poniedziałek, 30 września 2013

Nie lubię ludzi

Z czego NIE wynika, że kocham np. państwo! Kocham zwierzęta. A mimo to uważam, że NIKT nie powinien mieć prawa wtranżalać się pomiędzy właściciela a jego zwierzę (tak samo jak pomiędzy rodzica a jego dziecko...).

O tym, jak bardzo nie lubię ludzi, przypomniała mi zakończona wczoraj powtórna lektura Rafała Ziemkiewicza zbioru opowiadań "Władca Szczurów", a zwłaszcza - znakomitej "Szosy na Zaleszczyki". Z tym, co jeden z bohaterów tej (w sumie raczej) mikropowieści opowiada o Polakach - identyfikuję się w 100%.

Ludzie (nie tylko Polacy!) to najgorszy rodzaj bydła, jaki kiedykolwiek deptał tę Umęczoną Planetę. I jest to porównanie zdecydowanie krzywdzące dla bydła!

Najstarszym wspomnieniem jakie przechowuje moja nadwątlona domowej roboty gruszkówką mózgownica jest zdziwienie. Jak to możliwe..? Jak to możliwe, że taki wielki, taki piękny i tak złożony świat postrzegany jest przez kogoś tak małego jak ja..? Czyż nie zasługuje na lepszego obserwatora..? Czyż dla mnie nie bardziej odpowiednia byłaby jakaś "piwnica filozofów", gdzie tylko cienie na ścianach zakłócają mrok i ciszę...

Jeśli w ogóle w jakimkolwiek stopniu można polegać na ludziach - to wyłącznie biorąc pod uwagę ich najgorsze cechy. Ludzie ZAWSZE będą chciwi, leniwi, złośliwi, skłonni do życia na cudzy koszt i nieuzasadnionego wywyższania się. To znaczy: tak domniemuję, albowiem NIGDY w dziejach nie było inaczej! Nie widzę też żadnej empirycznej przesłanki, która mogłaby wskazywać na możliwość jakiejkolwiek zmiany w tym zakresie...

O tym, jak bardzo nie lubię ludzi, przypomniało mi także dwóch grzybiarzy, którzy przed południem wpieprzyli się nam prawie że do chałupy - a gdy do ich eksmisji nie wystarczyło "dobre słowo", musiałem dokonać interwencji fizycznej, przeganiając ich przy pomocy uwiązu, który przypadkiem akurat trzymałem w ręku, wracając z pastwiska. Średnio raz do roku taki niekumaty się trafia...

Tymczasem znowu mamy przymrozek. Ktoś z Państwa reflektuje na dynię..? Bo nie damy rady wszystkich przechować (największe nawet nie wejdą przez drzwiczki na strych!). A tego już chyba nie przeżyją... Trzeba się tylko do Boskiej Woli jak najprędzej pofatygować..!

Zwykle jest tak (w podręcznikach "historii doktryn politycznych"), że kto nie ufa w przyrodzoną dobroć człowieka, ten szuka wybawienia w silnym państwie. I stąd przypisuje się konserwatystom na ten przykład - odwieczne dążenie do dyktatury.

Niewątpliwie: "ultrasem demokracji" (jak to zwykł pisywać pan Stanisław Michalkiewicz) nie jestem. W szczególności współczesna inkarnacja tego ustroju, czyli tzw. "liberalna demokracja" budzi we mnie daleko idącą abominację - bo, jeśli brać pod uwagę li i jedynie skalę KONIECZNEJ dla trwania tego ustroju manipulacji świadomością poddanych, należy ona do dokładnie tej samej klasy ustrojów, co  faszyzm czy komunizm. Jest to ustrój totalitarny - i to go właśnie czyni wyjątkowym i odróżnia od takich sympatycznych, a nawet i poczciwych ustrojów, jak autorytaryzm, feudalizm, czy każdy inny "izm" z dawniejszych czasów!

NIE JEST PRZYPADKIEM, że "liberalna demokracja" wpieprza się między właściciela a jego zwierzę. Między rodzica a dziecko. Że nakazuje przymusowe tzw. "ubezpieczenia emerytalne", czy zapinanie pasów w samochodach. "Liberalna demokracja", która by tego NIE robiła - upadłaby błyskawicznie!

Mgła była taka, że koni rano prawie po omacku szukałem...

Zalążki obecnego stanu rzeczy pojawiły się już w czasie tzw. "rewolucji francuskiej", a niektórzy twierdzą, że i wcześniej (niewątpliwie Józef II, o którym ongiś pisałem - link - był tu jednym z prekursorów).

Na czym owa KONIECZNOŚĆ wtranżalania się rzekomo liberalnego i demokratycznego gosudarstwa w każdy, najintymniejszy nawet fragment życia poddanych polega..?

Całkiem przypadkowo częściową przynajmniej odpowiedź przynosi ciekawy esej pani Moniki Milewskiej "Bogowie u władzy", który otrzymałem w sobotę w prezencie od Miłych Gości i właśnie chciwie pochłaniam (na ile pozwalają mi na to inne zajęcia...).

Otóż - od XVIII wieku, odkąd zerwany został "sojusz ołtarza z tronem" (a w pewnym przynajmniej aspektach - o czym też ongiś pisałem - link - co najmniej od Reformacji), gosudarstwo staje się rodzajem religii. Liberalna demokracja to nie ustrój państwowy. To religia. Która domaga się od swoich poddanych/wyznawców aktywnego współuczestnictwa, spełniania określonych rytuałów (chociażby: udziału w wyborach!), mentalnego zaangażowania, ciągłego demonstrowania przynajmniej - gotowości do ponoszenia ofiar "na rzecz"...

Będąc rodzajem wyznania wiary jest liberalna demokracja tak samo jak każdy inny ustrój totalitarny - skazana na konflikt z dotychczasowymi, tradycyjnymi religiami (o tym też już dawno pisałem - link).

Knedliczek inteligencją może nie poraża. Ale swoje obowiązki ojca rodziny wykonuje solennie i z zaangażowaniem. Skąd u Was - biedni głupcy - przekonanie, że jak nie będzie nad Wami stał z batem urzędnik (taki sam głupi, próżny i leniwy jak i Wy!) - poradzicie sobie gorzej od niego..?

Liberalna demokracja, który by choć na chwilę zaprzestała ciągłej indoktrynacji swoich poddanych - upadnie błyskawicznie. Albowiem rządy bezwstydnej "nowej klasy" biurokratycznych parweniuszy, które, jako ich ideologia, ukrywa i uzasadnia - po prostu nie mają dla siebie żadnego innego usprawiedliwienia. Jeśli liberalna demokracja zaprzestanie wtranżalania się w intymne życie swoich poddanych - ludzie zobaczą rzeczywistość bez fałszującej ją propagandy. A to, co zobaczą - w najmniejszym stopniu im się nie spodoba!

Nie, wcale nie dlatego, że tkwi w nich jakieś "pragnienie wolności" (to jest metafizyczna bzdura - "strach przed wolnością" można empirycznie zbadać, ale żeby jakiejś znaczącej części populacji chciało się większej wolności - tego jeszcze nikt nie udowodnił!). Ludzie zbuntują się nie ze względu na swoje zalety, lecz ze względu na swoje wady.

Ktoś, kto jest próżny i leniwy - czy poczuje się lepiej gdy odkryje, że lepsi od niego cwaniacy przez całe jego dotychczasowe życie robili go w wała, najbezczelniej okradając, okłamując i jeszcze w oczy śmiejąc się z jego głupoty..?

Niektórzy przynajmniej mają to wszystko gdzieś. Nie ma to jak beztroska szczęśliwego dzieciństwa! 

Aby do tego nie doszło, niemiłościwie nam panujące gosudarstwo MUSI nieustannie udowadniać, jak bardzo jest swoim poddanym niezbędne. Z każdego telewizora, z każdej strony internetowej, z każdej gazety, z każdej rozmowy w maglu i znad każdej flaszki akcyzowego trunku - MUSI nieustannie brzmieć wołanie: WIĘCEJ PAŃSTWA! MY CHCEMY WIĘCEJ PAŃSTWA!

Musicie być - Drodzy Państwo - szczerze i święcie przekonani, że bez pomocy "wiedzącego lepiej", "oświeconego" gosudarstwa - natychmiast pozabijacie się nawzajem, swoje zwierzęta zagłodzicie i zakatujecie, a swoje dzieci będziecie na przemian głodzić i gwałcić.

Jak to jest genialnie pomyślane..!

Libertarianie, z którymi wielokrotnie polemizowałem (aż mi się nie chce linków szukać...) skazani są na klęskę, bo usiłują przekonać Was, że możecie dać sobie radę, jeśli będziecie uczciwie i ciężko pracować.

Wielu z Was ma ochotę na uczciwą i ciężką pracę..?

Ja Wam mówię prawdę. Jesteście hołotą! Zasługujecie na swój los! Dobrze Wam tak i mało Was jeszcze grabią, poniżają, ustawiają w szeregu, tresują, indoktrynują. Nie robią tego, bo się boją Waszej odwagi czy zdolności do działania. Oni Was oszukują na Wasze własne życzenie - Wy tego właśnie chcecie..!

Czy mogę liczyć na to, że wielu z Was przeczyta powyższe i nie obrzuci mnie obelgami..?


Liberalna demokracja to najdoskonalsza i najtrudniejsza do obalenia forma totalitaryzmu. Nie da się jej przeciwstawić takiej ideologii, która miałaby jakieś realne szanse dotrzeć do tzw. "ludu". Gem - set - mecz. Przegrana sprawa.

Część wolnościowców uważa, że liberalna demokracja zniszczy się sama - system powszechnej korupcji i indoktrynacji, który utrzymuje ją przy życiu jest zbyt kosztowny i z czasem musi doprowadzić do zapaści.

Wcale nie jestem tego taki pewien! Człowiek nie świnia. Do wszystkiego się przyzwyczai. Do biedy, siermiężności, szarzyzny, wyzysku - o wiele szybciej i łatwiej niż do dobrobytu.

Właśnie dlatego nie lubię ludzi. Was nie lubię!

niedziela, 29 września 2013

Koń - towarzysz, czy koń - zabawka..?


Co jakiś czas naszym małym, końskim światkiem wstrząsają kolejne “afery” - rzeczywiście lub tylko domniemanie źle traktowanych (zagłodzonych, chorych, itp.) koni. Takie jak ta niedawna, bardzo głośna, z Posadowa. I jak - bardzo cicha, bo tylko dzięki forum Re-Volta.pl można się było o niej dowiedzieć - podobna, choć na o wiele mniejszą skalę, w Strzeszynie (lubuskie).

Jak Państwo dobrze wiecie, od dawna korzystam z łamów “KT” by zwalczać tzw. “postęp” w zakresie praw zwierząt. Dlaczego to robię?

Ależ to oczywiste! Bo się boję, że któregoś pięknego ranka i do mnie zajedzie jakaś “straż dla zwierząt” czy inne “towarzystwo opieki nad zwierzętami” albo "pogotowie dla zwierząt" (skądinąd: najzupełniej prywatne stowarzyszenia, którym obowiązująca ustawa o ochronie zwierząt WBREW KONSTYTUCJI nadaje uprawnienia takie same jak Policji czy innym służbom państwowym...). Pretekst się znajdzie. Ot - stajni nie mam. Konie są zbyt grube. Albo zbyt chude. Albo - ogier ze stadem chodzi.


Że to oczywista bzdura? Prywatne stowarzyszenie pod nazwą “towarzystwo opieki nad zwierzętami” może “upoważnić” do takiej czynności dowolną osobę. Wcale niekoniecznie posiadającą jakiekolwiek kwalifikacje merytoryczne. Ba! Nigdzie nie ma prawnego obowiązku, aby takie prywatne stowarzyszenie w ogóle jakąkolwiek wiedzę merytoryczną posiadało. Bo w zasadzie - cóż jest “kwalifikacją” dla członkostwa w tym stowarzyszeniu..?

Jakieś egzaminy państwowe? Ukończenie kierunkowych studiów (weterynaria - jeszcze najlepiej ze specjalizacją z hipparchii, bo cóż wie o koniach weterynarz od rybek, może zootechnika)? Nie! Jedyną “kwalifikacją” dla członkostwa w takim stowarzyszeniu jest czułe serduszko i wielka sympatia dla zwierząt.

A także, ma się rozumieć - wolny czas i posiadanie środków pozwalających na oddawanie się tego rodzaju działalności (chętnie się zgodzę, że takie stowarzyszenia są na ogół biedne - ale to też jest niedobrze, bo stwarza pokusę korzystania z posiadanej władzy dla całkiem przyziemnych celów...).


To jest przepis na katastrofę! Wiele wskazuje na to, że taka katastrofa wydarzyła się właśnie we wspomnianej Strzeszynie - na szczegółowy opis tego konkretnego przypadku przyjdzie pora, gdy sprawa się zakończy.

Cóż stanowi obowiązująca ustawa z 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt (wielokrotnie nowelizowana, opieram się na tekście jednolitym, ogłoszonym 19 kwietnia 2013 roku, poz. 856)?

Interesuje nas artykuł 6 ust. 2 oraz art. 7  tej ustawy. Artykuł 6 ustęp 2 podaje katalog czynności uważanych, w rozumieniu prawa, za “znęcanie się nad zwierzętami”.

Jest to katalog otwarty, gdyż tekst wprowadzający go zawiera sformułowanie “w szczególności” (co oznacza, że oprócz przypadków wyraźnie wymienionych, pod tę definicję mogą podpadać także inne sytuacje, które uprawniony organ uzna za zadawanie lub świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień - cóż za mętny słowotok, swoją drogą!).


Biorąc pod uwagę, że złamanie tego prawa grozi poddanemu niemiłościwie nam panującej III RP bardzo poważnymi sankcjami karnymi (taką sankcją jest z całą pewnością przepadek mienia - nieraz o bardzo znacznej wartości - jaką stanowić mogą zwierzęta...) - już sam fakt dopuszczenia do takiej samowolki kwalifikuje ten przepis do kosza na śmieci. Gdyby to nie była tak “nieistotna”, “nieważna”, “drobna” sprawa - jestem przekonany, że nowelizacja, wprowadzająca do ustawy tak bzdurną konstrukcję prawną, dawno znalazłaby się w Tybunale Konstytucyjnym! No ale cóż - chodzi tylko o jakieś tam konie, czy inne zwierzaki, kto by się tym przejmował, nieprawdaż..?

W ten właśnie sposób kolejne dziedziny naszego życia oddawana są w pacht najbardziej zajadłym krzykaczom - takim, którym chce się i którzy mają czas i środki na to, aby wokół swojego “problemu” robić szum, wycierać sejmowe korytarze, lobbować. Większość zaś milczy sądząc, że to jest “nie moja sprawa” - i tym sposobem, niemiłościwie nam panujące gosudarstwo może już odbierać swoim poddanym nie tylko zwierzęta, ale i dzieci. Jak mówi ludowe przysłowie od rzemyczka do koniczka. Większość milczała, gdy uchwalano prawo umożliwiające odbieranie zwierząt - to większość nie ma się teraz co dziwić, że i dzieci można odebrać, gdy tylko “uprawniony organ” uzna, że są zbyt grube, zbyt chude, matka za często chodzi do kościoła, albo ojciec ma zbyt radykalne poglądy!

Katalog przypadków (przykładowych, bo mogą też być inne, w ustawie niewymienione...) “znęcania się” trudno uznać za niekontrowersyjny. Gdy, parę lat temu, tuż po uchwaleniu tej nowelizacji, opowiedziałem wójtowi jednej z sąsiednich gmin, że od tej pory nie wolno wystawiać zwierzęcia gospodarskiego lub domowego na działanie warunków atmosferycznych - ogarnął go homerycki śmiech.


Ale to u mnie, na zapadłej prowincji, gdzie “postęp” dociera bardzo powoli i z oporami, a ludzie są wciąż pobożni, pracowici... Wróć! Pracowici to już tak bardzo nie są. Nie w sytuacji, gdy jednym z głównych źródeł utrzymania na wsi są dopłaty bezpośrednie...

I to niestety, w połączeniu z przepisami tej właśnie ustawy - sprawia, że spokonie będę spał dopiero zimą, gdy jedyną łączącą nas z cywilizacją drogę przysypie półmetrowa warstwa śniegu i żadne “towarzystwo opieki nad zwierzętami” z całą pewnością do mnie nie dojedzie!

Artykuł 7 ustęp 1 stwierdza, że zwierzę traktowane w sposób określony w art. 6 ust. 2 (czyli - pamiętając, że mamy do czynienia z katalogiem otwartym - praktycznie KAŻDE zwierzę!) może być czasowo odebrane właścicielowi lub opiekunowi na podstawie decyzji wójta (burmistrza, prezydenta miasta) właściwego ze względu na miejsce pobytu zwierzęcia.

Czasowo - bo TEORETYCZNIE - do momentu wyroku sądu.

Problem polega na tym, że sprawiedliwość w Polsce jest NADER nierychliwa. Taka sprawa może się w sądach różnej instancji ciągnąć latami. I będzie się ciągnąć! Przecież co biegły, to opinia - a jeśli tylko poszkodowany właściciel zwierzęcia nie załamie się od razu i podejmie walkę (to też nie jest takie łatwe: wójt czy burmistrz nie z własnej pensji płaci prawnikom i biegłym...), prawie na pewno będzie mógł niejedno na swoją obronę przedstawić.

Nie mówiąc już o tym, że i tzw. "postępowanie przedsądowe" - może w praktyce wlec się miesiącami, albo i latami. A na tym etapie uprawnienia poszkodowanego są prawie że żadne!


Tak więc jedno z dwojga. Albo sprawa zakończy się względnie szybko zagarnięciem zwierzęcia (np.: konia rzadkiej rasy, o cennym rodowodzie..?) przez osobę wskazaną przez włodarza gminy (ustawa daje tu w praktyce pełną dowolność, licho tylko maskowaną jakimiś pretekstami!) - jeśli właściciel zwierzęcia jest biedny, stary, chory i nie stać go na toczenie sądowych batalii. Albo też, jeśli taki przypadek nie zachodzi - co najmniej przez kilka lat pożytki z posiadania zwierzęcia (które całkiem spokojnie może już do tego czasu dobiec kresu swych dni...) czerpać będzie owa wskazana przez wójta osoba...

Oczywiście: jeśli wójt będzie w ten sposób odbierał najlepsze krowy mieszkańcom swojej gminy i przydzielał je sobie lub członkom własnej rodziny - to zapewne polegnie w następnych wyborach, a kto wie - może się i referendum w sprawie jego odwołania udać. Już nie mówiąc o tym, że może mu się chałupa spalić jak raz w momencie, gdy miejscowa ochotnicza straż pożarna będzie na pielgrzymce na Jasną Górę... Stąd - z tego kija trzeba korzystać rozważnie.

Gminna władza może w ten sposób spokojnie ograbiać ludzi obcych, nielubianych przez sąsiadów, biednych. No jak raz - koniarzy! Którzy dość często przeprowadzając się na wieś “za końmi” - są w lokalnym środowisku obcy, nie cieszą się jako “miastowi”, ulegający jakiejś “fanaberii” zbyt wielką sympatią - a, podobnie jak mnie, zdarza im się czasem przeinwestować i zostać ze stadem fajnych koników - i z długami...

Teraz chyba Państwo już rozumiecie, dlaczego sen mam lekki, a siekierę trzymam na podorędziu..?


Osobnym skandalem jest zapis art. 7 ust. 2 ustawy, który daje upoważnionemu przedstawicielowi organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt prawo niezwłocznego odebrania zwierzęcia właścicielowi, jeśli tylko w swojej subiektywnej ocenie uzna dalsze pozostawanie zwierzęcia u właściela, za zagrażające jego życiu lub zdrowiu.

Przypominam, co już napisałem, że chodzi o członków prywatnego stowarzyszenia, których jedyną kwalifikacją jest zainteresowanie losem zwierząt, wolny czas i środki utrzymania. W praktyce zatem - o tym, czy MOJE konie mają się dobrze czy nie i czy ich pobyt u mnie zagraża ich zdrowiu i życiu, czy nie - decydować będzie najpewniej jakiś pryszczaty młodzieniec albo egzaltowana paniusia na wczesnej emeryturze. Względnie, co już najgorsze by było - kolega koniarz, który taki sobie wybrał sposób na życie...


Przesadzam, histeryzuję, dopatruję się najgorszych intencji i spisków tam, gdzie tylko o “dobro zwierząt” chodziło..? Nie, nie moi Państwo! Ostrzegałem dawniej, gdy był to zaledwie projekt lub świeżo uchwalona nowelizacja. Teraz, to ja Wam jedynie zdaję relację z istniejącego stanu rzeczy. Tak po prostu jest!

Zdarzyło się już, żeby odebrano ciężko przepracowane i trzymane w zdecydowanie nieodpowiednich warunkach (brak wybiegów, nie mówiąc już o pastwisku, skąpe wyżywienie, lekceważące podejście do kopyt czy ran) konie z jakiejś szkółki jeździeckiej czy pensjonatu w wielkim mieście? Albo u handlarza - hurtownika z "wejściami" w PZHK (takiego, co to każdy paszport jest w stanie załatwić - jak pewien szemrany osobnik w Wieliszewie, który zimnokrwiste kobyły jako "achałtekińce" próbował sprzedawać - a miał tych koni wielkie stado i więcej tam było otwartych ran, krwi i biedy niż w całym Posadowie!). Nie? Pewnie że nie i tak się nie zdarzy, choć każdy z nas mógłby po chwili zastanowienia z łatwością wskazać miejsca, gdzie tak się stać być może powinno. Ofiarą tak napisanej ustawy mogą padać tylko biedni i słabi i tacy właśnie jej ofiarą padają. Najlepiej jeszcze jak są to cudzoziemcy, bo wtedy ich szanse na skuteczną obronę są praktycznie zerowe.

Czy interwencje w takich przypadkach jak Posadowo były rzeczywiście uzasadnione? To wcale nie jest takie łatwe ani proste do oceny! Jak pokazuje przykład Skaryszewa - zmontowanie “duszoszczypatielnych” obrazków z dowolnego praktycznie miejsca jest rzeczą prostą i łatwą.


Konie, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe. Z łatwością zatem można “cyknąć” fotkę dowolnemu praktycznie koniowi gdy jest utytłany w błocie lub nawet w gnoju. Długo nie trzeba czekać. Starczy, że taki koń ma w ogóle dostęp do błota - a na pewno się w nim wcześniej niż później utytła. Będzie wyglądał w ten sposób na zabiedzonego i potrzebującego interwencji? A jak jeszcze! Zwłaszcza w oczach laików (a - co od dawna powtarzam - 97% Polaków w życiu konia własną ręką nie dotykało...).

Utrzymanie koni jest obecnie coraz to bardziej odległe od ich naturalnych warunków. Taki już “trynd”. Coraz częściej zamiast pastwiska konie dostają wyłącznie sztuczne pasze. Fakt, że wybór tych pasz i wiedza o nich jest nieporównanie większa niż dawniej - ale nieuchronnym skutkiem tego stanu rzeczy musi być i to, że coraz więcej koni będzie albo zapasionych, albo zbyt chudych. I takie konie da się znaleźć praktycznie wszędzie!


Co najważniejsze - rośnie i BĘDZIE rosnąć, tzw. “społeczne przyzwolenie” na tego typu interwencje. Zarówno “w obronie zwierząt”, jak i “w obronie dzieci”. Jest to całkowicie naturalne.

Nie tylko chodzi o to, że zawsze, ilekroć coś takiego się dzieje, ogromna większość ludzi uważa, że “ich to nie dotyczy” (bo nawet, jeśli mają jakieś zwierzęta czy dzieci - to przecież “oni są w porządku”, więc “nie mają się czego bać” - a że jakiegoś zwyrodnialca spotyka nieszczęście, to dobrze mu tak..!).

Problem jest głębszy. Ludzie boją się wolności. Nie chcą decydować sami o sobie. Nie chcą ponosić odpowiedzialności. Lubią, gdy ktoś “wie lepiej”. Nawet, jeśli “wie lepiej” pryszczaty młodzieniec, którego jedyną kwalifikacją jest czułe serce i mnóstwo wolnego czasu - albo “pracownik socjalny”, który swój etat dostał “po znajomości”, a nagły atak aktywności wiąże się np. z koniecznością wykazania się przed nowym szefem...

Poza tym - nastąpiła w ciągu ostatnich kilkunastu lat dziwna zmiana w podejściu ogromnej większości ludzi do życia. Zmiana która, prawdę powiedziawszy, mnie przeraża!

Nasz sąsiad i dobry przyjaciel, u którego przez kilka lat składowałem siano w stodole, gnieździ się z żoną i czwórką dzieci w jednym pokoju z kuchnią. Pewnie, że woleliby większy metraż - ale, dopóki nie uda im się tego marzenia zrealizować, radzą sobie całkiem dobrze, są szczęśliwi, zawsze z radością ich odwiedzamy. Gdy tylko było to możliwe - trzymali też jakąś zimnokrwistą kobyłę (ostatnio, po serii hodowlanych niepowodzeń, sąsiad musiał się przerzucić na świnie i mięsne bydło - oprócz tego, że pracuje w mieście na etacie...). To są właśnie - ludzie normalni. Zarówno jak chodzi o ich stosunek do samych siebie, jak i - do zwierząt. Są razem na dobre i na złe. Kiedy dzieje im się dobrze - świętują. Kiedy idzie gorzej - cierpią wszyscy po równo.

Tymczasem dla coraz większej liczby Polaków ZARÓWNO posiadanie zwierząt, jak i dzieci - staje się jakimś rodzajem luksusu. Jeśli dziecko - to tylko wtedy gdy można mu zapewnić najdroższe, anglojęzyczne przedszkole, najlepszą prywatną szkołę, zajęcia dodatkowe, wakacje, gadżety, własny pokój, kieszonkowe, itp., itd. Jeśli zwierzę - to tylko wtedy, gdy ma przysłowiowe “złote klamki” w stajni, markowy sprzęt, najlepsze i najdroższe pasze, itp., itd.

Koń był przez tysiąclecia dlatego tak cennym i tak głębokie emocje wywołującym u ludzi zwierzęciem, że wspólnie z człowiekiem znosił zarówno dole, jak i niedole. Cierpiał, ginął i głodował tak samo jak ludzie. Oczywiście - należy się tylko cieszyć z faktu, że konie już nie muszą ginąć na wojnach toczonych przez ludzi, że mogą coraz lżej i coraz bardziej komfortowo pracować, że coraz więcej wiemy o ich zachowaniu, dzięki czemu łatwiej i z mniejszym dla nich cierpieniem możemy się z nimi dogadywać.

Ale, na Boga! Jest różnica między koniem - towarzyszem, a koniem - zabawką. Czym jest koń - towarzysz, to można sobie zobaczyć chociażby w znakomitym filmie produkcji polskiej pt. “Cwał”.

Natomiast koń - zabawka..? Jest to zwierzę bez celu, bez przyszłości, bez sensu. Jeśli koń ma być tylko zabawką, to jaki sens ma trzymanie się reguł racjonalnej hodowli, jaki sens mają próby poprawy jego wydolności psychofizycznej, jaki sens ma selekcja..? Przecież racjonalna hodowla i selekcja wiąże się nieuchronnie z cierpieniem koni! Tak samo jak trening sportowy, czy jakakolwiek inna forma użytkowania konia.

Czy nie prościej byłoby pójść na całość i zlikwidować to “źródło cierpienia” - wybijając wszystkie żyjące konie, może poza paroma sztukami w jakimś rezerwacie..?

A już najlepiej - zlikwidować wszelkie w ogóle cierpienie i ból na tej umęczonej planecie. Owijając się w prześcieradła i bez wzbudzania paniki czołgając w kierunku najbliższego cmentarza. Co wszystkim “obrońcom zwierząt” najserdeczniej polecam..!


Jątrzyłem, obrażałem, poniżałem i stosowałem groźby karalne także w następujących, podobnych wpisach (pod każdym tytułem zaszyty jest link - tłumaczę, bo zaobserwowałem, że np. na takim portalu jak "Nowy Ekran", gdy publiczność tamtejsza nie ma napisane, że to "link" - to nie klika, bo nie dostrzega...): "I tylko koni żal...", "Ekolodzy do gnoju!", "Zrównoważony odwrót w wersji na cztery kopyta", "Tym Państwu już dziękujemy, czyli Deklaracja Niepodległości", "Stulecie głupstwa", "Wypadek na drodze do Morskiego Oka", "Postęp w chowie i w hodowli", "Dorzucam do pieca, czyli: stop głupocie", "Siedź w kącie - znajdą cię!", "Rozpoznajemy się po gumofilcach!", "Wegetarianie, świnie i jaśnie państwo", "Dylemat człowieka sprawiedliwego", "O porzekadle: a swoje konie byś na rzeź oddał?", "Duma i uprzedzenie", "Co będzie, gdy ONI zwyciężą?", "Piotruś Pan, Wanda i konik", "Końskie jądra, czyli: jak się robi rewolucję?", "Post zwycięża nad Karnawałem", "Mały leksykon Mowy Nienawiści", "Natura konfliktu", "Rolnictwo przyszłości, czyli: weganie to imbecyle", "Na pochyłe drzewo kozy skaczą...", "Dlaczego rząd woli nowe samochody (oraz wegetarian i pedałów)?" i zapewne w wielu innych, których jednak sam nie zapamiętałem, a w katalogu wyszukać mi się ich nie udało. Skądinąd: zebrało się już tego! Wcale niecienka książeczka by wyszła, nieprawdaż..? A wszystko - szczera prawda...

Skróconą, zarysową historię zaboru koni w Bornem - Sulimowie podałem w komentarzu pod poprzednim wpisem (link).

Niestety, wciąż nie mam dostępu do archiwum (stacjonarny końputer nie wrócił jeszcze z serwisu) - stąd ilustracje do tekstu są całkowicie przypadkowe.

Pełen reportaż z Bornego zapewne w listopadowym numerze "Końskiego Targu". Za miesiąc!

sobota, 28 września 2013

Mijanek pozuje...

Mówiłem już, że każde z naszych tegorocznych źrebiąt wyróżnia się jedną, charakterystyczną cechą? Ostowarek prostolinijnością, Madeszir uporem, a Mijanek - inteligencją. Czego właśnie miałem dowód.

Zachęcony Państwa komentarzami z wczoraj, wyszedłem po porannym obrządku z aparatem przed chatkę (wziąwszy pierwej zimny prysznic, bo nie chciało mi się czekać, aż z kranu poleci ciepła woda i tracić chwili...). Niestety: podniosła się tak gęsta mgła na wschodzie, że nawet linii horyzontu nie było widać, nie mówiąc już o jakichś słonecznych "efektach specjalnych".

No to poczłapałem do koni. Jeden tylko Mijan zrozumiał o co chodzi i trochę popozował:



a nawet wymusił odrobinę kooperacji na siostrze:


i pokazał, jak koń może się zwinąć w kłębek:


Reszta w tym czasie monotonnie i bezmyślnie - skubała trawę:




Ponieważ "Koński Targ" odrzucił ostatecznie mój felieton antylegislacyjny w obecnej formie, to zapewne wkrótce go Państwu tutaj zaprezentuję. Natomiast sprawa się nie skończyła, jestem w kontakcie z panem Adamem z Bornego - Sulimowa, któremu dwóch gangsterów z tzw. "pogotowia dla zwierząt" ukradło parę koni, mam nadzieję że do listopadowego numeru "KT" przygotuję już nie felieton, a dobrze udokumentowany i zilustrowany zdjęciami reportaż.

Chwilowo nie mam czasu. W południe spodziewamy się kolejnych Miłych Gości - a tymczasem, trzeba koniecznie pojechać na zakupy. Byłem co prawda wczoraj w Radomiu, odebrałem z serwisu nasz zapasowy podgrzewacz do wody, nabyłem też zawór, który BYĆ MOŻE pozwoli naprawić naszą chińszczyznę toaletową (muszę tylko dokupić jeszcze jeden nypelek, którego w Praktikerze zabrakło - chyba już wspominałem, że moim zdaniem ta sieć się po prostu likwiduje, takie puchy na półkach..?). Ale zakupów innych nie zrobiłem. W pobliskim Realu... zepsuły się kasy!

piątek, 27 września 2013

Opis pewnej niemożności

To, że brak mi szerekokątnego obiektywu to jedno. Ale i bez tego - sfotografowanie wschodu słońca nad Boską Wolą wciąż pozostaje zadaniem, którego nie umiem wykonać.

Ponieważ, jak już pisałem, słońce pojawia się nad horyzontem dopiero po tym, jak wydam czterokopytnym śniadanie - mam od teraz wszelkie możliwości, aby oddawać się tej obsesji. Mimo to obserwacje, które zawsze, ilekroć tylko nie mamy 100% pokrywy chmur prowadzę - w żaden sposób nie przekładają się na moją zdolność oddania tego zjawiska na matrycy cyfrowej aparatu Canon 400D!

Z grubsza rzecz biorąc, wschód słońca dzieli się na dwie fazy. Najpierw jest "faza różowa" (choć, oczywiście, skala odcieni jakie w tym czasie widoczne są na chmurach - jeśli tylko są jakieś - pozostaje znacznie większa: jako typowy mężczyzna, nie radzę sobie z nazywaniem kolorów - a i pokazać tego Państwu na zdjęciu, jak się okazuję, nie potrafię, bo aparat "spłaszcza" tę gamę, bardzo wiele odcieni oddając jako jednostajną szarość...):


Tutaj przynajmniej - czego, swoją drogą, przeglądając zdjęcia najpierw w aparacie, nawet nie zauważyłem - udało mi się uchwycić na dole cień odległej mgły, która musiała była podnosić się właśnie w rejonie torów kolejowych...

Po "fazie różowej" następuje "faza żółta", kiedy chmury nad głową przypominają momentami obłoki jakiegoś mocno zjadliwego gazu bojowego (chloru?):


Przez kilkadziesiąt sekund dosłownie - pomiędzy jedną a drugą fazą, niebo mieni się jednocześnie różem i złotem. Ale dziś akurat jakoś na ten moment nie trafiłem. Odczuwam zresztą kompletną bezradność wobec problemu, ponieważ właśnie wówczas - aparat najbardziej przekłamuje.

No i kompletną porażką są próby oddania tego, co w tym samym czasie dzieje się nad zachodnim horyzontem:


Niby coś tam widać, ale żałujcie Państwo, że Was tu ze mną nie było! Kiedy wyprowadzam teraz stado na pastwisko w takim momencie, światło odbite od tych chmur na zachodzie jest zbyt słabe, aby zapalić choć jedną iskrę na futrach naszych koni i próby ich fotografowania kompletnie nic nie dają. Ale idziemy jak skąpani w olejku różanym...

"KT" nie spodobał się tekst, który wysłałem im wczoraj. Za bardzo, podobno "dałem do pieca". No cóż - jeśli ostatecznie zdecydują się go odrzucić, to pewnie wkrótce go tu Państwo przeczytacie. Mam zamiar obrazić, poniżyć, znieważyć i wdeptać w glebę działaczy "organizacji społecznych, których statutowym celem jest ochrona zwierząt" oraz niemiłościwie nam legislujących legislatorów, którzy wypichcili obecną wersję ustawy o ochronie zwierząt.

Dali mi czas do dzisiaj rana, żebym ewentualnie przysłał coś innego. Any ideas? Bo już i tak, wszystko co mogę zrobić, to ponarzekać - na żaden research nie ma czasu. Coś Państwa w naszym końskim światku uwiera, boli, doskwiera, gniewa..?

środa, 25 września 2013

Goście, goście...

Nie mam czasu, nie ma mnie, nie orientuję się, zarobiony jestem, wpisu nie będzie! Później panie Lucku, później, może w przyszłym roku..? - że zacytuję klasykę...

Mieliśmy dzisiaj Bardzo Miłych Gości. Bardzo Mili Goście nazbierali trochę grzybków:


Naprawdę: nic specjalnego! Mimo to, Bardzo Mili Goście byli bardzo zadowoleni, mam wrażenie. No - co tu kryć: z uśmiechem na ustach wyjeżdżali...

Może dlatego, że przy okazji udało się chociaż te wysłodki buraczane, widoczne w tle, załatwić u Radka, druha mego serdecznego..?

Jutro planowany jest ulewny deszcz oraz kolejni Mili Goście. Sytuacja zatem się powtórzy, proszę rano na wpis nie czekać. Tym bardziej, że chyba właśnie (przy rąbaniu drewna oczywiście...) wymyśliłem, co bym ewentualnie mógł napisać dla "KT" - a to już nie jest "za pięć dwunasta", tylko "jedenasta pięćdziesiąt dziewięć"..! A w tej chwili jestem już zbyt zmęczony, żeby się tym zająć - i siłą rzeczy, przesuwa się to na rano...

wtorek, 24 września 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 13 - wino z kwiatów czarnego bzu, baniaczek drugi

Mamy dziś pierwszy słoneczny poranek od bardzo dawna. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać, żeby nie pobiec z aparatem i nie popstrykać (bez sensu, jak zaraz powie Lepsza Połowa).


Wschód słońca nad Boską Wolą. Właśnie nastała moja ulubiona w tym przedmiocie pora roku: nasza dzienna gwiazda zapala te kolorowe fajerwerki i pokazuje się na horyzoncie dopiero PO TYM, jak wydam koniowatym śniadanie. Jest więc szansa na zaspokojenie obsesji...

Rozlaliśmy wczoraj drugi z dwóch nastawionych w tym samym czasie baniaczków z winem z kwiatów czarnego bzu. Dodatkowe trzy tygodnie dobrze mu, w porównaniu do brata - bliźniaka zrobiły (link):


Jak widać - zyskało na przejrzystości, kolor jest bardzo ładny. Zapach, podobnie jak w poprzednim przypadku - intensywnie kwiatowy. Smaku, prawdę powiedziawszy, za dobrze nie spróbowałem, bo rozlało się równo na 6 butelek i może pół łyczka zostało na dnie baniaka (a wiadomo, że na dnie - najgorsze).

W każdym razie, nie jest już AŻ TAK słodkie, jak poprzednia wersja, nabrało trochę szlachetności. Ale to w dalszym ciągu wino deserowe - więc dla gości. Cóż: zapraszamy..!

Rozlaliśmy je głównie dlatego, że potrzebny jest nam baniak. Lepsza Połowa dochodzi do siebie po starciu z chińską armaturą łazienkową (Bruce Lee karate mistrz!) i już parę dni temu, mimo częściowo tylko sprawnej prawej ręki (jak się ma rozerwany biceps, to doprawdy trudno cokolwiek sensownego zrobić...), przerobiła na sok pół wiadra owoców czeremchy, które zebrałem.

Niestety: tamto podejście do nastawienia wina czeremchowego (naszego klasyku przecież!) spełzo na niczym za sprawą jednego z koćkodanów (podejrzany jest byt czarno - biały, bo mu łapy drożdżami jechały - ale jak to było, tego nikt nie widział...). Otóż - kupione na targu w Warce drożdże typu "Burgund" nastawiliśmy już w poprzednią sobotę. We wtorek ładnie się spieniły - ale to było dzień po przegranym przez Lepszą Połowę pojedynku karate i mowy nie było o żadnych czynnościach kuchennych (jak zapewne Państwo pamiętacie - skończyło się to boleśnie, za sprawą kebaba z baraniny...).

Odstawiliśmy zatem butelkę po piwie z pracującą już "matką" drożdżową na zewnątrz chatki, żeby miały chłodniej. Tak to specjalnie ustawiłem, aby w pobliżu nie było żadnych przedmiotów, których ruch mógłby spowodować przypadkowe przewrócenie butelki. Cóż - kiedy jak raz w czasie, gdy Lepsza Połowa, zebrawszy wszystkie siły i cały hart ducha, gotowała ten sok, w piątek - ktoś wziął i flaszeczkę najwyraźniej celowo wylał... I któż to mógł być, taki, hę..?

"Burgund" u pani na targu w Warce, gdzie zawsze zaopatrujemy się w drożdże (ma większą rotację towaru niż w sklepach, więc jej drożdże są świeższe, szybciej i pewniej pracują!) jak raz się skończył. W tej chwili zaczęły nam pracować nastawione w sobotę "Uniwersalne". Dlatego (oraz przez wzgląd na stan bicepsa Lepsza Połowy...) ograniczyliśmy na razie ambicje i robimy tylko jeden baniaczek wina czeremchowego - odkładając na razie, kto wie czy nie ostatecznie w tym roku, dorobienie drugiego baniaczka wina z owoców czarnego bzu (na którym bardziej mi zależało, bo zeszłoroczne, choć zrazu niepozorne, okazało się po przezimowaniu - najlepszym winem, jakie nam kiedykolwiek zrobić się udało, godnym wręcz pałacowego stołu: do tego jednak, wolałbym użyć "Burgunda", niczego w sprawdzonym i wypróbowanym przepisie nie zmieniając..!). Co będzie wymagało od Lepszej Połowy przerobienia na sok także drugiej połowy wiadra owoców czeremchy...

Jakoś w tym roku wszystkie nasze nastawy strasznie długo bąbelkują. Nie wiem? Chłodniej jest niż w zeszłym..? Wino z żyta, eksperymentalne, "chodzi" chyba od końca kwietnia (a przecież był miesiąc bardzo gorącej aury!). Podobnie wino z jarzębiny z dodatkiem jabłek, do którego już powoli tracę cierpliwość - bo ile można czekać..? Z typowo letnich nastawów, mamy w tej chwili "w ruchu" jeden baniaczek 5-litrowy wina z owoców czarnego bzu oraz jeden taki sam wina z aronii i duży baniak wina jeżynowego - ale te dwa ostatnie będą raczej słodkie, więc znowu - dla gości, a nie dla nas. Poza czarnym bzem - wszystko to pracuje już dużo dłużej niż standardowe 6 tygodni.

Nastawiłem też wino z mirabelek w plastikowym kanistrze - Bóg jeden raczy wiedzieć, co z tego będzie, nigdy wcześniej takiej metody jeszcze nie próbowaliśmy.

Tymczasem wciąż mamy mnóstwo niewykorzystanych owoców: gruszki - ulęgałki (wspominałem domowej roboty gruszkówkę..? Wspominałem! Wino bym z tego zrobił zwłaszcza, że ubiegłoroczne wcale nie było złe - tylko w co..?), jeżyny (wciąż! A teraz są najlepsze na wino...), pora też zbierać tarninę i różę. Przy okazji grzybobrania, odkryliśmy też drugi krzak aronii - na naszym Dzikim Zachodzie. Jarzębinę zamrozi się i użyje, gdy coś się zwolni - ale pojemność zamrażarki nie jest nieograniczona...

A propos grzybobrania. Aktualny komunikat grzybowy brzmi: coś tam jest...


ale cudów nie ma. Wczoraj, w czasie deszczu, nazbieraliśmy dwie łubianki. Pełne. Kań ani maślaków nie tykając. W niedzielę, żona M., co prawda całego Wielkiego Padoku nie obchodząc - jedną łubiankę.

Stan gotowości bojowej określiłbym na "Defcom - 2". Co oznacza, że tak naprawdę jest więcej grzybiarzy niż grzybów (grzybiarzami rzeczywiście obrodziło - i bardzo bywają oryginalni! Jak ten, co tuż koło nas skroił, sprawdzając czy nie robaczywe, całą stertę... muchomorów! Albo egzemplarz z koszykiem w jednej i... atlasem grzybów w drugiej ręce...). I bardziej trzeba pilnować ogrodzeń, które nam ta szarańcza miastowa niszczy (średnio co dwa - trzy dni znajduję połamane słupki, brakujące izolatorki, które ktoś ukradł, itp.), tudzież bielizny suszącej się na sznurze - niż grzybów.

Wczoraj, że było zbyt mokro, aby cokolwiek innego zrobić, wypieliłem ostatni nie zajęty przez dynie fragment ogródka. Dynie bodaj trzeba by już powoli zbierać - ale się do tego nie palimy. Raz, że i tak nie mamy tego gdzie składować - a że NIE WIERZĘ w możliwość ich spieniężenia, to wciąż mam nadzieję, że większość (przynajmniej - wagowo..!) uda się po prostu rozdać odwiedzającym nas gościom:



A dwa - że one wciąż kwitną:


I wciąż rosną nowe rekordzistki:


I weź coś takim zrób..? Nawet przymrozek z 8 września - zahamował ich wzrost tylko na kilka dni!

Co do koniowatych, to mają się bardzo dobrze, dziękować, dziękować. Dziś rano już drugi raz powtórzyła się sytuacja, że całe stado ledwo mnie widząc samo przymaszerowało do bramy Wielkiego Padoku - a jedna tylko Melesugun, szefowa stada, uparcie pasła się hen na horyzoncie.


Ona tak robi, gdyż:
a) jest z lekka autystyczna i po prostu nie zauważa, że wszyscy już sobie poszli,
b) chce mi pokazać, kto tu rządzi,
c) z obu powyższych powodów naraz.

Ale dzisiaj trafiła kosa na kamień! Mijanek, o którym już dawno pisałem, że bystry z niego cwaniak:


zorientowawszy się, że ojciec, ciotki i rodzeństwo już sobie poszły pod wiatę, a tylko mama się ociąga - podgalopował do niej, głośno nawołując - po czym zawrócił w moją stronę, nie pozostawiając matce wyboru: musiała potruchtać za nim...

Więcej zdjęć stada pewnie wrzucę popołudniu na angielskiego bloga. Być może - uda mi się jakieś lepsze zrobić, jeśli pogoda się utrzyma..? Wszystkie nasze źrebięta w tej chwili zmieniają futro i wyglądają bardzo mechato, a poza tym - i tak nie udało mi się żadnego w ładnej pozie ująć (takie tam, anegdotyczne zdjęcia - jak Ostowar drapie sobie o gałąź brzozy kłąb czy zad - nic specjalnego, poza tym wszyscy albo spali, w nieładnych pozach, jak to mi zawsze Lepsza Połowy wypomina "skracając kłodę" - albo skubali trawę i w dupach mieli moje próby skłonienia ich do podniesienia łbów...). Ale może, jeśli Lepsza Połowa nie będzie zbyt zmęczona obsługą sokownika - da się namówić, by pokazała, jak cała trójka grzecznie stoi na uwiązach podczas czyszczenia futra i kopyt..?

Na razie zaś kończę. Laptop zaczyna już buczeć, a mnie, skoro pogoda dopisuje - czeka rżnięcie młodych sosenek i brzózek. Zostało mi, optymistycznie licząc, jakieś cztery do sześciu dni roboczych do końca tej kampanii drzewnej...

poniedziałek, 23 września 2013

Fiat iustitia, pereat mundus

Domowa gruszkówka ma istotną przewagę nad domową śliwowicą: nie wysusza na wiór i nie daje niepożądanych skutków ubocznych następnego dnia. Tak trzymać!

Jeśli nie jestem świeży jak poranna rosa, to raczej z powodu meczu finałowego Mistrzostw Europy w koszykówce (dygresja pierwsza i nie ostatnia: jak to się dzieje, że komentatorzy zamiast "koszykówka", czy "Mistrzostwa Europy" mówią "eurobasket"..? Ohydztwo..!). Wprawdzie większość ostatniej kwarty przespałem, ale obudziła mnie "Marsylianka" przy dekoracji (dygresja druga: jak to możliwe, że tacy tolerancyjni i "prawoczłowieczy" Francuzi wciąż używają jako hymnu tak brutalnego, krwawego i wojowniczego marsza i nawet zmuszają różnych śniadoskórych, żeby go śpiewać..? To i pozostałe atrybuty jakobińskiego nacjonalizmu, o które wciąż dbają - o czym pisałem [link] - MUSI wcześniej czy później doprowadzić do wybuchu nacjonalizmu i krwawej rzezi "kolorowych"...). Dzięki czemu mogłem Lepszej Połowie, którą to interesowało, powiedzieć rano, że Litwini przegrali.

Nie znałem tylko wyniku (66 : 80) - a chcąc sprawdzić, czy podał go Onet, nadziałem się na coś takiego, co otwiera się zamiast tego portalu:


Ktoś ich zhakował, czy zatrudniani na zasadzie pracy zdalnej za stawkę "5 złotych za 1000 słów", albo "15 złotych za całość" studenci - coś spieprzyli podczas nocnego dyżuru..? Dobrze im tak, szmaciarzom..!

W sumie, tu się kończy trzecia dygresja. Oraz przerwa w pisaniu, podczas której pochłonąłem podaną przez Lepszą Połowę kapustę ze skwarkami (to się nazywa wiejskie śniadanie!) oraz podjąłem próbę wygonienia stada na pastwisko. Nieudaną. Na usilną prośbę Mijanka, który nie miał najmniejszej ochoty wychodzić na deszcz - odpuściłem i nawet dałem jeszcze siana.

Dygresja czwarta: coraz bardziej mi się ta pogoda nie podoba. Nie z powodu deszczu jako takiego. Deszcz jest potrzebny. Problem polega na tym, że w ten sposób z tygodnia na tydzień przesuwa się nam wizyta Pana Doktora (który czas wolny ma właśnie na początku tygodnia...) - a terminy gonią! Już w tej chwili polskich paszportów raczej przed odsadzeniem źrebiąt wyrobić im nie zdołam...

No dobra. Po tylu dygresjach wreszcie pora przejść do rzeczy, nieprawdaż..?

Czy rzeczywiście istnieją wartości dla których sensownym jest rozpatrywanie, jako członu alternatywy - całkowitej zagłady..?

Problem ten posiada dwa aspekty. Teoretyczny i praktyczny.

W aspekcie teoretycznym wydaje się, że traktowanie hasła fiat iustitia, pereat mundi dosłownie możliwe jest tylko przy nader specyficznym pojmowaniu Opatrzności. Takim, które na chrześcijańskim Zachodzie zostało ostatecznie odłożone do lamusa dziejów dawano, dawno temu, w głębokim średniowieczu (jak nie w starożytności nawet...).

Albowiem, aby przyjąć, iż naciśnięcie "atomowego guzika" (czy innego gadżetu sprowadzającego na świat Zagładę) jest przejawem Woli Opatrzności - trzeba albo zakładać, że Opatrzność nie pozostawia stworzeniu żadnego miejsca na własne pomyłki i widzimisia, będzie więc tak czy inaczej, spełnieniem Wyższej Woli - albo mieć poważnie nasrane we łbie. W każdym innym przypadku nawet, jeśli nasz łez padół po tysiąckroć zasłużył na zniszczenie - zrobienie tego własnoręcznie, bez czekania na archanielskie trąby - jest przejawem najcięższej gatunkowo pychy!


Niestety - w Islamie (a poniekąd także i w niektórych odłamach wschodniego chrześcijaństwa) na skutek przypadkowego kaprysu dziejów - zwyciężyło właśnie owo "deterministyczne" pojmowanie Opatrzności. Cokolwiek się z człowiekiem stanie, albo i cokolwiek człowiek zrobi - taka widać była Wola Boga. Ergo: nie ma najmniejszych przeszkód, aby Bóg posłużył się do pokarania grzechów tego świata człowiekiem dzierżącym "atomową walizeczkę" zamiast używać owej nieco już archaicznej aparatury w postaci wspomnianych wyżej trąb, jeźdźców w gotyckich kostiumach, deszczów lawy itp., itd.

Aspekt praktyczny ludzkość miała okazję przećwiczyć całkiem niedawno i wiele wskazuje na to, że w pewnym sensie - ćwiczyć zaczyna ponownie. W czasie Zimnej Wojny dwa supermocarstwa zaposiadły arsenał umożliwiający im GWARANTOWANE zniszczenie "drugiej strony" (GWARANTOWANE, gdyż każde z nich dysponowało takim NADMIAREM środków atomowego zniszczenia, że nie istniała praktyczna możliwość czy to wyeliminowania tego potencjału w porę wyprowadzonym uderzeniem wyprzedzającym, czy to - uchylenia się przed ciosem przy pomocy jakichś środków obronnych: nawet po zniszczeniu w silosach lub strąceniu 80 czy 90% rakiet przeciwnika - i tak pozostała reszta wystarczyłaby do obrócenia w popiół większości amerykańskich czy sowieckich miast).


Mówiło się wówczas o "równowadze strachu". Jako jeden z członów tej specyficznej "równowagi" pojawiła się też możliwość użycia tego arsenału przez stronę PRZEGRYWAJĄCĄ wyścig zbrojeń. Nie po to, aby zwyciężyć (bo to było - dla obu stron tak samo - niemożliwe), tylko po to, aby niedopuścić, by zwyciężyła druga strona. Taki rodzaj podwójnego samobójstwa z czystej złośliwości.

Młodsi z Państwa mają jakieś dziwne dla mnie psychiczne opory przed wczuciem się w tę sytuację i zaakceptowaniem wynikających z niej wniosków. Doświadczyłem tego ostatnio dyskutując na jednym z wątków "historii alternatywnej" (link). A przecież kilka pokoleń ludzi na całym świecie żyło w przeświadczeniu, że w każdej praktycznie chwili - mogą zginąć!

No cóż: człowiek - nie świnia. Do wszystkiego się przyzwyczai!

Nawet fakt, że strona sowiecka ostatecznie wyścig zbrojeń przegrała i rakiet nie odpaliła - NIE JEST dowodem na to, że zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ZAWSZE zwyciężą nad irracjonalną żądzą zemsty (i rachunkiem strategicznym, dla którego rozróżnienia między działaniami "racjonalnymi" i "irracjonalnymi" sprowadzają się li i jedynie do oceny ich skuteczności w osiągnięciu zakładanego celu LUB niedopuszczeniu, by cel ten osiągnął przeciwnik w grze!).

Wiele wskazuje na to, że Sowieci zwyczajnie przehandlowali swoją rezygnację z odpalenia rakiet - za amerykańską zgodę na "kontrolowaną" transformację ustrojową (z uwłaszczeniem nomenklatury, a bez "komunistycznej Norymbergi") i parę niezłych interesików na boku dla czołowych decydentów.

Jak widać: człowiek nie komputer. Może zmienić priorytety!

Do pewnego stopnia podobnie można opisywać istniejącą w tej chwili współzależność ekonomiczną pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Oczywiście - TYLKO do pewnego stopnia: wszak durni Chińczycy mają w ręku tak naprawdę jedynie papier (a właściwie - jakieś tam impulsy elektroniczne, toż zapewne większość posiadanych przez nich amerykańskich "papierów" dłużnych jest "zdematerializowana"...). Jest to najmiększa z wyobrażalnych rodzajów "soft power". Zapewne OBIE strony kalkulowały początkowo że, mówiąc prosto, wydymają drugą stronę jak dmuchaną lalę.


Amerykanie kalkulowali, że Chińczycy bogacąc się i wchodząc w coraz ściślejszy związek z Zachodem - ulegną jego kulturowej dominacji, przejmy wzorce życiowe, za czym - przestaną być groźni.

Chińczycy - że Amerykanie dając im wejść na swój rynek, pozbędą się z czasem większości przemysłu i pozostaną na łasce i niełasce nowej "fabryki świata", niezależnie od tego, jaką tandetę oferuje (link).

Obie strony mogą się w ten sposób wspólnie rozbić na tej samej rafie: wszak, "westernizując się", stają się Chińczycy coraz to bardziej pazerni na surowce, potrzebne już nie tylko do podtrzymania funkcji działającej na potrzeby obcych "fabryki świata", ale i dla zaspokojenia coraz to większych i coraz to bardziej wyrafinowanych apetytów własnej populacji - i własnych zbrojeń. Ponieważ zaś mimo deindustrializacji, zapotrzebowanie Zachodu na kluczowe zasoby jakoś nie chce zmaleć - robi się z tego coraz trudniejszy do pokojowego rozwikłania kocioł.

A ewidentni rasiści z amerykańskiej i europejskiej lewicy (NIGDZIE nie ma tak szowinistycznych rasistów jak na lewicy! Nie cierpię zresztą tego towarzystwa nie od dziś: link) co i raz epatują publiczność wyliczeniami, kiedy to zabraknie na naszej planecie czystej wody (w domyśle: zużywanej przez nadmiernie przywiązanych do czystości grzesznego ciała Azjatów...), ropy naftowej czy innego zasobu.

Jak na razie - wzajemny strach przed konsekwencjami, które byłyby dla obu stron bardzo bolesne - powstrzymuje świat przed otwartą deklaracją wrogości między Waszyngtonem a Pekinem. Pomimo takich prestiżowych dla Stanów porażek, jak pat w Syrii...

Jeśli ponownie dojdzie do Zimnej Wojny - to czy ta, kolejna już, zakończy się tak jak poprzednia: wspólnym, wesołym oberkiem (fakt, że odtańczonym na bezimiennych mogiłach ofiar...)?

Dalej Państwo sądzicie, że wysyłanie załogowych ekspedycji daleko, daleko, pozna nasz układ planetarny - to czysta fanaberia i marnowanie środków, kiedy tyle palących bolączek wciąż jest niezałatwionych tu, na Ziemi..?

niedziela, 22 września 2013

Kraina łagodności

Całkiem niespodziewanie przewiozłem wczoraj popołudniu konia. Na szczęście - niedaleko. Na szczęście, bo wyszły przy okazji takie usterki naszej przyczepy, których się nie spodziewałem.

Wbrew obiegowej opinii o solidności wielkopolskich rzemieślników, majstrzy którzy remontowali naszą, pierwotnie jeżdżącą w Holandii przyczepę, totalnie sknocili wyjmowaną przegrodę, dzielącą ją w środku na dwa stanowiska dla koni. Przegroda jest nieoryginalna, widać ta holenderska się zużyła, albo posłużyła do czegoś innego.

Generalnie, jest to szkielet z grubościennych, ocynkowanych rurek i trochę skóry. Co tu niby można sknocić..? A jednak! Jakoś tak to pospawali, że niezależnie od sposobu umocowania - powstają w tej nieskomplikowanej konstrukcji naprężenia, przez które całość ma tendencję do luzowania się z zaczepów. Kosztowało mnie to ongiś urwany (i przyszyty, na szczęście z powrotem: dobrze dzięki temu wiem tylko, kiedy będzie zmiana pogody...) środkowy palec u lewej ręki. Przegroda wyskoczyła z zaczepu jak raz przy ładowaniu naszego Dara wlkp - poprzeczka spadła na uwiąz, który trzymałem, uwiąz się wokół niej owinął, a koń szarpnął do tyłu, przestraszony - i już...

Tak to powinno teoretycznie wyglądać (zdjęcie z forum Re-Volta.pl)
Naszą już wymontowałem, nie chce mi się jej zakładać z powrotem specjalnie do zdjęcia... 

Wydawało mi się, że opanowałem problem wykonując dwa proste ruchy:
- zrywając kawałek wykładziny z podłogi, dzięki czemu tył wprawdzie siedzi nieco luźniej, ale za to - przynajmniej go nie wybija z dziury na każdym drogowym wyboju,
- dbając o to, aby uchwyt, służący do zapięcia dwóch przednich poprzeczek, był dobrze przykręcony (przykręca się go wkrętami, dość grubymi) do reszty.

Tak też zrobiłem i tym razem. To znaczy: dokręciłem te wkręty i ruszyłem przed siebie. Nie spodziewając się żadnych niespodzianek. Przegroda przecież przez rok stała sobie luźno oparta o ścianę chatki (do wożenia drewna z poręby, czy też świń w klatce, albo nawet i krów, do czego była używana w tym czasie - przegroda nie jest potrzebna...). Co jej się mogło stać..?

Tymczasem po przyjechaniu na miejsce, 60 km od nas - okazało się, że wkręty trzymające ten nieszczęsny uchwyt nie tylko się poluzowały (co, właśnie na skutek tych naprężeń w konstrukcji jest rzeczą normalną...), ale i - nie da się ich już porządnie przykręcić. Jeden zresztą od razu gdzieś się zgubił - wpadając w ściółkę na podłodze. Otwory się "wyrobiły", czy gwinty wkrętów spaczyły..?


Na szczęście kobyłka, którą wiozłem, stała jak przymurowana, jakieś oznaki niezadowolenia wyrażając dopiero w Stromcu, więc prawie u końca podróży.

15-miesięczne stworzonko jest owocem (podobno przypadkowego i nieplanowanego!) mezaliansu między ogierem rasy American Quarter Horse a polską, zimnokrwistą kobyłą. Wyszedł z tego konik dość (jak na razie...) zgrabny i nawet wcale szlachetny. Myślę, że będzie jeszcze okazja poznać ją bliżej.

Ogier rasy American Quarter Horse - przykładowy (jak ten konkretny wyglądał, przecież nie wiem...)

Klacz zimnokrwista. Też przykładowa. Matki mojej pasażerki nie oglądałem, bo nie było na to czasu. Zresztą - i tak nie miałem przy sobie aparatu...

Z góry wiedząc, że podróż potrwa długo, zabrałem na pokład pilota (nabywcy klaczki byli tam własnym samochodem, po mnie zadzwonili dopiero, gdy dobili targu) - chłopca, który ma być właścicielem tejże klaczki. I chce jej, gdy osiągnie wiek stosowny, używać pod siodło.

Wszystko to na pierwszy rzut oka, gdy się rzecz opowiada - wygląda, prawdę powiedziawszy, nad wyraz marnie.

Ani do takich mezaliansów dochodzić NIE POWINNO (jest to kompletne zaprzeczenie kultury, pracowicie budowanej przez niezliczone pokolenia hodowców w ciągu ostatnich 5 tysięcy lat...). Ani też - obdarowywanie młodego chłopca, który sam się przyznaje, że niezbyt pewnie czuje się na końskim grzbiecie źrebakiem, żeby go sam sobie ujeździł - stanowczo NIE JEST dobrym pomysłem!

Tak więc: nie polecam. A nawet stanowczo odradzam. Zarówno krzyżowania jak popadnie, jak i stosowania takich "indiańskich" metod wychowawczych względem młodych chłopców i źrebiąt.

Ostrzegłszy i odradziwszy - mogę kontynuować opowieść.

Bo tak naprawdę TEN KONKRETNY PRZYPADEK - na żywo i z pierwszej ręki czegoś nie zrobił na mnie złego wrażenia. Może dlatego, że żółć z wątroby spuściłem już rano - i jakaś mnie potem ogarnęła "kraina łagodności"..?

A może dlatego, że chłopiec w rozmowie okazał się nad wiek rozsądny i skłonny do nauki. Podobno od dawna się do nas z wizytą wybierał. O ogrodzenie pastwisk pytał. Uczyć się jazdy chce. Oby mu tylko - w przeciwieństwie do Jakuba, który nawiedzał nas na początku naszego osiedlenia na wsi, starczyło zapału (tamten zrezygnował po pierwszym upadku z nieodżałowanej Dalii wlkp).

Nie planuję udzielania lekcji jazdy konnej - ani nie mam do tego uprawnień (a w dzisiejszych czasach lepiej mieć się na baczności, robiąc cokolwiek "bez papierka" - osobliwie, gdy jest to działalność, z natury rzeczy wiążąca się z guzami i sińcami...), ani upodobania, ani nawet konia, na którego mógłbym początkującego wsadzić. Trzy Gracje są jednak trochę na to zbyt "zrywne"...

Pomyślałem sobie jednak, że na początek, może by się tak wybrać z chłopcem do naszej sąsiadki - sędziny w konkurencji skoków..? A potem się zobaczy. Na przełaj, przez las, mamy od siebie 15 minut stępo-kłusa. Jak już się tę klaczkę ujeździ - w teren zawsze będę mógł ich ewentualnie brać.

Po drodze zaś - pomyślimy, co by tu zrobić, by małej trochę poprawić jakość życia. Na razie stanęła w typowej, chłopskiej komórce, przywiązana do żłobu. Ponieważ jednak z takiej samej komórki wyszła u sprzedawcy - nie ma powodu do przedwczesnego alarmu: chyba jest do tego przyzwyczajona..? Z czasem zaś - o ile tylko chłopak dotrzyma słowa i faktycznie wkrótce nas nawiedzi - spróbujemy coś na ten problem zaradzić.

Ten pie...ony uchwyt będę chyba musiał do przegrody przyspawać. Wprawdzie spaw na pewno też kiedyś puści - ale może zajmie mu to więcej czasu niż potrzebowały na spaczenie się wkręty..?

I to by było na tyle na dzisiaj. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że nadchodząca zima będzie wczesna, ostra i zapewne długa (już parę dni temu nad Boską Wolą przelatywały klucze dzikich gęsi ciągnących na południowy zachód - a wczoraj, podczas powolnej i odbywanej bocznymi drogami wycieczki - nie chciałem powodować korka na główniejszej drodze - miałem okazję zaobserwować nie tylko dojrzałe już, ale wręcz opadające na ziemię owoce dzikiej róży i tarniny: w zeszłym roku zbieraliśmy je dopiero na początku listopada!).


W związku z powyższym - trzeba zakasać rękawy i brać się za robienie zapasów na zimę. Co też dzisiaj zamierzam robić - jak tylko zejdzie rosa z trawy...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...