Margire i jej jabłkowite zimowe futro (zresztą brudne, jak widać: za ciepło im dzisiaj było w tych szubach i, jak mi raportuje Lepsza Połowa, tarzały się wszystkie jak pijane norki...). Musimy jej i jej córe ponownie pobrać krew, jak się właśnie przed chwilą dowiedziałem - bo poznańskie laboratorium po zbadaniu pierwszej próbki, jak na razie... wyklucza, by Mahru mogła być córką Margire! Co jest oczywistym nonsensem przecież...




Chociaż, jak bym nie wiedział kogo mała wciąż jeszcze doi z mleka (ale już niedługo, już niedługo...), a widział tylko tę scenę poufałości z Ciotką Melesugun - też miałbym wątpliwości...



Futrzątko najpewniej trafi w łykend na dwa tygodnie do izolatki, to jest do nieodległej stajenki. Muszę się jeszcze tylko umówić z M. na ładowanie...


Osman Guli z wyrazem pyska pt. "będzie buba" - któremu zawdzięcza swoją ksywkę...


i jej jabłkowite (oraz brudne...) zimowe futro...


Oczywiście stado poszło za mną do bramy - bo też i zbliżała się pora przejścia pod wiatę (na noc teraz przestawiamy je na Pierwszy Padok, żeby miały stały dostęp do wiaty i siana pod wiatą - z czego jednak korzystają w praktyce nader rzadko...).


Mijając się po drodze ze zdążającą w przeciwnym kierunku Krystyną.

Na naszej piaszczystej drodze odkryłem świeży trop sarny:


Chmara z pięciu sztuk złożona trzyma się ostatnio okolic naszej chatki.

A skoro o okolicach naszej chatki mowa:


To oczywiście co ma mnie powstrzymać przed pochwaleniem się nowym nabytkiem..? Nowy nabytek na razie wygląda tak - nie czułem się w łykend aż tak kwitnąco, żeby przy nim majstrować (czego, jak pamiętamy, nie kocham...):



Za to (obok innych czynności - hmmm... gospodarskich..?) położyłem nową papę na dachu wiaty na drewno za chatką:


środa, 3 grudnia 2014

Półmózg

Vertigo z którego wstępnych objawów relację zdałem już w niedzielę teraz dopiero mnie opuściło. Po trzech dobach!

W poniedziałek rano tak byłem słaby, że z pracy dałem się zawieźć do szpitala. Gdzie wykonano mi podstawową morfologię krwi (jestem zdrowy...) oraz tomografię głowy. Tomografia wyszła czysta - ale pan doktor coś napomknął o wrodzonej nieprawidłowości budowy mózgu. Z tym, że na czym dokładnie owa nieprawidłowość polega, tego nie wiem. Nawet, jeśli coś mi o tym nabazgrał na wypisce, którą dostałem, to ja tam widzę tylko jakieś szlaczki - i to wcale nie dlatego, że wciąż jestem słaby, a przez trzy doby trudno mi było zogniskować wzrok na dłużej niż kilkanaście sekund...

Założyłem, z ostrożności procesowej, że najwyraźniej jestem genetycznym kretynem. Przynajmniej jak chodzi o budowę rzeczonego mózgu. Specjalnie mnie to nie martwi. Nie od dziś wiemy dobrze, że znaczenie górnego mózgu u osobników płci męskiej jest powszechnie przeceniane...

Po kroplówce było mi wyraźnie lepiej, choć wirowało z mniejszym lub większym natężeniem cały czas. Aż po trzech dniach przeszło. Tak nagle, że nie od razu się zorientowałem, że to już...


Od powrotu z Chicago wciąż jestem przeziębiony - z mniejszym lub większym natężeniem. Do tego doszło mnóstwo pracy w pracy (a odwykło się przez minione sześć lat, odwykło...) i drugie mnóstwo zajęć pozalekcyjnych w rodzaju wypadów po ciągnik czy po jałówki - i się organizm zbuntował. Nic poważnego!

Szczerze powiedziawszy piszę to wyznanie (popłaciwszy pierwej przez internet rachunki, na co od piątku albo nie było czasu, albo sił), powodowany czystą, niczym nie skażoną radością życia - ha ha! Hejże hola! Hop siup! W głowie mi się nie kręci!

Stroskanej załodze która przysłała do mnie najsympatyczniejszą z koleżanek z apelem do mojego poczucia odpowiedzialności za ich zdrowie, żebym udał się do lekarza odpowiadam zaś, że tak samo jak połowy mózgu, tak i żadnego "poczucia odpowiedzialności" u siebie nie stwierdzam.

I dobrze mi z tym!

"Poczucie odpowiedzialności" to była cecha po której można mnie było osądzać 20 lat temu. Kiedy - teoretycznie - jakaś kobieta mogła była w moich oczach dostrzec swoje jeszcze nie spłodzone dzieci. Ale ten etap mojego życia NIEODWOŁALNIE przeminął. Nic gorszego niż własna śmierć nie może mnie spotkać. Ta zaś spotka mnie nieuchronnie - nie dziś, to jutro, nie jutro to za kilka lat. To czym się niby mam przejmować..?

Lepsza Połowa też niezdrowa, ale też już jej przechodzi - co poznaję po tym, że choć wciąż słaba, zaczyna się robić złośliwa. Strach pomyśleć co będzie, jak całkiem wyzdrowieje... Hmm..? Wybiorę się w łykend po jakieś jałówki dla kolejnego sąsiada i znowu zniknę z domu na cały dzień..?

Wracając zaś do zeszłego łykendu i naszego fiata315.

Dlaczego fiat? Do wyboru był jeszcze hanomag - ten śliczniejszy, niebieściutki - jeszcze bardziej nietypowy.

Ze względów budżetowych. "Trzydziestka" z podobnym osprzętem jak fiat315 i w podobnym, albo i gorszym stanie kosztowałaby najmarniej dwa razy tyle.

Z prostej przyczyny: "Trzydziestkę" naprawi i to z zamkniętymi oczami, w śpiączce, w stanie śmiertelnego upojenia alkoholowego - każden jeden wiejski mechanik i 99% chłopów w wieku powyżej 40 lat. Używając wyłącznie majsla, młotka i ewentualnie kilku kluczy.

"Trzydziestka", czyli Ursus C-330 jest zaś tak naprawdę niezastąpiona i to wcale nie tylko w gospodarstwach karłowatych, małorolnych i moralnie wstecznych. To ostatni dostępny na naszym rynku ciągnik, który nie ma żadnych innych układów jak czysto mechaniczne: żadnej pneumatyki, hydrauliki - nic, co by się mogło zepsuć (o ile pamięta się o spuszczaniu wody z chłodnicy i bloku przed mrozami i od czasu do czasu dolewa oleju...). Kiedy więc cuda techniki po pół miliona zeta (kupione wyłącznie dzięki programowi "modernizacji gospodarstw rolnych"...) sztuka stają w pół skiby i można się tylko modlić o rychły przyjazd autoryzowanego serwisu - poczciwe "Trzydziestki" dalej robią swoje. I będą robić jeszcze bardzo długo...

No a my, nie mając środków na "Trzydziestkę", ani nawet na mniej się ceniącą, choć nowszą "Sześćdziesiątkę" (ta mniej się ceni, bo już bardziej skomplikowana...) - skazani byliśmy od początku na jakiś ciągnik nietypowy. Jasnym jest, że jeszcze to odcierpimy. Pewnie już niedługo - gdy poczuję się na tyle silny, żeby wziąć się za próbę uruchomienia sprzęta (po prawdzie to, dopóki nie dokupię lada jakiej przyczepy, może on mi służyć głównie do ewentualnego odśnieżania - ale i z tego powodu warto go przed większymi śniegami spróbować odpalić...).

W sobotę..?

niedziela, 30 listopada 2014

Zawrót głowy...

Jak się zapewne Państwo domyślacie, układałem sobie dzisiejszy tekst w głowie od tygodnia i miałem go już dobrze wycyzelowany. Zaczynać się miał był od enigmatycznego zdania: Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś jeździć fiatem...


Miał był, ale się nie zaczyna, bo zdarzyło się to, nad czym skądinąd też od tygodnia medytowałem. Nasz śliczny Fiat315 wjechał na lawetę (z tą lawetą to zresztą dłuższa historia i ta Państwa nie minie...) - ale zjechać z niej w Boskiej Woli już nie zdołał, Pan Sołtys musiał nas zholować. Ergo: nie mogę z sensem pisać, że jeżdżę fiatem - bo co najwyżej jestem nim holowany!


Nic wielkiego się nie stało (jak sądzę...) - ale po kolei.

Zacząć należy od tego, że mamy w Polsce jakąś szaloną wręcz koniunkturę. "Czarny piątek" czy inne takie!

Skąd taki wniosek..? Ano stąd, że prawie nie sposób wypożyczyć lawety. Wszystkie "są w Niemczech". Dopiero w Radomiu, więc niezupełnie po drodze (nasz wspaniały fiat mieszkał wcześniej tuż pod Czarnolasem, w majątku pana Jana Kochanowskiego, służąc głównie obsłudze czterech sympatycznych małopolaków), znalazłem wypożyczalnię, która lawetę miała.

Lawetę miała, ale już np. pasy do mocowania ładunku - nooo... panie dzieju... takie sobie...

W efekcie musiałem się wznieść na wyżyny całej mojej sztuki, z której jestem zresztą nieodmiennie dumny, żeby dojechać i ciągnika po drodze nie zgubić. Co też i zajęło odpowiednio dużo czasu.

Potem nie zdołałem go zapalić. Bateria padła. Muszę wymienić oba akumulatory i kupić prostownik, co zresztą dawno temu trzeba było zrobić.

Jak już stanął przed chatką (pamiętałem, żeby spuścić płyn z bloku i chłodnicy...), odwiozłem lawetę z powrotem do Radomia i wróciłem - to był późny wieczór i mnie się ciemno przed oczami robiło. Tudzież tytułowe zawroty głowy (które zresztą od kilku tygodni prześladują mnie raz po raz...) nie pozwoliły na żadne zdawanie pisemnej relacji tak od razu...

A dzisiaj wstałem godzinę wcześniej, żeby przywieźć sąsiadowi dwie duńskie jałówki aż zza Łomży, gdzie ma siedzibę ich importer. Na szczęście to akurat była wycieczka prosta, miła i szybka - ale i tak zawroty głowy mnie nie minęły.

W sumie, jak do tej pory przejechałem w ten łykend ok. 700 kilometrów, w 90% z ciężkimi ładunkami - i spaliłem 80 litrów ropy. Nieźle jak na 24-letniego diesla, nieprawdaż..?

W drodze powrotnej z jałówkami pojawiły się jakieś dziwne szmery i trzaski gdzieś pod maską Wendi. Przy zwiększaniu obrotów. Jakby się pasek klinowy o coś tarł albo łożysko zacierało.

Następny przystanek zatem: warsztat pana Tomka w sąsiedniej wsi...

niedziela, 23 listopada 2014

Kobieca strona mojej natury...

Kupiłem dzisiaj ciągnik.

Jaki?

Czerwony...


Nie nie, to nie jest fragment występu kabaretowego..!

Mimo wszystko, sądzę, że postąpiłem racjonalnie...

Nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymałem się bowiem od kupienia w to miejsce tego niebieskiego cacuszka:


Cudo, prawda..? Z 1961 roku! I wciąż jest do kupienia, do czego serdecznie Państwa namawiam: takie maszyny się nie starzeją... Kobieca strona mojej natury wyła wręcz z bólu, gdy ją przekonywałem, że brak podnośnika z tyłu i ładowacza z przodu oraz niestandardowe umiejscowienie wałka napędu to jednak są poważne wady...

Nie powinienem w sumie się chwalić, bo nabytek jeszcze do mnie nie przyjechał i mogę zapeszyć tym sposobem. Zatem, żeby przesądom stało się za dość - żadnych szczegółów! Szczegóły będą za tydzień. Nie odpowiadam na pytania i komentarze dopóki maszyna nie stanie przed chatką.

Nie sądzę zresztą, żebym przez następne 5 dni miał czas na pisanie czegokolwiek... A i za następny łykend też ręczyć nie mogę: praca, praca, praca... No i chory jestem na dodatek.

sobota, 22 listopada 2014

I znowu świnie

Na okoliczność złej pogody jesiennej, udostępniliśmy stadu ponownie Pierwszy Padok - gdzieśmy od paru miesięcy nawet i nie chodzili, bo nie było po co. Ważne, że ma on bezpośrednie połączenie z Padokiem Zimowym, na którym stoi wiata, więc jak jest deszczowa i wietrzna noc, to sensownym wydało się przestawienie koni tamże, co by mogły się schronić (co oczywiście olały, bo mając 4 ha odrosłej już trawy, ani na moment nie zaszły się schronić - sądząc po braku śladów...).

Lepsza Połowa, która wzięła na siebie ciężar sprawdzenia ogrodzeń, popadła w szok, gdy zobaczyła skutki świńskiego świń świńtuszenia:





A wszystko to na najlepszym kawałku ziemi, jedynym gdzie - według mapy - mamy ziemię klasy IVb. I gdzie rosła sobie była najfajniejsza trawa.

I nie bez związku z faktem, że przy zbiorze kukurydzy z sąsiedniego pola, sieczkarnia rozsypała resztki także i po naszej stronie płotu:...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...