środa, 31 lipca 2013

Musi to na Rusi...

Dziś chciałbym o skutkach. O skutkach tego fatalnego XX wieku po prawdzie - choć, oczywiście, nie tylko...

Już kiedyś pisałem (tylko nie potrafię tego wpisu znaleźć...), że nie wystarczy - moim zdaniem - zlikwidować ZUS i odciążyć Polaków fiskalnie, by zaczęli płodzić dzieci: przyczyny, dla których Polacy obecnie płodzą dzieci rzadko i niechętnie, są o wiele bardziej złożone i nie ustaną ot tak, tylko dlatego, że w kieszeniach młodych ludzi pozostanie trochę więcej pieniędzy, a ich poświadomość homo oeconomicus nie będzie już deprawowana perspektywą emerytury na koszt cudzych dzieci.


Sam jestem dobrym przykładem złego przykładu pod tym względem - w końcu dzieci nie mam i mieć raczej już nie będę - i wcale nie dlatego, że płacę ZUS (bo nie płacę! KRUS-u zresztą też aktualnie zapłacić nie jestem w stanie: trudno się mówi, zapłacę z odsetkami jak przyjdą dopłaty...).

Dla pokolenia, które płodziło dzieci w czasie gierkowskiego boomu i dało początek ostatniej w naszych najnowszych dziejach eksplozji demograficznej tzw. "wpadka" była najgorszym bodaj życiowym przekleństwem. Wiem to po częstotliwości z jaką słyszałem tego rodzaju przestrogi od rodziców i dziadków (najzupełniej niepotrzebnie zresztą: koleżanki z liceum zaświadczą, że nie było się o co martwić - ale już mniejsza o większość...). Już wtedy bowiem ujawniła się sprzeczność między jakże pożądanym "awansem materialnym" - a posiadaniem dzieci. Niby dlaczego sprzeczność ta miałaby nagle ustać, tylko dlatego, że problemem dnia nie będzie zapłacenie - umiarkowanej przecież wysokości - daniny, jaką jest KRUS, a na ten przykład - uciułanie na egzotyczne wakacje w Tajlandii..? No, w moim przypadku pewnie prędzej na jakiegoś nowego, fajnego konia - ale o przykład chodzi.


Skala biedy, tak samo jak skala bogactwa - to są rzeczy względne. Co dla jednego jest już ostatnią nędzą, dla drugiego będzie zbytkiem. To tylko pewne, że mało kto uważa, że posiada "w sam raz" - i że nie musi zabiegać o więcej...

Są ludzie, jak na przykład nasz sąsiad i przyjaciel M., zresztą żyjący bardzo skromnie, z pielęgniarskiej pensji i tych niepewnych dochodów, jakie ze sprzedaży świnek i innych gospodarskich pożytków osiąga, którzy cieszą się dziećmi i płodzą je niezależnie od okoliczności. Widać doszliśmy już w rozwoju naszej cywilizacji do takiego punktu, w którym tacy właśnie - "posiądą Ziemię". Inni zaś, mniej odporni na pokusy materialnego dobrobytu - sczezną bezpotomnie i tyle na ten temat.

Drogą donikąd jest też zresztą - jakże popularna w kręgach tzw. "prawicy" - "polityka prorodzinna". Mnożąc zasiłki, becikowe, benefity - możemy zafundować sobie co najwyżej to, co już jest na Zachodzie, a zwłaszcza na Wyspach Mglistych (z doniesień kolegi Wojtka, który ma przecież informacje z pierwszej ręki, wnioskując...). Sytuację, w której płodzenie dzieci stanie się rodzajem zawodu. W dodatku - ponieważ w obecnej sytuacji zdecydowanie trudno sobie wyobrazić brak preferencji dla samotnych matek (czy tam, po poprawnopolitycznemu - dla "samotnych rodziców") - łatwo też przyjść może do dokładnego skopiowania stanu, w jakim znajdują się mieszkańcy (ongiś...) robotniczych przedmieść Londynu czy Edynburga: formalnie "samotne" kobiety żyjące z benefitów, zapładniane w systemie haremowym przez lokalnych "samców alfa".

Zdecydowanie NIE JEST to sposób na pozyskanie "obywateli wysokiej jakości": dzieci tych kobiet NIGDY nie będą pracować. Z głodu prędzej padną, niż czymkolwiek innym od handlu narkotykami, kradzieży lub - co najprędzej - składania wniosków o zasiłki, splamią swoją godność urodzonego proletariusza.

Nic się nie da zrobić. Ani gatunkowi ludzkiemu, ani "cywilizacji białego człowieka", ani nawet - narodowi polskiemu - żadna "demograficzna katastrofa" bynajmniej nie grozi. Nie ludzie, nie rasy i nie narody wymierają bowiem - tylko ci, którzy okazali się nieodporni na pokusy materialnego dobrobytu. I bardzo dobrze! Za lat 100 liczba ludności znowu zacznie rosnąć - tyle tylko, że teraz, będą to ludzie już odporni na tego rodzaju demoralizację. Lepsi.

Tak samo, jak po epidemii czarnej ospy w połowie XIV wieku - ludność Europy szybko zaczęła ponowie rosnąć tyle tylko, że posiadając już, odziedziczoną po przodkach, którzy przeżyli - odporność na ten patogen. Gdyby nie "czarna śmierć" - czy udałoby się potem Europejczykom opanować i zasiedlić Nowy Świat? Indianie "sprzedali" białym syfilis - ale sami padli jak muchy skoszeni zarazkami, które u białych wywoływały co najwyżej lekkie choroby. Wolelibyście, żeby było odwrotnie..?


Kto wie przed czym, i przed jak strasznym zagrożeniem - uodporni ludzkość obecny "kryzys demograficzny"..?

Jak chodzi zatem o tzw. "politykę demograficzną", to zdecydowanie zalecam - brak jakiejkolwiek. Im szybciej to się przewali, tym lepiej. Cokolwiek będzie robione - dać może co najwyżej fatalne skutki!

Owszem: jest to podły, brutalny darwinizm. Nie przesadzajmy jednak! W końcu, TYM RAZEM, nikt nie umiera w męczarniach, tylko tak jakby - wprost przeciwnie. Co zaś do obaw o przyszłe emerytury czy spłatę długów, to frajerami jesteście, jeśli wciąż jeszcze wierzycie, że COKOLWIEK jest w stanie owe emerytury uratować, a długi pospłacać...

Z czego oczywiście NIE WYNIKA, iż chcę utrzymania ZUS (skoro nawet na zapłatę w terminie KRUS-u mnie nie stać...) oraz wszystkich innych danin, tak niemiłosiernie zdzieranych GŁÓWNIE z ludzi biednych w Polsce przez niemiłościwie nam panujące, a sklerotyczne i nepotyczne gosudarstwo!

Natomiast bardzo wątpię w to, czy rzeczywiście - jak to na każdym kroku powtarza JKM - starczy tylko znieść nadmierne daniny i odchudzić nadto roztyte gosudarstwo - a zaraz zapanuje szczęśliwość powszechna, a "Polak za 5 lat poleci na Marsa".



To wcale nie jest takie proste..! I nie, wcale mi nie chodzi o to, że pewnie prędzej się doczekamy "interwencji humanitarnej" NATO i Jewrosojuza, niż uda się zrealizować choć 1/5 tych postulatów (JKM proponuje na to sojusz z Chińczykami - no dobra: przy pewnych dodatkowych założeniach, to się TEORETYCZNIE - może udać...). To są kwestie dość powierzchowne i możliwe do rozwiązania.

O wiele gorzej, że żeby "Polak poleciał na Marsa" - a także, żeby, co mnie najbardziej interesuje - funkcjonowały i stadniny i tory wyścigowe i filharmonie - najpierw Polacy muszą tego w ogóle chcieć.

Teraz, kiedy Polacy generalnie nie mają pieniędzy, a władzę tak polityczną, jak i ekonomiczną zawłaszcza "nowa klasa" - można sobie wszystkie niepowodzenia i biedy złą wolą, kolonialną zależnością i złośliwością "nowej klasy" tłumaczyć.

Przecież jednak, niepowodzenia i biedy nie skończą się tylko dlatego, że się "nową klasę" odstrzeli, pieniądze zostaną w kieszeniach Polaków, a władzę obejmie ktoś rozsądniejszy (mniejsza o to kto i jak...). Jak wtedy będziemy sobie owe niepowodzenia i biedy tłumaczyć..?

Polakom nie chce się mieć dzieci (chyba, że się im za to zapłaci - jak na Wyspach Mglistych, gdzie też, w rzeczy samej - Polki płodzą na potęgę...). Sądzicie, że będzie im się chciało latać na Marsa? Utrzymywać jakieś stadniny, tory czy filharmonie?

A nie lepiej kupić za to wypasionego merca..? Albo nowego krasnala do ogródka przed domkiem (KONIECZNIE z kolumienkami i podjazdem..!)?


Jak już pisałem - ciągłość kulturowa została zerwana. Tym samym - nie ma co liczyć na kontynuację tych wzorców użycia, czy nawet nadużycia majątku i wpływów, o jakich możemy sobie poczytać w "Lalce" Prusa, na ten przykład.

Oczywiście - możemy mieć nadzieję. Jak Pan podporucznik z "Nowego Ekranu", który nadzieję pokłada we wnukach swojego kaprala - konfidenta. Ale - nie ma że musi. Musi, to na Rusi...

Nie jest to argument za utrzymaniem po wiek wieków państwowych stadnin, torów wyścigowych czy filharmonii. Jak jednak wybrnąć z tego pata - Dalibóg, nie mam pojęcia! Zdarzały się w dziejach powszechnych równie, albo i bardziej radykalne zerwania z przeszłością. Ludzkość to jakoś przetrwała i jeśli tylko brać dostatecznie długi okres za punkt odniesienia - niespecjalnie jej to szkodziło (choć dla mnie wielką szkodą jest, że hetycką sztuka treningu koni została na tak długo zapomniana...).

Kimże zresztą ja jestem, żeby osądzać krasnale i merce jako gorsze od stadnin, torów i filharmonii..?

Poza tym - problem jest mocno teoretyczny, jako że na razie "nowa klasa" ma się dobrze, a w teorię "rewolucji w jednym kraju" - przyznam się Państwu - nie wierzę...

wtorek, 30 lipca 2013

Przed targiem w Głowaczowie

"Przed", a nie "na", bo nie na placu targowym, tylko na poboczu dojazdowej do targu uliczki i nie w czasie oficjalnego targu, tylko ciemną nocą, grubo przed otwarciem bramy.

Właściwie to sam już nie wiem i w gruncie rzeczy chciałem o to Państwa zapytać: czy tak jest wszędzie - czy to tylko podradomska specjalność..?

Dlaczego taki zwyczaj powstał, nietrudno się domyślić. Burmistrz Skaryszewa opowiadał, że moment rozpoczęcia targu przesuwał się coraz wcześniej i wcześniej, bo zawsze ktoś chciał płacenia placowego uniknąć i próbował wjechać na teren nim odpowiednie służby się pojawią. Służby zatem - pojawiały się coraz wcześniej (tym bardziej, że w Skaryszewie, co zresztą wielkim błędem jest, bo dzięki temu różni nawiedzeńcy mogą się szwendać swobodnie tam, gdzie ich być nie było - teren targu jest ze wszystkich stron otwarty...).

W Głowaczowie bramę placu targowego otwierają o 4.00 rano. Myśmy tam byli jakoś kwadrans po 2.00. Stanęliśmy na końcu dłuuugiego szeregu samochodów i ciągników z przyczepkami na poboczu. Parę sekund później M. już prezentował swoją ósemkę apetycznych prosiąt (ostatni nasz Gość, który te prosięta widział w sobotę stwierdził, że na sam widok robi się głodny...) parze handlarzy.

Pół godziny zajęło dobijanie targu. Nużące to było. A nawet z lekka irytujące. Taka namolność: "bierz pieniądze, licz pieniądze, podjeżdżaj, przeładujemy..." No, ale handlarz popełnił strategiczny błąd. Najpierw udał że "ostatnie słowo" powiedział i niby poszedł do siebie - a potem wrócił. Jak wrócił, to już było jasne, że M. wyciągnie z niego tyle, ile sobie zaplanował...

Z obyczajów do kolekcji: za pechowe uchodzi, gdy nabywca płaci "okrągłą" sumę. I stąd M., po wszystkim, oddał mu grosik, żeby równo nie było...

Ale w gruncie rzeczy - o tym już pisałem..?

Teoretycznie całkiem byłoby możliwym, żeby ten handlarz poczekał na otwarcie "oficjalnego" targu i próbował upłynniać hurtem kupione prosięta w detalu. Aczkolwiek - nie sądzę. Raz, że gdyby tak się trafiało, to przecież chłopi nie durnie, sami by do tej 4.00 poczekali i drożej posprzedawali. Dwa, że chyba jednak zbyt wielu klientów na tak małe prosięta "w detalu" to nie ma.

Raczej już - działa ów handlarz jako pośrednik, skupujący "materiał hodowlany" dla większych hodowli, które je potem tuczą i normalnie, na skup do zakładów mięsnych odstawiają...

Tak czy inaczej - jest to jednak szaleństwo..!

To nie można by tego samego zrobić o 8.00 rano - że zacytuję bodaj Konieczkę z "Włatców móch"?


Gdyby nie koćkodany nasze, a zwłaszcza ten czarno - biały, w głębi, to bym się chyba nawet i wyspał tej nocy jak należy. Bo dla mnie, cała ta operacja trwała dokładnie dwie godziny. O 1.30 odezwał się budzik w telefonie - a o 3.30 już znowu przykładałem głowę do poduszki (no, ale dokarmić trzeba było, dopieścić, ululać do snu...).

poniedziałek, 29 lipca 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 11 - wino z jabłek z dodatkiem jarzębiny i tarniny

Wyszedł mi sok jabłkowy. Lepsza Połowa twierdzi, że zostawia "w ogonie" nieprzyjemny posmak goryczy na języku, a nawet - piecze w przełyku. Ja akurat niczego takiego nie zaobserwowałem. Owszem - winko jest orzeźwiające, wytrawne, ot - soczek...

Zdjęć nowych nie robiłem, bo mętne. Lepiej prezentowało się w baniaku:


Z doświadczenia sądzę, że wyklaruje się po tygodniu, góra dwóch. Smak, a nawet moc - mogą się jeszcze poprawić.

Wyszło tego w każdym razie 29 butelek.

A baniak jest już z powrotem napełniony. Nie było wyjścia - nastawiliśmy drożdże i już mocno robiły. Tu, niestety - daje się we znaki nasz brak wystarczającej liczby baniaków..!

Bo wiśnie zdziczałe, które dwa tygodnie temu niedaleko namierzyłem - już spadły lub przez ptaki zostały zjedzone i nic z nich nie zostało. Za to znalazłem rano na Dzikim Zachodzie mnóstwo jeżyn. To jest południowy stok i doszły szybciej niż gdzie indziej - bardzo duże, słodkie, lepkie od soku.

Zbieranie jeżyn, a trzy łubianki na ten baniak poszły - to misiowe zajęcie. Jak niedźwiedź z akademii książąt Radziwiłłów w Smorgoniach, trzeba wysoko podnosić nogi, żeby się w kolczaste zarośla nie zaplątać, tylko deptać je od góry. A i tak - wychodzi człowiek z tego gąszcza cały w kolcach, jakby mu futro niedźwiedzie wyrosło..!

W dodatku do jeżyn, w baniaku znalazło się całkiem sporo mojej krwi. Że jest słodka, jak to wszystkie komarzyce stąd aż do Borów Tucholskich zgodnie zaświadczają - cukru daliśmy aby - aby. Mamy nadzieję, że tym razem będzie jeżynowe - ale nie słodkie jak ulepek. Jak ostatnim razem wyszło...

Ciąg dalszy nastąpił, czyli straszliwa siła snobizmu

Jest kompletnym truizmem stwierdzić, że chyba większość czynności, jakie ludzie podejmują w życiu, robiona jest "niepotrzebnie", "ze względu na opinię", "dla zaspokojenia żądzy imponowania".

I nawet nie chodzi mi tu o takie prymitywne ujęcie tematu, wedle którego człowiekowi starczy żreć, srać i kopulować, a cała reszta, czyli wszystkie potrzeby lokujące się na wyższych piętrach "piramidy Masłowa" - to zawracanie głowy, pic i fotomontaż. Koniec końców potrzeby te są przecież realne. Człowiek zaczyna je zaspokajać NATYCHMIAST, gdy tylko ma taką możliwość. James Caldwell świetnie to pokazał w swoim "Królu szczurów": handelek z Japończykami pilnującymi obozu jenieckiego daje głównemu bohaterowi nie tylko jajka, chroniące przed kurzą ślepotą, ale i rzecz dlań, jak się okazuje, o wiele cenniejszą - prestiż (w chwili wyzwolenia obozu jajka przecież zostają - ale prestiż się ulatnia...).

Problem jest tedy bardziej subtelny!



W ludzkim, praludzkim i nawet w małpim stadzie - zawsze istniała jakaś "dystrybucja presitżu", mniej - więcej pokrywająca się z "dystrybucją władzy".

Mniej - więcej, ponieważ władza jest relacją bardzo dynamiczną. Natomiast relacje wynikające z "dystrybucji prestiżu" - od najdawniejszych czasów wykazywały zadziwiającą zupełnie tendencję do petryfikacji.

Bardzo często też tak bywało w dziejach, że stara "klasa rządząca", tracąc realną władzę, zachowywała mimo to decydujący wpływ na "dystrybucję prestiżu".

Tak było u Greków w epoce klasycznej: władza realna należała do różnych "ludzi nowych" - dorobkiewiczów, rzeźników czy kupców, którzy dobrze sobie radzili na zgromadzeniu - ale stare rody arystokratyczne zachowały niektóre funkcje np. kapłańskie, przede wszystkim zaś - zachowały pozycję "arbitrów elegancji", dyktując w dalszym ciągu reguły rządzące kulturą sympozjonu (czyli "wspólnego picia"...), do udziału w którym wielu prominentnych dorobkiewiczów aspirowało bez powodzenia nieraz i przez całe życie...

O tyle jest to zjawisko ciekawe i dość nawet dobrze rozpoznane - że przecież w kręgu kultury sympozjonu narodziła się filozofia klasyczna, bez której - niezależnie od tego, co na ten temat uważają współcześni barbarzyńcy, w rodzaju blogerki Kiry - nie sposób wyobrazić sobie naszej współczesnej cywilizacji! Ci spośród arystokratów, którym nie starczało oddawanie się homoseksualnym flirtom, układanie wierszy czy piosenek, przerywane okazjonalnym (i koniec końców - bezpłodnym: przyszli Macedończycy i wzięli wszystkich za twarz...) spiskowaniem przeciw znienawidzonym demokratom - wzięli się za filozofowanie - i tak powstał sposób myślenia, któremu my dziś zawdzięczamy i lodówki i pralki i syfilis i parę innych plag trapiących nas w życiu codziennym.

Rzeczy najzupełniej praktyczne - wynikły, po długich wiekach, z czynności pierwotnie całkowicie bezsensownej i podejmowanej przez wielu młodych arystokratów bodaj głównie dlatego, że taki prostak jak rzeźnik Kleon, nie był w stanie ani jednego słowa z takiej dyskusji zrozumieć, mogli więc, bezsilni - bo to on miał w ręku zgromadzenie i władzę - przynajmniej pod tym względem uważać się za "lepszych" od niego.



Całkiem też podobnie się stało w wieku XIX z dawną arystokracją i nowym mieszczaństwem - nader chętnie kupującym lub dosługującym się arystokratycznych tytułów, inwestującym w podmiejskie pałace, wiejskie posiadłości, polowania na lisy i stadniny koni: bo był to tryb życia i odmiana kultury, która pozwalała pozować na "rycerskość" i w ten sposób, pozytywnie odróżnić się od rzesz wciąż-jeszcze-nie-dość bogatych konkurentów.

W naszej części Europy zajwisko to jest jeszcze bardziej zamotane niż na Zachodzie. Bowiem oprócz tego, że w wieku XIX miała miejsce zmiana u władzy - tośmy się jeszcze w tym czasie zaczęli "modernizować", zarówno pod dyktando zaborczych władz (którym, jak to ongiś wystarczająco szczegółowo chyba opisałem, zależało głównie na pozyskaniu więcej podatków i rekruta - i szybszym tegoż rekruta dostarczeniu na miejsce planowanej rzezi...), jak i, częściowo, z inicjatywy własnej, oddolnej.

Tak więc zachodziło zjawisko naśladownictwa i kopiowania dwojakie. Z jednej strony: awansujący materialnie i społecznie mieszczanie naśladowali arystokrację. Z drugiej zaś strony: wszyscy kopiowali styl życia i rozrywki klas wyższych francuskich czy angielskich, roniąc po drodze sporą część własnej tradycji, wliczając w to strój, zarówno codzienny, jak i odświętny, jak i mentalność czy zapatrywania na świat (jest też dla nas pod względem psychologicznym "typ sarmacki" bardziej obcy obecnie i mniej zrozumiały chyba nawet od członków owej hipotetycznej "pierwotnej hordy" - których przecież nie aż tak trudno spotkać obecnie na blokowiskach wielkich miast...).

Jak się w tym wszystkim sytuowały konie, to opowiem w następnym odcinku - nie chcę, żeby mi się laptop Lepszej Połowy zajarał, jak raczył uprzejmie ostrzec pod poprzednim tekstem kolega Tomasz Gbur - a mam do zamieszczenia parę zdjęć, które nam nasz ostatni Gość właśnie przysłał.

Jak się łatwo domyślić - zachodzi pytanie, czy po sanacji, okupacji, komunizacji i transformacji - schemat przedstawiony powyżej jeszcze w ogóle ma jakieś do naszej sytuacji współczesnej zastosowania..?

Obawiam się, że żadnych. To znaczy - ani rządząca PRL-em komunistyczna nomenklatura nie pozostawiła przy życiu, majętności i roli społecznej wystarczająco wielu arystokratów, by jej własne snobowanie się na "ziemiański styl życia" (które to snobowanie - co najmniej od czasów Gierka - oczywiście że miało miejsce, bo jakżeż by inaczej..?) było czymś więcej niż nieudolnym pastiszem, parodią wręcz - ani też, nie wypracowała owa rządząca PRL-em komunistyczna nomenklatura własnych wzorców kulturowych na tyle atrakcyjnych, by ktokolwiek miał się nimi przejmować obecnie.

Wygląda na to, że ciągłość kulturowa, której jednym z najważniejszych przejawów w dziejach jest właśnie owo "petryfikowanie prestiżotwórczej roli elit schodzących ze sceny", o którym mowa - została w Polsce przerwana radykalnie i bezpowrotnie. Żyjemy tedy na kulturowej pustyni - a straszliwa siła snobizmu sprawia, że powstają u nas najpotworniejsze gargamele udające pałace, a prawdziwe "srebra rodowe", przez brak kulturowej kompetencji u współczesnych możnych - zamieniane są na tanie świecidełka, paciorki i koraliki.

Nie wystarczy sprywatyzować, żeby Polska stała się krainą mlekiem i miodem płynącą, a nasze stadniny, tory wyścigowe i inne filharmonie - rozkwitły. Problem bowiem polega na tym, że ludzie, którzy ewentualnie mogliby wszystkie te instytucje dostać na własność - nie wiedzą, co z nimi zrobić. I nawet niewolników o wystarczającej po temu kompetencji nie ma dość wielu, by - tak jak w niewolników obróceni Grecy uczynili dla Rzymian - wytłumaczyć zwycięzcom do czego to służy.

niedziela, 28 lipca 2013

Idąc za ciosem...

Tuż po tym jak, idąc za ciosem, szczęśliwie przewiozłem na Bubie kolejną panią wizytującą nasze włości (zdjęcia, mam nadzieję, będą...) przyszło mi się zmierzyć z pytaniem: dlaczego Polacy nie kupują koni achałtekińskich..?

Odpowiedzi na to pytanie jest wiele. Dlaczego Polacy nie kupują koni achałtekińskich konkretnie ode mnie, to jasne - bo nie mam tu wypasionej stajni ze złotymi żłobami, nie urządzam "Pucharu Boskiej Woli" na ten przykład w polo, nie sposób w krzakach obok naszej posiadłości wpaść na ukrywających się tu paparazzich (już łatwiej na grzyby, albo na kupę śmieci...). Jednym słowem: zadawanie się ze mną nie należy do czynności przysparzających prestiżu. Dlaczego ktokolwiek miałby zamieniać swoje ciężko zarobione pieniądze na coś, co nie jest prestiżem..?

Owszem, dla rosyjskich czy chińskich oligarchów posiadanie takiego konia jak moje JEST sposobem na wzbudzenie szacunku lub zazdrości wśród kolegów oligarchów. Putin ma kilka takich koni.

Najczcigodniejszy Prezydent Turkmenistanu w siodle

Do Polski jednak ta moda nie dotarła. I na pewno za moją sprawą - nie dotrze. Ponieważ przedmiotem mrocznych żądzy ludzi bogatych może stać się to i tylko to, co posiada ktoś inny, kto też jest bogaty. W ten sposób ludzie bogaci poznają się wzajemnie ("poznać pana po cholewach...") i wyróżniają z tłumu zwykłych śmiertelników, dla których podobny luksus nie jest dostępny.

Nota bene - w szerszym ujęciu to, co napisałem akapit wyżej wyjaśnia także, dlaczego w Polsce ludzie bogaci na ogół bardzo rzadko interesują się jakimokolwiek końmi. A to dlatego - że nie znam innego kraju poza Polską, w którym niezłe konie wierzchowe byłyby AŻ TAK TANIE!

Taniość koni wierzchowych w Polsce (całkiem spokojnie można dostać konia "pod tyłek" i za kilka tysięcy złotych - i wcale nie będzie kulawy na wszystkie cztery nogi...) sprawia, że nie są one dobrem luksusowym, nie przynoszą prestiżu i trudno zazdrościć ich posiadania kolegom - oligarchom...

Oczywiście: na aukcjach w Janowie co roku sprzedaje się kilkanaście - kilkadziesiąt koni w cenach, powiedzmy, "światowych" - od kilkudziesięciu tysięcy euro wzwyż.

Niestety, to jest czubeczek czubeczka góry lodowej..! Wręcz - śnieżynka na wierzchu tej góry...

Nie dysponuję statystykami, które pozwalałyby oszacować jaki kapitał ulokowany jest "w koniach" gdzie indziej. Nie wiem, czy takie statystyki w ogóle istnieją. Łatwo jednak zauważyć, że finansową elitą wśród koni są przede wszystkim konie pełnej krwi angielskiej.

Czołowe ogiery i klacze w tej rasie zmieniają właścicieli za kwoty, przy których wyniki janowskich aukcji to zaledwie liga okręgowa - tam chodzą sumy rzędu wielu milionów euro, dolarów lub funtów za pojedynczego konia.

Ponieważ najlepsze konie pełnej krwi angielskiej są niewyobrażalnie wręcz drogie, a zarazem ich posiadanie (i wystawianie do gonitw lub używanie w hodowli) wiąże się ze sporym ryzykiem - wolny rynek wynalazł nawet ponownie, po wielu wiekach zapomnienia, metodę ubezpieczania tak cennych, a ryzykownych przedsięwzięć, stosowaną w średniowieczu przez arabskich czy włoskich kupców handlujących orientalnymi przyprawami i tkaninami. Mało kto (poza może królową brytyjską i paroma szejkami...) pozwala sobie na posiadanie tak drogich koni indywidualnie, na własny rachunek. Znacznie częściej - wykupuje się ułamkowe udziały w spółkach posiadających wiele takich koni..!

Dzięki temu nawet, jeśli jeden z wartych wiele milionów czempionów dozna wypadku na torze lub w czasie rozrodu (koni pełnej krwi angielskiej nie wolno inseminować sztucznie - to ograniczenie, które władze ksiągi stadnej narzuciło, aby zapobiec obniżeniu się ceny...) - nie traci się całego majątku.

W Polsce ostatnim koniem pełnej krwi angielskiej wartym tak wielkich pieniędzy był Ruler hodowli Ludwika hr. Krasińskiego, padły w Roku Pańskim 1904...

Niewiele niższe ceny osiągają na świecie czołowe konie sportowe: używane w konkurencjach skoków przez przeszkody lub ujeżdżenia. Również pod tym względem, Polska jest ewenementem na skalę światową - tak tanich koni sportowych jak u nas - nigdzie indziej nie ma..!

Oczywiście wszędzie na świecie ostatnie paroksyzmy zdychającego demo-liberalizmu spowodowały zbiednienie klasy średniej, za czym także i ceny przeciętnych koni - spadły. Głośno było o koniach porzucanych samopas w Irlandii. Ostatnia afera z koniną w rzekomej wołowinie wiosną tego roku - ma zapewne dużo wspólnego z deficytami w budżetach brytyjskich stajni wyścigowych (ryzyko wyścigów polega na tym, że koń wyścigowy "negatywnie zweryfikowany" na torze - bardzo często nadaje się już tylko na mięso, bo nawet do żadnej "rekreacji" użyć się go nie da...).

Nigdzie chyba jednak - nawet w Niemczech, o których kiedyś może opowiem osobno, bo ich "koński przemysł", który już zresztą opisywałem na łamach "Końskiego Targu" (tylko, nie mając na chodzie stacjonarnego końputera - straciłem na razie dostęp do tego materiału...), moim zdaniem skończy się wkrótce naprawdę piękną katastrofą..! - konie nie są tak tanie jak w Polsce.

Dlatego koni w Polsce praktycznie się nie leczy - po co leczyć, kiedy tak łatwo można jednego zastąpić drugim..?

Skąd się biorą absurdalnie niskie ceny koni w Polsce - to temat na osobne, a gorzkie rozważania. Ogólnie, wygląda to jak skutek celowego sabotażu ze strony niemiłościwie nam panującego gosudarstwa. Sabotażu uprawianego na wiele sposobów. Zaczynając od gospodarki niektórych państwowych stadnin, pozostających w zarządzie Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa (a zwłaszcza od tego, jak ta polityka wyglądała przez minione ćwierćwiecze...), przez piramidalnie bzdurne "programy ochrony ras rodzimych", aż po "kwestię służewiecką".

Pojęcia nie mam, dlaczego niemiłościwie nam panujące gosudarstwo miałoby tak złośliwie i tak szkodliwie sabotować właśnie tak mało istotny element naszej gospodarki jak hodowlę koni - z czego wychodzi, że stan ten nie może być skutkiem czego innego, jak tylko pospolitej głupoty - głupoty tych, tak zwanych "działaczy", którzy np. z ramienia PZHK - mieli byli przez ostatnie ćwierć wieku hodowlą koni w Polsce zawiadywać.

Muszę już kończyć, bo laptop Lepszej Połowy, na którym piszę, zaczyna się przegrzewać. Urywam tedy te rozważania posępne właściwie na granicy wstępu - ale obiecuję do nich jeszcze wrócić przy najbliższej okazji: chciałbym przejść następnie do rozważań o prywatyzacji i własności prywatnej ogólnie.

Teraz, jedno tylko, ale istotne zastrzeżenie: otóż - nie spodziewajcie się, że obniżę cenę moich źrebiąt TYLKO DLATEGO, że brak chętnych, by je kupić. Co to, to nie..! Prędzej je zarżnę i zjem, niż zgodzę się je oddać za pół darmo, tylko dlatego, że majętni Polacy to buraki i prostaki, które się na koniach nie znają...

sobota, 27 lipca 2013

1000 złych uczynków

Kiedyś oczywiście musiał nadejść ten moment. Według Bloggera, to jest tysięczny post na blogu, którym Państwa częstuję. Być może chytry skrypt kłamie - nie sprawdzałem, nie chciało mi się. Podobnie jak nie chciało mi się robić żadnych podsumowań, statystyk, czy temu podobnych - owszem, miałem przez chwilę taki pomysł, ale odrzuciłem go, jako wymagający nazbyt wiele pracy.

Po prawdzie - to powoli gubię się już w tym wszystkim. W szczególności przestaję pamiętać, o czym pisałem, a o czym nie - i kiedy. Niejeden też raz, szukając odnośników do dawniejszych tekstów, musiałem korzystać z Googli - i stąd np., nie podzielam entuzjazmu tych, którzy twierdzą, że Google są lekiem na "bombę megabitową" - bo bynajmniej nie były wyniki takich poszukiwań za każdym razem wystarczająco pomocne.

Z okazji tysięcznego posta robię sobie prezent i zamieszczam zdjęcie ładnej dziewczyny na ładnym koniu (jak raz właśnie dostałem od Olgi fotografie z ostatniej wizyty):


Już się cieszę na kolejną wizytę, wstępnie zapowiadaną na sierpień - chodzą słuchy głuche o jakiejś "odpicowanej sesji" z sukniami i figurami..?

A, żeby nie było, że Państwa tak całkiem lekceważę i za nic mam - to i dla Was mały prezencik się znajdzie. Cóż bowiem mogłoby bardziej Was uradować, niż widok mojej (nieco, przyznaję, tęgawej...) osoby na Bubie..? I pośmiać się można i palcami powytykać...:


W zasadzie to tyle na dziś. Ciężko dziś było wyrwać się z objęć Morfeusza - zaspałem na poranne sprowadzanie koni z Wielkiego Padoku, pojenie i karmienie całe 18 minut. No ale wieczorem była burza - niezbyt przerażająca, że jednak pierwsza odkąd konie nie mają nocami dostępu do wiaty, trzeba było poczekać, aż się skończy i pójść sprawdzić, co tam z nimi. Tak się zeszło prawie do północy. O 4.00 koćkodan zgłodniał - a mnie z łóżka wyrwała dodatkowo też i na płodach naszego ogródka oparta, prawie-że-wegetariańska dieta (teraz już wiem, dlaczego i skąd nasze konie aż tyle nawozu produkują...). W sumie razem, gówno się wyspałem, na dłuższe rozhowory nie mam ochoty, a też i późno się robi, pora jechać na targ...

piątek, 26 lipca 2013

Demon drugiego rodzaju

Nie chodzi o to, jak mi niedawno przygadał Pan Piotr34, że mam Państwa wszystkich co do jednego za kretynów! Skoro jednak niektórzy z Was mają braki w absolutnie podstawowej lekturze i nie chwytają elementarnych zupełnie grepsów - to cóż ja mogę, biedny miś..?

Trzeba tłumaczyć... A jak nie wchodzi do głów - no cóż, dawniej, kiedy świat mniej był wirtualny, zawsze można było użyć czy to linijki przykładanej z impetem do wyciągniętej łapy, czy to skórzanego paska lub jakiejś rózgi, tak samo przykładanych do siedzenia. Dziś - pozostaje tylko wykonać taki gest:


albo i nie, jeśli ktoś potrafi:


i iść sobie dalej...

Napisałem tedy w komentarzu, że "automatyzacja tzw. pracy twórczej jest TEORETYCZNIE łatwiejsza nawet od robotyzacji niektórych czynności manualnych". A Koleżanka, blogerka Kira, mimo kolejnych wyjaśnień, wciąż nie pojmuje o co chodzi.

Odsyłam tedy do Mistrza Lema, a konkretnie, na początek do "Wyprawy szóstej" Trurla i Klapaucjusza. Ponieważ nie wierzę, że mógłbym rzecz wyjaśnić prościej i zrozumialej od Mistrza, pozostaje mi zacytować:

Powietrze jest z atomów, a te atomy skaczą sobie na wsze strony i zderzają się ze sobą miliardy razy na sekundę w każdym mikromilimetrze sześciennym, i na tym właśnie polega gaz, że tak skaczą i trykają się wiecznie. Wszelako, choć skaczą na oślep i przypadkiem, to ponieważ w każdej szpareczce jest ich miliardy miliardów, wskutek tej liczebności z owych podskoków i podrygów układają się, między innymi, spowodowane czystym trafem, ważkie konfiguracje... (...) to jest znaczące konfiguracje, nie przymierzając tak, jakbyś, powiedzmy, na oślep strzelał do ściany, a trafienia ułożyłyby się w jakąś literę. Co w skali wielkiej jest rzadkie i mało prawdopodobne, to w gazie atomowym jest powszednie i nieustanne, a to dla tych bilionowych tryknięć w każdej stutysięcznej cząsteczce sekundy. Lecz problem jest oto taki: w każdej szczypcie powietrza doprawdy układają się z fików i drygów atomowych ważkie prawdy i doniosłe sentencje, ale równocześnie powstają tam skoki i odskoki najzupełniej bezsensowne; i tych drugich jest tysiące razy więcej niż tamtych. Choć więc i dawniej wiedziano, że teraz oto, przed twoim nosem piłowatym, w każdym miligramie powietrza powstają w ułamkach sekund fragmenty tych poematów, które zostaną napisane dopiero za milion lat, i różnych prawd wspaniałych, i rozwiązania wszelkich zagadek Bytu i tajemnic jego, to nie było sposobu, aby tę informację całą wyosobnić, tym bardziej że ledwo się atomy łebkami trykną i w jakąś treść ułożą, już rozlecą się, a razem z nimi i ona przepadnie, może na zawsze. A więc cały dowcip w tym, aby zbudować selektor, który będzie wybierał tylko to, co w bieganinie atomów sensowne. Oto i cała idea Demona Drugiego Rodzaju (...). Idzie, uważasz, o to, aby Demon ekstrahował z atomowych tańców tylko prawdziwą informację, to jest teorematy matematyczne i żurnale mód, i wzory, i kroniki historii, i przepisy na placek jonowy, i sposoby cerowania oraz prania pancerzy azbestowych, i wiersze, i porady naukowe, i almanachy, i kalendarze, i tajne wieści o tym, co kiedyś zaszło, i wszystko to, co gazety pisały i piszą w całym Kosmosie, i książki telefoniczne, jeszcze nie wydrukowane...

Zbój Gębon, który wielkich konstruktorów Trurla i Klapaucjusza uwięził i wypuścił obdarowany przez nich rzeczonym Demonem - źle na tym wyszedł i o tym już kiedyś pisałem na portalu Agepo: tak samo bowiem źle wyjdą wszystkie niemiłościwie na naszej Umęczonej Planecie panujące gosudarstwa, z hamerykańskim na czele na tym, że tak chciwie mnożą swoje przepastne bazy danych. Gdyż porażenie nadmiarem wiedzy jest w skutkach równe niewiedzy całkowitej: widzimy to zresztą, bo porażenie takowe dzieje się na naszych oczach. Afera Snowdena to tylko jeden z objawów tego - całkowicie fizykalnego zresztą, więc poza kontrolą czyjejkolwiek dobrej lub złej woli - zjawiska.

Oczywiście - nie potrafimy skonstruować Demona Drugiego Rodzaju, czyli selektora, który z informacyjnego chaosu, z szumu, umiałby ekstrahować wyłącznie dane jakoś znaczące.

To jednak wcale nie znaczy, że "hodowla informacji", "automatyzacja procesu twórczego" są nie do pomyślenia..! Problem bowiem, jeśli nawet jest nierozwiązywalny wprost (tego na razie nie wiemy...) - da się obejść.

Tak samo bowiem jak ów "Demon Drugiego Rodzaju" funkcjonowała do tej pory cywilizacja ludzka. Ludzie wymyślali jakieś idee (powiedzmy, że - tak jak w tekście, o którym z Kirą dyskutowałem - będą to pomysły na wynalazki: tak jest prościej, bo w innych dziedzinach procesy te są o wiele bardziej skomplikowane, lubo wcale nie - bardziej uporządkowane..!). Te idee mogły być albo genialne, albo takie sobie, albo wprost - kretyńsko głupie.

Ocena tego, czy wynalazca wpadł na pomysł genialny, taki sobie, czy głupi - ma może znaczenie dla niego samego i dla jego bliskich, ale z punktu widzenia całości - było to i jest kompletnie bez znaczenia!

Równie dobrze, można by te "pomysły na wynalazki" z gazu atomowego (albo i z kupy łajna...) odczytywać - "informacją znaczącą", czyli "gotowym wynalazkiem", stawały się dopiero po przepuszczeniu przez selektor, którym w tym przypadku - była i jest Natura.

Albo bowiem da się coś zbudować i wprawić w ruch - albo nie. Statystycznie - ogromna większość "pomysłów na wynalazki" wcielić się w życie nie dawała, nie daje i dawać nie będzie. Proszę się przejść do urzędu patentowego i sprawdzić, co tam gromadzą (a do opatentowania trafia i tak drobna i już wstępnie przeselekcjonowana część takich "pomysłów"...).

Oczywiście - jak zauważył komentator Anonimowy - zachodzi także zjawisko kumulowania wiedzy (a także - O WIELE WAŻNIEJSZE - zjawisko swoistej "hybrydyzacji", tj. przenoszenia rozwiązań, które sprawdziły się już w jednej dziedzinie - na inne). To jest jednak - w ujęciu ogólnym - zaledwie doskonalenie selektora ("Demon" działa coraz sprawniej). O naturze indywidualnych procesów twórczych, dziejących się w ludzkiej głowie, nic nam to nie mówi - bo też ja się tymi procesami nie zajmowałem i zajmować bynajmniej nie zamierzam.

Działanie Natury da się symulować - uruchamiając jakoś modelowane procesy ewolucyjne. Mistrz Lem pisał o tym wielokrotnie. Za jego najlepszych czasów, co prawda, modele takie były niezmiernie ułomne - ale były. I dalej są. Żeby z takiej "wymodelowanej ewolucji" czerpać gotowe przepisy na działające maszyny albo i całe systemy np. informacjozbiorcze, energetyczne, itp. - potrzeba najprawdopodobniej komputerów działających jeszcze kilka rzędów wielkości szybciej niż obecnie dostępne (niestety, nie rozwiąże nam to problemu nietrafności prognoz pogody: tak się bowiem składa, że "procesy ewolucyjne" są z natury nieliniowe - nawet zatem dokładna wiedza o warunkach początkowych każdego takiego przebiegu nie daje możliwości jego pełnego powtórzenia - czyli przewidzenia wyniku...).

Mógłbym w tym miejscu, a może nawet i powinienem, opowiedzieć szczegółowo co rozumiem pod pojęciem "modelowania procesów ewolucyjnych" - inaczej Kira znowu nic nie zrozumie, albo i wzruszy ramionami, bo cóż ją jakaś ramota sprzed pół wieku obchodzić może (to "tylko" literatura, nieprawdaż..?). Mógłbym i może nawet powinienem, ale laptop Lepszej Połowy już zaczyna buczeć z przegrzania, rosa z trawy znika - pora kończyć i na koń wsiadać.

Poprzednio chodziło mi o to, żebyście Państwo nie padali na twarz przed "nauką", "twórczością", itp. - bo są to twory ludzkie i bardzo często częstują nas bzdurami. Jak raz przyszła mi w sukurs pani Kossobor z "Nowego Ekranu", publikując wczoraj swoje rozważania o sztuce współczesnej.

Jeśli za lat kilkanaście wynalazki będzie się brało z komputera, a nie z ludzkiej głowy - też będziecie przed komputerem pokłony bić i ofiary mu składać, jak nie przymierzając wyznawcy "kultu cargo" na Nowej Gwinei..?

czwartek, 25 lipca 2013

Dynie atakują!

Skończyłem pielić "tyły" ogródka. Dzięki temu widać teraz rozmiary dyniowego pieprznika, który przełazi przez płot w każdym kierunku i dziarsko przekroczył też rów, którego używam do odprowadzania wody zalewającej nam hydrofornię:













Co ciekawe, mam wrażenie, że owocują głównie odnogi wysuwające się poza dyniowy matecznik:


Wewnątrz dyniowego gąszczu, jego owoce są dużo ciemniejsze ("dyniowe" właśnie, a nie żółte) - i sporo mniejsze od tych "kolonijnych":


Niewiele widać, ale tam, do środka - po prostu nie ma jak wejść..!

Co poza tym..? Poza tym, gdzieś tam są zapewne konie:


(nie chciało mi się do nich wchodzić...)

W szklarni dojrzewają owoce tomatillos:


Wypieliłem oczywiście także kiwi:



oraz mieszany zakątek lnu, chrzanu i krzaczorów:


Na grządce "eskperymentalnej" pyszni się ostatni kard:


Albo się już zestarzał, albo po prostu tak ma, jeśli go nie sparzyć - bo ciutek zepsuł Lepszej Połowie dzisiejszą zapiekankę z cukinii, mielonego mięsa, ziół i pomidorów (poza mięsem - wszystko z ogródka!): był gorzki i sos, który z zapiekanki wypłynął uczynił gorzkim. Wcześniej tak nie było (ale wcześniej, Lepsza Połowa zawsze podawała go po sparzeniu - czego nie zrobiła tym razem, parząc cukinię...).

Lepsza Połowa suponuje, że może lepszy się okaże jako dodatek do pasztetu lub wątróbki..?

Spod chwastów i wszędobylskiej mięty pokazały się nasze w tym roku sadzone (mamy i starsze i te wcześniej już pokazywałem) poziomki:


(krzaczor po lewej, w głębi, to tzw. "wiśnia stepowa").

Całkiem niespodziewanie odkryłem też owocujące czarne porzeczki - aleśmy je zużyli od razu i nic nie zostało do pokazania. Pokazać za to mogę nasze pierwsze, niedojrzałe jeszcze żurawinki:


i nie mniej pionierskie borówki:


W cieniu słoneczników dojrzewają też pierwsze maliny - ale tam mi się z aparatem nie udało wejść, za ciasno:


(jak widać "front" ogródka, do którego i słoneczniki należą, walnie już zarasta - widać po ścieżce...).

Więc tylko słonecznik na słoneczne zakończenie:


Dzisiejszą pocztą wrócił do mnie list, który wysłałem prawie dwa tygodnie temu do redakcji "Konia Polskiego" - z umową, którą po prawie trzech miesiącach kołatania do mnie raczyli byli przysłać.

List wrócił z adnotacją "adresat wyprowadził się".

Nie zamierzam tego nawet komentować..!

Na szczęście, wygląda na to, że nasz jedyny duży baniak właśnie przestał fermentować:



Przydałby się co najmniej jeszcze jeden taki, bo teraz muszę wybrać - czy po rozlaniu o butelek tego, co jest w środku, nowy nastaw robimy z jeżyn (tak by było politycznie, bo sąsiedzi słodkie wino z jeżyn lubią nade wszystko!) - czy jednak ze zdziczałych wiśni dwóch gatunków, które niedawno odkryłem po sąsiedzku (tak by było ciekawiej...)?

Ale co zrobić - taki baniak to minimum kilkadziesiąt złotych, bliżej nawet 100 - nie sprawię sobie na razie drugiego, nie ma za co...

A na drugie pocieszenie po tym "adresacie nieznanym" - uwieczniłem wszystkie ozdoby naszej chatki na jednym ujęciu:


Nie wiem co piękniejsze: koćkodan - czy zasłona z powojników..?

Brak funkcji "stop"...

Nie ma się co wypierać: to moja wina. Raz przez jakiś durny sentymentalizm, a dwa przez lenistwo - nie nauczyłem Buby stać spokojnie przy ubieraniu. W konsekwencji - wsiadać trzeba na nią w biegu.

Zatrzymywania się pod jeźdźcem owszem, uczyłem jej - i kiedyś to nawet umiała - ale żeby jej to teraz przypomnieć, musiałbym mieć radykalnie lepszy dosiad, niż na razie mam. Przyjdzie na to pora najwcześniej za kilka tygodni. Na razie ćwiczymy tylko rozluźnienie. To znaczy - Buba się rozluźnia, ze mną jest pod tym względem gorzej, ale przecież się staram..!

Stania przy ubieraniu siodła nie uczyłem Buby najpierw dlatego, że trzeba by pokombinować z kantarem dually - a czegoś, Bóg wie czemu, było mi jej żal (choć przecież krzywda się koniowi przy takim ćwiczeniu nie dzieje...: to chyba przez te jej wielka oczyska z wyrazistymi białkami - rozpływam się przy niej całkiem nie po męsku!). A potem to mi się już nie chciało.


Wierci się zatem i kręci w kółko, a ja muszę ją ubierać, jedną ręką trzymając cały czas uwiąz (dopiero przy zdejmowaniu kantara i zakładaniu ogłowia czegoś jej to kręcenie przechodzi - widać, nie mając innego wyjścia, instynktownie ten akurat moment przećwiczyłem ongiś...).

Wczoraj była w dodatku podniecona obecnością gości i towarzystwem syna, który wyjątkowo wylazł za matką z Wielkiego Padoku (oczywiście potem tam wrócił, mimo włączonego pastucha - już się bałem, że trzeba całe ogrodzenie od początku robić, ale okazało się, że po prostu przerwał się obwód, bo spadł kawałek taśmy tworzący bramę wejściową - widać, źle zamknąłem...).Wyglądało to zatem bardzo źle.

Tak samo nie potrafi ustać w miejscu, gdy na nią wsiadam. Trzeba zatem odrywać się od ziemi szybko i lądować w siodle już w ruchu. Jak się ma 100 kg wagi, prawie 40 lat na karku i zawsze miało co najwyżej trójczynę z w-fu (a i to tylko dlatego, że stopnia "mierny" wtedy w skali ocen nie było, a nie wypadało oblać prymusa z gimnastyki...) - to jest to niejaka trudność, której pokonywanie, poczytuję sobie za zaliczkę przyszłych czyśćcowych pokut...

Jak się już człek na to siodło wwinduje, to nie ma chyba łatwiejszego w powodowaniu konia: brak jest w Bubiszczu śladu jakiegokolwiek uporu, przekory czy nieposłuszeństwa. Trzeba tylko w sposób zrozumiały przekazać jej, czego się od niej oczekuje - a na pewno to zrobi. Ruch ma przy tym narkotycznie wręcz płynny i miękki. Zresztą - nie będę jej chwalił, bo by to na samochwalstwo wyglądało, jako że jest to koń, którego od początku do końca sam do jazdy ułożyłem.

Mam nadzieję, że nasi goście sami zostawią recenzje po swoich na Bubie jazdach!

W poprzednich latach, jeśli wsadzaliśmy kogoś na tekinki, to raczej na Pięknego, Dzielnego i Czasem Nawet Mądrego Konia Lepszej Połowy, czyli na Melesugun (wyjątkiem była zaprzyjaźniona Pani Doktor, która zresztą na Bubie radziła sobie doskonale - nie pamiętam, czy przypadkiem nie wsadziłem też z raz Zbyszka na Bubę - no i, jak jeżdżących gości było więcej niż sztuk jeden, to oczywiście i Buba "szła w ruch" - Margire, choć ujeżdżona - na Służewcu - nie chodzi na razie u nas pod siodłem, bo nie mamy dla niej wędziła i popręgu - w sumie nie mamy też i siodła, bo jakoś trudno sobie wyobrazić którąkolwiek z tekinek pod olbrzymią kulbaką pozostałą po Dalii wlkp - co mi przypomina, że chyba powinienem tę pamiątkę sprzedać..?). Melesugun trenowała ujeżdżenie, dosiąście jej nie przedstawia sobą żadnego wyzwania.

Tyle, że Melesugun to Najukochańsza Żona naszego Knedliczka. Już ją, co prawda, kilka razy wyprowadzałem z ogrodzenia bez niego - dla posmarowania grudy, która jej się parę tygodni temu objawiła. Wciąż jednak, jest to nazbyt dramatyczne wydarzenie, żeby to robić przy gościach. A i Lepszej Połowie czegoś się nie spieszy, żeby ją na powrót wziąć w jakiś trening (Lepsza Połowa na razie utonęła w przetworach: niech no tylko naprawią nam wreszcie samochód, a pojedziemy po więcej słoików...).

Zostaje zatem Buba dla gości i tak na razie czas jakiś jeszcze będzie. A właśnie wczoraj miała okazję wystąpić w roli konia gościnnego po raz drugi tego lata. Goście się fotografowali - mam nadzieję, że się na swoich blogach, fejsbókach, czy w ostateczności na forum pochwalą. Sesja była co prawda absolutnie nie pozowana, bez romantycznej sukni, wyrafinowanego makijażu, nie mówiąc już o stosownym przybraniu konia (owijki, owszem, nawet mamy - białe - i biały, ujeżdżeniowy czapraczek po Melesugun - ale Buba NIGDY niczego takiego nie zakładała: osobliwie by to wyglądało zwłaszcza gdy się pamięta na ten przykład, nasze wspólne kąpiele w błocie...) - jednak, jak mawiał jeden z moich kolegów z czasów handlu ziołami: "młode to zawsze ładne"!

Nawet, a właściwie wręcz przede wszystkim - bez przybrania...


Żeby nie być gołosłownym jedną tylko fotkę z wczoraj, tak dla smaku daję - i na tym już ten temat tutaj kończę. Goście będą chcieli, to resztę sami opowiedzą i pokażą!

Tymczasem za oknem wciąż dość buro i pochmurnie. Pielenie ogródka zbliża się do końca, czyli do początku - jeśli dziś skończę pielić "tyły", to będę mógł znowu zaczynać pielenie "frontu", bo pomidory i ogórki, o kwiatowym zakątku Lepszej Połowy nie wspominając, walnie już zarosły.

Zapewne tego nie uczynię. Jest szansa, że dziś nam zreperują Wendi. Jeśli tak się stanie - od jutra trzeba się brać za rżnięcie samosiejek, nim w lata wejdą i zrobią się na to za grube (i zbyt nielegalne...).

A tymczasem chyba, na dobry początek dnia, osiodłam sobie Bubiszcze...

środa, 24 lipca 2013

Chata za wsią

Ponieważ podczas nieobecności Lepszej Połowy, nie mając do kogo się odezwać, pochłonąłem prawie wszystkie lektury, jakie ostatnio przywiozłem z naszej gminnej biblioteki - przyszło mi przeczytać na koniec także i "Chatę za wsią" Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Lektura z początku wymaga niejakiego przymuszenia się. Trudno i darmo - styl narracji zmienił się jednak bardzo od połowy XIX wieku. We współczesnej literaturze polskiej przynajmniej - miejsce wówczas stosowanych afektownych wykrzykników i refleksji moralnej zajął sarkazm.

Muszę jednak przyznać, że z czasem powieść mnie wciągnęła. Jest tam parę rzeczy, na które warto zwrócić uwagę..!


Sprawa pierwsza, to relacje między dworem a gromadą wiejską (akcja powieści dzieje się przed uwłaszczeniem, zresztą - została ona wtedy też i napisana...). Oczywiście - nikomu nie będzie się chciało bodaj kartkować takiej książki (zresztą - niezbyt grubej...), tylko po to, żeby przyznać mi rację bądź zaprzeczyć. Cóż zrobić! Kto nie czytał - ten trąba..!

W każdym razie: istota akcji polega na tym, że gromada wiejska biernym oporem spokojnie sobie radzi z fanaberiami dworu. Ci, co widzą w chłopach pańszczyźnianych jakieś "narzędzia mówiące", własnej woli pozbawione, na każdym kroku upokarzane i do gleby przyginane (podczas dyskusji o rzekomym "prawie pierwszej nocy" rozbawił mnie do łez komentarz, wedle którego wprawdzie nie ma na to żadnych dowodów, ale to oczywiste, że "prawo pierwszej nocy" musiało istnieć, bo chodziło o to, żeby na każdym kroku przypominać chłopom, gdzie ich miejsce...) - nie tylko przeczą zarówno źródłom historycznym i zdrowemu rozsądkowi, ale też pokazują przy okazji nader niepiękną zawartość własnych łepetyn.

Nie będę tu zdradzał szczegółów akcji - zakładam, że znakomita większość z Państwa tej powieści nie czytała, więc psułbym w ten sposób niespodziankę - warto jednak zaznaczyć, że ów bierny opór gromady względem pańskich fanaberii nie jest bynajmniej oporem "w słusznej sprawie". Jak w klasycznej greckiej tragedii, każda ze stron ma tu swoje racje: gromada prezentuje konserwatyzm tak zacietrzewiony, że aż ślepy. Prezentuje też gromadne właśnie, stadne, a nawet - anty-indywidualistyczne podejście do życia.



Druga kwestia, która wydała mi się interesującą, to zagadnienie nędzy. A dokładnie: pytanie, czy da się pogodzić nędzę z miłością - i z cnotą..?

To, że nędzy z miłością pogodzić się nie da, że kochankowie nie mogą żyć powietrzem i przetrwać, kochając się wciąż tylko mocniej i mocniej - aż mnie zaskoczyło, boż połowa XIX wieku, to wciąż jeszcze czasy romantyzmu..!

Widać tu jednak szkołę Balzaca. Już choćby dla tej konkluzji - warto do "Chaty za wsią" raz w życiu sięgnąć.

Czy da się jednak pogodzić nędzę z cnotą..? Kraszewski w rozwiązaniu akcji zdaje się utrzymywać, że można. Co więcej - owa cudem prawdziwym zrodzona wśród najgorszej opresji cnota zyskuje także w nagrodę i miłość (aczkolwiek autor zostawia sobie otwartą furtkę do nie-aż-tak-sielankowego dalszego ciągu...).

Czy to być może? Czy to prawdopodobne..? Doświadczenia następnych 150 lat dowodzą dość jednoznacznie, że jeśli nawet nie niemożliwy - to jest taki obrót spraw niezmiernie mało prawdopodobnym. Nędza niemal z zasady deprawuje.

Cóż: jeśli nawet nie jest to zakończenie, które wydawałoby się nam realistycznym, to z całą pewnością - CHCIELIBYŚMY w potencjalną bodaj możliwość takiego cudu uwierzyć..!

Wygląda na to, że ta powieść została kiedyś już zekranizowana..?

I jeszcze jedna rzecz, już na koniec. Osią dramatyczną powieści jest konflikt pokoleń na tle doboru partnerów. Konflikt wyrosły z przesądów i konwenansów, to prawda. Skądinąd jednak, właśnie ta tematyka mnie do książki przykuła: są to, siłą rzeczy, problemy, które mnie dość obchodzą.

Przez bardzo długi czas literatura śniła na jawie, że upadek tego rodzaju przesądów i konwenansów, zniesie także samą możliwość pojawienia się podobnych konfliktów - otwierając przed zrodzoną na nowo ludzkością jeśli nie aż arkadyjskie gaje, to przynajmniej - solidne podstawy do szerokiego upowszechnienia się szczęścia.

Wprost takie właśnie nadzieje wyraża na ten przykład Prus w "Lalce".

Otóż, w drugiej połowie XX wieku DOŚWIADCZALNIE sprawdziliśmy - że nic z tego! Żadnych można przesądów względem wyboru partnera nie żywić, żadnymi konwenansami się nie kierować - a i tak wcale nie ma obecnie więcej szczęśliwych związków niż 150 lat temu - i nawet: wcale nie doszło do zaniku konfliktów międzypokoleniowych na tym tle..!

No i teraz pytanie: czy warto było..? Po kiego Dyabła ten cały szpas..? Obalanie przywilejów stanowych, przeorywanie świadomości powszechną indoktrynacją (dla niepoznaki nazywaną "edukacją"...) - i cała ta rewolucja obyczajowa na koniec..? Żeby, po tylu zmianach, wysiłkach i cierpieniach - na koniec wszystko zostało po staremu, tylko w innej formie..?

wtorek, 23 lipca 2013

O rządzie i nierządzie...

Wypieliłem do południa wielki kawał ogródka. Jeszcze ze dwa dni, a skończę - i będę mógł się zająć rżnięciem drewna na zimę. Leżałbym teraz plackiem na podłodze, bo plecy bolą, ale nieopatrznie wypiłem kawę sądząc, że będę jechał do majstra wymieniać przewód chłodniczy (podczas jazdy do Warszawy po Lepszą Połowę przewód, poprzednio zacerowany wziął i całkiem się rozpadł...).

Nic z tego - dzisiaj. No i zostałem z tą kawą jak nie przymierzając, Himilsbach z angielskim (nie będę tej anegdoty powtarzał, łatwo ją sobie wygooglać...). Co by tu zatem napisać..?

Trochę w nawiązaniu do niedawnego wpisu o "de-konstrukcji" rzeczywistości, a trochę - pamiętając dawne nasze dyskusje o elitach - proponowałbym ciutek pofilozofować o strukturze władzy w naszym współczesnym społeczeństwie.

Ludzie dzielą się na obdarzonych zdolnościami twórczymi (wszystko jedno jakimi! Może to być geniusz muzyczny - a może być: geniusz zbrodni lub oszustwa...) i pozbawionych tych zdolności (jak ogromna większość populacji...). Oczywiście - nie jest to podział dyskretny, tylko pewne continuum - tyle, że continuum, na którym zbiór ludzi tworzących całość naszej populacji rozłożony jest nader nierówno: bardzo wielu znajduje się w pobliżu bieguna "brak zdolności twórczych" - a tylko nieliczni - po przeciwnej stronie skali.

Ludzie dzielą się też na pracowitych i leniwych. Z takimi samymi zastrzeżeniami jak powyżej: bo i ten podział nie jest wcale dyskretny i również w tym przypadku - o wiele więcej jest "bardziej leniwych" niż "bardziej pracowitych".

Te dwa podziały są, w granicach rozsądnego błędu - niezależne od siebie. Mogą być zatem zarówno ludzie twórczy i pracowici (taki osobnik przy władzy to prawdziwa katastrofa..! Na szczęście - rzadko się tacy trafiają...), jak i twórczy i leniwi (to już o wiele lepiej - acz, z pewnymi zastrzeżeniami, o czym niżej...), oraz nie-twórczy i pracowici (ci są prawdziwym fundamentem, opoką każdego ludzkiego społeczeństwa..! Niestety - ich też nie jest zbyt wielu...) i nie-twórczy i leniwi (i to jest większość populacji...).

Zdolności twórcze wiążą się za to - niestety - niemal z reguły z niejaką asertywnością i umiejętnością wyzwalania się z panujących konwencji. Przynajmniej - w tej dziedzinie, w której funkcjonują! Może być tedy kompozytor nieśmiały wobec kobiet i sztywno przestrzegający społecznych konwenansów - ale trudno sobie wyobrazić genialnego muzyka, który by zarazem niewolniczo kopiował zastane wzorce w muzyce, niczego nowego od siebie nie dodając (bo nie byłby geniuszem, nieprawdaż..?).

Dla homeostazy naszego gatunku tak naprawdę ważna jest trwałość, ciągłość, kontynuacja.

Dlaczego tak twierdzę i dlaczego jestem tego twierdzenia więcej niż pewien..?

Ano dlatego, że twórczy geniusz jest anarchiczny. Nowe pomysły i nowe idee mogą być równie dobrze rozwijające, zbawienne i przydatne - jak i kompletnie od pały lub wręcz - straszliwe zgoła rodzące konsekwencje..!

To, że ludzie twórczy jakoś tam "popychają do przodu" na przykład technologię, której używamy - to w żadnym razie NIE JEST zasługa ich genialności..! Wręcz przeciwnie: o tym, że byli w swej twórczości genialni dowiadujemy się z zasady post factum, dzięki temu, że zaproponowany pomysł przyjął się i przyniósł korzyści.

Na starcie nie sposób odróżnić pomysłu genialnego od pomysłu szalonego i niepraktycznego - im bardziej jakiś pomysł jest genialny, tym bardziej wątpliwa jest jego przydatność i praktyczność..!

Postęp technologiczny istnieje dzięki prawu wielkiej liczby: wśród ogromnego mnóstwa nowych idei, siłą rzeczy, co jakiś czas trafiają się takie, które faktycznie mogą się na coś przydać. Jest to jednak tylko niewielki procent wszystkich jakoś testowanych pomysłów.

Problem polega na tym, że Państwo - Moi Wierni Czytelnicy - na ogół prostodusznie i naiwnie pomijacie ten jakże istotny, statystyczny aspekt Postępu. Choćby dlatego, że o ideach nietrafionych, nieudanych, takich, które nie zdały egzaminu - mało kto pamięta. Mimo, że TAKICH WŁAŚNIE było w dziejach stokroć więcej niż tych hołubionych i pamiętanych..!

Ogólnie rzecz biorąc, dla ludzi prawdziwie twórczych wystarczającą nagrodą jest samo to, że mogą sobie tworzyć. Dodatkowe gratyfikacje im się w żadnym razie nie należą - przynajmniej dopóty, dopóki ich twórcze pomysły nie sprawdzą się w praktyce (nagroda jest NIE za "twórczość", tylko za sukces..! Zresztą, w myśl biblijnej zasady: kto ma, temu zostanie dodane - a kto nie ma, temu zostanie odebrane nawet i to, co ma...) - a to dlatego, że dla prawdziwie twórczego umysłu tworzenie jest rodzajem wewnętrznego przymusu. Niby dlaczego rozładowywanie wewnętrznego przymusu miałoby rodzić po stronie społeczeństwa jakiś dług wdzięczności..?

Twórca tworzy nie dla innych, lecz dla siebie - i to mu z zasady wystarcza.

Jak widzicie - konstrukcja "praw autorskich", tak absolutyzowanych zwłaszcza w USA - NIC nie ma wspólnego z dążeniem do powiększania ludzkiej twórczości. Bardzo wiele natomiast ma wspólnego z chytrym lenistwem spadkobierców, agentów, wydawców, właścicieli firm zastrzegających patenty, itp. - nie twórców, tylko ludzi na ogół absolutnie pozbawionych jakichkolwiek zdolności, ale za to, z całą pewnością - leniwych co się zowie..!

Wiele ma to też wspólnego ze wspomnianą już Państwa ignorancją w przedmiocie prawdziwej natury tzw. "postępu". Skoro na ogół błędnie zakładacie, że jest to trend liniowy, a nie rodzaj gry losowej - to odczuwacie przesadnie nabożny stosunek do różnej maści twórców, badaczy, naukowców tak, jakby byli oni jakimiś nadludźmi którym, za sam fakt podejmowania takiej, a nie innej działalności - już się coś od Was należy.

Ta sama ignorancja co do prawdziwej natury "postępu technicznego" stoi za absurdalnym szaleństwem "merytokracji" - nad którą już się kiedyś pastwiłem.

Dowiedziono naukowo, że stado małp przypadkowo naciskających klawisze przewiduje wartość kursów na giełdzie tak samo trafnie jak najlepsi ekonomiści. Skoro tak - dlaczego zatrudnia się w ministerstwach i agendach rządowych ekonomistów, a nie małpy..?

Małpy byłyby o wiele tańsze..! Żeby skorumpować małpę, starczy dać jej banana. Pojęcie macie, ile biorą "w łapę" zatrudniani przez rząd ekonomiści..?!!

Tak więc, prawdziwą ostoją społeczeństwa i gwarantem przetrwania naszego gatunku, są przede wszystkim ludzie nie-twórczy, ale za to: pracowici.

Wielkość ustroju, który przynajmniej w Europie panował do roku 1789 polegała WŁAŚNIE NA TYM, że taka postawa życiowa była (na ogół!) dodatnio wartościowana przez panującą wówczas ideologię. Przez co, być może, siłą perswazji, przykładu i przyzwyczajenia - także część (o wiele liczniejszych) nie-twórczych leni też zachowywała się jak ludzie z natury pracowici..?

Twórczy pracuś przy władzy to największe nieszczęście, jakie tylko może spotkać ludzkie społeczeństwo.

Genialność NIC NIE MA WSPÓLNEGO z trafnością przewidywań, zdrowym rozsądkiem, umiarem i zdolnością do krytycznej analizy własnych pomysłów. Wiele za to z monomanią, utopią, anarchią i najdzikszą tyranią nieludzkiej logiki. Jeśli do tego dochodzi jeszcze naturalna, wrodzona pracowitość - nieszczęścia już na pewno uniknąć się nie da! I tylko opiece Opatrzności winien się wówczas polecać nieszczęsny lud...

Twórczy leń ustawi sobie cały mechanizm sprawowania władzy tak, żeby wyciągnąć z tego jak najwięcej korzyści i przyjemności, a jak najmniej się napracować. Nie zawsze jest to przyjemne dla biegających jak chomiki w klatce poddanych - ale, przynajmniej, nie mamy co tydzień rewolucji, a co dwa dni nowego kodeksu praw. Jest czas się przyzwyczaić..!

Władca nie-twórczy i pracowity MOŻE być dla swojego ludu błogosławieństwem, o ile został w młodości właściwie, tj. w ściśle konserwatywnym kierunku "zaprogramowany" - wówczas nie doda niczego nowego od siebie, a swoje obowiązki będzie spełniał ze wzorową pracowitością.

Jest to nudne, tacy władcy często kończą pod gilotyną lub katowskim mieczem (brak elastyczności w połączeniu z przyzwoitością nie pozwala im ani ustąpić przed znudzonym ich cnotą ludem, ani wziąć go za twarz jak należy...) - ale za to potem bywają żałowani i kochani, jak po ich trupie dorwie się do władzy jakiś pracowity geniusz zbrodni (jak Robespierre czy Napoleon...).

Generalnie jednak, władza stworzona jest wręcz dla ludzi leniwych. Gdzie indziej, niż sprawując władzę, można mieć komfortowe życie, opływać w dostatki, szybkie kobiety i piękne konie (lub samochody) - niczego tak naprawdę od siebie nie dając..?

Że zaś ludzi z natury leniwych jest ogromna większość - mamy stąd pewność, że ZAWSZE będzie istniała jakaś władza: większość populacji niechętnie bowiem odnosi się zarówno do smutnej konieczności własnoręcznego zarabiania na chleb codzienny, jak i do perspektywy braku szans na słodką synekurę, którą tylko rządowa biurokracja zapewnić może...

Dobrze by tylko było, gdyby rząd umiał zachować jakiś zdrowy dystans do samego siebie. Gdy tego nie robi - nieuchronnie popada w śmieszność. Jak Jewrosojuz dzisiaj, gdy popularne portale podały wiadomość, iż od przyszłego roku do "PKB" (bardzo ważnej, choć czysto abstrakcyjnej liczby - definiuje ona bowiem teoretyczną zdolność rządu do zadłużania się...) wliczane będą szacunkowe przychody z nierządu i handlu narkotykami...

w sumie to chciałem dać jakąś niegrzeczną panią dla ilustracji (i podniesienia czytelnictwa), ale... to jest lepsze..!

Coś takiego mógł wymyślić tylko bardzo pracowity geniusz..!

niedziela, 21 lipca 2013

Dyniątko

Lepsza Połowa stanowczo zarzeka się, że porównywanie jej biustu do dyniątka, nawet tak małego i niedojrzałego jak to, które zerwała na dzisiejszy niedzielny obiad, jest stanowczą przesadą.

Nie umiem zająć rozstrzygającego stanowiska w tej sprawie. Dyniątko jest z całą pewnością jędrne i sprężyste. Co do wielkości, to próbowałem je ująć, dla porównania, razem z koćkiem:




Tudzież w zlewie, do którego dyniątko z trudem się mieści (ale zlew mamy bardzo mały - w przeciwieństwie do koćkodana który owszem, do tych bardziej okazałych należy...):


Podobnych dyniątek Lepsza Połowa widziała dziś w "dyniowym pieprzniku" z pięć. Z pewnością jeszcze urosną. Wszystkich razem będziemy mieli kilka setek, jak sądzę.

I znowu - cholera! - grozi nam klęska urodzaju. W zeszłym roku nie było co robić z tytoniem i z grzybami. W tym roku - co my zrobimy z taką ilością dyń..?

Cóż: czterokopytnym skarmimy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...