środa, 30 października 2013

Dlaczego nie lubię jeździć w nocy..?

Bo wtedy od razu widać, że nie wszystkie światła mi się świecą. A przygodny kontakt z patrolem stojącym przy drodze mógłby być chwilowo nader katastrofalny w skutkach! To raz.

Dwa, że choć normalnie widzę po ciemku całkiem dobrze (a w każdym razie, na kurzą ślepotę się nie skarżę...) - to te światła z przodu... łeee! Po paru godzinach łeb zaczyna napierdalać, oczy same się zamykają - no masakra, masakra...


Trzy, że w nocy ruch wprawdzie mniejszy, ale czegoś - więcej wariatów. Którzy albo mrugają mi długimi z tyłu, albo trąbią. A ja się denerwuję. Bez sensu. Że nie wszystkie światła mi się świecą przecież sam wiem. A że, ich zdaniem, za wolno jadę..?

A jedź sam szybciej na łysych i nie trzymających profilu kapciach, baranie jeden! Nie mówiąc już o wyprzedzaniu na ciągłej, czy grzaniu setką po terenie zabudowanym - w czasie, gdy przygodny kontakt z patrolem... i tak dalej, nie muszę chyba powtarzać..?

Cztery - bo w czasie takich wycieczek ZAWSZE coś się wydarza. Co było rok temu - nie trzeba powtarzać, sami dobrze wiecie.

Latem z kolei - aż tak dramatycznie nie było - ale jedna taka nocna wycieczka do Warszawy i z powrotem i chłodzenie w samochodzie znowu było do remontu.


Tym razem samochód CHYBA się nie zepsuł (bardziej niż był - lewe przednie długie które czasem się świeci, a czasem nie, co - jak mi się wydawało, przed wyjazdem naprawiłem, wciskając na sztywno poluzowaną wcześniej na skutek poprzedniego wypadku żarówkę - po powrocie okazało się całkiem ślepe: i ch..j jeden wie, czy to tylko żaróweczka H4, czy jednak - awaria elektryczna, skoro prawej tylnej pozycji też nie jestem w stanie nakłonić do współpracy mimo wymiany zarówno żarówki, jak i bezpiecznika..?). Za to wracając, około pierwszej w nocy, już na samym początku naszego Wielkiego Padoku zobaczyłem... leżący na ziemi pastuch!

Że jak raz dzień wcześniej Lepsza Połowa wdała się przy zganianiu koni w dyskusje z jakimś zatrzymanym przez nasz przepęd kierowcą (a podejrzanie wyglądał - z przyczepką taką takuteńką jak ta, którą ukradzione u nas słupki wyjechały, po śladach sądząc...) i coś wspomniała o cenach naszych koni - to pierwsze skojarzenie było drastyczne: złodziej, koniokrad, jak nic - koniokrad...

Na szczęście nie. Czy to wiatr. Czy to byt dwunożny nieopierzony a złośliwy. Czy to wreszcie byt czterokopytny ofutrzony (nadmiernie: mam wrażenie, że przez te zimowe futra to ich już coś prąd za mało kopie...) - w każdym razie: coś, jakaś siła, złamała narożny izolatorek i w ten sposób taśma pastucha znalazła się na ziemi.

A skoro znalazła się na ziemi - to jakżeż mogło Małe Złe, Ukochana Córa Szatana (tym razem w towarzystwie Najmniejszego Złego, czyli, jak łatwo sobie policzyć w głowie: Ulubionej Wnuczki Belzebuba...) nie wyleźć i nie pobroić przy chatce? Robiąc burdel na stoliku z narzędziami (to dopiero rano zobaczyłem...) i dobierając się do marchewki?


Chyba była wręcz zbulwersowana faktem, że nikt od razu z chatki nie wyszedł i jej nie złapał. Bo jak zapaliłem wszystkie światła, naprawiłem jakoś ten narożnik ogrodzenia (po ciemku - nomen omen - bo się właśnie skończyły baterie w latarce...) - sama podeszła do bramy Wielkiego Padoku, żeby ją do stada dołączyć...

Miałem jakieś plany na dzisiaj, ale już żegnając się z Lepszą Połową na Zachodnim zastrzegłem, że do d..y z tym wszystkim - odsypiam. Niezbyt mi się to udało. Wprawdzie po napojeniu i nakarmieniu stada (o 6.00 NOWEGO czasu - co im się nie spodobało, ale już nikt poza wyznaczoną strefę zamkniętą tym razem nie wyszedł...) nawet się na chwilę położyłem z powrotem do łóżka. Ale koćkodan chrapał. Telefon dzwonił. No - nie dało się, nie dało.

Po drugim kielonku domowej roboty jabłkówki - nawet udało mi się ogolić i nie pociąć mordy.

A tak naprawdę i po piąte - to nie lubię takich jazd, bo potem zostaję tu sam i jest smutno i źle i łeee...

wtorek, 29 października 2013

Radość wieśmaka

Bracia i Siostry! Dzisiaj radośnie łączymy się w szczęściu z naszymi nowymi współwieśmakami, którzy wczoraj właśnie dopełnili, po uzyskaniu stosownej decyzji Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa, ostatnich formalności i stali się właścicielami pięknego, choć nieco zruinowanego gospodarstwa, które pokazują nam na filmikach.



Niestety - tylko w ten sposób się da, bo filmiki niepubliczne, trza na link kliknąć, co by je obejrzeć. Ale za to, jakeśmy zgodnie z Lepszą Połową stwierdzili - zajebjaszcze..! Chałupy i budynków (zawalonego kurnika nie wyłączając...) zazdraszczamy. Nie zazdraszczamy sąsiada przez płot i asfaltu pod oknem no ale cóż - nie można mieć wszystkiego...


Zdjęcie przedstawia "szczęśliwego wieśmaka". Na szczęście - i na dobry początek..!

Paradoks pańszczyźniany

Szerokie stosowanie pracy przymusowej jest nieomylnym sygnałem... braku rąk do pracy..!

To przecież oczywiste, czyż nie..? Kiedy Niemcy zaczęli na masową skalę "importować" robotników z łapanek i więźniów..? Gdy mieli u siebie 25% bezrobotnych - czy dopiero wówczas, gdy na front poszedł każdy mężczyzna, który był w stanie łopatę lub mausera utrzymać, obu moich dziadków, zdecydowanie do najbardziej uświadomionej i przodującej części "rasy panów" nie należących, nie wyłączając..?

Sowiety w latach 30-tych wydają się zaprzeczeniem tej tezy, ale to łatwo wytłumaczyć. Program forsownej industrializacji, który wdrażały był "ponad miarę". Przekraczał realne możliwości. Można go było zrealizować tylko drastycznie obniżając poziom życia ludności. Nikt by dobrowolnie nie pracował w kołchozach czy na "wielkich budowach socjalizmu" żyjąc w efekcie O WIELE GORZEJ niż wcześniej - gdyby nie druty kolczaste i karabiny...

Całkiem podobnie było z folwarkiem pańszczyźnianym. Z tym, że nie był to - jak w wojennej gospodarce III Rzeszy, czy w Sowietach - proces nagły, ani gwałtowny. Dostępne źródła wskazują, że otwartego gwałtu używano nader rzadko. A do pogorszenia się warunków życia ludności zależnej doszło tak naprawdę dopiero pod sam koniec funkcjonowania tego systemu.

Żebyście mnie starym capem nie nazywali, dzisiaj ilustracja dla pań...

W całej Europie Środkowej pańszczyzna, czyli tzw. "renta odrobkowa" poczęła się upowszechniać w drugiej połowie XV wieku. Wcześniej dominowała u nas tzw. "renta produktowa": mieszkańcy wsi, korzystający z gruntów należących do pana płacili mu czynsz w postaci części uzyskanych plonów. Oczywiście - już wcześniej wypełniali też pewne posługi. A niektórzy to nawet płacili i czynsz pieniężny, jakkolwiek - takie sytuacje były niezmiernie rzadkie.

Od połowy XV wieku powoli zaczyna się w Europie koniunktura na produkty rolne. Ceny rosną - zrazu powoli, by potem, gdy w pierwszej połowie następnego stulecia kontynent zaleje potop amerykańskiego srebra, skoczyć pod niebiosa.

Przyczyny są dość jasne: Europa Zachodnia odbudowuje się demograficznie po katastrofie "czarnej śmierci" z wieku XIV, pojawiają się nadmorskie ośrodki miejskie domagające się zboża, drewna na budowę statków, smoły, suszonego lub solonego mięsa i ryb, tranu, skór itp.

Z rosnącej koniunktury oczywiście w pierwszej kolejności korzystają ci, którzy mają najbliżej: rolnicy z Wysp Brytyjskich, Francji, nadreńskiej części Niemiec i Niderlandów. Ponieważ tkacze z Brugii czy Gandawy zgłaszają niemal nieograniczony popyt na wełnę owczą - właściciele ziemscy w Anglii zaczynają wyrzucać chłopów ze wsi, przekształcając swoje majątki w wielkie pastwiska (o tym, do jakich wyżyn doszła sztuka utrzymania takich pastwisk, pisał jakiś czas temu kolega Wojtek Majda...).

Trochę inaczej dzieje się w Europie kontynentalnej. Na co nie bez wpływu pozostają wydarzenia polityczno - militarne. Francuskie rycerstwo zwłaszcza - zmuszone było płacić sute okupy po serii klęsk w czasie Wojny Stuletniej. Żeby je zapłacić rodziny rycerzy zapożyczały się gdzie tylko się dało, w tym także - u własnych chłopów. Którzy skorzystali z okazji, aby uwolnić się od zdecydowanej większości feudalnych powinności. Przyszło im to tym łatwiej, że będąc blisko rynków zbytu i mając koniunkturę - nie cierpieli na brak gotówki czy kredytu.

Zupełnie inaczej jest u nas i w innych krajach Europy Środkowej. Klimat mamy gorszy. Co oznacza, jak wiele razy już powtarzałem - MNIEJSZĄ PEWNOŚĆ I BEZPIECZEŃSTWO uzyskania plonów. Żeby prowadzić u nas działalność rolną - trzeba to było robić na pewną skalę. Rolnik pojedynczy i indywidualny bardzo rzadko był w stanie przetrwać nieurodzaj. Nie miał wystarczających rezerw ani kredytu.

Jesteśmy też o wiele dalej od rynków zbytu. A to oznacza znacznie wyższe "koszty transakcyjne"! Żaden pojedynczy, indywidualny chłop nie spławi zboża do Gdańska (no chyba, że ma gospodarkę... w Pruszczu..?).

Wreszcie: już na starcie jesteśmy o wiele biedniejsi, brakuje nam kapitału (i nie chodzi mi tu tylko o kruszce, czyli mroczny przedmiot pożądania merkantylistów z wieku XVII i XVIII - lecz o "kapitał" w najszerszym możliwym sensie: obejmujący także inwentarz, budynki, narzędzia, a przede wszystkim - WIEDZĘ). Cóż poradzić..? Cholerni Rzymianie nie raczyli ruszyć tyłków i pobudować nam podstawowej infrastruktury, jak Francuzom i najzachodniejszym z zachodnich Niemców...

Przy tych wszystkich słabościach - i u nas jednak, z pewnym opóźnieniem w stosunku do Zachodu, ale zawsze - pojawia się owa koniunktura na towary rolne i leśne. Chłopi zaczynają się bogacić. Ich panowie, dysponujący wciąż częścią plonów niby też - ale, jak wskazują źródła z epoki: frustrująco powoli..!

Chamy, o niczym innym nie myślące, jak tylko o żarciu, chędożeniu i chlaniu chodzą w złotych łańcuchach i całymi dniami po karczmach w karty rżną - a panowie rycerze karku nadstawiający za ojczyznę po dawnemu, w jednej kapocie, po ojcu, jak nie po dziadku (jeszcze pod Grunwaldem krwią zaplamionej...) i z niemodnym mieczem..?

To oczywiście legenda... W rzeczy samej, przełom XV i XVI wieku to także wybuch epidemii "francuskiej choroby" - która w dużo większej mierze dotknęła elitę niż prosty lud. Bardzo wiele rodów rycerskich i magnackich kończy się... choć - niekoniecznie! U nas, mospanowie - wolność. W takiej Francyji czy u innych Angliczanów to mają rody szlacheckiej pospisywane co do głowy. Jak się ród kończy, Korona łapę na jego dobrach kładzie - i żegnaj majątku! A u nas? U nas żadnych spisów nie ma. Zawsze się jakiś pociotek do dziedziczenia znajdzie. Choćby przyszywany!

Tak więc w Anglii mamy "grodzenie" - a u nas: "wykup wójtostw". Co polega na tym, że szlachta przejmuje różnymi sposobami z rąk dotychczasowych posiadaczy (zasadźców, wójtów wsi - wynagradzanych wcześniej, w XIII czy XIV wieku większym niż inni mieszkańcy gospodarstwem, czasem prawem wyszynku, łaźnią lub innym urządzeniem "komunalnym"...) istniejące wcześniej folwarki lub... owi wójtowie, z dawna przywykli łączyć gospodarkę z wojaczką (bo bywali obowiązani do służby, czasem nawet konnej - jako lekka jazda...) stają się szlachtą. Ale już "nową szlachtą": ziemiaństwem - obywatelstwem, dla którego zawód rycerski jest tylko częścią stylu życiu. A prowadzenie interesów (rozmaitych! Tacy Lubomirscy wypłynęli na warzeniu soli z solanek - wcale nie na rolnictwie...) - rzeczą jak najbardziej naturalną...

Folwark się rozrasta. W miarę jak potop amerykańskiego srebra dociera i do nas (i jak sprytni Holendrzy przy pomocy Gdańszczan i Żydów organizują sobie siatkę zadłużonych dostawców - co daje im kontrolę nad cenami...). Rozrastający się folwark potrzebuje robotników. Tylko skąd ich wziąć..?

Najprostszym rozwiązaniem była zamiana dominującej wcześniej "renty produktowej" na "rentę odrobkową". Zboże, które chłop mógł wyprodukować pracując (własnym sprzężajem i narzędziami) na pańskim - było zwyczajnie więcej warte niż ta część plonów, którą wcześniej oddawał jako swój czynsz. A, żeby ograniczyć konkurencję - na chłopów spadają coraz to nowe restrykcje. Już nie tylko zakaz noszenia złotych łańcuchów, długiej broni białej przy boku czy gry w karty (to, było nie było, sprawa honorowa...). Ale i zakaz opuszczania wsi bez zezwolenia pana, zakaz podejmowania jakiejś ubocznej działalności nawet - zawierania małżeństwa poza pańską domeną (z czego potem narodziła się legenda - najzupełniej bzdurna - tzw. "prawa pierwszej nocy"...).

O męskich czytelnikach przecież też nie zapomnę...

Poziom życia chłopów DALEJ rośnie. To nie jest, jak w Sowietach - zagonienie ludzi jak bydła do zagrody. Widzimy przecież przez cały wiek XVI i pierwszą połowę wieku XVII intensywną kolonizację wewnętrzną, zagospodarowywanie pustek, zakładanie nowych wsi (i nowych folwarków!), wzrost liczby ludności, intensywny ruch budowlany, a nawet - jakkolwiek dane są mocno fragmentaryczne przez wzgląd na późniejsze, dotkliwe zniszczenia, także archiwaliów - poprawę poziomu alfabetyzacji.

Tyle tylko, że TERAZ - poziom życia chłopów rośnie wolniej niż szlachty. Szlachta, korzystając ze strategii "kija i marchewki", tj. wprowadzając prawne ograniczenia dla chłopów i grożąc im przemocą (jakkolwiek - nader oględnie...) a zarazem - podejmując się na szeroką skalę roli "powszechnego ubezpieczyciela" od ognia, głodu i wojny (z funkcji tej  W TYM SAMYM CZASIE, "wypisała się" szlachta angielska - zwyczajnie wyrzucając swoich chłopów na zbity ryj ze wsi i gruntów, które tamci zajmowali wcześniej przez setki lat... I, wbrew różnym legendom - w dupach mieli lordowie, czy ich byli poddani znajdą gdzieś przytułek w mieście lub w koloniach których, w tym czasie, Królestwo Anglii bynajmniej jeszcze nie posiadało...) - odwróciła trend, który groził jej deklasacją. No dobra: zrobili tak ci, którzy byli dostatecznie sprytni. Mniej sprytni - zaginęli bez śladu, mrąc bezpotomnie lub dając się "w chłopy obrócić" tak więc, jako nieobecni, racji nie mają..!

Niestety, w połowie wieku XVII cała ta idylla wzięła i się skończyła... Ale o tym - może innym razem..?

Pańszczyźniany "etos pracy" - ilustracja nawet z epoki...

Dzisiaj ważny jest "paradoks pańszczyźniany": sposób i okoliczności narodzin gospodarki folwarczno - pańszczyźnianej wskazują, iż w naszej części Europy praca ludzka była RELATYWNIE (bo wcale nie twierdzę, że w - jakkolwiek mierzonej - skali bezwzględnej...) droższa niż na Zachodzie. Skoro opłacała się nawet leniwa, niedbała, niestaranna praca pańszczyźnianych, patrzących tylko jak się uwalić brzuchem do góry, gdy ekonom odwróci się w drugą stronę - i czekać, aż słońce zajdzie, wyznaczając w ten sposób koniec dniówki..?

poniedziałek, 28 października 2013

Fikcje i prawdy albo nędza manicheizmu

Kultura wymaga przestrzegania pewnych "koniecznych fikcji". No chociażby takich, jak "wolność woli" (bez której niemożliwa byłaby odpowiedzialność karna - o czym już kiedyś pisałem). Czy "powszechna znajomość prawa".

Można domniemywać, że tego rodzaju "konieczne fikcje", "byty umowne" są czymś względnie relatywnym kulturowo (aczkolwiek nie spotkałem się z przypadkiem takiej kultury, w której władza powstrzymałaby się przed ukaraniem przestępcy tylko dlatego, że powołał się on na nieznajomość wydawanych przez nią praw - zaś eksperyment z odstąpieniem od fikcji "wolnej woli" i uznaniem przestępstwa za produkt "społecznej opresji" jest na tyle świeży, że trudno o nim coś powiedzieć, w każdym razie - coś pozytywnego...).

Skąd się takie "fikcje" biorą..?

Jak dla mnie ich istnienie jest pewnym ważnym tropem wskazującym na istnienie pewnej fundamentalnej ciągłości pomiędzy "naturą" a "kulturą". Wiemy przecież bardzo dobrze, że najpierw istniało społeczeństwo - a dopiero długo, długo potem, pojawiła się jakaś próba refleksji o tym, dlaczego ludzie łączą się w grupy, co te grupy spaja i dlaczego działają one tak, a nie inaczej. Najpierw istniało prawo - a dopiero długo, długo potem: nauka o prawodawstwie (przy czym, zresztą, i jedna i druga z tych refleksji nie zawsze i nie przez każdego będzie za "naukę" uznawana - chociażby dlatego, że brak im typowej dla przyrodoznawstwa ścisłości, mnóstwo jest za to ideologii...).

Tak samo jak nauka (a nawet "nauka"...) wyłania się stopniowo z pewnej praktyki - tak i kultura wyłania się z natury. Nie istnieje tu jakiś ostry, manichejski podział, przeciwieństwo! To, że ludzie żyją ze sobą w społeczności jest fenomenem NATURALNYM. Tak samo jak to, że uznają własność, władzę, prawo i jakieś restrykcje tyczące się życia seksualnego.

Gdy mój ulubiony libertarian, kolega GPS powołuje się na przykład małżeństwa jako dowód na to, że kultura może przezwyciężyć naturę (bo jego zdaniem "stanem naturalnym" był ciągły gwałt zbiorowy...), a tym samym - możliwe jest społeczeństwo bez "terytorialnego monopolu na przemoc" - to oczywiście bredzi, bo czegoś takiego NIGDY nie było. To znaczy - nigdy nie było żadnego "stanu totalnej płciowej anarchii", czy też "stanu zbiorowego gwałtu".


Przecież ŻADNA ze znanych nam społeczności uznawanych za prymitywne tak się NIE zachowuje..! Nie zachowuje się też tak ŻADEN gatunek znanego nam zwierzęcia (jakkolwiek, zachowanie się takich np. bonobo jest rzeczywiście - nader swobodne: zdaje się jednak, że to raczej samiczki przewodzą tam w promiskuityzmie, czyż nie..?). Skąd w ogóle taki pomysł..?


Oczywiście - koledze GPS ten pomysł był potrzebny właśnie po to, by "udowodnić" możliwość "przezwyciężenia natury", a tym samym - możliwość przezwyciężenia takich słabości jak żądza władzy, chętka na życie na cudzy koszt (i tu od razu odpowiadam jednemu z popleczników kolegi GPS na "Neonie24": NIE - z faktu, że ludzie LUBIĄ żyć na cudzy koszt - NIE WYNIKA, iż NIE LUBIĄ, gdy ktoś żyje na ICH koszt! To jest może nielogiczne - ale czy ktokolwiek UDOWODNIŁ, że człowiek jest istotą logiczną..? W rzeczywistości nadzieja na to, że uda się obłowić cudzym kosztem jest znacznie większa niż obawa przed tym, że kto inny popasożytuje na nas. Można sobie ten femonen badać, choćby ankietowo, ponieważ tak się składa, że on po prostu - rzeczywiście ISTNIEJE - a jego praktyczne skutki odczuwamy na co dzień...). Słabości, których skutkiem jest istnienie "terytorialnego monopolu na przemoc".


Natura może się manifestować na więcej niż jeden sposobów. Widzimy to po wielkiej mnogości kultur różniących się rytuałami, szczegółami pewnych instytucji społecznych, a nade wszystko - tym, w jaki sposób tłumaczą same siebie. Czy którakolwiek z tych kultur "przezwycięża" naturę - czy tylko: dorabia sobie jakąś ideologię do stanu, na który tak naprawdę kultura ma wpływ nader nikły..?

To, że musimy sobie TŁUMACZYĆ istnienie odpowiedzialności prawnej fikcją "wolnej woli", czy fikcją "powszechnej znajomości prawa" to wreszcie, że niektórzy próbują tłumaczyć sobie istnienie społeczeństwa np. fikcją "umowy społecznej" (acz moim zdaniem, takie tłumaczenie nie ma krzty sensu - tamte dwie fikcje są rzeczywiście potrzebne, podczas gdy ta jest ewidentnie szkodliwa..!) - to tylko dowody na to, że ani fenomen odpowiedzialności prawnej, ani fenomen życia społecznego, to nie są zjawiska "kulturowe" (gdyby takie były, to pewnie istniałaby tu jakaś zgodność między tłumaczeniem, a tłumaczonym, czyli - nie byłoby fikcji, a jakaś prawda...), tylko naturalne, zwierzęce, istniejące na długo przed pojawieniem się rozumu, artykułowanego języka, a tym bardziej - jakiejkolwiek nauki...

Próba zanegowania indywidualnej odpowiedzialności za popełnione czyny, realizowana obecnie na szeroką skalę w tzw. "cywilizacji zachodniej" - to jest właśnie bunt przeciw naturze. Próba zmiany tego, co zwierzęce i naturalne na to, co ideologiczne, językowe, kulturalne.

Takimi "buntami przeciw naturze" były też próby zniesienia własności prywatnej, próby zniesienia restrykcji w życiu seksualnym, czy też właśnie - owego "terytorialnego monopolu na przemoc". Jak do tej pory jeszcze się nikomu taki "bunt przeciw naturze" nie udał. Jak to mawiają: "ciągnie wilka do lasu"...

niedziela, 27 października 2013

Drugie podejście

Pośpimy sobie dłużej - zapewne, jak co roku gadała jakaś słodka idiotka czy inny pacan na ekranie tv. Nie wiem, nie oglądałem, ale zwykle tak jest...

Pośpimy sobie dłużej - taaa... Weź, idiotko, czy inny pacanie, przekonaj Knedlika, że śniadanie ma dostać godzinę później..! Knedlik poczciwości ogrzysko, muchy nie skrzywdzi - ale śniadanie, rzecz święta, a może nawet najświętsza ze świętych (obok obiadu i kolacji, ma się rozumieć...). Wcześniej - ależ proszę bardzo, zawsze. Ale czekać? Denerwować się..? Toż koń może wrzodów żołądka z tych nerwów dostać..!


Dobrze, że u mnie zwierzyna zawsze ma co jeść, jak nie trawę (w tym roku - na szczęście wciąż jest ciepło, to stado nocuje na Wielkim Padoku - a to daje dwie korzyści: raz, że ma tam trawę, zioła, gałązki, liście, w ostateczności korę drzew, więc nie ma prawa być głodne, a dwa - że ogrodzenie jest pod prądem - i to naprawionym po ostatnich wpadkach - i raczej nie uciekną...), to siano. Więc wrzodów nie dostanie.

Ale i tak - pamiętacie co było rok temu, jak mi się samochód zepsuł i spóźniłem się o godzinę idąc piechotą z Grójca..? Siano pod wiatą było! Tak samo jak i woda. A i tak - spierdzieliły w cholerę, skoro owsika (w symbolicznej przecież ilości...) na czas nie było.

Zresztą - mniejsza o większość. Co myślę o tym bezbożnym szaleństwie "zmiany czasu" to już dawno temu pisałem (i dla mnie ZAWSZE gorsza jest ta zmiana "zimowa"...).

Śniadanie dzisiaj było jak zwykle. No - prawie jak zwykle.

Za to wczoraj - wykonaliśmy drugie podejście do problemu "zdjęć zootechnicznych". Te zdjęcia są oczywiście o tyle paskudne, że nic ciekawego sobą nie przedstawiają. Ale z grubsza chodzi o to, żeby było widać wszystkie odmiany na nogach i pysku. Byłoby fajnie, jakby się przy okazji konisko wyprostowało i wyciągnęło - ale bardzo trudno jest do tego nakłonić dzieci kiedy im się akurat nie chce. Pokazuję zatem tylko te fotki, które Lepsza Połowa strzeliła przy okazji, kiedy ja czyściłem kolejnego delikwenta:



Głowa Mijanka. Jak ja mam właściwie go opisać..? No jak? Przecież wciąż nie wiadomo, czy on będzie ostatecznie jeleni, czy ciemno-jeleni (ewentualnie: jeleni z ciemnymi przerzutami..? W kropki? W kratkę?). 


A już o kształcie tych białych skarpetek na jego nogach, to nawet nie chce mi się gadać! Lepsza Połowa jest historyk sztuki (między innymi) - będzie to na formularzu malować. Ja umywam ręce...


A tu, proszę: brat z siostrą kręcą się przy płocie czekając na okazję, by pod nim czmychnąć. W rzeczy samej - czmychnęły chwilunię potem, jak tylko zajęliśmy się fotografowaniem najstarszego brata...


No i po małą siostrzyczkę musiałem się pofatygować na drugą stronę płotu z uwiązem. Przynajmniej mogę udowodnić, że nasze źrebięta nie takie znowu dzikie - przy boku chodzą.



Po małej siostrzyczce tego prawie że nie widać, ale ma całkiem sporą białą latarnię na pysku (trzeba się uważnie przyjrzeć) i ZDAJE SIĘ maluteńkie skarpetki na obu prawych nogach. Z tym, że tego to naprawdę nie jestem pewien - nie, nie o to chodzi, że się pobrudziła (wypucowałem jak mogłem...). Chodzi o to, że to jest tak nieznaczne, że równie dobrze może się potem okazać niewielkim wysiwieniem, które albo całkiem zniknie, albo będzie się pokazywało na futrze jedynie sezonowo (jej matka TYLKO zimowe futro ma lekko przysypane siwizną...). I bądź tu mądry..! A formularze wypełnić trzeba...

sobota, 26 października 2013

Pierwsze podejście

Jak już zapowiadałem wczoraj na fejsie, udało się nam dokonać pierwszej próby sfotografowania źrebiąt i matek na potrzeby Wszechrosyjskiego Naukowo - Badawczego Instytutu Hodowli Koni.



Efekty wrzuciłem na angielskiego bloga. Część zdjęć trzeba będzie powtórzyć - dzisiaj zatem zapewne wykonamy drugie podejście. A na razie pomykamy na targ i zakupy. Wziąłem się też od wczoraj za sprzątanie posesji - i na początek wyciąłem pół hektara samosiejek. Na ogół za małych, żeby się na cokolwiek innego niż na ognisko nadawały - ale za to, póki rosły, umożliwiających wrogim grzybiarzom skryte podejście prawie aż do naszej ujeżdżalni!

Po oczyszczeniu przedpola, będziemy ich z tej strony widzieć już w momencie, gdy zrobią pierwszy krok na naszą ziemię.

Podobnie należy potraktować też Lasek Centralny i jego okolice. 5 lat temu wyczyściliśmy dokładnie poszycie, nadając mu "parkowy" charakter - ale poza fragmentem, który używamy zwykle wczesną wiosną jako pierwszy "zielony" (a raczej dopiero "zielonkawy"...) wybieg dla koni - zarosło go już haniebnie. Najwyższy czas coś z tym zrobić...

piątek, 25 października 2013

Korporacja - sracja

Już "profesor" (samozwańczy...) Cyryl Parkinson całe wieki temu opisywał, czym różni się proces zatwierdzania budżetu budowy elektrowni atomowej, od budżetu budowy wiaty na rowery. W przypadku wiaty decydenci wchodzą w każdy najdrobniejszy szczegół. W przypadku elektrowni atomowej "przyklepują" tylko ogólną sumę wartości kontraktu. No bo niby jakie mają inne wyjście..?

Pisałem o tej prawidłowości dawno temu. Właśnie DLATEGO do tej pory Naszej Umęczonej Planety nigdy jeszcze nie zdominowało do końca i w pełni skutecznie tylko jedno supermocarstwo, ani też - jedna korporacja rzadko kiedy ma szansę zdominować na dłużej i rzeczywiście efektywnie jakiś choć trochę większy rynek.


Po prostu - w momencie, gdy skala problemów przestaje przekraczać możliwości przeciętnych w sumie ludzi stojących na czele mocarstwa czy korporacji i gdy zmuszeni są oni w rosnącym stopniu delegować władzę i kompetencje (niezależnie od tego, jak bardzo by tego nie chcieli, a czasem nie chcą w stopniu wręcz patologicznym..!). Jeśli do delegacji władzy nie dojdzie - państwo lub korporacja uduszą się w wyniku decyzyjnego paraliżu (decydentom zwyczajnie nie starczy czasu na podjęcie wszystkich decyzji od których zależy ich przetrwanie...). Jeśli do delegacji władzy dochodzi (a dochodzi - tylko takie państwa i tylko takie korporacje, które to robią, są w stanie przetrwać nieco dłużej...), automatycznie dochodzą do głosu także interesy ludzi, którym tę władzę na niższym szczeblu powierzono.

Zarówno w państwie, jak i w korporacji pojawia się biurokracja, która ma inny zgoła "interes" i inne poglądy na świat niż najwyżsi decydenci (chyba, że biurokracji, jak to się dość często dzieje, uda się przechwycić władzę - wówczas ponownie następuje "zjednoczenie myśli i czynu" - lubo na ogół tylko chwilowe...). Oczywiście - biurokracji TEŻ do pewnego stopnia przynajmniej, zależy na tym, aby państwo trwało, a korporacja zdobywała nowe rynki. Problem polega na tym, że dla zwykłego biurokraty troska o "dobro państwa", czy "dobro korporacji" to są sprawy odświętne, odległe i raczej mało pasjonujące. Natomiast walka o własny awans, o dodatkowe, "prawe", czy "lewe" dochody, o miejsce na parkingu, o zatrudnienie rodziny czy znajomych - to sprawy, które wypełniają codzienne życie biurokraty.


Czasem pojawia się, tak w państwie, jak i w korporacji, przywódca charyzmatyczny, który potrafi swoją osobowością zaczarować podwładnych. Taki czar bywa, że i na "rasowych" biurokratów działa. Przez pewien czas! Ale to jest w sumie genetyczny wybryk. Zdarzy się lub nie.

Istnieją też metody niejakiej optymalizacji zarządzania. Państwa są pod tym względem o tyle w stosunku do korporacji uprzywilejowane, że mogą jawnie lub prawie jawnie uciekać się do przemocy. To znaczy - władca może sterroryzować biurokrację (jak Stalin czystkami na ten przykład!). Może też być tak, że następca tronu lub uzurpator pozbawi władzy (i najczęściej też życia...) nieudolnego poprzednika i grono pasożytujących na nim totumfackich. Stąd - państwa trwają na ogół o wiele dłużej od korporacji!


Tak, czy inaczej jednak, istnieje tu istotna "bariera wzrostu". Którą najnowsze techniki przetwarzania informacji i środki komunikacji niewątpliwie przesunęły (Karol Wielki próbując zachowywać się jak Komisja Europejska - zwariowałby po kilku dniach, jeśli nie po kilku godzinach...). Z całą pewnością jednak jej NIE ZNIOSŁY.

Wiele wskazuje na to, że znakomita większość niemiłościwie panujących gosudarstw NA CAŁYM ŚWIECIE znajduje się w tej chwili na zstępującej części "krzywej wzrostu" i traci kontrolę nad swym niepomiernie rozrosłym, bo bezgranicznie żarłocznym aparatem wykonawczym. To się tyczy nawet tak brutalnych i z pozoru efektywnych reżimów jak Chiny (kontrola państwa chińskiego nad obszarami wiejskimi interioru jest nader chwiejna i w wielu miejscach tylko pozorna...). W przypadku Polski już od dawna "nie wie lewica, co czyni prawica" i właściwie - trzyma się to wszystko w kupie raczej siłą bezwładu i przyzwyczajenia, niż z jakiegoś lepszego powodu.

W przypadku korporacji, owa "bariera wzrostu", ten "szklany sufit" zawieszony jest oczywiście jeszcze niżej niż w przypadku państwa. I bardzo dobrze! O ile znam teorię "tyranii doskonałej", która BYĆ MOŻE byłaby w stanie funkcjonować przez czas bardzo długi (tyle, że jak do tej pory nikt nie był na tyle konsekwentny, by tę teorię w całości wcielić w życie - na szczęście...) - o tyle nie słyszałem o żadnym pomyśle na "korporację doskonałą". Choć, oczywiście, właśnie od czasów "profesora" Parkinsona - całe mnóstwo cząstkowych usprawnień zostało wymyślonych i czasem nawet wdrożonych.

Podstawowy problem polega na tym, że aby korporacja wdrożyła któreś z takich usprawnień - to najpierw jej zarząd musi tego chcieć. A to wcale nie jest takie proste! Powtórzę, co napisałem na początku - owa "bariera wzrostu" bierze się z ograniczeń mentalno - czasowych nie kogo innego, jak właśnie - ludzi sprawujących "najwyższą" władzę. Im bardziej skomplikowane zadanie do wykonania, tym więcej decyzji do podjęcia i tym cięższą pracą jest koordynacja takiego projektu. Bardzo szybko dochodzi do sytuacji, w której albo firma przestaje działać, tygodniami i miesiącami czekając na najpotrzebniejsze decyzje - albo zarząd musi komuś zaufać i "w ciemno" zaakceptować decyzje, w motywy których NIGDY nie będzie miał czasu wniknąć.


Decydenci na ogół bronią się jak tylko mogą przed tą drugą alternatywą. Dlatego zwykle są bardzo zapracowani (o czym nie tak dawno wspominałem). Im bardziej są zapracowani, tym mniej stać ich na szerszą refleksję. W tym choćby taką właśnie - że doszli do "szklanego sufitu" i coś z tym trzeba zrobić. Bodaj - zatrudnić konsultanta, który powie im, jak mogą z tego wybrnąć, tracąc możliwie jak najmniej (bo stracą z całą pewnością, tego się już nie uniknie!). Nie mówiąc już o tym, że zatrudnienie takiego konsultanta, to przecież kolejny projekt, podległy tym samym prawidłowościom, co wszystkie poprzednie...

Kiedy byłem młodszy i pracowałem w dużej korporacji, miałem lepszą pamięć niż mam w tej chwili - pewnie też bardziej rozwiniętą wyobraźnię i większą łatwość podejmowania decyzji (w tej chwili bez narady z Lepszą Połową, to już nawet trudno mi zdecydować, czy najpierw wyrżnąć dziś choć część młodych brzózek, które nam odrosły na zaoranym 5 lat temu gruncie - czy jednak lepiej zająć się źrebiętami i spróbować wreszcie zrobić im te "zootechniczne" zdjęcia, na co ostatnio albo nie było pogody, albo czasu...). W związku z czym, przez 3/4 czasu pracy zbijałem bąki i czekałem, aż "wyższy szczebel" podejmie jakąś decyzję! Do stanowiska, na którym już naprawdę musiałbym się przyłożyć do roboty - wtedy nie awansowałem...

czwartek, 24 października 2013

Czasy ostateczne, czyli - czym jest blogowanie..?

Przegadaliśmy wczoraj pół dnia z kolegą Dariem, autorem poczytnego bloga, którego wszystkim Państwu serdecznie polecam. Na sam koniec (a ciemno już się robiło, wracaliśmy przez Wielki Padok po tym, jak w towarzystwie gościa, który chciał się przejść przed odjazdem, wkopałem na nowo dwa przegniłe słupki...) zeszło nam na blogowanie, media i koniec świata.

Akurat te tematy, mam wrażenie i Państwa mogą zainteresować, więc streszczam. Prasa papierowa zdycha. Zdycha nieodwołalnie - nic już jej nie uratuje! W to miejsce wchodzą media elektroniczne, zasadniczo - darmowe dla czytelnika.

Niestety to, co jest za darmo, jest też z definicji - niskiej jakości. Wracamy do czasów magla, wiejskiej plotki, "urban legends" i obgadywania cudzych cycków czy co tam kto komu obgaduje...

Dawniej, w czasach "przedprasowych" (a zwłaszcza - przed pojawieniem się prasy wysokonakładowej...) tym, co ograniczało obieg informacji, były wysokie koszty jej wytworzenia. Wyobraźcie sobie tych skrybów (a niechby nawet i drukarzy czy drzeworytników...), pracowicie zapisujących pergamin (czy nawet już papier...) - ileż to musiało kosztować, nieprawdaż..?


Obecnie obieg informacji mordowany jest, kneblowany, zabijany - przez to, że koszty "wejścia na rynek" z nową informacją są przyzerowe. Właściwie, to trzeba zainwestować tylko odrobinę czasu (a wolnego czasu mamy, średnio, coraz więcej - nieprawdaż..?).


W tej sytuacji KAŻDY może wygadywać dowolne bzdury. Selekcja informacji przestaje być do czegokolwiek potrzebna (jak chodzi o jej "nadanie" - wysiłek ten spada na odbiorcę, wspomaganego przez różne narzędzia informatyczne, to prawda...).

W czasach pergaminu i skrybów wysoki koszt "nadania" informacji sprawiał, że notowane były tylko rzeczy uważane za najistotniejsze - i stąd mamy z tej epoki wielkie ubóstwo pisanych źródeł!

Obecnie można opisać (a jeszcze lepiej: sfotografować lub sfilmować, jak słusznie radził niedawno kolega Jeremak w komentarzu pod moim "Dekalogiem...") każdą bzdurę. Którą już sam odbiorca musi sobie, na własny koszt i ryzyko zaklasyfikować jako "ważną" lub "nieważną".

Państwo w "bombą megabitową" nie wierzycie. No cóż. Młodzi jesteście. Innego świata nie znacie. Nawet perspektywy cyborgizacji Was nie przerażają! Bóg z Wami.

Ale przecież skutki są dokładnie takie, jak Mistrz Lem przewidział..!


Jako się rzekło - prasa papierowa zdycha. Z braku czytelników, a w konsekwencji - pieniędzy. Portale internetowe, które usiłują ją zastąpić, na całym świecie porażają głupotą. Jak mogą nie porażać, skoro są darmowe, więc i same - jeśli w ogóle płacą za "newsy", które zamieszczają, to starają się płacić jak najmniej. Dostając codziennie tzw. "oferty" z portalu "Oferia" orientuję się (być może lepiej od większości z Państwa...) jak żenujące, śmieszne, poniżające są zarobki tzw. "copywriterów"..! Za stawkę rzędu "4 złote za 1000 słów" to zaiste - nawet operacja "kopiuj - wklej" jest nadmiernym wydatkiem energetycznym...

Nawet serwisy agencji prasowych nie są nic lepsze pod tym względem.

Autorskie blogi, portale blogowe i czasem fora internetowe (to już zależy od poziomu ich użytkowników i zaangażowania moderacji...) usiłują do pewnego stopnia wypełnić powstającą lukę. Lukę, która polega na braku informacji rzetelnie przetworzonej i przemyślanej, więc nadającej się do czegoś więcej niż tylko - szybkie zapomnienie.

Czy to się może udać..?

Oj nie wiem, nie wiem... Popularność zdobyć jest bardzo trudno. Właściwie - nie wiem jak to zrobić, nie obniżając poziomu do tego dna, którego widać oczekuje większość potencjalnych czytelników..? Nieodmiennie mam też wrażenie, że jest to domena czystego trafu, czystego przypadku!


Poza tym, wciąż pozostaje do przejścia bariera kosztów. Mogę sobie pisać, co mi ślina na klawiaturę przyniesie, póki nie wymaga to ode mnie np. wycieczek do miasta, do porządnej biblioteki, czy też - mozolnego ślęczenia nad źródłami. A jak mam takie wycieczki sfinansować, czy też czas na ślęczenie znaleźć - skoro mi Państwo nie płacicie za teksty i płacić nie macie najmniejszego zamiaru..?

W ogóle, tak zupełnie na marginesie - gapy z Was..! Jasno napisałem parę dni temu, że oddam nasze ogierki ZA DARMO! Że nie trzeba za nie TERAZ płacić. Że nabywca zapłaci kiedy sam uzna to za stosowne. Byleby tylko zabrał je jak najszybciej, bo nie mam możliwości trzymać ich tutaj ani dnia dłużej...


Noż kurwa Wasza w rzyć jebana mać..! Dopłacać Wam nie będę! A niedoczekanie! Nie mam z czego...

Ale też domaganie się ODE MNIE - żebym takich "komentatorów" szanował..? To już jest szczyt bezczelności..!

wtorek, 22 października 2013

Herezja libertarianizmu

Oczywistą oczywistością jest, że państwo to zło. Nawet nie da się stwierdzić, że jest to "mniejsze zło" - bo niby jak i do czego to porównać..? "Stanu bezpaństwowego" na większą skalę nigdzie nie było od tysiącleci. A właściwie, to nigdy i nigdzie nie było tak, żeby człowiek jakiejś władzy nie podlegał...

Państwo to zło dlatego przede wszystkim, że jak mało która z instytucji społecznych, podatne jest na głupotę. Głupota niemiłościwie  na całym świecie panujących nam biurokracji w tej chwili (pamiętając o bezprecedensowej koncentracji władzy i nie mniej bezprecedensowej skali oddziaływania tejże władzy - chociażby na środowisko naszej Umęczonej Planety..!) ociera się już o ryzyko likwidacji ludzi jako gatunku biologicznego. Naprawdę: niewiele do tego potrzeba! A różne służby jawne, tajne i bezpłciowe, różne programy i sztaby antykryzysowe, walki z globalnym ociepleniem, dziurą ozonową oraz o równość płci - nieodmiennie, przez swą immanentną a bezdenną zarazem głupotę, koniec sromotny człowieka na planecie Ziemia TYLKO przybliżają.


Można oczywiście lać ciepłym moczem na to, co będzie za lat 20, 30 czy 50 (osobliwie, gdy się człek nie zbiera żyć zbyt długo - choćby ze strachu przed tzw. "służbą zdrowia" - a dzieci, szczęśliwie, nie posiada...). Tak, czy inaczej jednak, logiczną niedorzecznością jest odmawiać komukolwiek prawa do samoobrony. Współczesne, głupotą na wszystkie strony przeżarte gosudarstwa nieustannie stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla życia, zdrowia i mienia swoich nieszczęśliwych poddanych (niezależnie od faktu, że 99% tychże nieszczęśliwych poddanych nie tylko tego zagrożenie NIE DOSTRZEGA, ale wręcz: nieustannie domaga się, nieraz bardzo głośno i bardzo wyraźnie, aby niemiłościwie im panujące gosudarstwo "broniło ich" przed tym lub owym - a owo "to lub owo" coraz to głupsze, coraz to bardziej idiotyczne..!). Bronić się przed nimi zatem każdemu nie tylko wolno, ale i wręcz: zdaje się to być postawą rozsądną i godną zalecenia.

Bronić się przed gosudarstwem można na różne sposoby. Są tacy, którzy biorą za dobrą monetę tzw. "liberalną demokrację" i usiłują niekiedy przekonywać bliźnich swoich, żeby ci odstąpili od niektórych, co głupszych i co bardziej szkodliwych postulatów względem gosudarstwa (na przykład: by kierujący się powszechną wśród szerokich mas ludności bezinteresowną zawiścią tzw. "wyborcy" nie głosowali na partie postulujące wzrost podatków...). Taka postawa wydaje się bezpłodna. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w dziejach jakakolwiek biurokracja dobrowolnie oddała choć kawałek zawłaszczonego uprzednio żerowiska...

Inni, o wiele liczniejsi, zwalczają gosudarstwo czynem. Staje to się zresztą z upływem czasu i tegoż gosudarstwa nieustannym rozrostem - coraz powszechniejsze i coraz łatwiejsze zarazem. Już w tej chwili różne "prawa" uchwalane z szybkością dobrego karabinu maszynowego tak są wzajem sprzeczne, że żyć wedle nich zwyczajnie się nie da. NIKOMU. Samej biurokracji, gosudarstwu służącej, nie wyłączając..!

Bronić się tedy wolno. Ale czy wolno postulować całkowitą likwidację państwa..? "Wolno", oczywiście, w sensie: "czy taka postawa ma sens?", "czy jest to rozsądne?".

Wydaje mi się, że nie. A to dla dwóch powodów.

Po pierwsze: PO CO..? Na jaką cholerę..? A cóż to niby zmieni..?

Państwo nie jest przyczyną, lecz SKUTKIEM tkwiącego w człowieku zła. Państwo istnieją i mają się dobrze, ponieważ ludzie są z natury ambitni, żądni władzy, a nade wszystko: PASJAMI WRĘCZ UWIELBIAJĄ ŻYĆ NA CUDZY KOSZT!

Likwidacja państwa może się powieść wyłącznie w sferze semantycznej. Możemy obalić władzę państwową i ustanowić jakąś inną, która będzie się inaczej nazywała. Czy to jednak coś zmieni..?

A to przypadkiem nie komuniści, postulujący jako swój cel, "stan bezpaństwowy" - ustanowili najokropniejsze tyranie XX wieku, władzę państwa w istocie potęgując do nieznanej wcześniej doskonałości..?

Libertarianom NIE MA PRAWA udać się nic innego..! "Nie ma prawa" - w takim sensie, że to się nie uda, to jest nierealne, to nie ma sensu.

Po drugie: ponieważ, choć toczę tę dyskusję już od bardzo dawna, jak do tej pory ŻADEN dyskutant podający się za libertarianina nie umiał mi odpowiedzieć satysfakcjonująco na pytanie - a kto będzie w ustroju libertariańskim pilnował reguł gry?

To znaczy: kto zapewni, że wśród "wolnych od terytorialnego monopolu na przemoc" nie pojawi się jeden lub wielu osobników dążących skutecznie do tego, aby taki właśnie "terytorialny monopol na przemoc" z korzyścią dla siebie ustanowić, nikogo o zdanie nie pytając..?

Odpowiedzi, jakie do tej pory otrzymałem, są dwie, obie tak samo do dupy.

Odpowiedź pierwsza - że powstaniu na nowo "terytorialnego monopolu na przemoc" zapobiec ma rynkowa konkurencja między różnymi "aparatami wymiaru sprawiedliwości", "agencjami ochrony". No tak! Tyle tylko, że dla każdego z takich "konkurencyjnych aparatów wymiaru sprawiedliwości" opcja dogadania się z konkurentami i podzielenia się "rynkiem" (a właściwie: ludnością w tym momencie już poddaną...) - NIEMAL ZAWSZE jest bardziej opłacalna od uczciwego przestrzegania reguł gry rynkowej i zawartych z klientami umów!


Pięknie to ongiś kolega Iulius w gościnnym wpisie u Adama Dudy ujął (o czym niedawno wspominałem zresztą, tylko za cholerę nie pamiętam, jak się ten mój wpis nazywał...).

Odpowiedź druga natomiast, autorstwa kolegi GPS, przenosi nas na wyższy poziom abstrakcji. Otóż: istnienie ustroju libertariańskiego (inaczej rzecz ujmując: brak "terytorialnego monopolu na przemoc") ma być zapewniane WIARĄ ludzi w jego sens i pożyteczność. Jak ludzie w to uwierzą, to rzecz się ziści i utrzyma...

Hmmm...

Hmmm...

No dobra: długo jeszcze mógłbym tak chrumkać, nieprawdaż..?

Zauważmy na początek, że istnieje ZASADNICZA RÓŻNICA między "wiarą rzymsko - katolicką", a "wiarą libertariańską". Tego, czy Kościół Święty, matka nasza, rzeczywiście prowadzi swych wiernych nieomylnie do zbawienia na tamtym świecie stwierdzić się empirycznie w żaden sposób nie da.

To znaczy - są oczywiście różne objawienia, widzenia, świętych obcowanie i takie tam - ale, umówmy się: jeszcze się taki ateista, heretyk czy schizmatyk nie urodził, którego by tego rodzaju świadectwo nieodparcie i w sposób nie pozwalający na dyskusję przekonało..!

Cel działania Kościoła jest pozaświatowy i nieempiryczny. Nie można ustalić, czy został osiągnięty.


"Wiara libertariańska" stawia przed sobą cel doczesny, empirycznie dostrzegalny, materialny. Bardzo łatwo będzie stwierdzić, czy został osiągnięty, czy nie.

I to wcale nie jest siła, tylko właśnie - WIELKA SŁABOŚĆ "libertariańskiej herezji" (no bo skoro ma to być wyznanie wiary, to czymże jest ono, jak nie herezją właśnie..?).

Religia, a katolicyzm w szczególności, przez to, że nie stawiają sobie żadnych konkretnych celów doczesnych i materialnych, mogą funkcjonować równie dobrze w niemal każdym ustroju społecznym i w niemal każdej kulturze (jakkolwiek, z czasem, nieuchronnie tę kulturę, a w dalszej konsekwencji także i ustrój - zwykły przekształcać...).

"Wiara libertariańska" jest w porównaniu do katolicyzmu doktryną niezmiernie wręcz rygorystyczną, którą albo uda się wcielić w życie "od jednego zamachu", "w całości" - albo wcale.

Nie tak postępował Kościół chrystianizując przed wiekami Europę! Toż nawet wielożeństwo wcale nie zanikało w pierwszym pokoleniu katechumenów, a zniesienie niewolnictwa, o które tak się na mnie zwykli oburzać wielbiciele "czynów" - zajęło Kościołowi całe tysiąclecie..! I wcale nie zapobiegło recydywie...


Kościół dopracował się przez milenia swego istnienia różnorakich mechanizmów zabezpieczających ciągłość i niezmienność doktryny, którą głosi. Ale i tak - nikt, kto wykracza poza najprostszą apologetykę zaprzeczyć nie może, że doktryna ta JEDNAK ulegała zmianom, bywała reinterpretowana, wzbogacana o pewne elementy (a inne, zwłaszcza ostatnio, na skutek "ofensywy modernizmu" - ulegały stopniowemu odsunięciu w cień, lub nawet zapomnieniu). I to pomimo faktu, że "słuszności" lub "niesłuszności" tejże doktryny NIKT na tym świecie empirycznie sprawdzić nie jest w staniem..!

Empirycznie można postrzegać to tylko, co widział Nowosilcow w "Dziadach": że religia dobrze robi ludziom. Ale nawet tego, czy ludzie wierzą naprawdę i gorąco, czy tylko tak mówią - nikt przecież, kto im w głowach nie siedzi, w żaden sposób nie sprawdzi..!

Jak chcą "wierzący libertarianie" nie tylko szeroki ogół do swojej doktryny przekonać (nie wiadomo: wszystkich? Większość..? Jeśli większość tylko - to co z tymi, którzy w libertarianizm nie uwierzą..?), ale i nade wszystko - ciągłość jej rozwoju (zapomnijmy o niezmienności..!) utrzymać, swojego Papiestwa nie tylko nie posiadając, ale i samo istnienie takiej, o spójność doktrynalną dbającej instytucji, jak rozumiem - z założenia odrzucając..?

Brednie, brednie, brednie...

poniedziałek, 21 października 2013

Czyżbym się mylił?

Gdzieś około roku 2005 czy 2006, kiedy dopiero rozpatrywaliśmy konieczność zakupu własnej ziemi (w perspektywie spodziewanego, rychłego "zakonienia" tekińcami, po które miałem dopiero pojechać...) powiedziałem naszemu przyjacielowi, Sebastianowi Karaśkiewiczowi, że na tym interesie nie mogę stracić.

No bo jakżeż miałbym stracić, skoro ludzi coraz więcej, techniki coraz więcej, życie coraz sztuczniejsze i bardziej zindustrializowane - w tej sytuacji wszystko co naturalne, swojskie, wiejskie, żywe - jako że staje się coraz rzadsze, powinno się stawać coraz droższe. Prawo popytu i podaży. Rozumowanie elementarne - czyż nie..?

Minęło parę lat. Właśnie wróciłem z wycieczki do Radomia. Odbywanej bocznymi drogami. Bo i tak pogazować krajową "siódemką", przez wzgląd na stan opon naszej Wendi nie jestem w stanie. A bocznymi drogami bliżej (tylko wolniej się jedzie).

I co? I wygląda na to, że wówczas, te 7 czy 8 lat temu, naiwność przeze mnie przemawiała! Że myliłem się wprost fundamentalnie!

Co widać z okna samochodu, kiedy się jedzie bocznymi drogami z Boskiej Woli do Radomia i z powrotem..?

Pustki widać. Nieużytki. Ziemie opuszczone. Opustoszałe wioski. Zruinowane ogrodzenia nieużywanych, zarastających chwastami pastwisk. Gdzieniegdzie, ale to tylko albo nad Radomką, albo bliżej Radomia - nowe domy. O dziwo mimo, że pustej ziemi wokół ile kto chce - ściśnięte jeden blisko drugiego na miniaturowych działeczkach tak małych, że nawet kozy nie dałoby się utrzymać. Domy owszem - piękne, dostatnie, nawet nie żadne "gargamele", które tak często straszyły w podmiejskich okolicach jeszcze 20 lat temu. Cóż z tego postępu estetycznego jednak, skoro prawie jak w mieście, sąsiad sąsiadowi w okno zagląda..?




Minęło 7 czy 8 lat odkąd wypowiedziałem moje nierozważne słowa. Przez ten czas Polacy w widoczny sposób się wzbogacili. Widać to po domach i samochodach! Nie piszcie że nie, bo widać..! Owszem, może to i na kredyt, pewnie że nie każdego ten dobrobyt w takim samym stopniu dotyka - ale że dobrobyt jest, temu zaprzeczyć niepodobna, jeśli się tylko człowiek przez okno samochodu rozgląda...

I co - czy wzrósł popyt na ziemię, na czystą, nieskażoną naturę, na produkty naturalne, na konie wreszcie (które są, było nie było, dobrem luksusowym i "naturalnym" zarazem, więc - logicznie rzecz biorąc - winny iść w cenę..?)?

Gdy kupiliśmy w Boskiej Woli ponad 15 ha a zwłaszcza, gdy się tu osiedliliśmy, karczując tę ziemię i czyniąc z niej pastwiska - spowodowało to na krótki czas lokalny boom na rynku nieruchomości. W rok po naszym osiedleniu się, Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa sprzedawała parę okrawków gruntów w okolicy - i pierwszy raz w dziejach Boskiej Woli nawet doszło do licytacji!

Ale minął jakiś czas - i w tej chwili ceny w okolicy wróciły do punktu wyjścia z roku 2007: hektar ziemi można tu kupić za 8 do 15 tysięcy złotych. Oczywiście, jest cała masa wystawionych na sprzedaż nieruchomości, za które ich właściciele życzą sobie dużo więcej - ale te leżą i nie ma chętnych, aby je kupić. W ciągu ostatnich paru lat w pobliżu, oprócz pewnej liczby domków letniskowych, powstały dwie większe inwestycje: ferma norek i piekarnia (zresztą, pracująca głównie na potrzeby "Pierdonki"...). To wszystko. Żeby jakiś większy popyt na ziemię był - nie widzę. Na nasze ogłoszenie w sprawie ewentualnej sprzedaży części ziemi, przez te wszystkie lata nie odpowiedział NIKT.

Być może to wyłącznie kwestia mojego sprzedażowego antytalentu? Tak czy inaczej jednak - wygląda na to, że się myliłem. Albo bowiem popyt na zdrową, nieskażoną naturę NIE ROŚNIE (a wręcz: maleje..!), albo też - ja takowych produktów w żaden sposób sprzedać nie potrafię, niezależnie od tego, jak dobrej są jakości... A przecież, gdybym miał rację, gdyby ludziom coraz bardziej zależało na tym, co nietechniczne - to czy mam talent do sprzedaży, czy go nie mam - i tak bym to, co oferuję (niezależnie od tego, czy był to naturalny tytoń, fajne źrebięta, czy ziemia...) w końcu sprzedał...

Wydaje się jednak, że jest raczej tak: przyzwyczajenie to PIERWSZA natura człowieka. Ludzie przyzwyczajeni do miejskiego ścisku nawet budując się na wsi - robią co mogą, żeby ze wszystkich stron mieć jakichś sąsiadów płot w płot. Ludzie, którzy przez całe życie kopcili "sklepowe" papierosy - prędzej rzucą palenie, lub przejdą na "e-papieros", niż zgodzą się wziąć do ust coś, w czym nie ma nic poza wysuszonym i sfermentowanym tytoniem. Ludzie, którzy całe życie jedli wyłącznie sztuczną żywność - barwioną, "ulepszaną", "konserwowaną" - nie spojrzą nawet na nieefektowne, szare, zmienne w smaku produkty "tradycyjne" (Wojtek kiedyś o tym u siebie pisał, ale jakoś nie znalazłem tego wpisu...).

No i, oczywiście - nie ma najmniejszego sensu oferować komukolwiek tak rzadkich koni jak achałtekińce. Coś, co jest tak rzadkie - nie ma szans być modne. Bo jest zbyt rzadko spotykane. A jest zbyt rzadko spotykane, bo nie jest modne. I koło się zamyka...

W każdym razie: kompletnie nie rozumiem jeremiad (np. Profesora Boboli...) o rzekomym "przeludnieniu". Jakie znowu "przeludnienie"..? Patrzę w okno i co widzę..? Widzę bezlistny niemal Lasek Centralny, za nim kawał naszej ziemi, na razie do niczego nie wykorzystany, potem dopiero sosnowy młodnik sąsiada. Za tym młodnikiem ciągną się głównie nieużytki, z rzadka przetykane uprawnymi polami - przez dobrych 5 czy 6 km, bo dopiero nad torami kolejowymi są pierwsze, rzadko rozrzucone, domki letniskowe... "Przeludnienia" z całą pewnością przez okno chatki nie widzę..! I przez okno samochodu w czasie dzisiejszej wycieczki - też takiego zjawiska nie widziałem...

Wyprawa po tarninę

Zgodnie z prognozą około północy zaczęło lać. Obudzony przez Lepszą Połowę, która wykazała się w tym momencie lżejszym snem - wpuściłem stado pod wiatę. Gdzie też i rozrabiało sobie, jak pijane zające nie przymierzając, aż do śniadania.

Za to jest dużo cieplej teraz niż przez miniony tydzień. I bardzo dobrze! Może wreszcie choć któreś z moich winek raczy łaskawie zakończyć fermentację..?


Tym bardziej, że wyprawiliśmy się wczoraj wreszcie na zbiór tarniny i dzikiej róży. Zrobiliśmy to prawdopodobnie za późno - było się przed sobotnim przymrozkiem zbierać. Bo dzikiej róży krzak z owocami to znaleźliśmy jeden. A i tarnina w jakichś 90% już odpadła z gałązek (albo i została przez ptaszydła zeżarta...) i tylko kilka krzaków wciąż miało na sobie śliweczki. Zresztą - w dużej większości: już zasuszone..!


Tak, czy inaczej, na naleweczkę tarniny starczy. Starczy też i róży na jedno wino - o ile baniak się zwolni, rzecz jasna. Tym bardziej, że i bliżej nas takie krzaki z owocami niedawno widziałem, może jeszcze się coś dozbiera..?

Lepsza Połowa zdjęła ze strychu nalewkę na gruszkach - ulęgałkach i czyni nad nią kuchenne czary. Nie jest to jednak wcale koniec procesu produkcyjnego. Podobno na Boże Narodzenie ma być dopiero gotowe. Ale i tak - chatka nasza przepełniona jest zapachem podobnym do woni dobrej brandy!


Prawdopodobnie zabiorę dziś oba nasze podgrzewacze marki "Dafi" na wycieczkę do Radomia. Zobaczymy, co nasz sympatyczny, zaprzyjaźniony serwis może powiedzieć o tym, że nie załączają się przy odrobinę tylko niższym ciśnieniu wody..?

niedziela, 20 października 2013

Wierutne kłamstwa Wikipedii

Jeszcze całkiem niedawno hasło "koń achał-tekiński" na polskojęzycznej Wikipedii było mocno uproszczonym streszczeniem tego samego hasła z Wikipedii anglojęzycznej. Daleko mu było do precyzji czy choćby prawdy, ale olewałem to, jako "siłę wyższą"...

Niestety - wygląda na to, że znalazł się jakiś domorosły "redaktorek", który postanowił coś dodać od siebie. Bodajby go święta ziemia pochłonęła..!

Porównajcie sobie Państwo teraz sami, aktualny tekst tego hasła na Wikipedii polskiej, na Wikipedii angielskiej - i, jeśli macie czas i siły: bodaj pierwsze dwie części mojej "Historii sekretnej..." która, o ile mi wiadomo, pozostaje do dziś dnia JEDYNĄ CHOĆ MINIMALNIE NAUKOWĄ próbą ujęcia dziejów mojej ukochanej rasy.


Mit o rzekomym używaniu klaczy arabskich w hodowli turkmeńskiej za czasów Tamerlana (rzecz ABSOLUTNIE NIEMOŻLIWA DO ZWERYFIKOWANIA, TYLKO OSTATNI IDIOTA MÓGŁBY COŚ TAKIEGO PODAWAĆ JAKO "PEWNIK"...) wywodzi się z relacji pewnego Francuza, spisanej... w połowie wieku XIX!

W tym samym czasie Marian hr Czapski w swojej "Historii powszechnej konia" dawał zgoła przeciwne świadectwa o koniach turkmeńskich - które sam, na własne oczy niejeden raz widział (twierdził nawet - czego mi się do tej pory nie udało w żaden sposób sprawdzić - że rząd carski użył właśnie w połowie XIX wieku na szeroką skalę turkmeńskich ogierów w tzw. "hodowli terenowej" na Ziemiach Zabranych, czyli - w tej części zaboru rosyjskiego, która nie należała do Kongresówki...).


W ogóle: szkoda gadać..!

I bardzo dziękujemy wczorajszemu Bardzo Miłemu Gościowi, że nam na ten lapsus zwrócił uwagę.

Jak się protestuje przeciw kłamliwym treściom na Wikipedii..???

Beznadzieja...

W czasie, gdy Lepsza Połowa oglądała na TVP Historia jakiś przedwojenny film muzyczny (nawet nie wiedziałem, że takowe wtedy u nas kręcili..?), zmęczyłem wczoraj wieczorem Henninga Mankella "Chińczyka":


Lepsza Połowa ma sentyment do tego autora przez wzgląd na swoją siostrę, która jako filmowiec pracowała przy ekranizacji serii filmów BBC o Kurcie Wallanderze. Dlatego przy ostatniej wizycie w Stromcu wypożyczyłem wszystko, co akurat było tego autora w naszej gminnej bibliotece dostępne - w tym właśnie rzeczonego "Chińczyka", który do tej serii już nie należy...

Czym właściwie jest "Chińczyk"..? Przez 500 stron z okładem czekałem, kiedy autor mrugnie wreszcie okiem i powie, że te wszystkie hymny pochwalne ku czci Mao Zedonga, jednego z największych zbrodniarzy XX wieku, człowieka, który z odmętów niepamięci i skrytek Działu Prohibitów Biblioteki Cesarskiej w Zakazanym Mieście wyciągnął, kierując się li i jedynie nieposkromioną żądzą władzy teorię Tyranii Doskonałej, o której tyle tu pisałem (niezależnie od tego, co o szkole starożytnych chińskich "legistów" opowiadają jacyś niedouczeni liberałowie...) i nie zawahał się wcielić jej w czyn - że to wszystko tylko ironia. Że należy brać to w nawias. W cudzysłów bodaj..!

Nie doczekałem się.

Jeśli zachodnioeuropejskie "pokolenie 68 roku" - ludzie, którzy teraz dobiegają już siedemdziesiątki i dochowali się wnuków, może nawet i prawnuków, wychowując ich na swój obraz i podobieństwo - ma równie bezkrytyczny stosunek do swoich "błędów młodości", jak sportretowana w tej powieści szwedzka sędzina, czy jej przyjaciółka, sinolożka... Jeśli to jest zjawisko szersze, bardziej powszechne - no to nie ma dla naszej cywilizacji ŻADNEJ nadziei!

Przynajmniej tu, na tym świecie. Może jeszcze tylko jakaś bezpośrednia interwencja Opatrzności..?

Tymczasem, ku niezadowoleniu Lepszej Połowy, znowu zerwałem się z łóżka parę minut po piątej (dobrze, że mamy koćkodana, na którego da się winę za takie rzeczy zwalić: bo faktem jest, że ówże wstał przede mną, domagając się żarcia..!). Bez istotnej przyczyny, bo jako żywo - nikt nie chrupał jabłek za chatką, poprawione wczoraj ogrodzenie zdaje się na razie działać, a też i aura, choć zimna, nie była wcale aż tak mroźna, żebym koniecznie musiał tak wcześnie stado pod wiatę ewakuować.

Lepsza Połowa ma rację: wszystkie nasze zwierzaki bardzo chętnie przesuwają sobie pory karmienia WCZEŚNIEJ. W związku z czym, jak się dwa razy pod rząd wstało godzinę wcześniej niż zwykle - to szybko może się okazać, że już się z powrotem do "właściwej" godziny wrócić tak łatwo i prosto nie da...

Z drugiej jednak strony - już niedługo obecna godzina 5.00 stanie się godziną 6.00, czyż nie..? Może lepiej przyzwyczaić się do tego stopniowo, skoro nic na ten bezsensowny, jak najbardziej w duchu Mao leżący kataklizm poradzić nie możemy..?

Wczorajsza wizyta Bardzo Miłego Gościa dała mi też do myślenia. Czy Państwo może - choć przecież wyraźnie pisałem, że tak NIE JEST - myślicie, że jeśli chcecie któregoś z naszych odsadków, to musicie tu przyjechać z harmonią pieniędzy w ręku i zapłacić co do grosza sumę, którą podałem..?

Więcej wyobraźni..! Mam dwóch łobuzów, których muszę się stąd pozbyć. Dziś. Jutro. W ciągu tygodnia.

To jest w tej chwili najważniejsze. A pieniądze..? Pieniądze mogą poczekać. Dogadamy się przecież..?

sobota, 19 października 2013

Bombastycznie

pełni się Księżyc w tej chwili:


A nie wyglądało z początku, że taki dzisiaj będzie piękny dzień! Rano był siwy mróz (koniów schowałem pod wiatę parę minut po piątej, obudzony przez Małe Złe, chrupiące na nielegalu jabłka za chatką...) - i mgliszcze choć oko wykol:


Jak te konie chowałem, to już wtedy Księżyc pełnił się, jak nie przymierzając oblicze plebana po kolędzie - ale już parę chwil później, Słońce ledwo co było widać:


Dach chałupy pokrywał szron:


a szyby samochodu wymagały wszechstronnego skrobania. W takich chwilach człowiek czuje się samotny jak ta brzoza przy wjeździe na naszą farmę:


i przenicowany przez chłód jak prawie już bezlistny Lasek Centralny:


Ale potem już było fajnie. Z zakupami uporaliśmy się ekspresowo (cała Warka była na targowisku i potem w "Pierdonce" nie było kolejki - rzecz, przy sobocie, niemal nie do pomyślenia. I to pomimo, że "Pierdonki" w Warce są już od pewnego czasu dwie...). Ogrodzenie poprawiłem chyba skutecznie, bo popołudniu Małemu Złemu już wyleźć się nie udało choć widziałem, że próbowała.

No a większą część dnia zajęła nam wizyta Bardzo Miłego Gościa...

Zaraz idę wydać koniowatym owies i bezlitośnie wyrzucić ich na noc z powrotem między druty otaczające Wielkie Padok!

piątek, 18 października 2013

Córa Szatana i Boćwiniarze

Ukochana Córa Szatana, Małe Złe, Maleństwo - znowu w akcji!

zdjęcie jest z 6 września, żebyście sobie nie pomyśleli, że mamy dziś tak ładną pogodę, co to, to nie..!

Ostatni raz przed czasem kolacyjnym (który, na skutek skracania się dnia przesuwa się, niestety, coraz to bliżej "czasu obiadowego" - już wkrótce, to znaczy zapewne po tej idiotycznej zmianie czasu, będziemy musieli zatem zracjonalizować pory końskich posiłków...) rzuciłem okiem na stado przed godziną 15.00, kiedy skończyłem prace przydomowe (o których poniżej).


Stado pasło się w centralnej części Wielkiego Padoku, stopniowo migrując w kierunku Dzikiego Zachodu. A rzuciłem na nie okiem, bo któryś rżał. Jak się okazało, rżała była właśnie Ukochana Córa Szatana, Małe Złe, Maleństwo.

Doszedłem do wniosku, że musiało się jej coś przyśnić - bo ewidentnie drzemała w czasie, gdy stado zdążyło się od niej nieco oddalić. Żadnych więcej niepokojących sygnałów nie było, więc zająłem się kąpielą (nawet była ciepła woda...), obiadem, Henningiem Mankellem i niewesołą rozmową z Lepszą Połową, którą właśnie wzięło na rozpatrywanie naszej życiowej mizerii i mojego nieudacznictwa w związku z faktem, że ani roboty znaleźć nie potrafię, ani nawet takich fajnych źrebaków sprzedać...

Zajęło nam to szczelnie czas do godziny 18.30, kiedy to było już prawie kompletnie ciemno i, chcąc nie chcąc, trzeba było iść po konie. Na szczęście, nie jest to skomplikowane, bo Knedlik, jak na czeskiego ogiera przystało, waruje pod bramą na dłuuugo przed każdym posiłkiem - a jego żony i dzieci, jeśli nawet nie stoją tam razem z nim, to szybko przychodzą, wezwane donośnym rżeniem, gdy otwieram bramę (Knedlik sam, pierwszy, przed kobyłą, bramy nie przekroczy - chyba że latem, gdy bardzo, ale to bardzo chce mu się pić...).

Tak było i tym razem. Z jednym wyjątkiem. Przeszła Melesugun. Za nią Knedlik z Mijankiem. Potem Osman Guli z Ostowarem. I, na końcu - samotna Madeszir...

Ukochanej Córy Szatana, Małego Złego, Margire - brak!

Hipoteza pierwsza: zachorowała, leży gdzieś na Wielkim Padoku, lub nawet stoi, ale izoluje się od stada.

Wróciłem prędko do chatki po komórkę i latarkę, po czym obszedłem Wielki Padok po spirali, to jest - najpierw wzdłuż ogrodzeń, a potem w środku. Na 95% żadnego konia nie było. Nie mamy tu ani wilków, ani żmij, a trudno sobie wyobrazić taką chorobę, żeby zdrowy koń w trzy i pół godziny zszedł i leżał w jakimś wykrocie Dzikiego Zachodu żadnych znaków życia nie dając..!

Hipoteza druga: wylazła pod pastuchem i szwęda się po okolicy.

To by się nawet do pewnego stopnia zgadzało, gdyż ostatnio już dwa razy tak zrobiła. Jednak udało jej się to, gdyż ukruszyła się ze starości końcówka kabelka i przez jakiś, bliżej nieokreślony czas pastuch nie działał z braku uziemienia (naprawiłem to w minioną niedzielę). A także dlatego, że zaśniedziała/zardzewiała (bo tam z jednej strony drucik miedziany, a z drugiej - stalowy...) druga końcówka kabelka i impuls był słaby. Gdy tę wadę poprawiłem i sprawdziłem skuteczność pastucha organoleptycznie, przytykając doń łapę - tak mnie kopnął, że aż mi kapcie spadły, a w oczach świeczki zabłysły..!

Oczywiście - wszystkich przęseł po kolei w ten sam sposób nie sprawdzałem. Zawsze może się gdzieś uziemiać.

Poza tym, gdy wyszliśmy po konie - mżyło. Nie wiadomo od jak dawna. Przy dużej wilgotności szansa, że prąd ucieka gdzieś w ziemię jest większa...

Tak, czy inaczej jednak - brak konia w zasięgu wzroku prowadził do dylematu. Jeśli wylazła wkrótce po tym, gdy ją straciłem z oczu, to może być już bardzo daleko. Ale przez te trzy godziny z górką - wymię zaczęło by jej ciążyć i powinna sama szukać źrebięcia, żeby się tego ciężaru pozbyć. Czyli: powinna być w pobliżu stada - czyż nie..? Tak samo, jak w razie, jeśli wyszła dopiero przed chwilą (być może - w tym właśnie momencie, gdy już odłączyłem prąd, a jeszcze nie otworzyłem bramy..?). Chyba, że zabłądziła (nieprawdopodobne, do tej pory tylko jeden raz jej się to zdarzyło - gdy przeszła za stadem pobliski kanałek odwadniający, a potem bała się wrócić brodem...). Albo - i tu pojawia się hipoteza trzecia, do której wrócę niżej: ktoś ją ukradł..?

Tak więc, tak czy inaczej - zaginiony koń musi być blisko. Chyba, że ktoś ją wziął za kantar w czasie tego szwendania i gdzieś odprowadził. Jednak śladów pieszego na naszej piaszczystej drodze nie znalazłem. Do przyczepy - jakiejkolwiek (kompletnym szaleństwem byłoby zakładać, że jak raz przypadkiem przejeżdżała tędy bookmanka... To się jeszcze nigdy przez cały czas naszego tu zamieszkania nie zdarzyło..! Jedyny taki pojazd ma nasz sołtys - ale i ten jest bez dachu, a poza tym: po co miałby nań ładować Margire, którą przecież zna..?) - tak od razu i bez hałasu by nie wsiadła.

Zresztą - kantar ma słaby, odziedziczony po Knedliku, jedno szarpnięcie i jest wolna...

Jedyna zatem możliwość: koń jest blisko.

Co innego jednak założyć sobie w drodze dedukcji, że koń MUSI być gdzieś blisko - a co innego po ciemku i w padającej z krótkimi przerwami mżawce tego konia znaleźć..!

Lepsza Połowa ze świeczką wyszła (skoro ja latarkę zawłaszczyłem...) i po chaszczach szukała - bez rezultatu. Samochodem kwadrat piaszczystych dróg objechałem - tak samo. W końcu z latarką i uwiązem zająłem się tym, co powinienem zrobić zapewne od początku - systematycznym przetrząsaniem okolicy. Jakoż i trafiłem na konia, cicho i spokojnie pasącego się na wysokiej, choć już z lekka przywiędłej trawie - nie więcej niż 50 metrów od chatki, bo tuż za naszym starym, eksperymentalnym ogródkiem, u południowo - wschodniego krańca Lasku Centralnego.

Uff...

Obniżyłem pastucha tam, gdzie wydawało mi się, że jest za wysoko i Małe Złe może zbyt łatwo go sforsować. Ale czy coś to da..? Po Ukochanej Córze Szatana wszystkiego można się spodziewać...

Jedyna pocieszająca wiadomość polega na tym, że chyba odsadzenia matki i córki nie będzie trudne. Bo jakoś z rozpaczy za sobą przez ten czas nie szalały..!

Dzień wczorajszy był po większej części obrzydliwy. Ohydna, gęsta mgła utrzymała się aż do południa. Wszystko aż ociekało wilgocią. Mimo to, porąbałem (wiedząc, z prognozy pogody, że w nocy ma padać), co tam miałem przywiezione przez poprzednie dni z poręby - i naprawdę niewiele już brakuje do zapełnienia naszej wiaty na opał:


A potem wyciąłem wierzby, 


które odrosły przez wiosnę i lato na naszym przyszłym "orzeszniku":


tymczasowo zajmowanym przez "trzy siostry": kukurydzę, fasolę i dynię (fasola, ze sklepu wzięta, padła - zostały więc "dwie siostry", z których kukurydzę konie zjadły, a dynię niedawno zebraliśmy) oraz buraka liściastego.

Burak liściasty wyszedł nam dorodny:

pokrywka od obiektywu służy za punkt odniesienia

Niektóre z tych liści są tak wielkie, że nie mieszczą się Lepszej Połowie w zlewie kuchennym. Dałoby się je zamiast kapelusza na głowie nosić!

Poza tym, roślinka okazała się fenomenalnie wprost odporna na przymrozki. Żyjemy tedy jak na prawdziwych boćwiniarzy przystało, smaczną i pożywną zupą posilając się często. Serdecznie polecam!

Dzisiaj jest jeszcze bardziej wilgotno. Normalny, regularny deszcz pada. Zobaczymy jeszcze, co będę robił jak się rozwidni (konie już od 5.00 pod wiatą - zlitowałem się nad nimi i wpuściłem do suchego jak tylko otwarło mi się oko...). Na pewno w planach na najbliższe dni jest oczyszczenie z chaszczy tego kawałka gruntu, pomiędzy przewyższeniem terenu, którym idzie nasz kabel elektryczny, a wyjeżdżoną drogą:


aż pod tę dorodną brzozę:


Tym razem chciałbym powyrywać młode drzewka z korzeniami tak, żeby nie odrastały. Przez zimę będziemy w tym miejscu składować wywiezione spod wiaty guano - aż zniknie dołek, a w postały, żyzny humus będzie można na wiosnę coś posadzić. Raczej coś ozdobnego, bo to w końcu wjazd? Może słoneczniki..? Pomyślimy...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...