wtorek, 31 grudnia 2013

Bobrza inwazja

Dzisiejszy wpis nic nie ma wspólnego z końcem roku. Tym mniej - z początkiem roku następnego. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie rytm cosobotnich (i cośrodowych, ale na te rzadziej uczęszczamy) targów w Warce, zmiany w programie telewizyjnym i kalendarz, który wisi na ścianie oraz wyświetla się w komputerze - to byśmy może i nie wiedzieli, jaki jest dzień tygodnia. Oraz jaka jest dokładna data. Nie jest nam to na ogół do niczego potrzebne...

W minioną niedzielę wybraliśmy się na małą wycieczkę. Co z kolei wynikło z faktu, że w sobotę wracaliśmy z zakupów odrobinę niestandardową drogą - a to dlatego, że w Grabowie na zakręcie stała koparka, blokując jeden pas ruchu z powodu... układania chodnika..!

W każdym razie - wracaliśmy odrobinę niestandardowo, "przez bobry", jak to zwykła już od co najmniej dwóch lat nazywać Lepsza Połowa. Droga ta, w rzeczy samej, prowadzi wzdłuż bezimiennego kanałku odwadniającego na którym po raz pierwszy zaobserwowaliśmy ślady bobrzej działalności w tej okolicy. Teraz, jak zapewne Państwo pamiętacie z niedawnego wpisu - bobry są tu już wszędzie, łącznie z tym, że prawie udało im się zablokować główny wjazd do Boskiej Woli.

Ślady bobrzej aktywności w ich najstarszych pieleszach są nie mniej spektakularne. Tak się nam to spodobało, że za cel niedzielnej wycieczki obraliśmy właśnie to miejsce:












To tyle fotoreportażu, teraz moja interpretacja:

1. Zauważcie Państwo, że te kanałki odwadniające to zwykłe ścieki, w których pływa styropian, torby z "Pierdonki" i zapewne całe mnóstwo innego śmiecia. Ergo - bóbr się przystosował do cywilizacji i jego obecność nie jest żadnym dowodem na "czystość środowiska"...

2. W żadnym razie nie jest to też miejsce ciche i ustronne. Od najbliższych zabudowań dzieli je może 100 metrów. Zresztą - widzieliście poprzednio: i w gołym terenie, gdzie od wsi żaden las go nie osłania, założy bóbr żeremie. Zwierzęciem płochliwym też nie jest!

3. Najbardziej lubi wierzby i topole (różnych gatunków, które tu występują). Ale jego działalność sprawia, że chorują podmywane sosny (które i tak nie są tu "u siebie", boż naturalnym biotopem dla Niziny Mazowieckiej jest dąbrowa, a gdzie mokrzej - grąd i temu podobne, a nie sosnowy bór). Dębczaki na razie się trzymają - pytanie: czy zawsze tak będzie..? Wszystko wskazuje na to, że poziom wody będzie rósł...

4. Obawiam się, że tyle bobrów nie byłu tu NIGDY. Samymi wielkimi literami: N I G D Y. Gatunek ten zniknął z okolic Boskiej Woli ostatecznie gdzieś w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego (od którego kilka wsi w okolicy nosi miano, więc wtedy miała miejsce ostatnia poważna akcja kolonizacyjna) - ale i wcześniej prawie na pewno nie był tak liczny jak obecnie. Był przecież wówczas zwierzyną łowną - i miał naturalnych wrogów, których obecnie brak!

5. Osobiście nic nie mam do bobrów (no, może poza tym, że z wyglądu przypominają purytan - a purytanizm jest mi obcy...). Ale to już jest plaga i szaleństwo! Tzw. "re-introdukcja bobra" NA TAKĄ SKALĘ, dawno już przekroczyła granice zdrowego rozsądku. Bóbr zajmuje siedliska, na których nie było go od ponad 200 lat - i w liczbie daleko większej niż kiedykolwiek w swojej historii. Co to ma w ogóle wspólnego z "ochroną przyrody", czy też "przywracaniem środowiska do stanu naturalnego"..? Nie jestem specjalistą od robaczków - ale mam wrażenie, że nie wszystkim mieszkańcom tego lasu od razu musi się podobać jego zamiana w bezdrzewne bagnisko... Bezdrzewne - bo sosny (a w końcu pewnie i dęby) padną od nadmiaru wody, a całą reszty - bobry zjedzą!

O ile mi wiadomo, pomysł polowań na bobry nie wzbudza entuzjazmu wśród myśliwych. Jako zwierzyna o aktywności nocnej, za dnia kryjąca się w jamach, właściwie jest nie do upolowania metodami "klasycznymi". Trzeba zastawiać pułapki, a tego obecne prawo myśliwskie w Polsce zabrania.

Poza tym - co niby zrobić z upolowanym bobrem..? Ma fajne futro - ale cóż z tego, gdy nawet, jeśli prawo dopuści do jego wykorzystania, szaleńcy spod zielonego sztandaru nowej rewolucji robią co mogą, by naturalne futra obrzydzać. Lecznicze właściwości bobrowego sadła pozostają w sferze legendy - choć zapewne, znaleźli by się na nie amatorzy (skoro znajdują się amatorzy na "biostymulatory", czy "ziółka peruwiańskie"). Kuchnia staropolska znajdowała wiele zastosowań dla bobrzego mięsa, uważanego za postne (bo żyje w wodzie, jak ryba...) - ale kto dziś jada takie ciężkie i tłuste rzeczy..?

Naturalną konsekwencją zwieńczonej tak wielkim powodzeniem "re-introdukcji" bobra, powinno być zatem pójście krok dalej i równie powszechna "re-introdukcja" jego głównego naturalnego wroga, czyli wilka.

Hmm... Podoba się Wam ta perspektywa..?

Nasza Melesugun może jeszcze pamiętać czeczeńskie wilki, z którymi miała do czynienia w źrebięctwie. Same się "re-introdukowały" po II wojnie czeczeńskiej, a nie znajdując dostatecznej ilości pokarmu, rozlazły się potem po całym Przedkaukaziu, pojawiając się i na pastwiskach Stawropolskiego Konzawoda. Na szczęście - konie sobie poradziły. Obawiam się jednak, że nasze stado jest w tej chwili stanowczo za mało liczne, by obronić się przed wilczą watahą...

To tyle. Idę sprawdzić, czy kran pod wiatą już rozmarzł. Ten bezśnieżny mróz źle wróży na najbliższą przyszłość. A i rok 2014 nie zapowiada się jak na razie najkorzystniej: albo przymrozi jak w zeszłym roku i 2 lata temu dopiero w lutym i w marcu, a zima potrwa do połowy kwietnia - a potem będzie susza. Albo nie przymrozi i do suszy dojdzie jeszcze plaga robactwa!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ta okropna nowoczesność

Wiele razy walczyłem tutaj z niczym nieuzasadnionym mniemaniem, jakoby ludzie przejawiali jakieś "pragnienie wolności". Nie chcę teraz do tego problemu wracać. Na potrzeby poniższych rozważań przyjmijmy, że ludzie pragną przede wszystkim najeść się, napić, zabawić się, zyskać sławę, uznanie, możliwość wpływania na zachowanie innych i dostęp do pięknych i szybkich ciał. 

Czasem, niektórzy, dość wyjątkowi, odczuwają też przemożną potrzebę tworzenia. Czegoś. Czegokolwiek. Najlepszej pieczeni wołowej lub najlepszej drożdżówki w okolicy. Ładu i porządku w stajni. Idealnej harmonii barw lub dźwięków. Nowej, lepszej rzeczywistości dla całego świata. Niepotrzebne skreślić...


"Pragnienie wolności" dlatego nie mieści się  w tym katologu, bo to wartość czysto negatywna. Może się pojawić "na agendzie" jeśli ktoś lub coś przeszkadza w zaspokajaniu innych - rzeczwiście odczuwanych, aktualnych, palących potrzeb.

Dopóki nic i nikt w zaspokajaniu potrzeb człowiekowi w sposób jawny i oczywisty nie przeszkadza - po cóż i dlaczego miałby on przejawiać jakieś "pragnienie wolności"..?

Jest rzecz dość oczywistą, że jeśli zamknie się kogoś bez jedzenia i picia, to póki starczy mu sił będzie próbował się z zamknięcia wydostać, będzie krzyczał, wzywał pomocy, bodaj - przeklinał swojego prześladowcę w bezsilnej złości.

O tym, co się dzieje, gdy młodych ludzi wbrew ich woli pozbawić seksu opowiada niejedna anegdota. Włącznie z moją ulubioną o tym, jak to władze kościelne odkryły tunel łączący pewien klasztor męski z pewnym klasztorem żeńskim. Wnikliwie badania dowiodły, że od strony klasztoru męskiego wydrążono 10 metrów tunelu - a od strony klasztoru żeńskiego: 990...


Problem polega na tym, że ludzie są różni. Potrzeby każdy ma własne i choć wiele się mówi o "zglajszlachtowaniu" ludzkości w "epoce mas" - naprawdę trudno byłoby, nawet wśród jednojajowych bliźniąt, znaleźć taką parę ludzi, których potrzeby i preferencje są idealnie identyczne... Skądinąd: czyż nie dlatego właśnie pary się rozpadają, a małżeństwa rozwodzą..?

Bardzo rzadko na liście potrzeb i preferencji wysoką pozycję zajmuje potrzeba przeżywania przygód, ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny,  borykania się z losem, znoszenia jego przeciwności. Wręcz przeciwnie! Choć, zapewne, gdyby takie marzenie się rzeczywiście spełniło, większość z nas szybko by się taką łatwizną znudziła i cierpiała, szukając nowej podniety - to jednak mało kto zapytany, czy nie chciałby odnieść sukcesu łatwo i bez wysiłku odpowie: nie stary, nie lubię kremówek... Ups! To nie z tego filmu...

Jest to tym częstsze, że tak naprawdę potrzeby ludzkie, choć bardzo różne, nie są też na ogół przesadnie wygórowane. Ich miara jest względna, a nie bezwzględna. W czasach, gdy nikt nie posiadał samochodu (albo posiadali go nieliczni ekscentrycy...) trudno byłoby w badaniu ankietowym ustalić, jaka jest najbardziej pożądana marka takiego pojazdu! Dopiero w momencie, gdy w Polsce jest więcej samochodów niż gospodarstw domowych - ten, kto wcale takowego pojazdu nie posiada cierpi (choćby zżerany zawiścią, jeśli nie rzeczywistym brakiem...), a kto ma gorszy od sąsiada, czuje wstyd i złość.


Przejście od "przednowoczesności" do "nowoczesności" (gadki o rzekomo nam obecnie panującej "ponowoczesności" zostawmy nielotnym, ale bezwzględnym sukom w rodzaju tej, o której wspominałem parę dni temu...) wiązało się z dość gwałtowną zmianą w zakresie ludzkich potrzeb i oczekiwań.

W czasach "przednowoczesnych" ludzkie potrzeby były statyczne. Jeśli nawet zmieniały się, to tak powoli, że raczej mało kto był w stanie tę zmianę zauważyć. Czasy "przednowoczesne" charakteryzują się przy tym również i tym, że ludzie, mając relatywnie niezmienne i bardzo (z naszego dzisiejszego punktu widzenia) ograniczone aspieracje, bardzo dobrze radzili sobie z zawiścią. O zawiści będę osobno pisał, bo jest to temat o którym medytuję od dłuższego czasu - a to dzięki koledze Iuliusowi, którego dzieło translatorskie przeczytałem.

W każdym razie - i cóż z tego, że mało kto był w stanie odchować więcej niż połowę spłodzonych przez siebie dzieci, cóż z tego, że większość ludzkości stale niedojadała, lub też spożywała pokarm o niedostatecznej wartości odżywczej, cóż z tego, że rynsztoki śmierdziały, a podróż poza granice własnej wsi była prawdziwą udręką..? Nieliczni, którzy mieli choć trochę lepiej, byli zwykle poza zasięgiem zawiści pospolitych ludzi - bo czyż zwykły chłop mógł śnić, że będzie kiedyś rycerzem, biskupem czy królem..?

Nie mógł. A skoro nie mógł - to i nie miał czego rycerzom, biskupom czy królom zazdrościć...

Przy tym, jeśli popadł w kłopoty, jeśli źle mu się wiodło: krowa padła, grad zboże wytłukł, obce wojska żonę wychędożywszy wszystkie zapasy wyjadły - zwykle był ktoś "wyżej postawiony", kto winien się tą biedą zająć. Czasem praktycznie i materialnie (krowę nową kupując, czy ziarno na siew). A czasem tylko duchowo (odprawiając rytuały, po których żona znowu była świeża i mało używana...).


"Nowoczesność" natomiast, to czas zmiany, dynamizmu, nieograniczonych możliwości - i, w konsekwencji: niczym nieograniczonego cierpienia..! Reklama czy serial telewizyjny mówią chłopcu, czy dziewczynce z małej, popegeerowskiej wsi: i ty możesz zostać milionerem, i ty możesz żyć jak bohaterowie "Dynastii" (czy co tam teraz w pudle leci..).

Oczywiście, w praktyce, choć WSZYSCY żyją lepiej niż dawniej rycerze, biskupi czy królowie - to tylko nielicznym udaje się aż tak, by mogli stać się przedmiotem ogólnej zawiści. Pod tym względem, aż tak wiele się pomiędzy epokami nie zmieniło..!

Ludzkie potrzeby i aspiracje wzrosły niepomiernie bardziej, niż realne możliwości ich zaspokojenia.

"Nowoczesność" jest naprawdę okropna! Obiecuje rzecz, która jest z definicji niemożliwa do spełnienia. Niezależnie bowiem od tego, jak dobrze się nam wszystkim wiedzie w skali bezwzględnej - nie jest możliwym, aby wszystkim tak samo dobrze wiodło się względnie, w odniesieniu do "przeciętnej", "średniej", czy "ogółu".

Cóż z tego, że żyjemy lepiej niż dawni rycerze, biskupi czy królowie - gdy, na nieszczęście i ból powszechny - żyją tak właściwie wszyscy i nie jest to żaden powód do dumy..? Ci nieliczni zaś, którzy żyją naprawdę lepiej - są tak samo poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika, jak poza zasięgiem chłopa byli dawni rycerze, biskupi czy królowie..?

Postęp w zakresie materialnego dobrobytu od ponad 200 lat wiąże się ze stale rosnącym cierpieniem duchowym.

W dodatku nowoczesność, oferując materialny dobrobyt i duchowe cierpienie wynikłe z rozbuchanej do granic możliwości, a niemożliwej do spacyfikowania zawiści (skoro każdy może przebyć drogę "od pucybuta do milionera", to żadna "wola Boża", żadne "prawo krwi", żadna "wyższość urodzenia" nie broni już tych, którym powodzi się lepiej przed zazdrością anonimowego tłumu...), stawia jednocześnie przed człowiekiem znacznie większe wymagania jak chodzi o życiową zaradność.


Przynajmniej - STAWIAŁA. Do czasu, póki "człowiek nowoczesny", nie znalazł sobie w miejsce rycerzy, biskupów czy królów, nowego patrona i opiekuna, który ma się nad jego padłą krową, przeżartymi zapasami, czy wychędożoną żoną pochylać - wszechpotężnego gosudarstwa.

Jak to mawiają: zamienił stryjek siekierkę na kijek. W "nowoczesności" nie ma NIC racjonalnego, rozumnego, naukowego. Nie na tym polega różnica między "epoką przednowoczesną", a "epoką nowoczesną", że - jak to sobie Kant roił u progu tej zmiany - dawniej ludzie byli dziećmi, a teraz dorośli. Nic z tych rzeczy!

Cała różnica między "epoką przednowoczesną", a "epoką nowoczesną" sprowadza się do tego, że dawniej ludzie mieli ograniczone aspiracje (i w związku z tym łatwo było uczynić ich szczęśliwymi!) - podczas gdy obecnie nie stawiają swoim potrzebom żadnych granic (i w związku z tym, żyjąc bezwzględnie o wiele lepiej niż najmożniejsi z możnych dawnych epok - czują się subiektywnie coraz to większymi nędzarzami!).

Czym to się skończy..? Nie wiem. Ale już prawie 100 lat temu spora część ludzkości zbuntowała się przeciw "nowoczesności", uciekając w utopie - komunistyczną, narodowo - socjalistyczną, socjal - demokratyczną. Utopie, jak to utopie - z definicji nie mają szans na ziszczenie (bynajmniej: w takiej formie i z takimi skutkami, jakich oczekiwali ich teoretycy...). Ale cierpienie na które te utopijne pomysły miało być remedium - jest przecież jak najbardziej prawdziwe...

niedziela, 29 grudnia 2013

Końskie maści

Komentatorka Beata zauważyła pod jednym z moich starych, archiwalnych wpisów o stajni Najczcigodniejszego Prezydenta (swoją drogą, skoro już odzyskałem stary końputer, będę mógł wrócić do tego cyklu...) że "nie ma bułanych tekińców".

I ma rację! Faktycznie - bułanych tekińców nie ma. A mimo to spora część koni achałtekińskich, w tym na przykład nasze, mają w ROSYJSKICH paszportach wpisną maść "bułaną" (ewentualnie: "złocisto-bułaną", czy też "jasno-bułaną").

Po angielsku, w tzw. "paszportach międzynarodowych", wystawianych przez rosyjskie władze księgi stadnej nasze konie są prawidłowo "jelenie" ("buckskin").

Jednocześnie, TE SAME konie w paszportach polskich opisane są jako "gniade". 

Pan Kierownik z PZHK w Radomiu, będąc u nas gwoli opisania chłopaków od razu przyznał, że też im wpisze maść "gniadą" - choć nie ma najmniejszej wątpliwości, że obaj są jeleni (tyle, że Ostovar jest ciemno-jeleni, po matce zresztą...).



Dlaczego komentatorka Beata ma rację, to można sobie detalicznie przeczytać na anglojęzycznej Wikipedii (tak dla ostrożności słabszych jakościowo wersji językowych bym nie polecał w tej trudnej materii...). Po prostu - w populacji koni achałtekińskich brak jest nosicieli genu D, odpowiedzialnego za przejawianie się w fenotypie maści bułanej (między innymi...).

Skądinąd, niewielka bardzo populacja koni czystej krwi achałtekińskiej i tak przenosi masę ciekawych umaszczeń. Pamiętam, że na zajęciach z genetyki umaszczenia koni bardzo się swego czasu podnieciłem, gdy zaprezentowano nam jako egzemplarz ilustrujący konia maści szampańskiej zdjęcie jakiegoś stryjka (bodajże - już nie pamiątam, a nie chce mi się z pudła notatek wyciągać: była to w każdym razie bliska rodzina...) jednej z naszych kobył.

I w tym cały problem: różnice pomiędzy fenotypowymi manifestacjami bardzo nieraz różnych genotypów bywają subtelne. O skali trudności przekonuje chociażby fakt, że nawet dobrego filmiku z ilustracją problemu nie udało mi się na Tubie znaleźć, tylko jakieś badziewie:


Jak to możliwe zatem, że TEN SAM koń może być, w zależności od tego, w jakim języku jest opisywany albo буланый (bułany), albo buckskin (jeleni), albo gniady?


I jak to możliwe, że trzy tak różne konie jak te na zdjęciu powyżej, są wedle polskiego paszportu tak samo "gniade"..?

Biurokracja Drodzy Państwo, biurokracja..! Pan Kierownik z Radomia stwierdził, że wolno mu użyć w paszporcie do opisu konia takich tylko sformułowań, które jakaś pani z Lublina uznała za dopuszczalne.

A przecież ta pani listę owych "dopuszczalnych" sformułowań ułożyła 50 lat temu - i niby dlaczego teraz miałaby ją zmieniać..? Bo genetyka poszła naprzód, a i populacja koni w Polsce jest nieco bardziej kolorowa niż to było w 1957, kiedy reaktywował się PZHK i tworzył zręby swojej organizacji..? Phi..! A jaki to niby argument..?

sobota, 28 grudnia 2013

Ci irytujący obrońcy status quo...

Nie trzeba było kolejnych stu stron "Czerwonej Wilczycy" by okazało się, że tym razem naczelny czarny charakter, zawodowy zabójca, co prawda wysyła rodzinom swoich ofiar cytaciki z Mao, ale - to tylko dlatego, że w młodości odebrał surowe, religijne wychowanie, które na zawsze wypaczyło jego osobowość. A tak w ogóle, to za wszystkim i tak stoją pazerni politycy z tradycyjnego, kapitalistycznego establishmentu...

No więc, odpowiadając nieco obszerniej komentatorce bastetmilo: W DUPIE MAM JAK JEST "NAPRAWDĘ". O tyle, że Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ nie jest tak, jak suflują autorzy wczoraj analizowanych kryminałów. Nie potrzeba analizować statystyk szwedzkiej przestępczości, by z góry wiedzieć, że jest rzeczą absolutnie niemożliwą, aby przestępstw w Szwecji dokonywali TYLKO ludzie, których lewica (szwedzka i nie-szwedzka...) nie lubi.

Żeby to z całą pewnością wiedzieć wystarczy zwykły zdrowy rozsądek.

Podkreślam słóweczko "tylko" - wyżej kapitalikiem i wytłuszczeniem oznaczone.

Niemal zawsze kiedy używa się tzw. "wielkiego kwantyfikatora" (a więc takich właśnie słówek jak "tylko", "zawsze", "wszędzie", "nigdy", itp.) - i nie chodzi o fizykę, tylko o zachowania ludzi (a i zwierząt też...) - to mamy do czynienia z tezą, której obalenie nie wymaga wielkiego trudu. Wystarczy wskazać jeden, jedyny wyjątek.


Na wypadek, gdyby pani bastetmilo mnie nie rozumiała:

1. Nie chodzi mi o to, że przestępstw w Szwecji nie dokonują biali, heteroseksualni, religijni mężczyźni o tradycyjnym podejściu do ról płci. Owszem - jestem przekonany, że jak najbardziej tacy mężczyźni dokonują różnych przestępstw, w tym także zabójstw.

2. Problem polega na tym, że z całą pewnością przestępstw w Szwecji dokonują TAKŻE postępowe kobiety, imigranci (wręcz spodziewałbym się, że przestępczość wśród imigrantów POWINNA być znacząca - a już na przykład w takich branżach jak handel narkotykami czy wymuszenia, ZWYKLE jest tak, że w środowisku mieszanym, przodują pod tym względem gangi etniczne...) czy homoseksualiści.

3. Tymczasem literatura kryminalna, którą wczoraj analizowałem, pokazuje jako przestępców TYLKO I WYŁĄCZNIE (z 90% dokładnością - bo ewentualnie jakaś chora psychicznie kobieta owszem, może się trafić - oczywiście, tylko dlatego, że została udręczona przez mężczyzn...) nie kogo innego, jak właśnie białych, heteroseksualnych, religijnych (przynajmniej na pewnym etapie swojego życia) mężczyzn, niepewnych swojej roli społecznej wobec emancypacji kobiet i wrogo odnoszących się do oddania kobietom całkowitej kontroli nad kwestią płodności (tak jest! Spór o aborcję jest sporem o władzę: jeśli kobieta może DOWOLNIE decydować o spędzeniu płodu, nikogo o zdanie nie pytając i z nikim się w tej kwestii nie licząc - to znaczy, że kobiety przejmują całkowitą władzę nad przyszłością społeczeństwa... Per analogiam ostatnim społeczeństwem "konsekwentnie patriarchalnym" było rzymskie, gdzie ojciec rodziny mógł dowolnie zabić każdego jej członka).

4. Biorąc pod uwagę punkty 1, 2 i 3 powyżej - trzeba być chorym na umyśle, aby twierdzić, że analizowana wczoraj literatura kryminalna może rzetelnie opisywać rzeczywistość i domagać się jakichś statystyk dla podważenia tej tezy...

Statystyka to oczywiście ważna nauka. Można się z niej wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć. Na przykład tego, że liczba przestępstw pedofilskich jest znacząco niższa wśród kapłanów Kościoła Katolickiego niż w "społeczeństwie ogółem" (za to szybuje pod niebiosy wśród homoseksualistów, którzy w ten sposób "wyrabiają" normę za całą resztę...).

Ale jest rzecz ważniejsza od statystyki. Tą ważniejszą rzeczą jest zdrowy rozsądek. O czym się w dzisiejszych czasach zapomina, bez sensu domagając się "podkładki" pod oczywiste oczywistości. O czym wieki temu pisałem..!

Obrońcy status quo bardzo często są irytujący. Dla mnie najbardziej irytujący jest ten ich niesłabnący optymizm i wiara w lepsze jutro. Normalnie - jak w dowcipie z czasów bodaj Gomułki (jak nie Bieruta): stanęliśmy nad przepaścią - i dokonaliśmy ogromnego kroku naprzód...

piątek, 27 grudnia 2013

Szwedzkie upiory

Ugrzęzliśmy w szwedzkiej literaturze kryminalnej. Jak być może Państwo pamiętacie, zaczęło się od trylogii Stiega Larssona "Millenium"


Potem, kierując się kumoterstwem, bo szwagierka pracowała przy ekranizacji, pochyliliśmy się nad Henningiem Mankellem którego, niestety, mało jest w naszej gminnej bibliotece (i prawie wcale nie ma głównych części cyklu o Wallanderze - chyba, że ciągle są w czytaniu i ja na nie po prostu nie trafiam..?). 


Ostatnio na dłużej zatrzymaliśmy się na cyklu powieściowym Camille Läckberg (o którym do tej pory nie wspominałem, bo w sumie jest z tego wszystkiego najbardziej "normalny" - cokolwiek, ktokolwiek pod pojęciem "normy" rozumie...). 


No i wreszcie dzisiaj zacząłem czyta Lizę Marklund.


Zacząłem i choć ledwo przez pierwsze 100 stron "Czerwonej Wilczycy" na razie przebrnąłem już widzę, że wszystko to układa się w pewien spójny wzór.

Spójny wzór, rodzaj zbiorowego "portretu pamięciowego" szwedzkiego "czarnego charakteru".

Kim więc, wedle zgodnej opinii czworga wyżej ukazanych autorów jest typowy "czarny charakter"..?

Jest to biały, heteroseksualny mężczyzna, przywykły do przemocy (być może dlatego, że sam jej w młodości doświadczył - to doświadczenie nadaje postaci "typowego czarnego charakteru" odrobiny psychologicznej głębi i wielowymiarowości...), nie radzący sobie z emancypacją kobiet i ich wkraczaniem w dotychczas wyłącznie męskie sfery aktywności społecznej, niezdolny do akceptacji kulturowej czy rasowej odmienności która zaczyna się wokół niego pojawiać za sprawą imigrantów (nieodmiennie ukazywanych jako postaci wyłącznie pozytywne: ciężko pracujące, lojalne wobec nowej ojczyzny, skłonne do empatii, itd., itp.), bardzo często albo "szemrany" biznesmen (oczywiście robiący kokosy na brutalnym wyzysku dzieci lub więźniów gdzieś, w "Trzecim Świecie", na oszustwach, nadużywaniu cudzego zaufania i niejasnych machinacjach giełdowych, nie stroniący też od handlu narkotykami czy żywym towarem), albo kompletny życiowy nieudacznik, który wkracza na drogę przestępstwa, bo w żaden sposób nie potrafi być pożyteczny dla społeczeństwa.

Jeśli któraś z postaci pojawiających się na początku książki zaczyna coś mówić o Bogu - to niemal na pewno jest to właśnie ta postać, która na ostatniej stronie zostanie zdemaskowana jako morderca.

Jeśli któraś z postaci wyraża wątpliwości wobec prawa kobiet do dowolnego zabijania płodów, które poczęły - to na 100% mamy do czynienia z mordercą seryjnym.

Prawie jak w hamerykańskich "slash-horrorach", gdzie najpierw zarzynają tych, którzy uprawiają seks (dostrzegliście tę prawidłowość..?).


Bywają pewne warianty, szczegóły zmieniają się z książki na książkę, ale - "typ uśredniony" to właśnie  sympatyczny dżentelmen opisany powyżej.

To było sprawozdanie z faktów, czysty opis.

Teraz przechodzimy do interpretacji.

Teza 1. NIE JEST PRAWDĄ, iż w rzeczywistości morderstw i innych zbrodni dokonują TYLKO biali, heteroseksualni mężczyźni, którzy nie radzą sobie z emancypacją kobiet, doświadczyli przemocy lub też mają jakieś metafizyczne odchyły. Co prawda my tu, w Boskiej Woli, żyjemy sobie jak u Pana Boga za piecem i kontakt z wielkim światem mamy nader ograniczony, ale mimo wszystko - spodziewałbym się, że i feministyczna herod baba, o taka na przykład:


(Lepsza Połowa, która przez pewien czas uczęszczała z tą panią na jedno seminarium potwierdza, że jest ona dokładnie taka, na jaką wygląda - a wygląda na obdarzoną dość ubogą imaginacją, ale bardzo z siebie zadowoloną i bezwzględną sukę...) - też może mieć niejedno za uszami..! A już słitaśny obraz kolorowych imigrantów wygląda na przecukrzony do porzygania...

Teza 2. Skoro cała czwórka pomienionych wyżej autorów prezentuje tak zgodne stanowisko, które w dodatku NIE WYGLĄDA na efekt wiernego sportretowania rzeczywistości - to chyba coś się za tym kryje..? Być może jest to kwestia zbyt małej próbki badawczej. Ostatecznie, nie znam szwedzkiego, nie czytam szwedzkiej literatury kryminalnej w całej jej rozciągłości, a polegam na tym, co zostało przetłumaczone na polski i w dodatku - trafiło do nader szczupłego księgozbioru naszej gminnej biblioteki.

Nie można wykluczyć zatem, że owa jednostronność to skutek wyboru polskich wydawców, tłumaczy i na koniec - instytucji fundującej książki dla naszej biblioteki gminnej.

Ale to jednak, mimo wszystko, wciąż jest zastanawiające. No i mówimy o czwórce autorów podobno - jak wielkimi wołami głoszą obwoluty okładek ich polskich wydań - najpoczytniejszych, najczęściej tłumaczonych i ekranizowanych!

Ergo - książki te odniosły komercyjny sukces. I to chyba jednak najpierw w Szwecji - a dopiero potem poza jej granicami..?

Teza 3. Za komercyjny sukces książki odpowiada oczywiście jej promocja i decyzje wydawców. Skądinąd jednak, TEORETYCZNIE, wydawcy decydując się na wydanie i marketingowe wsparcie książki, powinni się kierować TYLKO nadzieją na zysk. Jeśli kierują się inną motywacją, to - znowu czysto TEORETYCZNIE (bo w praktyce wcale to tak nie działa...) - przyspieszają tylko własne bankructwo.

Ponieważ widzimy na przykładach podanych powyżej, że wydawcy wydają książki, które fałszują obraz rzeczywistości a MIMO TO wcale nie bankrutują, tylko właśnie koszą kasę koszami to jedno z dwojga:
- albo ludzie to bezwolne marionetki, którym sprawny marketing jest w stanie wmówić wszystko,
- albo też istnieją inne, pozarynkowe mechanizmy finansowania tego szaleństwa.

Oczywiście, ktoś mógłby mi zarzucić, że wierność prawdzie wcale nie należy do tych zalet literatury, które KIEDYKOLWIEK przesądzały o jej komercyjnym sukcesie. Zgoda. Tyle tylko, że czym innym jest dokonywane przez autora przetworzenie "świata przedstawionego" wedle własnych gustów i poglądów - a czym innym fakt, że wszyscy autorzy przetwarzają ów "świat przedstawiony" TAK SAMO. I bynajmniej nie chodzi tu o styl, modę, czy prąd literacki, a całkiem brutalnie i prostacko - o fałszerstwo o ewidentnie ideologicznym charakterze.

Poza tym - ja bym żadnej z tych książek w życiu nie kupił! Przeczytałem je tylko dlatego, że mogłem to zrobić za darmo, korzystając z biblioteki gminnej. A wcale niekoniecznie kupuję tylko książki naukowe czy dzieła wielkiej literatury...

Nie wiem czy dam radę bodaj tę "Czerwoną Wilczycę" skończyć czytać - zobaczymy za kolejne 100 stron...

czwartek, 26 grudnia 2013

Gdzie się podziały czerwone opłatki..?

Podobno można takie kupić w sklepach z artykułami dla zwierząt. O czym dowiedziałem się wczoraj, przeszukując neta (jakkolwiek potwierdzić tego w postaci oferty jakiegoś konkretnego sklepu mi się nie udało...). Faktem jest, że wytwórnia takowe reklamuje:


Ale za czasów mojej młodości ministrant roznoszący po domach opłatki poświęcone na parafii, miał w koszyku i takie i gospodarzom, którzy mieli zwierzęta, też je sprzedawał.

Jakeśmy się, będzie prawie 10 lat temu "zakonili", kupując Dalię wlkp, przeszedłem się przed Bożym Narodzeniem do najbliższej parafii (jeszcze w Warszawie), gdzie akurat sprzedaż opłatków trwała, właśnie w tym celu, żeby nie tylko dla nas (biały), ale i dla naszego zwierzaka (czerwony) kupić. Zostałem wyśmiany. Ksiądz, młodszy chyba ode mnie - w ogóle nie zrozumiał, o co mi chodzi, a towarzyszący mu ministranci patrzyli na mnie jak na wariata.

Czyżby odejście od tego zwyczaju było kolejną oznaką protestantyzacji Kościoła..? Względnie: przejawem zerwania ze wsią i naturą..? Obawy przed inwazją jakichś obcych ideowo elementów z kręgów "obrońców przyrody"..? Dzielenie się opłatkiem ze zwierzętami rzeczywiście nic nie ma wspólnego z doktryną i z teologią. To raczej rodzaj guseł. Skądinąd jednak, święcenie samochodów to też gusła - a spróbujcie podjechać pod kościół na św. Krzysztofa... Widać wyraźnie, że są gusła "lepsze" i "mniej lepsze". Kto lub co decyduje o tym, jaka część tradycji (z małej litery, bo jednak do "Tradycji" przez wielką literę, to temu drobiazgowi daleko - inna rzecz, że życie składa się z drobiazgów...) zasługuje na kontynuację, a jaka nie..? Tylko nie piszcie, że to się dzieje "samo"!

"Samo" w tak hierarchicznej i zdyscyplinowanej strukturze jak Kościół, to się może co najwyżej powietrze w sali obrad Episkopatu zepsuć...

M., którego jakiś czas temu specjalnie w tej sprawie wypytałem twierdzi, że i tutaj, w okolicach Boskiej Woli, jeszcze kilkanaście lat temu, czerwone opłatki na parafiach były. A teraz nie ma. Widać wyraźnie, że to zarządzenie centrali!

Co gorsza, nie bardzo widzę, jak niby centrala miałaby teraz do tego zwyczaju powrócić skoro - najwyraźniej - został już przechwycony przez obce ideowo elementy, jeśli nie w kręgach "obrońców przyrody", to na pewno - w kręgu specjalistów od marketingu..? A przecież to Kościół w swoich lepszych czasach specjalizował się w przechwytywaniu cudzych memów i wykorzystywaniu ich dla własnych celów... Ech!

środa, 25 grudnia 2013

Przygody bez końca

Kto to taki wieścił już "koniec historii"..? "Koniec historii", Mili Parafianie, to będzie, jak wszystko tu szlag trafi i nie zostanie nikt, kto byłby w stanie się wkurzyć, załamać albo chociaż - podrapać z zafrasowania w głowę. A i to nie jest wcale takie pewne - bo skąd wiadomo że gdy zabraknie ludzi, historia nie zrestartuje w inny sposób..? Istniało zresztą dawniej takie piękne określenie "historia naturalna". Bo czyż natura nie ma historii..? Jasne że ma! Wszechświat jako całość ma historię. Cząstki elementarne mają swoje historie.

Ale dość dygresji. Rzuciłem się wczoraj rano na wożenie siana i słomy, co by przed wigilijną kolacją zdążyć. Przyczepą oczywiście. Z Zaprzyjaźnionej Stodoły Pana Jana (swoją drogą samego Pana Jana już drugi raz będąc tam nie widziałem - czyżby chory..?). Na dwa razy, bo belki tak wielkie i tak się od lata rozepchały, że tylko jedna naraz mi wchodzi. Najpierw wytargałem, z niemałym trudem belę siana. Potem, już dużo łatwiej (bo sporo lżejsza) - słomy.

No i OK. Wytargałem, przywiozłem, rozładowałem, wyjeżdżam. Wyjeżdżam spod wiaty po drugim nawrocie, tym ze słomą, zatrzymuję samochód przy chatce, wysiadam co by przyczepę odczepić - i co widzę..?

Ano to:


Jak zwykle mieliśmy szczęście: nie mam pojęcia, co by się stało, gdyby taki wypadek zaszedł, gdy na pokładzie przyczepy byłby koń. Czy inne zwierzę (woziłem już krowy i świnie...).

Przyznam szczerze, że widok powyższy kompletnie zepsuł mi nastrój. Nie no w sumie to nic takiego. Jeden czy dwa kawałki ceownika, parę minut ze szlifierką, parę minut z migomatem, parę psiknięć środkiem przeciw rdzy - i będzie jak ta lala. Już się nawet umówiłem z kimś, kto migomat ma. Do niedzieli sprawa powinna być załatwiona.

Do głowy by mi jednak nie przyszło, że coś takiego jest w ogóle możliwe..! Jeszcze, gdybym gdzieś tym dyszlem walnął, złamał się za ostro, czy inny wypadek miał. Ale nic z tych rzeczy: to tylko zmęczenie materiału, wyboje na naszej drodze (a też i pewnie owa gottwaldowska "autostrada" do Brna nie tak dawno...) - i fiuuu...

Takie "fiuuu..." podważa zaufanie do sprzętu. I w ogóle do trwałości świata. A nawet i Wszechświata..!

wtorek, 24 grudnia 2013

Dorsze mają słabe głowy...

Wracając z Kurozwęk, zajechaliśmy onegdaj przedwczoraj do radomskiego Leclerca, gdzieśmy nigdy wcześniej nie byli, bo zlokalizowany jest po przeciwnej stronie Radomia niż my i żadną miarą nigdy nie był nam po drodze.

Zajechaliśmy, skuszeni promocyjną ceną karpia (okazała się nieaktualna: z drogi nie było widać, że drobnym druczkiem dopisano pod spodem, iż dotyczy początku grudnia...). Karp faktycznie był tani, tańszy niż w "Pierdonce", choć nie aż tak tani, jak to reklama obiecywała. Ale, w tej samej cenie był też dorsz. Ulegliśmy. To w końcu jedyny okres w roku, gdzie można w miarę niedrogo ulec takiej pokusie: kiedy indziej ryby, jeśli nawet są w ogóle dostępne, to sporo droższe.

No i co się okazało, gdy Lepsza Połowa wzięła się za obróbkę dorsza..?


Okazało się, że dorsz ma słabą głowę! Bo mu się ta głowa, do wywaru na zupę użyta - niemal od razu rozpada...

Koćkodanom to nie przeszkadza, dziś pewnie będzie trzeci dzień, jak się nasz stary, czarno-biały koćkodan porzyga z nadmiaru rybnych resztek. Chwilowo musiałem zrezygnować z podania mu EM, jak planowałem, bo po co, skoro i tak zaraz tym samym końcem wyleci..? Nam w sumie słaba głowa dorsza też nie przeszkadza, tyle że trzeba uważać, bo w zupie ości pływają (ale, jak to w morskiej rybie, nie ma ich aż tak wiele...).

Pamiętam z dzieciństwa hasło "jedzcie dorsze, bo gówno jest gorsze". Jak wiele innych z czasów PRL-owskiego niedostatku i biedy, całkiem od rzeczy obecnie. Bo niby co ma być lepsze od dorsza, zwłaszcza świeżego, który normalnie w supermarketach nie występuje (jak już to pojawiają się mrożonki...)? Sushi..? Dziękuję bardzo...

Tyle, że wtedy nie było, zdaje się, limitów połowowych, dorsz był tani i dostępny, a władza usiłowała zatkać nim gębę ludowi spragnionemu innych przysmaków: świńskiej dupy w pierwszym rzędzie. Obecnie świńskie dupy (co prawda, w 70% złożone z soi, wody i konserwantów...) zalegają na półkach całymi stosami, a dorsze powoli stają się wspomnieniem "z lepszych czasów". Tak zmienia się świat.

Co powiedziawszy, życzę wszystkim Państwu mocniejszej głowy niż dorszowa (w końcu święta idą - co, z wujkiem się nie napijesz..???), a Paniom w szczególności - chwilowego zaniku sumienia. Jesteście piękne! Ten kilogram czy dwa więcej, na pierożkach, karpiu w galarecie czy kutii przybrany: a jakież to ma znaczenie..?

niedziela, 22 grudnia 2013

Witajcie Góry Świętokrzyskie

Odwiedziliśmy chłopaków w Kotuszowie:


I w zasadzie to pierwsze zdjęcie podsumowuje całą wizytę, bo wypięli się na nas zadkami!

Miałem nadzieję, że nagram komórkiem ładny filmik pokazujący jak sobie dokazują w towarzystwie arabiątek, jacy są dzielni, uspołecznieni i jaki mają autorytet. Innymi słowy: miałem nadzieję pokazać środkowy palec tym wszystkim, którzy wątpią, jątrzą, niszczą moją miłość własną i temu podobne...

Tymczasem - trafiliśmy na porę pośniadaniowo - przedobiedniej drzemki.


Żadnej godnej uwiecznienia akcji! Ten, co się na zdjęciu powyżej klei do tyłka Miyana próbował robić potem burdę - ale dostał strzał ostrzegawczy z miyanowego kopytka i tyle było jego kozakowania.


Co gorsza, zmuszony jestem przyznać rację: chłopcy są od większości arabiątek niżsi (lubo nieznacznie), wężsi w klatkach (to już jest bardzo widoczne) i mają o wiele mniejsze kopytka.

Inna sprawa, że są średnio o ponad trzy miesiące młodsi: gros towarzystwa urodziło się na początku stycznia - a oni są z drugiej połowy kwietnia.

Jedyna ich przewaga, że futra mają zdecydowanie, ale to naprawdę zdecydowanie grubsze i gęstsze.

No i, jeśli nawet jeszcze w tej chwili stadem nie rządzą - to w każdym razie przeganiać się nie dają. Czyli: jest nieźle! A będzie jeszcze lepiej. Poczekajcie ino do wiosny...

Po prawdzie, to staram się nie "bombardować miłością" naszych wychowanków i nie leży w moim zwyczaju odwiedzanie odsadzonych źrebiąt już w dwa tygodnie po rzeczonym odsadzeniu. Że tam byliśmy, to gwoli Tajnej Narady, o której oczywiście - nikomu ani słowa..!

Tajna Narada odbyła się pod osłoną solidnych murów nieodległego Szydłowa ("polskiego Carcasson" - który to slogan reklamowy jednakowoż jest niejaką przesadą...):


przy chybotliwym stoliku i podłej kawie podawanej w jedynym czynnym tamże barze o nazwie "bar". No cóż - takie są wymogi konspiracji, wiecie - rozumiecie...

Po drodze Lepsza Połowa odkryła to, co ja odkryłem już odwożąc tamże chłopaków dwa tygodnie temu. Mianowicie: Góry Świętokrzyskie to też góry..!



Osobliwie jak wieje i śnieg pada (co zdecydowanie lepiej widoczne było dwa tygodnie temu...).


Jak się dobrze wpatrzycie, zobaczycie na dalekim planie opactwo na Świętym Krzyżu.


Najwidoczniej w remoncie, bo najlepiej to był z niego widoczny żuraw dźwigu (no i maszt telewizyjny obok).


M., który towarzyszył mi dwa tygodnie temu zastanawiał się oczywiście, jak to jest obrabiać takie poletko...


Na monotonię narzekać nie można, nie zaśnie człowiek na traktorze, prędzej się z nim razem wy..bie - ale jak tu zakręcić i na pole sąsiada nie wjechać..?


Mijając industrialny krajobraz Starachowiec musiałem opowiedzieć Lepszej Połowie burzliwe dzieje Zagłębia Staropolskiego - i przy tej okazji po prostu nie dało się uniknąć pana Rewińskiego:


Pops, country dla ubogich - zwijcie to jak chcecie - ale czyż nie ma w tym głębokiej, życiowej prawdy..?

Osobliwie, że choć Starem przecież nie jeżdżę, to jednak i tego rodzaju kłopoty obce mi tak do końca nie są...

Na zakończenie wreszcie - ostatni z serii widoczków strzelanych przez okno samochodu, czyli skała rodzima wychodząca spod gleby w Starachowicach:


Dlatego przez okno, bo na zatrzymywanie się nie było czasu. Od bardzo, bardzo, bardzo dawna nie zostawiliśmy naszego stada tak długo samego bez ludzkiej opieki!

Na szczęście, poza tym, że rozwaliły dokumentnie belkę siana pod wiatą, nic złego nie zrobiły. Marchewka dostała im się z zaledwie dwugodzinnym poślizgiem dzisiaj - ale za to, nie było ganiania na lonżowniku. Myślę, że bilans wychodzi na zero i już nam wybaczyły.

Gorzej z koćkodanem. Żeby tego ostatniego jakoś przebłagać, zaopatrzyliśmy się po drodze w Radomiu w niedrogie ryby...

środa, 18 grudnia 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 16 - winne zaległości

Wino po lewej rozlaliśmy już tak dawno temu, że nawet butelka zdążyła się zakurzyć:


Jest to tegoroczna wersja wina jeżynowego - z niewielkim dodatkiem jabłek tym razem. O dziwo, w przeciwieństwie do wersji zeszłorocznej - wyszło wytrawne. Więc nadaje się do picia (słodkich jakoś nie lubimy...).

Z tym, że jak prawie wszystkie nasze tegoroczne wina - słabe. Musi jeszcze dojrzeć. Rok chyba taki, bo wszystko fermentuje nadzwyczaj powoli i wielką mocą nie grzeszy.

Za to po prawej stronie całkiem niedawno, bo bodajże w niedzielę (? - nie pamiętam...) rozlane wino jarzębinowo - jabłkowe. W stosunku do poprzedniej wersji, to jest łagodniejsze w smaku, ale też - nieco zbyt słabe. Najpewniej Lepsza Połowa zużyje je w kuchni...

Kolejne zdjęcia musicie chyba Państwo sobie popowiększać, bo jak wchodziłem na drabinę, żeby odłożyć na strych wyjęte stamtąd butelki dostrzegłem, że mamy superatę na pastwisku. Superata nie wydawała się ani trochę speszona, ale mimo wszystko nie zbliżyłem się bardziej niż na kilkanaście metrów a to, przy braku teleobiektywu, wyklucza zrobienie naszym sprzętem jakichś super wyraźnych zdjęć:



Zrobiłem, przy pomocy komórki ma się rozumieć, filmiki naszym kobyłom z dzisiejszego ganiania po okręgu. Które, o ile aura się nie zmieni, może być ostatnim - nocny przymrozek na tyle mocno zestala grunt, że nawet w najcieplejszej porze dnia, już po końskim lunczyku, wciąż tam, gdzie słońce nie operuje bezpośrednio, podłoże pozostaje betonowe. Dzisiaj jeszcze się udało. Może jeszcze jutro. Ale już nie jestem tego pewien.

W każdym razie - sfilmowałem po trzy ostatnie kółeczka, które Osman Guli i Melesugun robiły kłusem. BEZ wypięcia. Co, oczywiście, niektórzy z Państwa uważają ze herezję i marnowanie czasu. Mimo to Bubiszcze chodziło prawie że idealnie: w rozluźnieniu, z szyją ładnie wygiętą i głową opuszczoną, angażując mięśnie grzbietu (o co w tej zabawie chodzi). Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy ma jeszcze przed sobą trochę pracy do wykonania, ale i tak była już mniej sztywna niż tydzień temu.

Ponieważ zamieszczenie filmików na Tubie wymaga ode mnie podpięcia innego końputera tutaj - zrobię to przy okazji.

Z góry też zapowiadam nowy cykl (nie wiem tylko, czy dam go na polskim, czy na angielskim blogu, czy na obu..?), który rozpocznie się natychmiast, jak dotrą do nas kupione w zeszłym tygodniu "Efektywne Mikroorganizmy". Zamierzam, w ramach nieco rozbudowanej "recenzji konsumenckiej" (jak zwykł to określać Kolega Racjonalnie Oszczędzający), zdawać relacje z przebiegu tej kuracji. Sam jestem tego bardzo ciekaw...

wtorek, 17 grudnia 2013

Tajemnica "punktu G"

Już od dawna wiedzieliśmy, że jeśli podrapać futro Małego Złego w pewnym ściśle określonym punkcie (zwanym dalej "punktem G") - Małe Złe okazuje oznaki nadprogramowo szczęsnej kontemplacji bytu. Tak w każdym razie interpretujemy wyciąganie, skręcanie lub skracanie szyi, przymykanie oczu, drżenie warg. Zaraz pewnie przeczytam, że "antropomorfizuję", ale mam to w dupie: jak by jej było źle, to by uciekała od takiej pieszczoty, nieprawdaż..?




Konie, bynajmiej nasze, ZWYKLE przy czyszczeniu, drapaniu, głaskaniu ich futer, wykazują oznaki, które przywykliśmy interpretować jako zadowolenie. Ale tylko w przypadku natrafienia na "punkt G" - oznaki te stają się aż tak intensywne.

Niestety: nie jest łatwo na "punkt G" trafić. Jeśli się go drażni zbyt często - przestaje działać. Zmienia też swoje położenie. Kiedy po raz pierwszy zaobserwowaliśmy to zjawisko, "punkt G" Małego Złego znajdował się na łopatce. A w tej chwili, taki efekt da się osiągnąć wyłącznie drapiąc ją po brzuchu, w ściśle określonym miejscu za tzw. "popręgiem"!

Jak do tej pory, fenomen ten w miarę stale i regularnie obserwowaliśmy tylko u tego jednego konia. Pozostałe prawie nigdy nie reagowały dwa razy tak samo na drapanie tego samego miejsca. Aż do wczoraj. Kiedy to, pod moją nieobecność opiekująca się stadem Lepsza Połowa odkryła "punkt G" Bubiszcza:




Nie udało się nam jak do tej pory odkryć "punktu G" u tego konia:


Który też zachował się stosownie do sytuacji i rozpędził całe pogrążone w szczęsnej kontemplacji bytu towarzystwo. A więc - zachował się tak, jakby był zazdrosny i czerpał przyjemność z nadużywania władzy....

No ale - wszystko jeszcze przed nami. Podobnoż są małżeństwa, którym sztuka odkrycia "punktu G" nie udała się nigdy, nieprawdaż..?

W każdym razie, zjawisko wygląda na ponadindywidualne. A czy Wasze konie przejawiają podobne zachowanie..?

Tymczasem, po nocnym przymrozku, woda z dachu wiaty (który niedawno znowu naprawiałem, bo okazało się, że cieknie - ale to nie był skutek działań "Ksawerego", tylko raczej naszej dziennej gwiazdy: lepik szpuntujący jedną z zalepikowanych latem dziur wziął i przesiąkł do środka, rozszczelniając otwór...) cieknie niemalże strumieniem:


Małe Złe dwukrotnie tej nocy sforsowało ogrodzenie Wydzielonej Strefy Zamkniętej. W obu przypadkach usłyszała ją Lepsza Połowa, bo ja spałem jak zabity. Nawet zlekceważyłem jej szturchanie w pierwszej chwili pewien, że to tylko sen...

Ale nie - to nie był sen, tylko Małe Złe dobierające się... No - zgadnijcie Państwo..? Do wyboru był:
- owies,
- musli,
- marchewka..?

Oczywiście, że marchewka! Owsa trochę rozsypała, ale bodaj nic nie zjadła, a musli pominęła ze wzgardą.

Ze względu na stopień zmrożenia gruntu, na którym nie pozostało dość śladów, rozstrzygających dowodów brak. Sądzimy jednak, że sforsowanie udało się poprzez bramę wejściową. Wzmocniłem ją zatem, tradycyjnie, używając sizalu:


Ciekaw jestem, czy da się to teraz otworzyć - za chwilę jadę po nową belkę siana...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...