sobota, 31 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 8 - O przemocy

Wypadałoby już kończyć ten cykl - co prawda "mini wykładów" w książce profesora Kołakowskiego jeszcze wiele i z wieloma się nie zgadzam, ale wakacje kończą się nieodwołalnie. Mam też poczucie, że moje zarzuty wobec kolejnych eseików będą się powtarzać.

Zatem dwa jeszcze tylko teksty z tej serii. Ten - "O przemocy" i z dawna zapowiadany "O wolności".

Jak już napisałem czas jakiś temu, był Leszek Kołakowski na swój sposób filozofem "tradycyjnym", "klasycznym". Niewątpliwie do naszej, zachodniej tradycji należy ostre, jakościowe przeciwstawienie "natury" i "kultury", "zwierzęcia" i "człowieka".

Dlatego pisze już w pierwszym zdaniu tego eseiku jego autor, iż: Przemoc jest częścią kultury, nie zaś natury.

Ci z Państwa, którzy dłużej śledzą moje wypociny wiedzą dobrze, że regularnie ostrość tego rozróżnienia kwestionuję. Nie jest to skutek przyjęcia jakichś dogmatów: nigdy, zaiste, nie pociągał mnie buddyzm, czy jakakolwiek inna "filozofia Wschodu" choć przyznaję, że na wykłady prof. Gawlikowskiego o Chinach chadzałem regularnie i nawet próbowałem - bez powodzenia - pisać u niego doktorat. Ale to miał być doktorat o Sun Zi, a nie o "jedności wszystkiego co żyje..!"

Mój pogląd na stosunek "człowieczeństwa" do "zwierzęcości" i "natury" do "kultury" to raczej kwestia doświadczenia i stylu życia. Na co dzień mam tu więcej do czynienia ze zwierzętami niż z ludźmi, jako że jedynym człowiekiem "pod ręką" jest moja osobista Lepsza Połowa, a zwierzaków trochę mamy - humory, zachcianki i potrzeby naszych koni i kotów dyktują nam rytm dnia i nocy. Siłą rzeczy, musimy się z nimi porozumiewać - a skoro porozumiewamy się z naszymi zwierzętami, to jakże nam traktować ich jak kartezjańskie "automaty", czy inne bezduszne, instynktami tylko kierowane i nierozumne całkowicie byty..? Jeśli w efekcie błądzę haniebnie, to trudno - Pan mnie z tego rozliczy, a z całą pewnością nie komentatorzy, osobliwie - anonimowi..!

Uważam tedy, że przejście od "natury" do "kultury" i od "zwierzęcości" do "ludzkości" jest płynne, ciągłe, nieostre. Nie ma tu żadnej rozcinającej świat na przeciwstawne połówki kurtyny, żadnego "rozstrzygającego kryterium", które mogłoby jedno od drugiego oddzielić. Nie ma takiej cezury przynajmniej w doświadczeniu - bo jeśli istotnie ludzie, w przeciwieństwie do innych zwierząt, obdarzeni są jakąś im tylko właściwą "jakością metafizyczną" - to jest ona z definicji niepochwytna i w żaden zmysłami postrzegalny sposób nam się nie objawia (tak jest - jestem o tyle racjonalistą, że nie tylko w astrologię, ale i w wywoływanie duchów na seansach spirytystycznych - z całą pewnością i bez najmniejszych wątpliwości: nie wierzę..!).

Te panie zachowują się "kulturalnie", czy "naturalnie"..?

Kultur rozmaitych ludzkość wytworzyła nieprzeliczone mrowie. Ale też i nie ma takiego zwierzęcego stada (ograniczając się, naturalnie, do tzw. "zwierząt wyższych", dysponujących rozbudowanym układem nerwowym...), którego zachowanie i zwyczaje byłyby dokładnie takie same, jak zachowanie i zwyczaje drugiego stada tego samego gatunku. Nawet zatem nasza różnorodność, nasza barwność, nie jest niczym wyjątkowym - choć, to prawda, ludzkie kultury są o wiele bardziej złożone od najbardziej złożonych zachowań stadnych zwierząt i tym bardziej - mają czym się różnić.

To, co w ludzkich kulturach jest najpowszechniejsze (czy całkowicie powszechne i bezwyjątkowe - tego, rzecz jasna, z całą pewnością powiedzieć nie można - jeszcze się taki nie urodził, który by wszystko o wszystkich ludzkich kulturach wiedział, boż to i niemożliwe: zwłaszcza, że większość to przecież kultury wymarłe, o których żadne lub pośrednie tylko mamy świadectwa...), a więc własność, władza, prawo, podstawowe tabu reprodukcyjne - jest także powszechne wśród zwierząt.

Wszystkie zwierzęta terytorialne zachowują się tak, jakby znały i przestrzegały instytucję własności prywatnej (i stąd za bezsensowne uważam twierdzenie - powtarzane w jednym z późniejszym "mini - wykładów" przez Kołakowskiego - że jest własność instytucją istniejącą wyłącznie w ramach prawa, a bez wsparcia policji i wojska - nieistniejącą...). Skoro tak się zachowują i nie ma tu żadnych istotnych wyjątków - to czyż nie prościej i nie krócej jest mówić, że jest własność po prostu jedną z najpowszechniejszych instytucji rządzących zachowaniem tak samo zwierząt, jak i ludzi..?

Wszystkie zwierzęta stadne (o rozwiniętych układach nerwowych) podlegają jakiejś władzy w ramach swoich stad, która to władza ustala pewne reguły postępowania i pilnuje - kłem lub kopytem - żeby te reguły były przez członków stada przestrzegane. Cóż to innego niż prawo i władza..?

Większość zwierząt postępuje tak, aby ryzyko chowu wsobnego zminimalizować. Młode ogierki są wypędzane ze stad koników polskich żyjących dziko w rezerwacie w Popielnie, a młode klaczki - odchodzą do stad innych ogierów. To ingerencja człowieka, utrudniająca takie migracje sprawia, że trafiają się ogiery kryjące własne matki lub córki..!

Uważam konstatację tych faktów za dość istotne stwierdzenie. Jeśli mam rację i jeśli takie instytucje jak własność, władza, prawo są wspólne zarówno ludziom, jak i innym zwierzętom - to bezpodstawną mrzonką i rojeniem utopijnym są opowieści o tym, jakoby mogli żyć ludzie bez własności, bez władzy i bez prawa. Czy to w jakiejś bardziej lub mniej odległej przeszłości - o czym dawno temu pisałem - czy też w przyszłości.

Zanegowanie własności, władzy i prawa - to zanegowanie samej natury i nie może się to dobrze skończyć! Chyba, że nie przy pomocy tajnej i jawnej policji, łagrów i obozów reedukacyjnych, konfiskat i nacjonalizacji się to dokona - a w drodze genetycznej manipulacji...

Obawiam się tylko, że skutkiem takiej manipulacji będzie nie anioł, nie "nadczłowiek" jakiś - a wprost przeciwnie: ów jamochłon który, jak to kolega jazgdyni z "Nowego Ekranu" przy jednej z poprzednich okazji zauważył, osiadłszy na miejscu, własny mózg trawi!

Nie inaczej jest z przemocą.To prawda, że nie mówimy (...), że jaskółka używa przemocy połykając komara albo wilk, gdy sarnę zagryza. Czy z tego jednak, że tak nie mówimy, wynika, że czymś jakościowo innym jest użycie siły przez człowieka, a czym innym - użycie siły przez jaskółkę lub wilka?

Życie żywi się śmiercią. Zwierzęta zabijają dla najrozmaitszych powodów - najczęściej z głodu, ale także w trakcie walki o władzę lub terytorium, a bywa, że i dla zabawy (nasza zewnętrzna kotka przynosi nam o wiele więcej myszy niż zjada...). Czy ludzie robią to z innych przyczyn niż zwierzęta..?

Zapewne - człowiek ma (prawdopodobnie unikalną...) możliwość postawienia się w myślach w roli własnej ofiary. Jakoś jednak nie widać, aby ta zdolność, z rzadka tylko jak się zdaje wykorzystywana - wpływała tonizująco na zachowanie różnych oprawców: ani dawniej, ani obecnie..!

W tym miejscu kończy się ta część mojego wywodu, której jestem (prawie absolutnie) pewien - a zaczyna się gdybanie.

Otóż - potępianie przemocy jako przemocy wydaje się zjawiskiem analogicznym do potępiania własności jako własności, czy władzy jako władzy: są to nadużycia ludzkiego języka, uboczny skutek jego jakże cudownej wszechgiętkości. Nic z tego nie wynika w życiu praktycznym dobrego, bo wyniknąć nie może: tak samo jak nic dobrego nie może wyniknąć z potępiania własności, władzy i prawa.

Heraklit z Efezu, zwany "płaczącym filozofem", miał był podobno uważać, że "wojna jest matką wszechrzeczy"...

Tym niemniej ludzie mają przyrodzoną pokusę takiego właśnie myślenia. Tak jest po prostu prościej i łatwiej! Będę o tym pisał jeszcze w następnym i ostatnim z tej serii eseju - odrzucenie świadectwa naszych zmysłów, odrzucenie świata w całym jego bogactwie i złożoności, bywa łatwiejszym wyborem, łatwiej przyswajalnym, szczególnie dla prostych umysłów, których jest znakomita większość.

Łatwiej jest potępić przemoc w czambuł (a przynajmniej - potępić w czambuł najbardziej jaskrawy jej przejaw, jakim jest wojna), niż wdawać się w subtelne rozważania o "wojnie sprawiedliwej". Pierwsza postawa daje się streścić w haśle zawierającym (w zależności od języka, w którym je wypowiadamy) od dwóch, do góra trzech słów. Na temat drugiej wypisano pracowicie całe stosy foliałów - a do niczego, co by chociaż przypominało zgodę powszechną w tym temacie - dojść się jak do tej pory nie udało...

Upowszechnianie się nierozumnych czasem przesądów, prostackich komunałów i oczywistych paralogizmów od jakichś 200 lat nie wiedzieć czemu (a może i wiedzieć - ale to temat na osobne rozważania...) uchodzi za "postęp moralny". Jest Kołakowski, wyrażając nadzieję na ustanie w przyszłości wojen - piewcą tegoż właśnie "postępu moralnego".

Tu uwaga na marginesie: toczy się aktualnie w sieci debata o to, po co Ameryce interwencja w Syrii, jakie racje, jaki zamysł za tym stoi..? Nie zamierzam tego przypadku w szczegółach rozpatrywać. Zwracam tylko uwagę na fakt, że nic tak nie zaślepia jak własna propaganda - a świat ten rządzi się na ogół dużo mniejszym rozumem, niż skłonni bylibyśmy to zakładać (doszukując się nieuprawnionej analogii między złożonością świata, a inteligencją "sił", które zdają się nim rządzić...): o czym pisałem wykazując, że nie ma żadnych "głębokich, historycznych przyczyn" upadku I Rzeczypospolitej, a też i kiedy indziej - że nie wiadomo po co tak właściwie wybuchła I wojna światowa...

Całkiem nie od rzeczy jest pamiętać o tym, że "klasa rządząca" światem Zachodu co najmniej od końca I wojny światowej właśnie (Liga Narodów, potem pakt Brianda - Kelloga...) wyznaje coś w rodzaju "wojującego pacyfizmu" (przy okazji przyznając sobie, prawem kaduka, rolę "policjanta świata"...) - a w tej chwili sprawują realnie władzę wnukowie i prawnukowie tych, którzy na siedzibie Ligi Narodów w Genewie kazali wykuć napis: ostatniej z wojen - wdzięczna ludzkość. Być może za całą "arabską wiosną", za wojnami domowymi w Libii i w Syrii, za ostatnimi rozważaniami o interwencji w tej ostatniej - nie stoi żaden polityczny rozum, żaden "spisek" - tylko zwykła głupota..?

Nie jest ostateczna konkluzja Kołakowskiego całkiem bez sensu: Potępiać absolutnie wszelką przemoc, bez różnicy, to potępiać życie. Niestety, życie dowodzi, że bynajmniej nie jest tak niewinnym i nieszkodliwym jej rozwinięcie, które brzmi: Nie jest jednak nierozumne starać się o taki świat, gdzie przemoc skierowana będzie tylko przeciw niewoli, zbrodni, agresji i tyranii. Nie jest to nierozumne również wtedy, gdy mamy wielkie i dobrze uzasadnione wątpliwości co do tego, czy taki świat kiedykolwiek istnieć będzie.

Nie jest to niewinne i nieszkodliwe dlatego, że nie ma żadnych "naturalnych" granic dla "walki o pokój" - co zresztą już w czasie Zimnej Wojny humor ludowy niejeden raz celnie punktował, zastanawiając się, czy przypadkiem po nowej "wojnie o pokój" bodaj kamień na kamieniu nad Wisłą zostanie..? Tak jest jednak, niestety, ze wszystkimi przejawami "dobra absolutnego" na tym łez padole - o czym też już ongiś dywagowałem...

piątek, 30 sierpnia 2013

Komunikat grzybowy

Ludzie Dobrzy! Informuję każdego, kogo to dotyczy i obchodzi, że grzybów NIE MA! Przynajmniej - na razie...

Rozumiem, że kończą się Wam urlopy i wakacje. Przykro mi jednak - grzyby mają to gdzieś. Sami zresztą pomyślcie. Kiedy ostatni raz padało, ale tak porządnie, żeby kałuże stały..?

W czerwcu...

To skąd i jak mają tu, na tych piaskach, grzyby rosnąć..?

Przez ostatnie dwa tygodnie znalazłem trzy prawdziwki i jednego koźlaka - wszystkie robaczywe na wylot, pisać nie było o czym, a i z "normalną" grzybodajnością naszych padoków (która to grzybodajność, nota bene, NIE JEST bynajmniej dziełem natury, tylko skutkiem mojej ciężkiej pracy i wielkich nakładów finansowych - fakt, że skutkiem ubocznym, ale i co z tego..?) nic to nie ma wspólnego.

Tak więc przyjeżdżanie tutaj na grzyby mija się z celem. Tylko mnie niepotrzebnie irytujecie.


Doszło już do tego, że wyszczać się nie można na własnym pastwisku, bo z każdej strony wycieczka grzybiarzy..! Rozumiem też, że narząd mowy do szukania grzybów nie jest potrzebny i można go zostawiać w samochodzie, razem z resztą niepotrzebnych gratów (jak rozum, ogłada, zdrowy rozsądek...) - ale kiedy jeden z drugim tuż pod moim nosem, słowa nawet z siebie nie wydając, nie mówiąc już o tak trudnych w artykulacji frazach jak "dzień dobry", "czy są grzyby?", "czy możemy wejść?", pakuje mi się pod pastuchem na padok - to chyba nie spodziewacie się, że będę Was tam kwiatami i winem domowej roboty witał..?

czwartek, 29 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 7 - O wielkiej zdradzie

Pominąłem wykładziki "O cnocie" i "O kole fortuny", bo nic do nich nie mam, a i wakacje się kończą, a wraz z nimi - sezon ogórkowy. Pora zatem na "wielką zdradę", czyli: problem narodu.

Zacznijmy od tego, że wywód profesora Kołakowskiego w tym przedmiocie jest zwyczajnie mętny. Niby chodzi mu o próbę odpowiedzi na pytanie, czy wolno i w jakich okolicznościach dokonać zdrady własnego narodu, rodziny lub Kościoła - ale tak naprawdę, jak śledzić to zdanie po zdaniu, to żadnej konkluzji w tym przedmiocie nie ma. Bo i cóż to w końcu za stwierdzenie, że zdrada polityczna (...) jest na ogół dwuznaczna..?

Zasadniczo nie zgadzam się z Profesora podziałem na "zbiorowości/byty istniejące z przypadku urodzenia" oraz "zbiorowości, do których należy się na mocy aktu woli". Podział ten jest właśnie źródłem niejasności całego wywodu.

To znaczy - owszem, da się wyznaczyć pewne ekstrema: pierwszym jest istnienie jednostki, która jest dana sobie samej PRAWIE bezalternatywnie (PRAWIE, a nie do końca i bezaplecyjnie, bo wprawdzie JESZCZE nikt z nas nie miał wyboru co do tego kim, gdzie i jak się urodzi - ale rosną przecież stale możliwości takiej lub innej auto-modyfikacji. Póki co, są one raczej kosmetyczne, a jeśli ktoś sobie funduje nową twarz i nową tożsamość, to mamy uzasadnione podejrzenie, że robi to, chcąc się ukryć przed pościgiem - ale, z całą pewnością, nie jest to kres naszych możliwości, co od dawna wieszczę, przewidując też przyszłej wolności wyboru w tej materii różnorakie konsekwencje...) - drugim ekstremum jest bodajże tzw. "flash mob", kiedy to obcy sobie ludzie, skrzyknięci przez fejsa, zbierają się na parę minut gdzieś, by wspólnie coś robić, po czym rozchodzą się, bez większych tego faktu konsekwencji.



Powstaje pytanie - czego opisywane systuacje są ekstremami..? To jest właśnie cała trudność. Przebiega między nimi oś, na której da się wyznaczyć nieskończenie wiele stanów pośrednich. Dość blisko ekstremum, jakim jest "istnienie jednostki ludzkiej" sytuuje się "istnienie rodziny" - przynajmniej (w naszej obecnej kulturze) tzw. "rodziny nuklearnej". W przeszłości jednak, istniało o wiele więcej zbiorowości tak samo lub niemal tak samo "naturalnych" (przez "naturalność" rozumiemy tu przeciwieństwo "konwencjonalności") jak "rodzina nuklearna".

Przede wszystkim - była to "rodzina w szerszym znaczeniu", obejmująca także dalszych krewnych - jeśli ta "rodzina w szerszym znaczeniu" posiadała jakąś wewnętrzną strukturę, istniał jej przywódca - można było mówić o "rodzie". "Rody" istnieją i mają się dobrze poza Europą. Ale "rodzina w szerszym znaczeniu" była bytem bardzo ważnym jeszcze w czasach mojej młodości, a pewnie wciąż jeszcze znajdzie się w Polsce wiele takich rodzin, gdzie kuzyni, kuzynki, stryjowie, stryjenki, wujowie i wujenki - spotykają się często, blisko ze sobą żyją i odczuwają głęboką wobec siebie lojalność!

"Rody" istniały u nas formalnie do roku 1918, a zwyczajowo - jeszcze co najmniej 20 - 30 lat dłużej. Oczywiście, nie wszędzie i nie u wszystkich - raczej u arystokratów (kodeksy cywilne państw zaborczych przewidywały funkcję "głowy rodu" przynajmniej dla osób stanu szlacheckiego i dawały jej określone kompetencje - wyjątkiem była tu Kongresówka, gdzie obowiązujący "kodeks Napoleona" poprzestawał, metodą rewolucyjną, na pojęciu "głowy rodziny", bez stanowych rozróżnień).

Lojalność i poczucie "naturalnej" bliskości wewnątrz rodu dawnymi czasy obejmowało nie tylko osoby faktycznie ze sobą spokrewnione - ale też co najmniej służbę domową i różnych innych "ludzi zależnych i powiązanych" z rodem.

Tak jest do tej pory w tzw. "rodzinach" mafijnych, nieprawdaż..?


W najszerszym znaczeniu "quasi-rodzinną wspólnotą naturalną" jest:
- ród w chińskim sensie tego słowa (gdzie jest to wspólnota licząca od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy ludzi wywodzących się od wspólnego przodka),
- majątek feudalny, obejmujący właściciela ziemskiego, jego ród i jego "ludzi zależnych", którzy się mu "powzdali" w poddaństwo,
- gospodarstwo niewolnicze, obejmujące właściciela, jego ród i jego niewolników (ostatnim bodaj takim właśnie "gospodarstwem niewolniczym" jest tak naprawdę rodzina Saudów, panująca w Arabii Saudyjskiej - ale o tym ciiiii...).

W każdym z tych przypadków zachodziła sytuacja, o której pisze Kołakowski, iż: (taki byt) podobnie jak jednostka ludzka, jest dziełem natury, nie powstał z zamiaru czy planu, i nie musi się tłumaczyć ze swego istnienia: jest, bo jest i przez to, że istnieje, istnieje prawomocnie.

Kołakowski tę właściwość "bycia bytem naturalnym" odnosi co prawda tylko do jednostki ludzkiej, do rodziny i do narodu - co, jak wykazałem powyżej, jest oczywistym błędem. Nie uwzględnia bowiem bardzo wielu innych zbiorowości, które istniały w przeszłości lub też istnieją "gdzie indziej", to jest - nie u nas i nie w tej chwili.

Błędem jest też traktowanie narodu tak samo jak jednostki lub rodziny. Otóż - wcale nieprawdą jest, że narody nie powstały z zamiaru czy planu. Gdyby narody były TAK SAMO naturalne i TAK SAMO "oczywiste" jak rodzina, ród czy też "quasi - rodzinna wspólnota naturalna", to byśmy nie znali i nie czcili ich twórców i bohaterów, którzy ich "umocnieniu", lub "budzeniu" poświęcili życie.

Tymczasem kult takich właśnie bohaterów: różnych Schornacków, Mrongowiuszów, Kajków, Korfantych - zajmuje poczesne miejsce w naszej przestrzeni publicznej. Wszystkie te pomniki, place, ulice i szkoły imienia - zaświadczają, że NIE JEST "naród" bynajmniej "wspólnotą naturalną", skoro "świadomość narodową" trzeba "budzić", a potem "umacniać"..!

Owszem, jest "naród" taką wspólnotą, która budzi bardzo silne emocje. Zauważmy jednak, że emocje te pojawiają się głównie wtedy, gdy mamy do czynienia, w taki czy w inny sposób, z innym bytem - z państwem. Tym co, na mocy jednej z definicji, wyróżnia "naród" spośród innych zbiorowości ludzkich, bywa "dążenie do posiadania własnego państwa".

Nie do końca się z tym zgadzam - bo RACZEJ to państwa tworzą narody niż odwrotnie (to jest droga "normalna", "naturalna" - acz bynajmniej nie jedyna: owszem - znamy wiele przykładów na to, że jakaś grupa ludzi stała się narodem w opozycji do państwa lub państw nad nimi panujących. I tu jednak: gdyby nie istnienie państwa - w tym przypadku, wrogiego - czy grupa ta zdefiniowałaby się jako "naród"..?).

Otóż "państwo" jako jakaś władza pobierająca podatki, wymierzająca mandaty i konfiskaty, wcielająca w kamasze - na ogół, jeśli budzi jakieś emocje, to raczej negatywne. Czyż nie jest w tej sytuacji "świadomość narodowa", ubierająca wszystkie te trywialne konieczności życia w państwie we wspaniały sztafaż powiewających sztandarów i szumu husarskich skrzydeł - cudownym wynalazkiem, znakomicie ułatwiającym państwu funkcjonowanie..?

W rzeczy samej, po roku 1789 państwa "cywilizacji białego człowieka" zrobiły co tylko leżało w ich mocy, aby zniszczyć różnego rodzaju "quasi-rodzinne wspólnoty naturalne", a umocnić - poczucie tożsamości narodowej podległej sobie ludności.

Jest to zapewne kwestia pewnej "ekonomiki emocji" - zbyt wiele "ciał pośredniczących", jakimi były właśnie owe "quasi-rodzinne wspólnoty naturalne" - nie daje szans na tak pełną, tak gwałtowną i tak wszechogarniającą mobilizację emocjonalną ludności w służbie państwu, jaka była potrzebna rządzącym elitom.

Nie byłby możliwy Hitler w Niemczech przed rokiem 1914, gdy społeczeństwo niemieckie wciąż jeszcze było bardzo "tradycyjne", a "rodziny w szerokim sensie", "rody" (przynajmniej wśród arystokracji), a nawet pewne pozostałości "quasi-rodzinnych wspólnot naturalnych" (chociażby w postaci mnogości niemieckich księstewek, tworzących Rzeszę...) zagospodarowywały większość tej "energii emocjonalnej", którą potem Hitler zdołał wyzwolić i obrócić w narzędzie zagłady.

Nie byłby możliwy Stalin w Rosji przed uwłaszczeniem chłopów: przecież kult jego osoby kłóciłby się z "naturalną" lojalnością poddanych względem własnych, "przyrodzonych" panów..!

Jak widzimy, owa "koncentracja energii emocjonalnej", "likwidacja ciał pośredniczących" - to są zjawiska nader niebezpieczne. No cóż - nie od dziś wiadomo, że za co tylko nie weźmie się państwo, to z całą pewnością uda mu się to spieprzyć...

W każdym razie na naszej osi, rozciągającej się pomiędzy "bytem jednostki", a "chwilowym bytem flash mobu" (oś te zdefiniować by można jako pewne "kontinuum naturalności i konwencjonalności bytu"), zarówno naród, jak i państwo umieścić należy dalej od "najbardziej naturalnego bytu jednostki", a bliżej "najbardziej konwencjonalnego bytu flash mobu". Przy czym, biorąc pod uwagę że państwa są bytami dużo starszymi od narodów i dużo bardziej powszechnymi - to państwo wydaje się "bardziej naturalne" i "mniej konwencjonalne", niż "naród"..!

Jest to zresztą jak najbardziej zgodne z praktyką. Zdrajców państwa karze się śmiercią (przynajmniej w "państwach poważnych": nie może zresztą być inaczej - ten, kto dopuścił się zdrady stanu, robił to przecież w tej intencji, aby jedną władzę państwową zastąpić inną - jak słusznie zauważył ongiś JKM, jeśli skarzemy go, przez dziwny do wytłumaczenia wstręt do kary śmierć, na długoletnie, albo i dożywotnie nawet więzienie ryzykujemy, że władza się w taki lub w inny sposób zmieni - i zdrajca, w oczach nowej władzy będący bohaterem, zbierze za swój czyn laury, których wcale dla niego nie pragniemy, skoro nas zdradził...: tego ryzyka na ogół nie ma przy czynach czysto kryminalnych..!).


A zdrajców narodu..? Kto jest "zdrajcą narodu"..? Ten, kto swoją "świadomość narodową" odmienia, porzucając poprzednią i zyskując nową. Otóż, takich było wśród Polaków, bez przesady - miliony. Miliony ludzi, którzy w domu rodzinnym mówili językiem polskim (co jest pierwszym warunkiem posiadania "polskiej tożsamości") w życiu dorosłym zdecydowało, że jednak lepiej jest posługiwać się na co dzień angielskim, niemieckim czy (o wiele rzadziej) rosyjskim.

Ich potomkowie mają się dobrze i jeśli nawet wiedzą, że płynie w nich "polska krew", to ani nie spędza im to na ogół snu z powiek świadomością jakiejś "zdrady" ze strony ich przodków, ani też - nie prowokuje najczęściej do niczego, co by przypominało ekspiację. I słusznie zresztą! Bo czy można mieć o to do nich, a nawet i do ich przodków pretensje, skoro władza panująca nad Polską i Polakami robiła co mogła, by życiu tutaj obrzydzić..?

Z drugiej strony tysiące, a może i setki tysięcy Polaków, bardzo często tych najważniejszych, bo najpłodniejszych twórczo, należących do elity - ma przodków Niemców, Ormian, Tatarów (jak Henryk Sienkiewicz, którego rodzina przybyła na Litwę po upadku Złotej Ordy w końcu XV wieku...), Żydów, a nawet - Francuzów, Szkotów czy, jak w przypadku posła Godsona, jakichś Murzynów. Ktoś z Państwa ma pretensje do tych ludzi lub do ich przodków, że "nie dochowali wierności" swojemu "przyrodzonemu narodowi"..?

Pomieszanie pojęć występuje w tej materii tylko i wyłącznie dlatego, że władza państwowa bardzo chętnie nazywa swoich wrogów - "zdrajcami narodu". Niezależnie od tego, czy pragnęli tylko zmienić rząd - czy oddać terytorium temu rządowi podległe pod władzę jakiegoś innego państwa.

Profesor Kołakowski w swoim "mini wykładzie" w każdym razie, do rozwikłania tego pojęć pomieszania się nie przyczynia...

środa, 28 sierpnia 2013

Rozbitkowie

MGM przypomniało wczoraj wieczorem "Rozbitków" z 1986 roku (taki jestem mądry, bo sprawdziłem teraz w programie - jak to wczoraj włączyłem, to wyświetlało mi się "brak informacji", a ani początku, ani końca nie oglądałem...).


Nie będę się wypierał - w pierwszej chwili zwróciłem uwagę głównie na panią, przez większość chyba filmu biegającą bez stanika:


a momentami także i bez majtek.



W pewnym momencie jednak, bohaterów odwiedziła na ich wyspie dwójka Australijczyków, pływających wypasionym katamaranem:


W celu (uwaga, uwaga, bo to samo w sobie jest już przejawem absurdu...) dostarczenia im formularza spisu powszechnego...

Po wypłynięciu gości między bohaterami (starszym panem, jak przeczytałem teraz w opisie filmu, pisarzem - aczkolwiek fragment, który obejrzałem rzeczywiście pozwalał z łatwością wywnioskować, że to intelektualista - i wynajętą przez niego z ogłoszenia "towarzyszką życią"...) wybuchła karczemna awantura.

Lucy (czyli Amanda Donohoe) zarzuciła swemu sponsorowi, że musiała się go wstydzić przed gośćmi.

Po prawdzie, to starszy pan w rzeczy samej - niewiele robił. "Schronienie", które sklecił zamiast namiotu było tylko dwoma kawałkami blachy falistej. O uprawie roślin więcej gadał, niż cokolwiek faktycznie zrobił. Bohaterowie byli skrajnie wychudzeni i wyczerpani, cali w ranach, truli się jedząc nieznane, dziko rosnące rośliny, kąsały ich dzikie pszczoły i szkodziło mięso rekina (starszy pan miał na nie uczulenie...).

Jak się Państwo zapewne domyślacie, to właśnie jest powód, dla którego o tym filmie piszę. Dalej już nie oglądałem - spać mi się chciało. Sądząc z fotosów, źle to się skończyło:


No cóż. My przynajmniej nie jesteśmy wychudzeni. Nawet, powiedziałbym, wprost przeciwnie - zawsze miałem zdrowy apetyt i nie brakowało mi ciała, ale odkąd mieszkamy na wsi, wyjąwszy tylko okres najgorszych upałów, które mamy już w tym roku stanowczo za sobą - żrę za dwóch.

Nasz ogródek też lepiej wygląda niż marne grządki pokazane na filmie. Choć z pewnością wciąż nie dalibyśmy rady przeżyć tym tylko, co sami uprawiamy (inna sprawa, że nigdy nie stawiałem sobie takiego celu...). Nastawiliśmy wczoraj nastaw wieloowocowy, a jak tylko drożdże zaczną wreszcie pracować - nastawimy też wino śliwkowo - jabłkowe.

Co do ran, to w niedzielę przy kolacji wlazła mi na nogę Madeszir - a byłem w klapkach. Ale goi się to na mnie jak na psie, nic też mi to nie przeszkodziło podwoić przez dwa kolejne dni zapas narżniętych polan (nie ma to jak nowa prowadnica i nowy łańcuch...): dziś już trzeba to porąbać i ułożyć pod wiatką na drewno, bo nie bardzo jest gdzie zrzucić ewentualny kolejny transport.

No właśnie: porąbać. Pieniek do rąbania mam bardzo marny. Lepsza Połowa twierdzi, że gdybym się wystarał o lepszy, to ona by rąbała, a ja bym tylko rżnął. Czy powinno mi być wstyd tego pieńka..?

Czy powinienem się wstydzić naszej malutkiej chatki? Są tacy, którzy nazywają ją "slumsem"...

Taki durny film, a taki myślotok powoduje, nieprawdaż..? Pora kończyć. Lepsza Połowa podała śniadanie...

wtorek, 27 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 6 - O odpowiedzialności zbiorowej

Jest to, spośród tych "mini wykładów" które przeczytałem (a przyznam, że nie skończyłem jeszcze całej książeczki, choć cienka - odrywając się od niej do lżejszych jeszcze lektur w międzyczasie...) pierwszy i jedyny, którego mogę określić jednym słowem: OHYDA!

Sami zresztą powiedzcie, jak inaczej nazwać taki (najbardziej charakterystyczny) passus: Czy wolno nam żądać, żeby ludzie, którzy w tych nieładnych poczynaniach osobiśce w żaden sposób nie brali udziału, poczuwali się do winy lub wstyd cierpieli? Czy wolno nam domagać się, żeby Niemcy narodzeni po wojnie albo krótko przed wojną, a więc dziś już 60-letni, czuli się odpowiedzialni za zbrodnie hitlerowskie? Żeby współcześni Amerykanie mieli poczucie winy za niewolnictwo czy wyrzynanie czerwonoskórych, a Polacy - za prześladowania religijne w siedemnastym wieku lub okropną politykę wobec mniejszości narodowych w latach międzywojennych? Odpowiedź chyba jest taka: nie, żądać od innych tego nie można, ale żądać od samego siebie można i należy, bo to się przyczynia do naszego zdrowia duchowego (...).

Ohyda tego rozumowania nawet nie w tym leży, że usiłuje on stworzyć jakąś pseudo-filozoficzną podstawę dla panującej dziś w tzw. "wyższych sferach" manii przepraszactwa. Je...ał pies nasze "wyższe sfery"..!

Prawdziwą ohydą jest tu przede wszystkim Pana Profesora niezachwiana pewność, że wizja przeszłości którą tu roztoczył - jest bez wątpienia słuszna i to słuszna w sposób bezdyskusyjny tak bardzo, że może rodzić jakieś "moralne zobowiązania" (o istnieniu lub nieistnieniu "moralnych zobowiązań" to sobie jeszcze przy okazji tego cyklu zapewne podyskutujemy...)!

Tym samym, Pan Profesor uprawia terror podwójny. Najpierw jest to terror "jedynie słusznej prawomyślności" - takiej, która nie dopuszcza różnic w ocenie przeszłości. A potem terror "moralnej doskonałości": patrzcie maluczcy - zdaje się mówić - kto przeprasza, ten jest moralnie doskonalszy, ja przepraszam, więc jestem od was moralnie doskonalszy...

Nieładnie Panie Profesorze, oj nieładnie..!

Ja na przykład - nie widzę NICZEGO ZŁEGO w wygnaniu arian, czy ograniczeniu niektórych praw innych innowierców w połowie XVII wieku. Wręcz przeciwnie: stało się to ZBYT PÓŹNO. Lansowana przez profesora Tazbira i jego jakże licznych wychowanków wizja "państwa bez stosów" to, jak każda idealizacja - przy bliższym spojrzeniu bzdura.

Legaci papiescy i nuncjusze przy Rzeczypospolitej, piszący swoje relacje w drugiej połowie XVI wieku mieli rację: Polacy, przynajmniej ci najbardziej prominentni, byli wówczas w znacznej mierze religijnie indyferentni - co, jak już wiemy, jest nieodłączną cechą warstwy posiadającej ambicje imperialne. Już zresztą ongiś problem ten dyskutowałem - można o tym przeczytać m.in. tutaj.


"Projekt imperialny" realizowany w ten sposób (zauważcie podobieństwo między takimi pojęciami jak "sarmatyzm", "sarmackość", a... pojęciem "amerykańskiego stylu życia"..!) załamał się jednak w połowie XVII wieku na skutek błędów Władysława IV i Jego Szalonego Kanclerza, Jerzego Ossolińskiego - i wtedy przyszło zapłacić rachunek. M.in., także za poczynione wcześniej, w imię imperialnego konformizmu, koncesje na rzecz innowierców (w tradycyjnej historiografii konserwatywnej wieku XIX, a też i u Konecznego za taką "koncesję" uchodziła przede wszystkim Unia Brzeska: bo od tej pory zwłaszcza uboższa szlachta i mieszczaństwo, zamiast przechodzić na katolicyzm, co wcześniej było dość powszechne, pozostawała przy wyznaniu greko-katolickim - ponieważ zaś popi greko-katoliccy byli tańsi w utrzymaniu od katolickich księży, wielu katolickich nawet właścicieli ziemskich, utrzymywało dla swoich chłopów cerkwie, a nie kościoły, nie odczuwając z tego powodu wyrzutów sumienia, skoro owe cerkwie też "uznawały zwierzchność Rzymu" - w ten właśnie sposób m.in., rozszerzył się "żywioł ukraiński" na sporą część Podkarpacia, tym też sposobem "ruszczyli się" mazowieccy czy wielkopolscy chłopi, osadzani w dobrach Wiśniowieckich, Potockich czy Ostrogskich na Ukrainie... Nawet jednak, jeśli - idąc za prof. Tazbirem - uznać Unię Brzeską za cios w prawosławie, to z pewnością szczytem absurdu była późniejsza polityka "tolerancji" - w imię której pozwolono na zdublowanie "wschodnich" hierarchii...).

I Rzeczpospolita, jeśli nie miała być "projektem imperialnym" (a od połowy XVII wieku jasnym było, że na to już nie ma żadnych szans...), to była państwem skazanym na rozpad za przyczyną zbyt wielkich różnic religijnych wśród jej poddanych. Nic więc dziwnego, że podjęto próbę uzyskania jakiegoś umożliwiającego w miarę normalne funkcjonowanie stopnia homogeniczności przynajmniej w łonie stanu szlacheckiego. To się nawet w pewnym stopniu udało, lubo - jak możemy to MY z perspektywy dziejowej osądzać - stało się to zbyt późno, by mogło mieć jakieś istotniejsze znaczenie dla procesów narodowotwórczych które zadziały się potem w wieku XIX.

W każdym razie: za co tu przepraszać? Za co czuć się winnym..?

Wstawki profesora Kołakowskiego o okropnej polityce wobec mniejszości narodowych w latach międzywojennych obawiam się, że nie rozumiem. Faktycznie - była to polityka okropna. Okropnie niekonsekwentna mianowicie...

Ogólnie rzecz biorąc - niech się ten wstydzi, kto nabroił. Długą listę winnych podawałem nie tak dawno, choć nie po raz pierwszy, ani nawet nie po raz drugi.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 5 - O podróżach

Jak sam profesor Kołakowski przyznaje w tekście, ten wykładzik jest iście frywolny. Nie tykałbym go tedy, bo i o co tu się spierać, gdyby nie ta okoliczność, że można o nim napisać bardzo krótko.

A ja się dość spieszę do rżnięcia młodych sosenek i brzózek. Noce i poranki coraz chłodniejsze. Owocuje i plonuje wszystko w tym roku jakoś zadziwiająco szybko. Czyżby czekał nas śnieg w październiku..? Nie ma zatem czasu na zbyt długie poranne lenistwo...

Kołakowski filozofuje w sposób zarazem "po-nowoczesny" (bo bawi się tak naprawdę w filozofię, a nie filozofuje poważnie - odgrywając, jak w teatrze, rolę a to marksisty, a to tomisty...), jak i "klasyczny". "Klasyczna" w jego filozofowaniu jest metoda. Polegająca zasadniczo na introspekcji czyli na tym, co Mistrz Lem, drwiąco definiował jako "podstawianie własnej osoby za gatunkową normę".

Tak się właściwie filozofować już w dzisiejszych czasach nie powinno, ale cóż zrobić - jest to słabość której nie tylko u humanistów wyplenić się pewnie nigdy nie uda.

Powiada nam tedy, postępując wedle swej metody, o podróżach: Jest osobliwością wszelkiego życia, że działają w nim siły skierowane na konserwację, na zachowanie istniejącego porządku oraz inne, które są u źródła rozwoju. W naszym, ludzkim świecie te dwie, przeciwstawnie skierowane energie przejawiają się jako potrzeba trwałości, bezpieczeństwa, przebywania w otoczeniu znajomym oraz właśnie potrzeba nowości, odmiany, ciekawość. Te dwie skłonności kłócą się ze sobą, ale obie są nam niezbędne, byśmy ludzki żywot wiedli.

Otóż wszystko to bardzo pięknie i nawet nieprawdy temu zarzucić nie można - tylko po co to..? Biolog ewolucyjny (tylko, na miłość Boską, nie taki jak owa niedouczona p...da, której się "prawo pierwszej nocy" zwidziało...) z wielką łatwością objaśniłby Pana Profesora skąd u ludzi instynkt podróżowania i poszukiwania nowości (instynkt, który zresztą ludzie dzielą z tysiącami innych gatunków zwierząt...). Nie ma potrzeby zaprzęgania do wytłumaczenia tak prostej sprawy jakichś "przeciwstawnie skierowanych energii".


Prawdą jest, że kto podróżuje i świata pragnie zmysłami doświadczać, ten krokiem tym przyświadcza światu istnienie i wartość. Podróżujący solipsysta to sprzeczność sama w sobie - a wierzący buddysta na turystycznej wyprawie (jak to słusznie sam Kołakowski zauważa) z całą pewnością tym bardziej oddala się od nirwany, im dalej od domu zajechał.

Ale to, że świat istnieje i że jest czegoś wart - przyświadcza mimowolnie i polip koralowy za każdym razem, gdy parzydełka wysuwa po plankton! Kto bowiem wątpi w istnienie świata lub w wartość tego istnienia, ten chcąc zachować zgodność między swymi poglądami a czynami - powinien umrzeć jak najprędzej. Widzimy zaś, że co tylko żyje, stara się i zabiega nieustannie o to, aby żyć jak najdłużej. Owszem: każe mu to robić przyrodzony i polipom instynkt, a nie żadna rozumowa refleksja, ale i cóż z tego..?

niedziela, 25 sierpnia 2013

Pracujemy, pracujemy...

Dach wiaty nalepikowany. Stop. Artykuł dla "KT" napisany. Stop. A Buba ponosiła dziś troszeczkę lżejsze niż zwykle ciężary - Zulusów:











Mówili, że im się podoba - ale na Melesugun wsiąść już nie chcieli. No cóż? Stop!

Szkoda, niestety, że siano też - stop...

piątek, 23 sierpnia 2013

Nim rosa oczy wyje...

A raczej - nim zejdzie z dachu wiaty. Bo gdy zejdzie - biorę się za smołowanie. A właściwie za "lepikowanie". Na zimno. Wolałbym zwykłą, tradycyjną, normalną smołę, taką do gotowania w starej beczce, jakiej zawsze używaliśmy z Ojcem, gdy trzeba było dachy smołować.

Obawiam się jednak, że ten produkt jest do dostania już tylko w skansenie.

A różne sprytne i technologicznie zaawansowane "dachluxy", czy jak to się tam nazywa - są zwyczajnie: drogie! Jeśli przeliczy się ich wydajność na powierzchnię. Lepiku też wziąłem połowę tego, co teoretycznie powinienem - ale zakładam, że nie potrzebuję całego dachu smarować jednakowo grubo. Problem jest tam, gdzie deski dachu schnąc powyginały się. Tam trzeba dać grubo, bo papa rozrywa się przy lada dotknięciu. Gdzie indziej - symbolicznie, o ile starczy.

Spędziliśmy wczoraj w Warce pół dnia. Załatwiając różne zaległe sprawy. Takie, których nigdy nie chciało mi się kijem nawet dotykać. Jak na przykład umowa z Plusem która, jak się okazało, wygasła mi... w grudniu 2010 roku!

W rezultacie mam nowy telefon do opanowania. O taki:

Podobno prawdziwy "telefon dla chłopa", bo ani rzucania o kamienie, ani zalewania końskimi siuśkami, ani nawet kurzu z wialni się nie boi. Zobaczymy. Na razie leży i nabiera mocy urzędowej. Muszę najpierw spisać kontakty ze starej Nokii, bo zdecydowana większość jest już od dawna w pamięci telefonu a nie na karcie sim - a szczerze mi się nie chce.

Tym bardziej, że niby wczoraj nic takiego nie robiliśmy. Wróciliśmy, na lunczyk we dwoje już się nam czterokopytnych udało przyholować skutecznie pod wiatę (nie to co rano...). Obrałem ze skóry niewielką dynię na obiadokolację - i pojawił się pierwszy Miły Gość, w dodatku z prezentami (nie powiem co to za prezenty, ale jak się coś wyprodukuje, recenzja oczywiście będzie...). A potem następni, też bardzo mili. Wszystko to było bardzo sympatyczne - ale padłem potem w objęcia Morfeusza jak obuchem w łeb zdzielony. Człowiek na odludziu odwyka od ludzi (jak sama nazwa wskazuje, nieprawdaż..?).

Zdążyłem tylko rozesłać wieczorem wici w sprawie, którą mi Ukochana Redakcja zleciła. Chodzi o odpowiedź na pytanie: dlaczego Czesi kupują tak mało koni w Polsce..?

Robocza hipoteza, którą właśnie próbuję sfalsyfikować, brzmi: bo Polacy to głupie buce, nadęte poza wszelkie granice przyzwoitości. Jak się kończył słusznie miniony ustrój, nasi "działacze" i "hodowcy" wydawali się sobie obrazem doskonałości. Bo przecież, w ramach "obozu demokracji ludowej" tylko Sojuz Nieruszymyj miał więcej koni, jeźdźców, klubów i całego tego badziewia - a kto by się tam przejmował jakąś Wschodnią Barbarią, nieprawdaż..?

Słusznie miniony ustrój się skończył, granice się otworzyły, naszym nadętym "działaczom" i "hodowcom" wydawało się, że można bezkarnie kraść, wyprzedawać za bezcen, nadymać się i ssać kasę skąd się tylko da - a i tak pozycję "regionalnego lidera" co najmniej - mają zagwarantowaną. Ponieważ zaś z definicji są najdoskonalsi na świecie, to ani do głowy im przyszło, żeby cokolwiek zmieniać. Jak można zmieniać coś, co jest już doskonałe..? Zmiana czegoś, co jest doskonałe, może być tylko zmianą na gorsze...

Efekt? Efekt jest taki, że "Hodowca i Jeździec" prezentuje wciąż niezachwiany optymizm i wiarę w świetlaną przyszłość (oraz najświetniejszą teraźniejszość...), kasa wyszarpana z budżetu służy głównie do napychania prywatnych portfeli i psucia rynku poprzez zalewanie go masą nikomu do niczego niepotrzebnych końskich kalek, wprodukowanych w ramach najdurniejszych na świecie "programów ochrony ras rodzimych" - prawdziwego arcydzieła sabotażu - a koni jest z roku na rok coraz mniej, pieniędzy krążących między hodowcami, użytkownikami koni, widzami i firmami obsługującymi ten rynek tak samo, wydawnictwa branżowe masowo nie płacą autorom ("Koń Polski" mimo, że tym razem umowa chyba dotarła pod właściwy adres - wciąż mi nie zapłacił za kwiecień...) - i za 20 lat, jak jeszcze, na początku następnej kadencji Sejmu, zgodnie z moją przepowiednią (a już się sprawdza, czego głosowanie w sprawie uboju rytualnego jest żywym dowodem...), pozwolą różnym Szyłogalisom dobrać się do hodowli mięsnej, jedynej wciąż jeszcze opłacalnej - konie będzie można zobaczyć tylko w skansenie, tak samo jak smołę...

Co my możemu światu oferować? Najtańsze w Europie folbluty i araby? "Małopolaki", które nadają się wyłącznie na mięso..? A i to - z trudem, bo nie osiągają minimalnej wagi dla rzeźni?

Czesi nie byli tacy nadęci, to i stoją w tej chwili dużo wyżej od nas. Bardzo wiele modnych obecnie ras końskich, najpierw trafiło do Czech - i dopiero z tamtejszych hodowli do Polski. To się nie tylko achałtekińców tyczy, bo my jesteśmy najbardziej niszową z nisz i nami nie ma się co w ogóle przejmować. Ale jest przecież taki, duży już sektor rynku jak konie do jazdy w stylu western: quartery, painty i cała reszta. Czesi byli tu pierwsi w regionie i chyba wciąż wiele koni tych ras w Polsce - z Czech pochodzi, nieprawdaż..?

Czy przypadkiem we fryzach nie było całkiem podobnie? I w pół tuzinie innych, "modnych" i chodliwych ras?

Bardzo proszę: pomóżce mi zaprzeczyć tej czarnej wizji! Nim rosa oczy wyje...

czwartek, 22 sierpnia 2013

Końska zagadka

Powiem szczerze: obowiązek i przyzwyczajenie nakazują mi coś Państwu rano napisać. Raczej przyzwyczajenie, niż obowiązek, boż w końcu - już od dawna wiemy, że wobec Was, żadnych zgoła obowiązków nie mam (chyba, żebyście jednak zdecydowali się mi płacić...).

Tymczasem skończyłem właśnie pisać tekścik dla "KT" - co prawda króciutki - ale i tak na żadne dłuższe rozważania (w rodzaju np. dalszego ciągu cyklu o Kołakowskim...) ani nie mam ochoty, ani czasu. Laptop Lepszej Połowy, którego wciąż używamy zamiast pozostającego "w remoncie" końputera stacjonarnego - zaraz zacznie buczeć z gorąca. Niezależnie od tego, że pochłodniało, słońce wprawdzie już powoli wychodzi zza chmur, ale i tak jest, po kolejnej deszczowej nocy, bardzo mokro.

W związku z tym, poddaję Wam pod rozwagę zagadkę. Może ktoś będzie znał odpowiedź..?

Dlaczego nasze konie są takie wredne..?


Nie, nie - nikomu krzywdy nie zrobiły! Wręcz przeciwnie!

Mieliśmy wczoraj wieczorkiem niespodziewanych, tym niemniej miłych gości. I całe towarzystwo łasiło się do nich jak, za przeproszeniem, stado perskich kotów do drapaka.

Tymczasem dziś rano poszedłem na Wielki Padok sprowadzić stado na śniadanie. Trochę wcześniej niż powinienem, to prawda - ale co poradzę, że koćkodan wywalił mnie z łóżka o wpółdo szóstej? Bez sensu było się z powrotem na pół godziny kłaść, no to już poszedłem...

Znalazłem stado w tzw. "lewej kieszeni" - tam jest najzieleńsza i najbujniesza trawa. Przyholowałem je do bramy wejściowej. Puściłem Pięknego i Dzielnego Konia Lepszej Połowy, co by otworzyć przepęd przez naszą piaszczystą drogę. Akurat przejeżdżał sąsiad samochodem. Musiałem poczekać.

Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy obrócił się na pięcie i spokojnym krokiem poszedł z powrotem w stronę "lewej kieszeni" - a stado za nim.

Już ich drugi raz nie ściągałem. Skoro w dupie mają śniadanie to co, dwa razy mam prosić..? (W konsekwencji spędziłem potem pół godziny nad wanną, spuszczając wodę: nasz podgrzewacz nie zawsze się uruchamia, normalne ciśnienie w hydroforze jest dla niego za słabe, dopiero gdy się pompa załączy i od nowa nabije - rusza. Zwykle dzieje się to rano w ten sposób, że poję konie pod wiatą, woda z hydroforu schodzi, pompa się uruchamia. Potem, w dzień, jak często wody używamy, jest już łatwiej - widać hydrofor jest nieszczelny i przez noc powietrze ucieka...)

I tak to właśnie z nimi jest. Normalnie w dupie nas mają, same sobą zajęte. Ale starczy, żeby się lada jaki gość pojawił, a rozpływają się w słodkościach jak bakława czy inna chałwa. Wyrachowanie..? Znudzenie..?

O co im w ogóle chodzi..?

środa, 21 sierpnia 2013

Pora nadmiaru

Krytycy Pierwszego Entomologa III RP, oburzeni jego wypowiedzią o mirabelkach zapominają, że "jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści". Żadna w tym zasługa rządu Donalda T. - ale faktycznie: Polacy mają zdecydowanie ZA DOBRZE.

Co od dawna przecież powtarzam! Dzień wczorajszy był momentami wręcz uroczy - mimo niezbyt przyjaznego początku. Nawet się zasadziłem rżnąć sosenki - ale prowadnica, od pewnego już czasu ostatnim ciągnąca oddechem, padła po kilku cięciach. Skończyło się więc znowu na pieleniu ogródka (móóój kręgosłup...). I na wyprawie po mirableki!

Sami powiedzcie, czy można się oprzeć takim widokom?



Są słodziusieńkie - można się objeść do bólu brzucha i wcale się nie znudzą!


Trzeba przy tym uważać przy zbieraniu, bo tak już są dojrzałe, że za lada wstrząsem - spadają.


Pod każdą z mirabelek - a mamy ich w okolicy nieprzeliczone mnóstwo - ziemia ma w tej chwili kolor... mirabelkowy..! Nawet owady, które się spadłymi i fermentującymi na powietrzu owocami żywią - nie dają rady usuwać ich na bieżąco. Mamy porę nadmiaru.

Nie tylko w mirabelkach zresztą! Jarzębiny uginają się pod ciężarem owoców:


Mam nadzieję, że zdążymy zamrozić kilka kilogramów nim spadnie - wino z jarzębiny wychodzi zacne, ale fermentuje bardzo długo, nastawię je dopiero na zimę.

Wciąż jeszcze jest mnóstwo jeżyn (co aż dziwne - zaczęły owocować bardzo wcześnie w tym roku i  ciągle są nowe..!)


Samymi jeżynami z najbliższej okolicy moglibyśmy spokojnie zapchać cztery takie lodówki jak nasza - a mamy już i parę słoików konfitury i całe owoce zamrożone na zimę.

Pełno jest też wokół gruszek najrozmaitszych w ogromnej obfitości.


Te się raczej do jedzenia bezpośrednio nie nadają - ale konie je bardzo lubią i z nich również całkiem fajne wino wychodzi, o ile coś się do niego prócz gruszek doda. Ale po drugiej stronie Wielkiego Padoku znalazłem w niedzielę, wracając na Bubie znad kanałku taką dziką gruszkę, której owoce niewiele są mniejsze i wcale nie mniej słodkie od "kulturalnych". Czasem je pogryzamy, dzieląc się sprawiedliwie z czterokopytnymi.

Lada moment zacznie się pora dojrzewania czeremchy:


Niestety - jak słusznie zauważył Pierwszy Entomolog: nikt tego całego bogactwa i sękatym kijem dotknąć nie chce! Człowiek cywilizowany nie zrywa dzikich owoców z drzewa. Człowiek cywilizowany kupuje owoce w supermarkecie - nieprawdaż..? I zadaniem rządu jest zapewnić, żeby miał za co..!

I proszę mi tu nie pieprzyć, że mieszkania macie za małe na robienie przetworów, że czasu Wam brak, tak ciężko tyracie od rana do wieczora i co tam jeszcze wymyślacie za usprawiedliwienia dla swojego lenistwa!

Nasza chatka ma 24 metry kwadratowe, Lepsza Połowa musi sobie radzić na turystycznej kuchence gazowej z dwoma palnikami bez piekarnika - i co: narzekamy..? A jak byście wolnego czasu nie mieli, to byście tego tekstu nie czytali...

C.b.d.u.

W ramach "radzenia sobie" z nadmiarem mirabalek, dwie takie łubianki:


zosstały już przerobione/są w trakcie przerabiania na dżem. A dwie kolejne Lepsza Połowa zamroziła - czekają aż skończy fermentować nastawione już prawie miesiąc temu wino z jeżyn:


Niestety: nie stać nas zakup kolejnych baniaków, zwłaszcza dużych (na jeden mały, 5-litrowy wyskrobałem z dna portfela: umarłbym z żalu patrząc, jak się cała dzika aronia marnuje - a zaraz dojrzeje jeszcze i czarny bez...).

Całą noc padało, więc nadmiar mirabelek uległ zapewne znacznej redukcji. Za to - aż boję się sprawdzać - lada chwila mogą się pojawić grzyby. I co my z tym wszystkim zrobimy..?

Mam nadzieję, że zjawią się przynajmniej jacyś goście gotowi zaadoptować choć część z naszych dyń. A mamy różne.


Bladawe, które bardzo wielkie rosną - są miękkie i jędrne jednocześnie, świetnie wyszły Lepszej Połowie na ostro (w formie "kornwalijskich pikli dyniowych").


Oraz czerwone i zielone nawet - mniejsze, twarde, ciężko się je obiera, a miąższ jest mączysty: mnie bardzo przypadł do gustu - zamiast ziemniaków!

Trzeba to wszystko rozdać. Inaczej zmarnuje się tak samo jak mirabelki.

A jak by kto wrażeń estetycznych szukał - to zakwitły już wrzosy (znakiem tego: jesień!).



wtorek, 20 sierpnia 2013

Kobiety...

Pogoda od wczoraj prawdziwie do bani. Pochmurno (choć luki się zdarzają - jak teraz - ale są krótkie...). Przez co musiałem odwołać sesję fotograficzną naszych koni, po której wiele się spodziewałem.

Co jakiś czas też popaduje. Na tyle, żeby zmoczyć (końskie grzbiety albo drzewa, które mógłbym rżnąć...) - ale nie na tyle, żeby uczciwie ogródek podlać. Wypieliłem wczoraj cebulę i to jest wszystko, co mi się udało pozytywnego zrobić.

W dodatku zrobiło się ponownie gorąco i duszno. Być może z tego powodu laptop Lepszej Połowy zbuntował się wczoraj popołudniu. Piszę tedy najkrócej jak się da, żeby jego cierpliwości nie nadużywać..!

Z lektur lekkich, łatwych i przyjemnych widzę na wierzchu kupki, którą niedawno od E.M. dostaliśmy (dziękuję raz jeszcze!) Joanny Chmielewskiej "Jak wytrzymać z mężczyzną".

Przypomina mi to naszego przyjaciela, który wiele lat temu, w przypływie czarnego humoru podlanego gorzałą zwierzył się, że jego zdaniem - kobiety to istoty całkowicie aseksualne, a przy tym (instynktownie) interesowne. O miętoszeniu w pościeli, na sianie, czy w jakichkolwiek innych okolicznościach - owszem, może być mowa: ale tylko tak długo, póki kobieta nie osiągnie tego celu,  który sobie założyła, lub który jej instynkt podpowiada.

Na przykład - wygodnie urządzonego gniazdka z parą piskląt.

Gdy to już jest - choć do księżyca wyj lub ścianę gryź: nic z tego. Zostaje własna ręka pod prysznicem, kobiety "te sprawy" już kompletnie nie interesują.

Teoretycznie - można by się rozejrzeć za jakimś nowszym modelem. Tylko po co? Skoro historia i tak - jak twierdził wówczas nasz przyjaciel - nieuchronnie się powtórzy? A alimenty kosztują...

No cóż: związek tej opowieści z Joanną Chmielewską jest taki, że jak się ją czyta (a mieliśmy kiedyś wcale niezły zbiór jej książek - tyle, że tej części księgozbioru, choć była i jakościowo i wagowo najlżejsza - trzeba się było przy którejś z przeprowadzek pozbyć...) - to jasnym się staje, że nasz przyjaciel nie ma racji.


Nie - wcale nie jak chodzi o seksualność czy aseksualność kobiety. Co do tego, kobietą nie bądąc, nie śmiem się wypowiadać. Co prawda starożytni Grecy, a za nimi także Ojcowie Kościoła twierdzili coś zgoła przeciwnego niż nasz przyjaciel: to są jednak tylko opinie, a zgadzam się, że z całą pewnością jego przypadek nie jest odosobniony...

Chodzi o coś całkiem innego! Wobec czego kwestia seksu jest sprawą wtórną i mało istotną. Otóż, czytając Chmielewską nieodparte odnosiłem ongiś wrażenie, że te harpie to przede wszystkim - między sobą się mordują. Jeśli jakiś mężczyzna rykoszetem oberwie, to dlatego, że znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Innymi słowy - nieprawdą jest, co (chyba?) jakaś Amerykanka napisała, że "świat bez mężczyzn byłby pełen grubych, szczęśliwych kobiet". Nie po to bowiem kobiety się stroją, uwodzą, kokietują żeby mężczyznom sprawiać przyjemność czy o mężczyzn zabiegać - one to robią po to, żeby "dowalić" innym kobietom. Jakiejś konkretnej "przyjaciółce" - albo i abstrakcyjnie, całemu babskiemu rodzajowi, pokazując, kto tu rządzi.

To są oczywiście wyłącznie wakacyjne refleksje na złą pogodę, proszę mnie nie cytować w pracach licencjackich! Nawet tych z literaturoznawstwa...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 4 - O tolerancji

Tolerancja jest zawsze złem. Ktokolwiek twierdzi inaczej - nie tolerancję propaguje (jak słusznie w tym przypadku zauważa profesor Kołakowski), lecz obojętność, tumiwisizm, zgnuśnienie, marazm.

Ten bowiem tylko może widzieć w tolerancji dobro, komu jest wszystko jedno, w co ludzie wierzą, co czczą, czego się lękają i jakie mają pomysły na organizację życia wspólnego. To są rzeczy bezsporne i ja się w tej materii jak najbardziej z autorem "Mini wykładów o maxi sprawach" zgadzam. Jeśli znowu jakiś wielbiciel "umowy społecznej", czy innego pseudofilozoficznego bełkotu zechce wnieść zdanie odrębne - niechże to Kołakowskiemu na grobie robi, a nie mnie tutaj, na blogu!


Piszę ten cykl wakacyjnych i niepoważnych wpisików PRZECIW Kołakowskiemu - więc pomijam te rzeczy, gdzie się z nim zgadzam. To chyba jasna, czy co dwa zdania muszę o tym od nowa przypominać..? Idąc wedle kolejności esejów w jego książeczce, pominąłem właśnie esej zatytułowany "O kłamstwie" - bo nic zgoła nie mam na ten temat do powiedzenia...

Jak chodzi o tolerancję, to moim zdaniem Kołakowski pobłądził w dwóch miejscach. Po pierwsze - zbyt późno, zbyt blisko naszych czasów lokuje korzenie tego zjawiska.

"Stanem naturalnym" jest nie tyle "nietolerancja", co pewna jednolitość, homogeniczność poglądów: tak samo bowiem jak naturalnej dla ludzkiego stada hierarchii społecznej uczą się dzieci od rodziców, tak też dzieci od rodziców przejmują ich światopogląd. Jest to fundament jakiejkolwiek możliwej do pomyślenia TRWAŁEJ organizacji społecznej. Eksperymentowano w XX wieku i eksperymentuje się nadal - czasem były to eksperymenty masowe i okrutne, dziś robi się to zwykle nieco dyskretniej i w sposób zawoalowany, ale robi się przecież nieustannie - nad "wychowaniem nowego człowieka". Takiego, który by pozbawiony był "dziedzicznego obciążenia" po przodkach.

Były te eksperymenty i są nadal bardzo ważne dla tych, licznych dość utopistów, którzy uważają, że "człowiek jest z natury dobry" - a zło, którego doświadczamy w życiu społecznym, pochodzi od instytucji. Ponieważ zaś najważniejszą ze wszystkich instytucji jest rodzina - to ją najpierw trzeba zniszczyć, przerywając w ten sposób transmisję międzypokoleniową memów.

Ale problem dostrzeżono o wiele wcześniej. Nie od parady proponował Platon, by jego idealni "strażnicy państwa", produkt przemyślanego programu eugenicznego, bo sprawni i w matematyce i w robieniu włócznią - nie znali swoich rodziców, a całej wiedzy i wszystkich memów, uczyli się od państwa..!

Jest kwestią dyskusyjną na ile szeroka może być "wspólnota naturalna". Taką "wspólnotą naturalną" jest właśnie rodzina - czy jest nią także sąsiedztwo..? Klan..? Naród..? Będę się nad tym szerzej zastanawiał we wpisie "O wielkiej zdradzie".

Tutaj, dość jest stwierdzić, że przez większość dotychczasowej historii ludzkości, na wzór i na bazie "rodziny nuklearnej" funkcjonowały rozmaite wspólnoty wyższego rzędu, w których stosunki międzyludzkie organizowane były analogicznie jak w rodzinie. Takimi "wspólnotami wyższego rzędu" były różnego rodzaju struktury klanowe i plemienne. Taką "quasi-rodziną" był folwark pańszczyźniany czy niewolnicze latyfundium. Na wzór rodziny wreszcie - zorganizowana była tradycyjna monarchia, z królem jako ojcem wszystkich poddanych.

Oczywistą oczywistością jest, że w rodzinie pożądana jest jednolitość poglądów. To znaczy - członkowie rodziny winni podzielać poglądy jej szefa. To chyba jasne..?

Jak to wyglądało w praktyce, to na ten przykład pan Honoriusz Balzac opisał lepiej ode mnie - co będę po takim mistrzu powtarzał, sami możecie sobie Państwo przeczytać!

Im szersza była taka "quasi-rodzina", tym trudniej jej przychodziło utrzymać wewnętrzną homogeniczność poglądów. Już w przypadku mieściny wielkości mojego prawie-że-rodzinnego Starogardu Gdańskiego, więc starożytnych Aten epoki klasycznej - nie dało się tego zrobić bez ostracyzmu, cykuty i temu podobnych "pomocy jeździeckich"!

Były zaś, od głębokiej starożytności, takie twory społeczne, w przypadku których o narzucaniu jakkolwiek rozumianej jednolitości światopoglądu - mowy być nie mogło. Chodzi o imperia.



Imperium jest albo tolerancyjne - albo nie ma go wcale. Żadnemu imperium w dziejach nie udało się jeszcze narzucić ludności, z definicji rozmaitej - jednego poglądu na świat. Toteż dziwić się należy nie temu, że imperium sowieckie upadło - ale temu, że upadło DOPIERO po 70 latach. Bez broni atomowej i telewizji - połowy tego czasu by nie przetrwało zapewne...

Kościół w średniowieczu wyciągnął wnioski z porażek rzymskich cezarów doby chrześcijańskiej, którym nie udało się narzucić wszystkim poddanym nawet tylko jednego wyznania wiary (mieliśmy wszak kolejne kontrowersje na ten temat w starożytności chrześcijańskiej: do dziś istnieją na Bliskim Wschodzie Kościoły z tych kontrowersji wyrosłe - lubo jeszcze kilka lat szerzenia przez Imperium Amerykańskie ideologii "liberalnej demokracji", a pewnie żywa noga z tych chrześcijan nie ujdzie...) - i dopuścił wewnętrzny pluralizm w postaci rozmaitości obrządków.

Był tedy Kościół, w pewnych, dość szerokich granicach, tolerancyjny: budziło to zresztą nieustanne, wewnętrzne dyskusje. Tolerancja jest z pewnością złem. Pytanie, co jest złem większym: dopuszczać do wiecznej zguby pewnej liczby dusz tkwiących w błędzie - czy też godzić się na wojnę, potrzebną aby błędne poglądy wyrugować..?


W praktyce poza nawiasem Kościoła znajdowały się te sekty czy grupy - które same tego chciały, zwierzchność Rzymu stanowczo odrzucając. Tak się też stało i w przypadku ostatniej kontrowersji, luterskiej - z tą różnicą, że w przeciwieństwie do różnych tam bogomilców, albigensów czy innych husytów - lutrów i kalwinów nie udało się pokonać zbrojnie i tym samym - ich herezje utrwaliły się.

Nie jest jednak w żadnym razie tolerancja wynalazkiem XVI-to, czy wręcz XVIII-to wiecznym, jak podaje Kołakowski. Jako zjawisko - istnieje od tysiącleci.

Drugi błąd profesora, nader zresztą charakterystyczny, to niejakie przemilczenie. Opisuje on dzieje tolerancji tak, jakby to był proces spontaniczny, oddolny zgoła.

Nic z tych rzeczy..! Jako się rzekło powyżej - imperia nie mogą nie być tolerancyjne, jeśli chcą istnieć choć trochę dłużej. Państwa europejskie doby nowożytnej - stawały się właśnie wtedy imperiami. Im bardziej zaś stawały się imperiami - tym bardziej zależało im na religijnym pokoju wśród poddanych...

Mało tego..! Krzepnącym i szybko obrastającym we wciąż nowe kompetencje gosudarstwom Europy nowożytnej - zależało nie tylko na pokoju religijnym. Jak najbardziej zależało im i zależy - na religijnej OBOJĘTNOŚCI poddanych. Dlaczego? Dlatego, że wyrugowanie religii - a już szczególnie: religii niezależnej od gosudarstwa - stwarza puste miejsce, które może zająć statolatria. Kult państwa.


Stąd też, szerzenie się zarówno tolerancji, jak i tzw. "tolerancji" (czyli obojętności...) - to są zjawiska nierozdzielnie związane z rozrastaniem się nowożytnego gosudarstwa. Gosudarstwa owe, w toku swojego rozwoju, zniszczyły przez ostatnie 300 lat WSZYSTKIE owe, wyżej wspominane, wspólnoty "quasi-rodzinne" - obecnie zaś usiłują zniszczyć także rodzinę. Idzie o to, aby - jak to otwarcie przyznał  Mussolini - nic w życiu człowieka nie działo się przeciw państwu i poza państwem.

Strategia szerzenia "tolerancji" na tyle jest przy tym sprytna, że uderza właśnie w różne światopoglądy "tradycyjne" - od państwa niezależne, bo zwykle odeń o wiele starsze. Rozpowszechnieniu zaś nowego konformizmu, zbieżnego z celami i ideologią państwa - wcale nie przeszkadza. 

Widzieliśmy to przecież wczoraj w klinicznej wręcz postaci - skoro "prawo czegoś zakazuje", "autorytety społeczne potępiają", "większość tak uważa" - to znaczy, że to właśnie jest prawda, twierdzi komentator Akara. Zaprawdę! Największym sukcesem gosudarstw nowożytnych jest to właśnie: wychowanie legionów takich idiotów...

niedziela, 18 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 3 - O równości

Podstawowy problem jaki mamy z pojęciem "równości" to - jak można równość ludzi uzasadnić..? Bo przecież pierwszym, fundamentalnym wręcz doświadczeniem społecznym każdego niemal człowieka, jest doświadczenie nierówności..!

Dziecko z natury jest pępkiem świata dla swoich rodziców. Czyż nie wytwarza to w nim przekonania, że stanowi centrum całej rzeczywistości, środek Wszechświata..? Potem, na kolejnych etapach socjalizacji, młody człowiek stopniowo się tego złudzenia pozbywa - aczkolwiek wielu jest takich, którym się to do śmierci nie udaje (ci zwykli się obrażać i tupać nogami, do wyżynania, wyrzucania czy w inny sposób sekowania wszystkich, którzy im potrafią na ten przykład głupotę udowodnić nawołując...).

Przekonanie to zazwyczaj (i to jest właśnie zdrowe, normalne i oczekiwane - jak o tym będzie we wpisie z tego cyklu następnym, zgodnie z porządkiem książeczki profesora Kołakowskiego, tyczącym się "tolerancji") wzmacniane jest dobrymi radami rodzicieli: z tymi dziećmi możesz się bawić, a tamte unikaj - dzięki którym w każdym kolejnym pokoleniu reprodukuje się naturalna hierarchia ludzkiego stada, z porządku której tylko jednostki socjopatyczne potrafią się wyłamać: "awansując" społecznie - lub ginąc.

Wreszcie, jeśli się komuś wydaje, że wśród ludzi niedojrzałych społecznie da się zaprowadzić jakieś "społeczeństwo bezklasowe" i prawdziwą równość - niech sobie poczyta albo chociaż obejrzy na ekranie "Pana Much" Goldinga - to się tego złudzenia pozbędzie!


Stanem naturalnym tedy jest nierówność. Równości praktycznie w życiu nie doświadczamy, chyba że w sposób i w momentach nader abstrakcyjnych, których uprzytomnienie sobie wymaga niejakiego wysiłku intelektualnego. Na przykład przy okazji wyborów - kiedy to pp. Gugała, Miecugow i inni, do wtóru samej (ho, ho!) Janiny Paradowskiej lub innej gwiazdy naszego intelektualnego firmamentu przypominają nam, że w tym dniu - jednym jedynym raz na cztery lata - leninowska kucharka równa jest samemu Panu Premierowi...

Jeśli spojrzeć na problem od strony socjobiologicznej, to pojęcie "równości" nie ma żadnego uzasadnienia. W stadach zwierząt tzw. "wyższych" zawsze istnieje hierarchia - i ta hierarchia jest na tyle istotna dla codziennego życia tych zwierząt, że zajmowane na jej szczeblu miejsce w ogromnym, dominującym wręcz stopniu, determinuje zachowanie takiego zwierzęcia.

O "równości" możemy mówić w odniesieniu do ławicy śledzi - gdzie żaden śledź nie jest ważniejszy od jakiegokolwiek innego śledzia, a wszystkie są doskonale równe, wymienne, zastępowalne - jak seryjnie produkowane trybiki w maszynie.

Z kolei doświadczenie historyczne uczy, że "równość" po raz pierwszy pojawiła się w dziejach jako swoista cnota militarna. W falandze greckich hoplitów nie ma hoplity ważniejszego lub mniej ważnego od pozostałych. Kiedy staną w szyku i połączą swoje tarcze, winni zachowywać się jak jedno ciało, jedną tylko wolą obdarzone, choć dysponujące tysiącem rąk i nóg. Falangę łamie i klęskę sprowadza tak samo ten, który ucieka, porzucając tarczę i włócznię - jak i ten, który, porwany bitewnym zapałem, wyrywa się przed szereg, czyniąc w nim lukę.


Z tego doświadczenia wojskowego narodziła się tradycja równości politycznej - która, tak samo w polis greckich, jak i w republikańskim Rzymie, rozumiana była przede wszystkich jako instytucja antymonarchiczna i antyarystokratyczna: chodziło o to, aby ponad szeregi "równych i wolnych" obywateli nikt zbyt wysoko głowy nie wystawiał (bo mu się ją utnie...). W praktyce prawnej i społecznej, mowy nie było o żadnej "równości powszechnej" - boż najoczywiściej, nie obejmowało to pojęcie nieobywateli: czy byli wolni czy niewolni, zajedno to.

Nie jest do końca przypadkiem, że koniec antycznej demokracji zbiegł się z końcem takiego sposobu wojowania, który równość jako cnotę militarną stawiał na piedestale. Oczywiście - przyczyny były bardziej złożone, ale też nie udałoby się wdrożyć Greków, a potem Rzymian do życia w despocji, gdyby się najpierw nie zaprawili na wojnie słuchać woli wodza - której dokładne wykonanie stało się warunkiem przeżycia w nowej rzeczywistości bardziej skomplikowanego pola bitwy, odkąd najpierw tebański wódz Epaminondas, potem Filip Macedoński, a wreszcie długi szereg wodzów rzymskich udowodnił, że falangę da się pokonać taktycznym manewrem.


Pozostała też nowa monarchia rzymska prawie że do samego końca czymś, co Japończycy nazywali u siebie "rządami z namiotu": despocją militarną, na sile opartą. W rzeczy samej brak solidniejszej legitymizacji władzy, a stąd - ciągłe ryzyko uzurpacji ze strony nadto zwycięskiego wodza - najpierw położyły kres rzymskiej ekspansji terytorialnej (cesarz nie mógł fizycznie przebywać na wszystkich frontach ogromnego państwa - a jeśli pozwolił zastąpić się jakiemuś wodzowi, ten zaś odniósł sukces - mógł być prawie pewien, że właśnie wyhodował sobie buntownika...), a potem - walnie przyczynił się do upadku Imperium (oprócz całej masy innych, nie mniej ważnych czynników, o których jednak dyskutować tutaj nie ma miejsca).

Nowa rzeczywistość społeczna ta, z której już bezpośrednio wywodzi się też i nasza tradycja, rzeczywistość średniowieczna, była połączeniem spadku po barbarzyńskiej "demokracji plemiennej" i przetworzonego przez Kościół dziedzictwa filozoficznego i prawnego antyku. Dało to w rezultacie ustrój niezrównany w swej subtelności i odporności na wstrząsy zewnętrzne - czego najlepszym dowodem jest jego długowieczność.

Równość istniała w średniowiecznej Civitas Christiana jako "równość ludzi przed Bogiem". Jeśli pojawiały się elementy "równości towarzyszy broni", trochę na wzór antyczny, to albo w murach klasztornego konwentu (nawet, jeśli był to konwent zbrojny...), albo na polu elekcyjnym, co zresztą dyskutowałem obszerniej gdzie indziej.


Połączenie praktycznej hierarchii i teoretycznej równości w ramach tzw. ancient regime to był OSTATNI BEZPIECZNY DLA LUDZI ustrój Europy. Odkąd tzw. "oświecenie" zakwestionowało subtelną złożoność tego ustroju w imię mechanicznej prostoty teoretycznych konstruktów myślowych tzw. "filozofów" - miotamy się pomiędzy ekstramami. Równość, tak samo jak i nierówność w naszych najnowszych dziejach, jeśli przyjmowane są jako zasada ustrojowa - tak samo prowadzą do łagrów i masowej rzezi.

Równość ma ludobójcze konsekwencje, boż ludzie w praktyce nie są równi - żeby więc ich do konstytucyjnej zasady dopasować, nie sposób uniknąć operacji, o których lapidarnie i obrazowo opowiada Mistrz Herbert w przejmującym wierszu Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi.


Nierówność ma ludobójcze konsekwencje, boż  każdy chce żyć - a co, jeśli ten, który uważa się za "wyższego", "lepszego" - uzna, że ci "gorsi" prawa do życia nie mają, jak to się wiele razy w ostatnich 250 latach działo..?

Demokracja liberalna, która niemiłościwie nam dzisiaj panuje wisi w powietrzu tak samo jak militarna despocja rzymskich cezarów - nie za sprawą braku wyższej racji dla władzy Cezara, ale za sprawą braku wyższej racji dla takiego połączenia równości i nierówności, które uczyniłoby życie - ludzkim.

Kołakowski szuka w swoim "mini-wykładzie" takiej "wyższej racji". Znajduje ją w przyrodzonej wszystkim ludziom zdolności dokonywania moralnych wyborów. No właśnie: znajduje ją - czy tylko tak mu się wydaje..?

Służę cytatem: Pomińmy szczególną sprawę nieszczęśliwych ludzi bardzo głęboko upośledzonych, niezdolnych do żadnego uczestnictwa w kulturze i całkowicie zdanych na innych. Nie jest niczym ekstrawaganckim przekonanie, że ludzie są zdolni do wyboru, że są odpowiedzialni za to, co czynią - zło czy dobro - i że sama ta zdolność, nie zaś sposób, w jaki jej używają, czyni ich równymi w godności (...).

Bardzo pięknie - tylko KTO będzie decydował, że ten konkretny Jasio lub Kazio - jest lub nie jest zdolny do uczestnictwa w kulturze..? Jak widzimy w praktyce - granice tego rodzaju klasyfikacji niezmiernie są płynne i podatne na wszelkiego rodzaju nadużycia.

Żadnych złudzeń Panie i Panowie! Uzasadnienia dla równości nie znajdzie się na tym świecie. Jedno z dwojga - albo jest to założenie najzupełniej dowolne, a wtedy wolno je przyjmować lub odrzucać, jak się komu podoba - albo pochodzi "nie z tego świata": tyle że wtedy, trzeba też z dobrodziejstwem inwentarza zgodzić się i na inne, nie wszystkim miłe, a "nie z tego świata" pochodzące prawidła...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...