sobota, 30 listopada 2013

Chytrość serwisanta

W dalszym ciągu nie czuję "woli Bożej", żeby pisać. Poza tym, na tle szarości, pluchy, chłodu na zewnątrz, choroby Lepszej Połowy i własnego stresu - zdjątka koni, które dałem parę dni temu prezentowały się tak dobrze, że aż szkoda było czymkolwiek je przykrywać...

No ale, mówi się trudno: podejmę dzisiaj misję społeczną. Uświadomię Państwa, na przykładzie własnego błędu, jak ważna w życiu codziennym jest czujność i brak zaufania do bliźniego swego.

O co chodzi..? Oczywiście, chodzi o naszego "Dafika", który już wielokrotnie był przedmiotem wpisów, rozważań i dyskusji tutaj. Faktem jest, że gdzieś tak od września oba "Dafiki" (których używamy wymiennie, traktując jednego, zwykle leżącego sobie spokojnie na strychu jako rezerwę, którą montuję w razie, gdy jego kolega się psuje i jedzie do serwisu) sypią się nieustannie i to z rosnącą częstotliwością.

Z początku myślałem, że to wina naszej hydrauliki. Bo ja wiem..? Nasz stary hydrofor, który kupiliśmy jako używany ponad 4 lata temu daje zbyt niestabilne ciśnienie i zbyt często się zapowietrza. Pompa tłoczy zbyt wiele powietrza w rury. No - cokolwiek w ten deseń.

Ale ta hipoteza w tej chwili nie wydaje mi się już taka prawdopodobna jak dwa czy trzy miesiące temu. Albowiem, choć wszystkie kolejne grzałki obu naszych "Dafików" zawsze skończyły w ten sam sposób, przepalając się - to, jednakowoż, zarówno okoliczności tego smutnego końca, jak i poprzedzające go objawy, za każdym razem były różne.

Na przykład - nieprawdą jest, jak sądziłem jeszcze trzy miesiące temu, że spadło "średnie" ciśnienie w naszych rurach i dlatego "Dafik" załącza się tylko i wyłącznie tuż po tym, jak pompa nabije na nowo hydrofor (co pośrednio mogłoby przyczyniać się do skrócenia jego żywotności, bo w takich razach w wodzie jest najwięcej powietrza). Okazuje się, że wyremontowany "Dafik" potrafi się załączyć za każdym razem, gdy tego od niego zażądamy i nie grymasi.

Tyle tylko że - jak ostatni, wrócony nam z samych (ho, ho!) Kielc, od producenta, bo serwisant w Radomiu stracił już cierpliwość - potrafi się wyłączyć w cholerę w środku prysznica, pozostawiając na ten przykład Lepszą Połowę z włosami w szamponie do spłukania zimną wodą... Od czego się właśnie ostatnio pochorowała!

Zwyczaju kapryszenia na ciśnienie wody nasze podgrzewacze nabierały dopiero z czasem (z tym, że ów czas był za każdym razem coraz to krótszy - ostatnio żaden nie przeżył dłużej tygodnia...). Zaś po trwających dłużej lub (coraz to...) krócej kłopotach z załączeniem - przychodził taki moment, gdy załączyć nie dały się już wcale. Bez żadnych zresztą oczywistych zewnętrznych objawów, że to przepalenie grzałki (co zakładamy zwykle, bo to najbardziej powszechna przyczyna, zresztą tych grzałek, jeśli nie działają, nikt nie bada, czy przepalone, czy nie - wyjmuje się cały moduł i wyrzuca do kosza, a serwisant wstawia następny z zapasu...). Żadnych efektów dźwiękowych, świetlnych czy dymnych. Ot - nie załącza się już i koniec.

Skłonny jestem w tej chwili przychylić się raczej do tezy, że producent z Kielc kupił w Chinach wadliwą partię grzałek - albo też, że coś się stało z (nader zresztą prymitywnym, bo to wszystkiego dwie rurki, w tym jedna z reduktorem...) wewnętrznym układem hydraulicznym tych "Dafików". Na przykład - mógł się zakamienić, co bardzo być może, toż na całym Mazowszu żelaza w wodzie kilka razy powyżej tzw. "normy" (tak jest - to jest właśnie to żelazo, które przekute na miecze, obaliło Imperium Rzymskie..!).

Serwisant stracił do nas cierpliwość i, jako się rzekło, przedprzedostatnio popsutego "Dafika" odesłał w całości do producenta do samiuśkich (ho, ho!) Kielc. Skąd wrócił ón do nas, jak wnioskuję z załączonej karteczki, uszczelniony i z wymienioną grzałką. Tyle tylko, że już odbierając go w Radomiu, w zeszłym tygodniu - oddałem w zamian do naprawy jego kolegę, zepsutego przedostatnio (i o nim, tak generalnie, będzie mowa...). Oddałem, wziąłem pokwitowanie, w domu zamontowałem "Kielczanina" - fajny był, ale gorącą wodę bez przygód dawał dobę, potem zaczął się wyłączać sam z siebie, po kolejnych dwóch dniach pojawiły się kłopoty z jego załączeniem, a w czwartek zepsuł się do imentu.

Wczoraj zatem, wziąłem go zdjąłem i pojechałem odebrać tego przedostatnio zepsutego, który z całą pewnością powinien były być już naprawiony.

Jak zwykle - i tu, skupcie się Państwo, bo przechodzimy do meritum - oddałem kwitek, wziąłem podgrzewacz w oryginalnym pudełku (któreśmy zachowali od samego początku) i nie zaglądając do środka - pojechałem do domu. Spiesząc się zresztą, bo robiło się już późno, a zamontowanie "Dafika" wymaga odłączenia prądu w chatce (jesteśmy ludzie praworządni, nie przerobiłem podłączenia na wtyczkę, co podobno zwykle użytkownicy "Dafików" robią, wciąż rozkręcam puszkę i wpinam tam przewody, jak w instrukcji stoi...), więc lepiej to robić za dnia.

Otwieram tedy pudełko, patrzę i co widzę..?

Obudowa jest pęknięta od góry:


oraz nieprzykręcona do części wewntęrznej, skutkiem czego, brak także, nalepianej na śrubkę, "zaślepki gwarancyjnej":


Oczywiście natychmiast zadzwoniłem do serwisanta z awanturą. Będę się jeszcze kłócił. Przy następnej wizycie w Radomiu, bo - o dziwo! - machineria tak w ogóle to działa i na razie ją zamontowałem (mówi się trudno - ile dni można się myć w zimnej wodzie..?).

I tak też już straciliśmy cierpliwość i jak tylko trafi się nam przypływ gotówki (a, prawdę powiedziawszy, siedzę już jak na szpilkach i czekam na dopłaty, bo chodzą słuchy głuche, że podobnie jak w zeszłym roku, będą na początku grudnia...), rozważymy od początku, bez uprzedzeń, odmienne rozwiązanie problemu grzania wody w naszej chatce (to znaczy - zapewne kupimy inny podgrzewacz elektryczny, innej firmy: trudno mi sobie wyobrazić montowanie na tak maleńkim metrażu, jaki mamy, czegoś znacznie większego...).

Tym niemniej, nie sądzę, aby w przypadku tego, konkretnego "Dafika" cokolwiek udało mi się uzyskać. Jest nie do pomyślenia, aby takie uszkodzenia powstały przypadkiem. Ktoś to zrobił celowo. Po to, abym przestał już wciąż i wciąż wymieniać grzałki w tym sprzęcie (a teoretycznie, zgodnie z gwarancją, mogłem to robić do... 4 stycznia 2015 roku..!). Żebym stracił gwarancję.

W sumie - moja wina. Byłem w tym serwisie ochnaście razy. Atmosfera zawsze była miła. Pożartowało się z paniami. Pan majster czasem zabrał na zaplecze i pokazał jak co działa. Kiedy zależało mi na czasie, naprawy były zawsze robione "od ręki". Nabrałem nieuzasadnionego zaufania do bliźnich. I ten brak czujności i zdrowej nieufności, teraz się na mnie zemścił...

wtorek, 26 listopada 2013

Sierotki

Ruszyłem dupsko na Wielki Padok głównie z tą myślą, co by Ostowarka jakoś atrakcyjnie w pikselach oddać:


W końcu - co to za porządek..? Młodszy się sprzedał, a starszy ciągle niczyi...



Ale łatwiej to było założyć, niż wykonać. Lepsza Połowa twierdzi, że nic w tym dziwnego. Z łona matki nasz najstarszy też o własnych siłach wyjść nie chciał, trzeba go było wyciągać. To i z Boskiej Woli tak łatwo nie wybędzie...

Mijanek, jak zwykle, zapozował ładniej od brata:


Na tle pragermańskiego dębu...


i z czysto aryjskim, niebieskim oczkiem..!

Tak prawdę powiedziawszy, to całe stado było śnięte. Chłopcy mieli, a właściwie to dalej mają po temu o tyle słuszny powód, że wczoraj zostali zaszczepieni (taki wymóg panuje tam, gdzie wkrótce wyjadą...). Skądinąd - nie zauważyłem, żeby zrobiło to na nich wrażenie. Jak do tej pory żaden nawet nie kichnął. A spali, bo i matki spały:


i ciotki:


i niewiadomo, kto tak naprawdę bardziej był zaspany. Ostowarek:


czy ciotka Margire:


Która mniej - więcej już się chyba pozbierała po rozstaniu z córeczką.

Ale rozstanie z Knedlikiem to, mam wrażenie, zupełnie inna sprawa. Jak już ostatnio pisałem, dziwnie cicho na pastwisku. Kobyły tylko albo śpią (jak wyżej), albo żrą:


no i z chłopcami nie ma się kto bawić..!

I właśnie dlatego, sprzedani czy nie sprzedani - muszą stąd jak najszybciej wyjechać tam, gdzie będzie im weselej...

piątek, 22 listopada 2013

Niewytłumaczalne skoki napięcia

Nie piszę, bo mi się nie chcę. Nawet nie dlatego, żeby mnie jakiś jesienny spleen dotykał - na spleen nie mam czasu. Po prostu: weny brak i już...

A mimo to, zdarzają się całkiem niewytłumaczalne skoki napięcia na wykresie czytelnictwa:


Ani 16, ani 21 listopada, kiedy to pojawiły się te piki na wykresie - niczego nowego nie napisałem. Nigdzie też nie linkowałem tego bloga, ani nikt z Państwa mnie nie linkował.

Ki Dyabeł..? Byłżeby to jakiś boot internetowy, który się ponad 100 razy w liczniku Bloggera zapisał? Ale nawet żadnych reklam nie próbował zostawiać..!

Co poza tym..? Poza tym, rozlaliśmy przedwczoraj wino jeżynowo - jabłkowe. Niestety, wciąż nie ma światła, które pozwoliłoby pokazać jak piękny ma kolor, więc recenzja będzie, jak się poprawi pogoda.

Walczymy dalej z podgrzewaczem wody. Wczoraj odebraliśmy w Radomiu jeden, przez samego producenta, w (ho, ho!) Kielcach naprawiony - aż do dziś rana działał rewelacyjnie, załączając się za każdym razem i dając bardzo gorącą wodę. Ale właśnie przestał. To znaczy - przynajmniej: przestał się tak gładko załączać. Bez żadnych widocznych z zewnątrz powodów. A zamiennik - w naprawie, bo właśnie, po tygodniu używania, szlag go trafił. Dojrzewamy powoli do radykalnych w tej materii zmian...

Trwają przygotowania do wywozu młodych panów. Tak piszę, bo wszystko wskazuje na to, że zamieszkają przy pałacu. Muszę tylko wykonać kilka telefonów.

Trwają prace porządkowe wokół gospodarstwa. Lepsza Połowa w miarę możliwości przerabia zieleninę z ogródka - ale ilości tego są nieprzeliczone, wygląda na to, że prędzej zginiemy pod nawałą buraków liściastych, szpinaku, sałaty kilku rodzajów, porów i szczypiorku - niż ocalimy te bogactwa przed zimą. Trzeba tego będzie w przyszłym roku zdecydowanie mniej posiać...

Ja się zabrałem, nie ukrywam że poganiany słowem i kijem, do sprzątania gałęzi pozostałych po wykarczowaniu części samosiejek na nieużywanym fragmencie naszej posiadłości. Wyjątkowo nieprzyjemna i brudna robota, bo mokro, ślisko, paskudnie.

Na padoku panuje dziwna cisza. Margire pogodziła się już z nieobecnością córki, wymiona jej zwiotczały, apetyt ma, wygląda zdrowo. Ale i tak kobyły smutne, a i chłopcy - czegoś mniej rozbrykani niż poprzednio (no tak - tatuś się z nimi bawił, a matki to tylko albo żrą, albo śpią...).

poniedziałek, 18 listopada 2013

26, 200, 1460

26 godzin, 200 litrów ropy, 1460 kilometrów. I naprawdę POWINNIŚMY byli zakończyć tę podróż na dnie jednego z wąwozów Wyżyny Czeskiej


Pomimo założenia nowych opon oraz przesmarowania i dokręcenia lewego przedniego łożyska, przy prędkości rzędu 70 - 80 km/h kierownicę dosłownie wyrywało mi z rąk, a cały przód samochodu trząsł się jak w febrze. Od liczby obrotów to nie zależało (zjeżdżając z górki na pazurki na ogół hamowałem silnikiem, więc bywało i dobrze ponad 3000/min - i nic...). Tylko od prędkości samochodu. Przy prędkościach niższych i wyższych niż ten przedział - było w porządku. Pomartwimy się tym jutro z panem Karolem...

Do tego mgła. Nasz przyjaciel Zbyszek, który bohatersko towarzyszył mi w tej samobójczej misji, a w drodze powrotnej przejął stery twierdzi, że i w gorszej przychodziło mu jeździć. Ale ja, w górach - jeszcze niczego takiego nie widziałem, jak żyję. U celu podróży, we wsi Tukleky, jakże charakterystyczny staw:


bardziej wymacałem, niż zobaczyłem. Dobrze, że nie od drugiej strony lustra wody...

Normalnie było mniej - więcej tak:


To znaczy środkową linię (o ile była takowa) widziałem dość dobrze na 5 do 10 metrów przed samochodem, ale już to, co było z boku - nie zawsze...

Wracaliśmy okrężną drogą, przez Brno i Cieszyn. Tym bardziej, że w Cieszynie czekał na mnie pan Roman z jakże sympatycznym prezentem, który obiecuję dobrze wykorzystać (lubo już raczej dopiero w przyszłym sezonie...).

U Petry byliśmy krótko. Za ciemno i za mgliście było, żeby chodzić po pastwiskach i oglądać młodzież. Przywitaliśmy się więc tylko ze starymi znajomymi: Germesem (powinno się coś po nim urodzić w przyszłym roku, choć tylko jedna z trzech krytych nim klaczy utrzymała ciążę...), Samurajem, Gumonem (jego syn i wnuczka dostały na razie boksy tuż obok ojca i dziadka). Oraz z nową gwiazdą - Ghadirem. Lżejszym, smuklejszym i dłuższym od brata. Ale z pyska - nawet podobnym!

Nigdy nie widziałem na żywo smutniejszego konia niż Gelshah, gdyśmy go w końcu, pomimo niechęci i oporu, wpakowali do boksu. Normalnie - jak balonik, z którego uszło powietrze... I cóż ja na to..? Nic. Było, Drodzy Państwo, chwytać okazję, gdy ta jeszcze była w zasięgu ręki. Wkrótce spadnie śnieg:


i nie sądzę aby nawet moje nowe kapcie zdołały mnie przeciągnąć z przyczepą w to miejsce...

sobota, 16 listopada 2013

Wieśmak w stolycy, czyli wieś tańczy i śpiewa, a stolyca stoi

w korku - ma się rozumieć!

Matko Bosko z któregokolwiek bądź kościoła! - jak zwykł mawiać mój kumpel ze studenckich czasów, Siła. Jak óne tam żyjom w tym wielgim mieście, laboga..?

Nie to, żebym pierwszy raz w Warszawie był, no pewnie że nie. Nawet w zeszłym tygodniu byłem. Ale w zeszłym tygodniu to byłem w jednym miejscu, posiedziałem, ponudziłem się, przywiozłem potem do domu upgrade'owany końputer którego nie udało się uruchomić, bo wtyczka monitora nie pasuje już do nowej karty graficznej - i tyle.

Wczoraj miałem o wiele więcej różnych sprawunków i spotkań, w różnych częściach miasta. I co..? I dwa razy Wisły mi się nie udało przejechać tam, gdzie to sobie planowałem, bo albo "remont estakady", albo jakieś dziwne znaki zakazu wjazdu, z obszernymi komentarzami drobnym druczkiem pod spodem (a latka lecą, oczy już nie te, sokole, jak dawniej...) - i cały batalion policji pod bronią obok.

W sumie to na efekt sumaryczny tej eskapady nie narzekam (poza detalami, o czym za momencik...) - co by więc narosły stres jakoś spłukać w sposób bezpieczny dla otoczenia, a zwłaszcza dla Lepszej Połowy i co by zasnąć gładko (a późno wróciłem - i to był właśnie powód, dla którego już wczoraj rano wiedziałem, że z wyjazdu do Czech dzisiejszej nocy nici...), zafundowałem sobie w przypływie szaleństwa flaszeczkę "Joe Pokera".


No i kolejne rozczarowanie... Smak mi się zepsuł? Tolerancja na alkohol wzrosła alarmująco..? W każdym razie - pije się to jak soczek. Nic nie czuć. Zwłaszcza w porównaniu z domowej roboty śliwowicą. Nietrafiona inwestycja...

Dzisiaj zrobimy sobie normalne zakupy w Warce. Co jest o tyle istotne, że skończyła się nam marchewka, jak pokazuje doświadczenie - nader pomocna przy pakowaniu Knedla do przyczepy. A potem spróbuję jeszcze u sąsiada coś poradzić na przesadne wyluzowanie lewego przedniego koła naszej Wendi (a nie chciały mnie słuchać majstry, jak im mówiłem - fakt, że nieśmiało, w końcu co ja tam wiem..? - że to kolebanie się kierownicy to nie może być TYLKO efekt spracowanych kapci...), przejrzeć i jeśli się da, przesmarować półośki w przyczepie (to już jest czysty, niczym nie skażony efekt paranoi - boż jeździłem przecież z przyczepą ostatnio, i to nie tylko na porębę i z powrotem i żadnych sygnałów, żeby coś się blokowało i grzało nie było...), tudzież załatać dziurę w podłodze (w części nie przeznaczonej dla koniowatych pasażerów, więc i to raczej kosmetyka i zabijanie czasu...).

Tak naprawdę to opanowało mnie dziwne połączenie typowego "rajzefiber" z irracjonalnym zupełnie lękiem. Tam do kata! Przecież jadę w tę trasę nie po raz pierwszy, ani nawet nie po raz trzeci, tylko fyfnasty co najmniej. To dlaczego jakiś dziwny głos wewnętrzy mi mówi, że tym razem - nie wrócę..? Nawet umawianie się na odbiór poprawionego końputera z nowym, używanym monitorem (w rozliczeniu oddaję stary...) w przyszłym tygodniu przychodziło mi jakoś tak - bez przekonania...

W rzeczy samej, nigdy wcześniej nie gotowałem się do drogi tak solennie i z takim nakładem sił i środków. Nawet szarpnąłem się i - skoro majstry mówiły, że trza - wymieniłem Wendi owe spracowane kapcie na nówki sztuki. Które w stolycy udało mi się dostać 60% taniej niż u (zaprzyjaźnionego skądinąd - tyle, że nie specjalizującego się w takich nietypówkach...) wulkanizatora w Warce.

Z bieżnika to nawet jestem zadowolony, mam wrażenie, że chyba mniej trzeba będzie tej zimy łopatą machać:


ale te żarówiaste napisy po bokach:


Wieś tańczy i śpiewa..! Może to czarnym szprejem pociągnąć, nie będzie tak po źrenicach biło..?

Dziś ostatni dzień kiedy nasza szczęśliwa, końska rodzina jest w komplecie. Wypadałoby jakoś to uwiecznić w pikselach. Tylko, jak na złość - nad Boską Wolą wiszą niemal czarne, żałobne chmury i choć dzień już w pełnej krasie, to ciemno, ponuro i pogrzebowo, nie do rodzinnych zdjęć w każdym razie...

piątek, 15 listopada 2013

Dziękuję za książkę

Serdecznie dziękuję koledze Iuliusowi za książkę z dedykacją! Co to za książka, to opowiem jak przeczytam. Co pewnie chwilkę potrwa bo - jak się niedawno skarżyłem - chcąc nie chcąc "wchodzę na wysokie obroty" i zwyczajnie, nie mam w tej chwili czasu.

W każdym razie, remont przyczepy PRAWIE zakończony. To znaczy: światełka się na ogół świecą (chyba, że nie chcą, wtedy to co innego, wtedy się nie świecą... prawda jest taka, że trzeba by całą instalację wymienić, bo pośniedziała i sparciała - ale to już chyba na wiosnę dopiero...). Zaczep przesmarowany. Została do załatania dziura w podłodze (na szczęście - dziura jest w części nie przeznaczonej dla czterokopytnego pasażera, w każdym razie nie wtedy, gdy pasażer stoi grzecznie tam, gdzie stać powinien...).


A dziś wieczorem pewnie skończymy remont samochodu. Tu też - światełka już się NA OGÓŁ świecą (chyba, że Dyabli wezmą masę, co się zawsze zdarzyć może...). Zostało parę drobiazgów, bez których też w ostateczności mógłbym ruszać. Ale wolałbym nie. To znaczy - wolałbym i te drobiazgi mieć załatwione. W konsekwencji - wyjazd chyba przesunie się na niedzielę rano. No chyba, że dziś w ciągu dnia okaże się, że mam w poniedziałek jakieś super pilne sprawy do zrobienia wtedy nie, wtedy trzeba się pomodlić i próbować ruszać w sobotę...

A na razie debiut świeżo odnowionej przyczepy - zaraz jak się rozwidni jadę po siano do Zaprzyjaźnionej Stodoły Pana Jana (brzmi prawie jak "Królestwo Księdza Jana" na starych mapach, czyż nie..?).


Ech, doczekać następnego lata..!

Tfu, siło nieczysta..! Ale mi się "horyzont marzeń" poszerzył! Ledwo parę dni temu nie myślałem o niczym więcej, niż o doczekaniu końca tygodnia...

czwartek, 14 listopada 2013

Bunt?

Godzina 18.00 wczoraj. Wychodzę z chatki. Zapalam po kolei wszystkie światła. I już w tej chwili WIEM, że coś jest nie w porządku... Skąd wiem..? Świateł spod chatki nie wita entuzjastyczne rżenie Knedlika, oczekującego na co najmniej godzinną wyżerkę siana pod wiatą, wodę i owsik na zakończenie...

Idą sobie, patrzę - no i faktycznie: żaden byt koniowaty przy bramie Wielkiego Padoku na mnie nie czeka. Niedobrze!

Im dalej idę wgłąb pastwiska, tym bardziej to pastwisko zdaje się być bytów koniowatych pozbawione. Normalnie - jak chatka Prosiaczka, gdy Puchatek do niej pod nieobecność gospodarza zaglądał.

Zwiały, jak nic - zwiały! Ale jak to możliwe..? Musiałoby się ogrodzenie zawalić i to tak, żeby pastucha nawet widać nie było, bo i po leżącym na ziemi tak ochoczo bynajmniej nie przechodzą. No ale - skoro bytów koniowatych nie widać, znakiem tego, coś się stać z nimi musiało, nieprawdaż..?

Gdy widzę - o ile o "widzeniu" w tych ciemnościach, coraz słabiej rozpraszanych odległym światłem naszej głównej lampy w ogóle można mówić - że nie ma ich w tzw. "lewej kieszeni", czyli najbardziej odległej części Padoku, zmieniam kierunek i zaczynam iść wzdłuż ogrodzenia. Skoro zwiały, to pierwsza rzecz - znaleźć którędy!

Na szczęście, małpim odruchem wziąłem ze sobą komórek. I przypominam sobie w tym momencie, że ma on przecież latarenkę. Malutką. Diodową. Ale - zawsze to coś, zwalone ogrodzenie da się zobaczyć. I może nawet jakieś ślady..?

Dochodząc do zagajników Dzikiego Zachodu zaczynam co jakiś czas poświecać i w prawo, między krze. Ale nic tam nie ma. Zaraz, zaraz! Naprawdę nic tam nie ma..? A ten kształt między drzewkami, to jałowiec - czy kuń..?


Podchodzę ci ja bliżej - kuń! Kuń, jak cielę malowane! Stoi sobie Bubiszcze i ewidentnie drychnie. Łeb zwiesiła i chrapie. A obok Ostowar. Dalej - Melesugun z Mijanem.


Dlaczego one tak stoją tutaj wbrew codziennej rutynie, wbrew zwyczajowi..? Chore któreś, leży..? Okulało po kowalu (zresztą, tu warto nadmienić na marginesie, że poszło wszystko gładko i sprawnie, a najgrzeczniejszy był Knedliczek i jego synowie - stali jak przymurowani...)? Może Małe i Najmłodsze Złe - zwiały i pasą się teraz na oziminie za płotem i dlatego reszta stada tu została, zamiast pójść pod bramę i na kolację czekać..?

Cokolwiek się stało - najpierw trzeba je stąd zabrać. Biorę tedy, jak zwykle, Szefową za kantar i prowadzę. Po drodze znajduję Knedlika. A po wyjściu na otwartą przestrzeń - okazuje się, że idzie za mną całe stado, obu Małych Złych (które najłatwiej normalnie w ciemności zauważyć, bo najjaśniejszej maści...) nie wyłączając.


Jeszcze im się potem przyjrzałem i wczoraj, w świetle sztucznym i dzisiaj rano w dziennym. Nikt nie kuleje, nikt nie wygląda na chorego. Więc co to było..? Koński zegar jest zwykle niezawodny. Żeby całe stado mogło ZAPOMNIEĆ o kolacji..? Nigdy czegoś takiego nie widziałem...

Znakiem tego - był to bunt. Wyraz oburzenia z powodu naruszonej godności bytów koniowatych. Którym ktoś się ośmielił przy kopytach grzebać. I to tak hurtem, u wszystkich po kolei - a nie dyskretnie, nie więcej niż u dwojga, trojga jednego dnia (jak sam zwykle robię, będąc niewprawnym i przez to zużywając na rozczyszczanie kopyt więcej niż zawodowiec i czasu i siły...). No bo jak coś takiego inaczej wytłumaczyć..?

środa, 13 listopada 2013

W oczekiwaniu na kowala

Wyrzuciłem właśnie stado na pastwisko, bo zaczęło się rozłazić (to znaczy - Najmłodsze Złe opuściło padok zimowy, gdzie stoi wiata i dostało się, przeczołgując się pod ogrodzeniem, na Pierwszy Padok), ale zaraz będę ich ściągał pod wiatę z powrotem. Czekamy bowiem na kowala.


To ważne wydarzenie w życiu naszej farmy i nieczęste. Zwykle skrobię kopytka naszym podopiecznym sam. Wierzchówkom skrobię w miarę regularnie. No, może nie co 6 tygodni, jak to idealnie NALEŻAŁOBY robić. Ale co dwa miesiące tak. Pozostałym..? No cóż... Wstyd mi... Tym bardziej, że nie powiem przecież, że nie miałem czasu. Ot - szarpać się nie chciało człowiekowi...

No ale - co było to było, teraz wszystkim pedicure i manicure zrobi ceniony fachowiec, będą śliczne kopytka, nie za krótkie, nie za długie, a w sam raz. Na początek zimy i pierwsze grudy. I na podróże rozmaite, które coraz to bliżej!

Przedłuża się nam co prawda remont przyczepy. Który pierwotnie miał się odbyć w sobotę. Został przełożony na poniedziałek. A tak naprawdę zaczął się dopiero wczoraj. Ale tak to jest, jak się remontuje systemem gospodarczym i co chwila czegoś brak...

Zostało jednak dość czasu, żeby całkiem możliwe było wyjechanie z pierwszą grupą opuszczających nas koniowatych w najbliższą sobotę tak, jak to sobie wstępnie zaplanowałem. Im bliżej tego terminu, tym bardziej się boję. Różne konie już woziłem. I na różnych dystansach. Nieraz - bardzo długich.

Ale, jak pomyślę, że mamy we dwoje, tylko z Lepszą Połową, zapakować Knedla i Najmłodsze Złe, a potem sam będę z tą parą jechał jakieś 12 godzin... Oj, przydałaby się pomoc..! Knedlik, co prawda, już udowodnił, że do przyczepy wchodzi (i wcale nie mam na myśli faktu, że przecież nie przyszedł do nas na własnych nogach, nie! Podstawiałem im przyczepę na padok zimowy w niedzielę i w poniedziałek - i wszystkie dorosłe konie, Knedlika nie wyłączając, zjadły w niej lunczyk. Zdjęcia będą, jak mi się uda połączyć komórkę z końputerem...). A Najmłodsze po prostu się do niej włoży. Ale i tak jakaś dodatkowa, a najlepiej wprawna para rąk, jak nie dwie - nie byłyby w tym procesie od rzeczy.

No i przydałby się też ktoś gadatliwy w samochodzie, co bym nie zasnął po drodze...

No cóż: trza se w życiu radzić mawiał baca, wiążąc buta dżdżownicą - czyż nie..?

wtorek, 12 listopada 2013

Słowem i kulką

Jak nie pozwalają (chwilowo..?) strzelać "wrogom ludu" w potylicę nad więziennym kiblem - no to przynajmniej wnuczęta - Fejginięta powyżywają się "dobrym słowem".


Wybiórcza nie mogła sobie odmówić tej przyjemności i na 11 listopada opublikowała paszkwil na Polskę.

Od razu przyznaję, że poza leadem tekstu nie czytałem i czytać nie mam najmniejszego zamiaru. Państwu też WCALE nie polecam. Skoro od pierwszego słowa zaczyna się kłamstwem, to po co sobie bez sensu ciśnienie podnosić..?



Przecież oni tego nie robią w trosce o "historyczną prawdę"..! Oni to robią, bo chcą zostać poddanymi Imperium Europejskiego. Muszą zatem, jako konieczny krok wstępny w tym kierunku, jeśli nie przekonać Polaków, że z Brukseli będą rządzeni lepiej niż z Warszawy - to przynajmniej: zachwiać przekonaniem, że Polacy kiedykolwiek umieli się rządzić.

Co jest oczywiście od początku do końca nieprawdą. Faktycznie - nasi sarmaccy przodkowie (bardziej "przodkowie z ducha", niż "z ciała" - bo, zdaje się, w naszym blogowym towarzystwie jeden Profesor Angelgard ziemiańskim pochodzeniem zwykł się szczycić..? Kobus, to w każdym razie, typowo chłopskie nazwisko. Nawet u Reymonta tak się nazywa najbiedniejszy w całych Lipcach zagrodnik...) mieli spadek formy między połową XVII a połową XVIII wieku. Pechowo im się ten spadek formy przytrafił akurat w kluczowym momencie dziejów gospodarczych nowoczesnej Europy, u progu rewolucji rolniczej i przemysłowej.


Popatrzmy jednak na sąsiadów: Niemcy, naród tak rządny, że jednego państwa jest dla nich zdecydowanie zbyt mało (winni ich mieć co najmniej 300, jak w 1648...) był polityczną nicością na mapie Europy przez czas jak długi..? 400 lat? 500 lat?

No, jak to ma być referencja do powierzania Niemcom rządów nad całą Europą..?

A Rosja..? Wiele można złego o szlacheckiej Rzeczypospolitej napisać i spora część z tego będzie prawdą. Ale takiej anarchii, takiego bezhołowia, takiego upadku jak Moskwa na początku XVII wieku - no, coś takiego to się naszym przodkom jak raz nigdy nie przytrafiło! Przy tym, tak naprawdę, to Wielka Smuta tylko czystym przypadkiem nie powtórzyła się po 100 latach. Bo, gdyby Piotr I nie złupił doszczętnie Rzeczypospolitej i nie wygrał wojny ze Szwecją - to koszt "modernizacji", jaką zafundował swoim poddanym w połączeniu z jego pożałowania godną beztroską w kwestiach małżeńskich i rodzinnych - o mały włos nie doprowadził do powtórki z rozrywki... A i tak wciąż się potem przytrafiały Matuszce Rosiji takie "wypadki" jak Jemialian Pugaczow na ten przykład..!


Przez litość pominę to, co obaj nasi "rządniejsi", "sprawniejsi", "nowocześniejsi" sąsiedzi wyrabiali w wieku XX. Skoro o rozbiorach mowa...

Wszystko byłoby w porządku. Jak wiadomo, nie ten ptak swoje gniazdo kala, który kala, ale ten, który mówić o tym nie pozwala. Bardzo chętnie podyskutuję o ucisku pańszczyźnianym, upodleniu chłopa czy upadku miast. Bo są to zjawiska realne i nie ma co udawać, że ich nie było (jakkolwiek, MOIM ZDANIEM, spora ich część to był SKUTEK kryzysu - w tym, przede wszystkim, rozbiorów właśnie i polityki mocarstw ościennych - a nie jego przyczyna...).

Czym innym jednak jest dyskusja o przeszłości - a czym innym zohydzanie przeszłości w imię jakichś utopijnych, szemranych projektów na "lepszą przyszłość". W żadną "lepszą przyszłość" to ja w ogóle z punktu nie wierzę. Skoro mógł się spadek formy przytrafić TAK SAMO naszym (z ducha...) sarmackim przodkom, jak i najrządniejszym i najkulturalniejszym na całym kontynencie Niemcom czy też najświętszą pałającym ku wszelkiej władzy miłością Rosjanom - to jasnym jest, że "Imperium Europejskie" ŻADNĄ receptą na aktualną beznadzieję i zastój nie jest. Bo spadek formy przytrafić się może każdemu. I każdy może się z tego spadku formy wydźwignąć. A ten, kto mi "lepszą przyszłość" obiecuje, jest mi wrogiem i zagrożeniem, niezależnie od tego, czy ma to być "lepsza przyszłość" w narodowo - socjalistycznej Polsce, czy w postępowo - tolerancyjnym Jewrosojuzie.

I niezależnie do tego, czy zamierza o tę "lepszą przyszłość" walczyć słowem, czy kulką w potylicę nad więziennym kiblem! Doświadczenie uczy, że te dwie metody są doskonale wymienne i płynnie przechodzą jedna w drugą...

poniedziałek, 11 listopada 2013

Pogarda

Stojąc onegdaj w kolejce po kebab w Warce zapuściłem żurawia w zeszyt, który pilnie studiowała dziewczynka przede mną. Powtarzała japońskie słówka zapisane hiraganą. Zaproponowałem w związku z tym Lepszej Połowie, żeby poszukała chętnych do nauki arabskiego!


Jak już źrebięta rozjadą się po świecie, zrobi się tu cicho i nudno - wrócimy pewnie do tego pomysłu. W rzeczy samej, poświęcenie i pomysłowość na jaką zdobywają się rodzice w swoich inwestycjach edukacyjnych zasługuje na podziw. Podobno na całym świecie, także w Polsce, wśród ludzi odrobinę zamożniejszych panuje prawdziwy boom na... chińskie niańki i opiekunki do dzieci. Żeby się smarkacze od maleńkości wprawiali w trudnej sztuce rozróżniania czterech rodzajów akcentu. Bo chyba raczej nie chodzi o opanowanie tych 40 tysięcy krzaczków nim przejdzie się do alfabetu..?

Ilekroć zdarzy mi się wypuścić bąka w towarzystwie, to znaczy - przyznać, że uważam tzw. "obowiązek szkolny" za totalitarne narzędzie indoktrynacji (w rzeczy samej, obowiązek taki jako pierwsi nakładali niektórzy protestanccy władcy w Rzeszy, bez ogródek przyznając, że chodzi im o urzeczywistnienie zasady cuius regio, eius religio i wyplenienie wśród poddanych katolicyzmu: jak to nie jest "narzędzie indoktrynacji" - to cóż nim jest..?) - zaraz podnosi się klangor oburzonych. Jak tak można..? Przecież biedne dzieci bez edukacji zginą marnie w zapijaczonych rodzinach społecznego marginesu..!


Dzieci z marginesu społecznego jak ginęły 200 lat temu, 100 lat temu, 50 lat temu - tak giną dalej. I żadna przymusowa szkoła nawet, gdyby miała się zaczynać zaraz po odstawieniu od matczynego cycka, albo nawet i prenatalnie - NIC w tej materii nie zmieniła, nie zmienia i zmienić zapewne nie może.

Obawiam się zresztą, że dużo, ale to naprawdę dużo więcej dzieci zostało zdemoralizowanych dzięki szkole - niż wyrwało się przy jej pomocy z dziedzicznej nędzy, pijaństwa i demoralizacji. Byłoby rzeczą doprawdy dziwną, gdyby taki "efekt odwrócenia" nie zachodził!

Oczywiście - były czasy, gdy upowszechnienie edukacji, choćby i w formie administracyjnego przymusu, oprócz tej oczywistej korzyści, że ludzie po szkole są zwykle głupsi (bo popadają w skłonność do przedkładania abstrakcji nad zdrowy rozsądek...) i łatwiej się nimi rządzi - dawało też niejakie korzyści, powiedzmy, "ekonomiczne". Robotnik czy żołnierz, który potrafi czytać, pisać i liczyć będzie przydzielone mu zadania wykonywał lepiej od niepiśmiennego. Choćby dlatego, że siedząc w szkolnej ławie, przywykł do posłuszeństwa, porządku i nabył pewnej rudymentarnej umiejętności uczenia się (nawet, jeśli tylko na pamięć...).


Problem polega na tym, że te czasy już dawno minęły. I wcale nie dlatego, że "ekonomia" dzisiaj "bardziej skomplikowana"! To może i też. Chociaż - nie wiem, nie znam się, nie będę się wypowiadał.

Na pewno natomiast - ZNACZNIE pogorszyła się jakość, zarówno moralna, jak i intelektualna, tej "elity", wobec której instynktowne posłuszeństwo winna wpajać prostym ludziom przymusowa szkoła.

Jak mogłoby być inaczej..? Ile to już pokoleń panuje selekcja negatywna jak chodzi o dostęp do władzy i prestiżu w Polsce..? Za komuny - karierę robił ten, kto był najgorszą szują, najłatwiej było mu się zeszmacić, sprzedać, zdemoralizować. Obowiązywała przy tym zasada bierny, mierny, ale wierny - nieobca zresztą już i przedwojennej klice. Czy jest na sali ktoś, kto odważy się zaprzeczyć..?

Czy za eurokomuny jest inaczej..? A to już, Drodzy Państwo, sami sobie odpowiedzcie na to pytanie...

Nawyk posłusznego, pilnego wykonywania poleceń wpojony każdemu rekrutowi czynił z armii Fryderyka Wielkiego śmiertelnie niebezpieczne narzędzie wojny i zniszczenia. Ten sam nawyk wpojony przeciętnemu polskiemu wyborcy (tym silniejszy, im więcej czasu ów wyborca spędził uprzednio w szkolnych czy akademickich ławach...) prowadzi nas do nieuchronnej katastrofy - gdy widzimy, że nie żaden Fryderyk Wielki dyryguje niemiłościwie nam panującym gosudarstwem, tylko pożałowania godna zbieranina idiotów, drobnych malwersantów i sprzedawczyków.


Przymus szkolny w zaistniałej sytuacji jest jednym z najważniejszych, najbardziej podstawowych narzędzi utrwalania tego pożałowania godnego stanu rzeczy.

To nie "szanse życiowe" ubogiej młodzieży zostaną zagrożone, jeśli się ten przymus nareszcie zniesie - tylko pewność siebie różnych Komorowskich, Tusków, Palikotów. Ludzie nie-aż-tak-zindoktrynowani nie zniosą długo oczywistych paralogizmów i jawnej pogardy ze strony tej smutnej bandy.

Pogarda nie przypadkiem pojawiła się w tytule tego posta. Jak już nie tak dawno pisałem - oburza mnie i gniewa protekcjonalizm niemiłościwie nam panujących kretynów którzy JAWNIE, wcale się z tym nie kryjąc, traktują nas wszystkich jak małe dzieci albo pacjentów psychiatryka, którzy nie potrafią podetrzeć własnych tyłków, o zadbaniu o edukację, emeryturę czy zdrowie nawet nie wspominając. Ba! Okazuje się, że jakiś, za przeproszeniem, badylarz spod Koszalina, tylko dlatego, że przypadkiem został wybrany na posła uważa się za mądrzejszego ode mnie i wypisuje w ustawach androny, legalizując w efekcie na terytorium RP starożytną profesję roztrucharza - koniokrada (ach któż to mógł przewiedzieć, ach któż..?).


Czy ja mu się, do kurwy nędzy wtrącam w to, jak on swoje róże czy inne badyle sadzi..?

Oczywiście to, że MNIE pogarda ze strony naszej pożal się Panie Boże "elyty" gniewa - sprawia automatycznie, że ląduję na tzw. "marginesie". No cóż. Wygląda na to, że tak, jak niektórym przechrztom chrzest się nie od razu "przyjmuje" i trzeba go potem powtarzać - tak mi się "nie przyjęła" ze wszystkim edukacja, której pilnie i posłusznie poddawałem się przez wiele, wiele lat. Większości ludzi ta edukacja jednak "przyjmuje się" za pierwszym razem. Co jest NAJWAŻNIEJSZYM argumentem za zniesieniem obowiązku szkolnego (to znaczy, innymi słowy - za uwolnieniem edukacji spod panowania gosudarstwa i oddaniem pełnej władzy nad kształceniem dzieci w ręce rodziców). Chodzi o to, żeby już nikt w przyszłości nie mógł dyktować wszystkim jak mają myśleć. Przynajmniej - nie przy pomocy szkoły. Różnorodność sposobów myślenia to jedyne zabezpieczenie przed tyranią, jakie przychodzi mi do głowy...

A jak to było z Państwem..? Bo przecież z faktu, że tu zaglądacie wynika, że i w Waszych przypadkach obowiązkowa indoktrynacja w szkolnej ławie czegoś się "nie przyjęła"..?

niedziela, 10 listopada 2013

Cień niepewności

Parę dni temu jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że sąsiadujące z nami działki opuszczonej ziemi znalazły jakiś czas temu (kiedy dokładnie, tego nie wiem, ale nie wcześniej niż wiosną, a nie później niż dwa - trzy miesiące temu...) nowego właściciela.

I, w związku z tym, istnieje cień szansy, że tam, gdzie w tej chwili rozciągają się malownicze, choć raczej mało warte nawet jako opał krzaczory, które zwykle biorę na cel, fotografując wschód słońca:


(te bardziej w głębi i na lewo - bo te z prawej, bliższe są jeszcze nasze...) - może się pobudować ferma norek.

Nie mam nic przeciwko hodowli zwierząt futerkowych! Ale, żeby perspektywa bliskiego sąsiedztwa takiej fermy napawała mnie tak zaraz entuzjazmem - tego powiedzieć też nie mogę. No cóż: będziemy negocjować...

Najbardziej mi zależy na kilku długich, wąskich działkach przylegających od południa do naszego Wielkiego Padoku. Przywykłem już do myśli, że kiedyś rozszerzę jego granice w tamtym kierunku. No i zdecydowanie wolałbym, żeby naprzeciw naszej chatki, zamiast tych chaszczy wyrosło sobie w przyszłości ranczo, podobne do naszego, a nie sąsiad tak... hmm? Wonny..?

Możemy zarówno pomóc, jak i zaszkodzić. Nie stawiam żadnych warunków wstępnych. Jeśli dostaniemy dobrą cenę, uwzględniającą wysiłek i emocje, które zainwestowaliśmy w naszą farmę - możemy ją sprzedać. Co połączyłoby rozproszone działki pana "norkarza" w jeden, sensowny kompleks. W dodatku - już wyposażony w ujęcie wody i przyłącze do prądu (które inaczej, bez naszej zgody - będzie bardzo, ale to bardzo trudno zapewnić...).

Choć, oczywiście, wolałbym znaleźć jakiś kompromis bez posuwania się do takich skrajności. Fakt, że o zmianie sąsiada dowiedzieliśmy się przypadkiem, że nic tu się mimo upływu czasu nie dzieje, wskazuje na możliwość porozumienia. Najprawdopodobniej ten trudny do zagospodarowania teren na razie traktowany jest jako "głęboka rezerwa", do wykorzystania kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Bo wcześniejsze inwestycje w okolicy, ten sam właściciel - realizował błyskawicznie!

Jeśli do żadnego porozumienia nie dojdzie - mówi się trudno. Wiatry, na szczęście, częściej wieją z przeciwnej strony. Tyle, że otoczenie straci swój romantyczny, pionierski charakter...

Nasza Dalia wlkp, kiedyśmy stali jeszcze w pensjonacie w Zagościńcu - pasjami wręcz uwielbiała chadzać na spacery w pobliże nieodległej fermy strusi. Jak trochę poprychała i tupnęła nogą - zmykały tak śmiesznie, że ciężko ją było od płotu oderwać... Ciekawe, co nasze czterokopytne powiedzą na sąsiedztwo norek..? I czy Krystyna, która ma już "na rozkładzie" kilka niewielkich futrzaków - nie zasmakuje aby w norczynie..?

W każdym razie: poza tym, że była ta wiadomość dość niespodziewaną (oczywiście nie spodziewałem się też, żeby poprzednia właścicielka tych działek, od której i my większość naszej ziemi kupiliśmy, dotrzymała umowy sprzed 6 lat i poinformowała mnie o zamiarze sprzedaży reszty zawczasu - tym bardziej, że nietrudno się dowiedzieć, iż chwilowo na zakupy raczej nas nie stać...) - a przez to nieprzyjemną i musiałem to "odchorować" przynajmniej przez jeden dzień - nic takiego się nie dzieje. Ot - jeszcze jeden cień niepewności...

sobota, 9 listopada 2013

Król jest nagi...

Nie to, żeby mnie zaraz jakaś refleksja and przemijaniem miała nachodzić. Co to - to nie. Ale, muszę przyznać, że miniony tydzień zachwiał moją wiarą w siebie. Okazało się, że nawet CHODZĄC (na ten przykład po pastwisku...) w towarzystwie świeżo przybyłego mieszkańca wielkiego miasta (no dobra - i cóż z tego, że to podmiejska wieś..?) - zmuszony jestem wyciągać nogi, bo naturalnie, sam z siebie, chodzę po prostu za wolno...


Biorąc pod uwagę moje rozliczne porażki jako handlowca w ciągu minionych kilku lat - zaczynam się tedy zastanawiać, czy ja po prostu już nazbyt nie zdziadziałem siedząc sobie w Boskiej Woli..?


Życie tu może nie oszałamia przepychem (pomijając tę monstrualną kiczowatość dzisiejszego wschodu słońca, którą próbowałem na prezentowanych tu zdjęciach uwiecznić na ten przykład...), a i lęki różne nie są mu obce - ale też, nie ma co kryć: przepracowywać to ja się na co dzień nie przepracowuję... Ot - rano wstać, koniom owsa dać (a głównie to napoić, tego owsa przecież jak na lekarstwo dajemy...). Potem Państwu głowę pozawracać. Posprzątać pod wiatą, parę godzin pokarczować, popielić, ewentualnie - wsiąść sobie na konika, czy też koniki polonżować i poczyścić. Gdzieś w międzyczasie lokuje się koński lunczyk.

I już. I już można się rozluźnić jak nie przymierzając syty lew po polowaniu. Po końskiej kolacji zwykle sami bardzo szybko lądujemy w pozycji horyzontalnej i nawet, jeśli nie chciało się nam tak od razu spać i planowaliśmy książki poczytać, czy choćby nawet to głupie pudło pooglądać - to któżby się był w stanie oprzeć mruczandu zadowolonego z zagnania swoich państwa do wyra koćkodana..? I tak zasypiamy zwykle z przysłowiowymi kurami...


Miniony tydzień, kiedy to musiałem się choć trochę spiąć i gotowością do działania wykazać, postawił ten ustalony porządek rzeczy pod znakiem zapytania. I nie mogę powiedzieć, żebym przeszedł ten test z wynikiem wprawiającym mnie w samozadowolenie. Zgoła wprost przeciwnie!


Czyżby nadeszła pora, aby nawet przed samym sobą przyznać, że król jest nagi..? Że jest rzeczą dość wątpliwą, abym jeszcze UMIAŁ tak ciężko i tak efektywnie pracować, jak to się zwykło oczekiwać w poważnym biznesie..?

No cóż - nie zamierzam się w żadnym razie nad sobą rozczulać! Kolejny tydzień będzie JESZCZE INTENSYWNIEJSZY. I, cholera - albo padnę, albo się wdrożę..!

piątek, 8 listopada 2013

Apiat' to samo, czyli ostatni październik raz jeszcze...

Okrągłą, 96-tą rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej (ani ona była wielka, ani socjalistyczna - w każdym razie nie tak, jak to sobie pierwotnie różni "socjaliści" wyobrażali, ani rewolucja - i nawet nie w październiku, przynajmniej nie dla większości świata...) spędziliśmy nader pracowicie i w licznych rozjazdach. I wcale nie jest to koniec!

A pogoda wciąż, jak to mawiają w "warszawce" - nie rozpieszcza

No to, na dobry początek nie mniej pracowitego dnia:



Gelshah (popularnie zwany "Knedliczkiem"). Tu mała uwaga: proszę się nie wstydzić. Jeśli ktoś z Państwa zamiast źrebiąt z gówno wartymi paszportami "konia małopolskiego" chce mieć w przyszłości źrebięta z trochę mniejsze gówno wartymi paszportami "konia achałtekińskiej półkrwi" (przynajmniej tej "marce towarowej" nikt jeszcze kreciej roboty nie robi, promując za państwowe pieniądze najgorsze hodowlane odpady...) - to proszę się w tej sprawie kontaktować z Petrą Marešovą. Ja już NIC w tej sprawie nie zrobię.

Jeśli nie dostanę od Petry innych dyspozycji (na przykład właśnie - odwiezienia Gelshaha do kogoś z Państwa, kto go kupił lub wydzierżawił...), odwożę tatusia naszych wspaniałych źrebiąt do rodzinnego domu. W przyszły lub następny łykend. Tak więc macie Państwo tydzień lub maksymalnie dwa.




Córeczka pojedzie z tatusiem. Biorąc pod uwagę jej niezależny charakterek - nie potrafię się z tego powodu smucić...



"Na zbyciu" został nam jeszcze starszy synek. Ale jakoś mało mnie to martwi...




Nasz "Iwanuszka" poradzi sobie w życiu. Tak lub inaczej! Intelekt wprawdzie odziedziczył chyba po matce - ale czyż jego matka sobie nie radzi..? Radzi sobie i to jeszcze jak..!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...