niedziela, 30 czerwca 2013

Leży

Skoszone i leży:




Oczywiście - jak to już onegdaj się żaliłem - fotografowanie Wielkiego Padoku bez szerokokątnego obiektywu zwyczajnie nie ma sensu. Daję więc trzy powyższe fotki ot tak, co by zaznaczyć radość wielką, jaka zapanowała w domu naszym - bo leży, bo - co by się nie działo - pewnie gdzieś tak "na Grunwald", czyli koło 15 lipca - wypuścimy wreszcie konie na uczciwe pastwisko, a nie na działeczkę przyzagrodową (bo co to dla nich te 4 ha, po których teraz chodzą...).

Skoszone i leży w wyjątkowym tempie: jeśli nie liczyć awarii i przestojów, Radkowi, druhowi memu serdecznemu, udało się to skosić w mniej niż 6 godzin (a byli tacy, parę lat temu, co i 12 godzin potrafili sobie tam jeździć...). Miał kosiarkę szerszą raptem o 30 cm od standardowej - ale chyba mu się radość życia udzieliła, bo zwyczajnie, jak sam przyznał - jeździł szybciej...

Teraz, oczywiście, wiele pracy przed nami. Czekamy na Radka, żeby roztrząsnął - potem trzeba będzie to ze dwa razy przewrócić, zawinąć na wałek, sprasować, no i zwieźć. Na każdym etapie może nas spotkać jeszcze niejedna przygoda. Tak więc: bądźcie Państwo z nami! Najświeższe doniesienia z linii frontu - tylko tutaj..!

Dzięki temu, że skoszone i leży - udało mi się podejść kic-kica..:





Kic - kiców ci u nas dostatek, czasami potknąć się można, bo jak wyższa trawa czy jakieś chaszcze, to dopiero w ostatniej chwili umykają spod nóg (tyle, że ciężko ich wtedy fotografować...).

Ech - charcika by mieć..!

Koniowie tymczasem drzemali wokół wiaty:


Ojciec rodziny z córką i najmłodszą z żon w cieniu za wiatą.

A reszta pod jej dachem:




Przez wzgląd na statyczność tego obrazu, wziąłem się za fotografowanie ogródka (i tak musiałem poczekać jeszcze kilka minut, aż pompa skończy wylewać wodę z hydroforni - naprawiłem wczoraj tę pompę, sam, własnymi ręcami - jakiś szczur, wyobraźcie sobie, przegryzł i przedrapał wąż i dlatego woda lała się zbyt słabym strumieniem, a membrana pompy zapchała się kamykami - naprawienie tegoż ustrojstwa to był powód do radości prawie tak wielki jak to, że skoszone i leży...).







Nazw kwiatków nie podaję, bo nie chcę się wygłupić. W każdym razie pierwsze to chyba dziewanna, a ostatnie - na pewno len. A nie chcę się wygłupić, bo nie mogę skonsultować z bieglejszą w tej materii ode mnie Lepszą Połową, która śpi.

Lepsza Połowa śpi, bo odsypia nocny atak szaleństwa naszego koćkodana. Koćkodan nasz domowy, rodzony - przed 4.00 najpierw zgłodniał (w półśnie dałem jej chrupki), a potem - wziął się za drapanie ścian chatki. Kiedym (dalej w półśnie) zaganiał ją do łóżka, co by drapać przestała - skoczyła prosto na głowę Lepszej Połowy i wczepiła się w nią pazurami... Od czego Lepsza Połowa obudziła się, rzecz jasna i długo nie mogła zasnąć - a teraz odsypia, bo czeka ją dziś jeszcze dużo pisania.

Więc, jeśli Państwo sami nie zgadniecie, co to za kwiatki, to ewentualnie wieczorem, o ile będzie na to czas - uzupełnię...

Cyknąłem jeszcze do tego:


poziomki



tomatillos pod szklarnią


i nasze pierwsze w ogrodniczej karierze ostre papryczki tamże.

Gdy w okolicach wiaty zaczął się ruch...

Panie dzieju, ten tego ten - szefowa zdecydowała wyjść z cienia i poskubać nędzną trawkę Zimowego Padoku:


Od czego Bubę, zostawioną samojeden z synem pod wiatą, ogarnęły wielkie nudy:


(jak widać, mało se szczęki nie wywichnęła ziewając...).

Cóż więc zrobił Bubol nasz rezolutny..?


Ano wyszła i literalnie...


przygnała sobie męża pod wiatę. Któremu zresztą, jak widać na załączonym obrazku, taka obcesowość - wcale się spodobała...

sobota, 29 czerwca 2013

Piekło i Szatani

Prawdziwym wrogiem nie są „banksterzy“, „plutokraci“, „Żydzi“, „masoni“, czy enigmatyczny „NWO“. Prawdziwym wrogiem wolności i zdrowego rozsądku są tzw. „ludzie gorącego serca“…

Pomyślcie Państwo przez chwilę. Kto tak naprawdę doprowadził do tego, że tzw. „krajami rozwiniętymi“ w świecie współczesnym rządzi – przed nikim i za nic nie odpowiedzialna – Święta Biurokracja..?

Czy przypadkiem nie jest to EFEKT funkcjonowania tzw. „liberalnej demokracji“..?

Antropolodzy zajmujący się badaniem najstarszej wciąż istniejącej, biurokratycznej cywilizacji świata, czyli Chin sformułowali jakiś czas temu nader interesującą hipotezę na temat roli „Syna Niebios“ (zwykle znanego pod nazwą „cesarza“, choć nie jest to termin do końca ścisły..). Otóż „Syn Niebios“ był w biurokratycznej cywilizacji chińskiej kimś w rodzaju „zawodowego rewolucjonisty“.

Tylko jemu przysługiwało teoretyczne prawo (i, jeśli starczyło mu po temu siły woli – praktyczna możliwość) kwestionowania biurokratycznej rutyny, wprowadzania zmian, nawet rewolucyjnych.

Byli cesarze, którzy radzili sobie z tym zadaniem – byli tacy, którym przytrafiało się urządzać strajk, ostentacyjnie lekceważąc obowiązki stanu, gdy widzieli, że ich zbyt słaba wola natrafia na ścisły mur niechęci otaczających ich biurokratów – i byli też tacy, którzy nawet na taki rodzaj buntu zdobyć się nie mogli. Jak to w życiu: wszystko zależało od osobowości i charyzmy konkretnej jednostki. Czyli, tak naprawdę – od genowej loterii.[1]

Cesarz Wu z dynastii Han - rewolucjonista, który odniósł sukces...

Z tym, że – w tym konkretnym przypadku – COŚ od osobowości i charyzmy konkretnej jednostki JEDNAK ZALEŻAŁO.

Porównajcie to z teorią i praktyką „liberalnej demokracji“. Teoretycznie – każdy ma prawo zabrać głos w dowolnej sprawie „publicznej“. W praktyce – niezależnie od wszelkich technicznych nowinek[2] - biurokracja ZAWSZE będzie miała przewagę.

Koniec końców, „liberalna demokracja“, jeśli nawet nie jest już bigoteryjną „Tyranią Obyczaju“ – jak wiecowa „demokracja plemienna“ – to w każdym razie, z całą pewnością pozostaje „Tyranią Przeciętności“: ten tylko, kto skutecznie schlebia gustom najszerszej, więc – z definicji – najprymitywniejszej publiczności – może sprawować w „liberalnej demokracji“ władzę.

Na tym polega przewaga instytucjonalnego jedynowładztwa: w monarchii jest możliwym, iż w wyniku genowej loterii władzę obejmie jednostka wybitna. W demokracji – jest to, przynajmniej w warunkach pokojowych, w zasadzie – nie do pomyślenia.

Tylko bezprecedensowy w skali dziejowej dobrobyt, w którym WCIĄŻ się nurzamy jak świnie w błocie – pozwala nam kontynuować tak nieefektywny eksperyment ustrojowy…

Sądzicie, że 460 partykularnych interesików, które spotykają się na tej sali - W JAKICHKOLWIEK OKOLICZNOŚCIACH - pozwoli na coś innego niż "Tyrania Przeciętności"..?

Jeśli mam rację, jeśli rzeczywiście jest tak, jak to opisałem powyżej – to mam też rację i w tym, że boję się „ludzi gorącego serca“..!

Któż to jest..?

Ano – są to na ten przykład właśnie – ideowi, zapaleni „obrońcy praw człowieka“. Jak również „obrońcy kobiet“, „obrońcy dzieci“, „obrońcy zwierząt“, „obrońcy środowiska naturalnego“, „obrońcy praw pracowniczych“ – długo jeszcze by tak można…

Nieodmienną właściwie cechą wszystkich tych grup „obrońców“ jest to, że skutkiem ich „obrony“ – sytuacja „bronionej“ grupy ulega DRASTYCZNEMU POGORSZENIU.

Gdyby wszystkie nieprzewidziane skutki uboczne tak wyglądały...

Na ten przykład – „obrońcy praw człowieka“ na całym świecie ze wszystkich sił swoich „gorących serc“ promują nie co innego, jak właśnie – „liberalną demokrację“

Cóż mamy w efekcie..? Galopujące zadłużenie (zadłużenie jest nierozdzielne od „liberalnej demokracji“: nie zadłużając się na wyścigi – nie sposób korumpować wyborców – a nie korumpując wyborców – nie sposób w „liberalnej demokracji“ utrzymywać władzy…), tyrania wszechpotężnej biurokracji – o wiele gorsza niż za czasów cara Mikołaja II czy cesarza Franciszka Józefa – jest na to całe mnóstwo przykładów, z ostatnim przypadkiem doprowadzonego przez Urząd Skarbowy do samobójstwa rolnika na czele…

Skądinąd – ten blog zaczął się od tego, że nie miałem gdzie i komu wylać żalów na Urząd Celny w Białej Podlaskiej, który mi po roku od sprowadzenia konia, naliczył dodatkową opłatę z odsetkami…

„Obrońcy kobiet“ walczą o przywileje dla kobiet. Na przykład o to, aby policja, prokuratura i sądy – przychylniej traktowały skargi kobiet na ich mężczyzn.

Jaki jest tego efekt..? Zapytajcie eksperta – Daimyo Wam o tym może więcej opowiedzieć

„Obrońcy kobiet“ wywalczyli też dla nich długie urlopy macierzyńskie i wychowawcze. Oczywiście, że w rezultacie – nikt rozsądny kobiety w wieku rozrodczym nie zatrudni, bo niby dlaczego ma jej płacić, gdy ona rodzi i wychowuje dziecko..? Żeby to chociaż było dziecko tego pracodawcy – to można by rzecz zrozumieć – ale, jeśli w jego spłodzeniu nie miał żadnego udziału, to jaka niby moralna racja ma stać za nakładaniem na niego takich obowiązków..?

„Obrońcy dzieci“ oczywiście walczą o to, żeby zwłaszcza rodzice nie molestowali ani nie zaniedbywali swoich dzieci. Efekt? Efekt jest taki, że byt rodziny zależy od całkowicie dowolnego widzimisię pracowników tzw. „opieki socjalnej“ – którzy mogą dowolnie odbierać dzieci komu zechcą (postępowanie dowodowe jest tu niezmiernie trudne i bardzo rzadko się udaje uchylić wyroki tejże „opieki socjalnej“…) i komu zechcą – te dzieci oddawać.

Pewnie, że zdarzają się wyrodni rodzice. Chyba jednak – nie na każdym kroku i nie w każdym domu..? Tymczasem skutkiem działania „ludzi gorącego serca“ powstało PRAWNE DOMNIEMANIE, że KAŻDY rodzic co najmniej – zaniedbuje swoje dziecko (jeśli nie robi mu czegoś gorszego…). Jak się przed tym w ogóle bronić..?

Jaki idiota zdecyduje się, przy tego rodzaju regulacjach – wiązać na stałe z kobietą (gdy ta W KAŻDEJ CHWILI może mu zabrać gros majątku, zszargać opinię i wtrącić do więzienia) czy też – mieć dzieci (gdy może je W KAŻDEJ CHWILI utracić, a co gorsza – nader prawdopodobnym jest, że wyznaczeni przez gosudarstwo edukatorzy, nastawią je przeciw niemu, o ile tylko – nie kroczy w tzw. „awangardzie postępu“…)?

Wszystko to WYGLĄDA jak jakiś monstrualny spisek.

Czy jednak naprawdę „spisek“ jest najprostszym wytłumaczeniem tego, co widzimy..?

A nie wystarczy – głupota i „Tyrania Przeciętności“..?

Jakież inne ludzkie uczucia są powszechniejsze, silniejsze, bardziej „demokratyczne“ niż – zawiść, podejrzliwość, bezinteresowna złośliwość..?

„Ludzie gorącego serca“ widzą krzywdę. Najczęściej – krzywdę rzeczywistą. Rzucają się, aby ją ze wszystkich sił naprawiać i zwalczać. Me®dia nagłaśniają problem. Biurokracja, kierując się nie żadną przeciw-ludzką konspiracją, tylko zwykłym, instynktownym tropizmem, jak roślina pnąca się ku słońcu – natychmiast dostrzega szansę na zwiększenie swoich kompetencji, rozrost posad, przyrost budżetu. Zawiść, podejrzliwość i bezinteresowna złośliwość większości tzw. „wyborców“ – dopełniają reszty…

Już wkrótce lasy wokół Boskiej Woli zostaną całkowicie zasypane śmieciami. Jeśli do tej pory było z tym bardzo źle – to teraz będzie wręcz – tragicznie!



Powód? Oczywiście – wypromowana przez „ludzi gorącego serca“, czyli w tym przypadku – tzw. „obrońców przyrody“ – nowa ustawa „śmieciowa“. Znikną publiczne śmietniki. Od tej pory wszystkie śmieci mają być zdawane firmie wybranej przez gminę.

Która to firma odbierać będzie tylko śmieci posegregowane (czy jakiemuś idiocie przyszło do głowy sprawdzić, jak trudno jest na wsi umyć wszystkie opakowania szklane – i oddzielić od nich etykietyki – gdy nie ma tu ciepłej wody z sieci i trzeba ją sobie samemu grzać..?) – raz na dwa tygodnie lub raz na miesiąc.

Jaki złamany chuj, ciężki kretyn z wrodzonym debilizmem, down najgorszego sortu – próbował potrzymać w obejściu przez miesiąc, a choćby i przez dwa tygodnie – zużyte pieluchy jednorazowe..?

Oczywistą oczywistością jest, że zużyte pieluchy jednorazowe MUSZĄ wylądować w lesie najdalej drugiego dnia po ich zużyciu. Podobnie jak cała masa innych odpadów, których żadnym sposobem nie da się składować tak długo (już nie mówiąc o tym, że 120-litrowy worek to rodzina z czworgiem dzieci zapełnia w dzień, góra dwa… Nam taka objętość – a żyjemy bardzo skromnie – starczy MOŻE na dwa tygodnie…).

Jeśli miałbym wybierać pomiędzy „spiskową“ interpretacją tego zdarzenia, a interpretacją odwołującą się li i jedynie do jednostkowej głupoty „ludzi gorącego serca“ oraz systemowych mechanizmów biurokratycznego przymusu – to drugą z tych interpretacji uważam za prostszą.

Nie ma żadnej „wojny“. Bo nie ma „prawdziwego wroga“. Prawdziwym wrogiem jest przede wszystkim głupota. Głupota (i demokracja, która pozwala głupocie kwitnąć…) – to prawdziwe Piekło i Szatani, z którym trzeba walczyć na każdym kroku!



[1] Bardzo ciekawym zagadnieniem DO ZBADANIA jest, na ile „pozytywna selekcja“ genotypów obdarzających charyzmą i siłą woli wśród rodów panujących – kolidowała z potencjalnie negatywnymi skutkami „depresji inbredowej“, spowodowanej małą liczebnością zbioru „rodów panujących“… Pytanie też, na ile opłacała się strategia „egzogamii międzynarodowej“, stosowana w praktyce przez europejskie rody panujące (których członkowie szukali sobie zwykle partnerów wśród innych rodów panujących) w stounku do strategii „narodowej endogamii“, stosowanej przez rody panujące np. Bizancjum, Rusi, czy Chin – gdzie władcy poszukiwali partnerek dla swoich następców wśród poddanych – o czym kiedy indziej szczegółowo pisałem
[2] Czy Państwu P.T. Entuzjastom Postępu przyszło do głowy – jak łatwo jest manipulować użytkownikami tzw. „portali społecznościowych“ – jeśli ma się tylko stosowne uprawnienia..? Jak by to było..? Możliwość przekazania wiadomości wszystkim użytkownikom Fejsbóka na danym terenie naraz – bezcenne! Za resztę zapłacisz kartą Mastercard…

piątek, 28 czerwca 2013

Etnografia i łowy

Mieliśmy dziś niepowtarzalną okazję wysłuchać kilkudziesięciu różnych piosenek, wierszyków i kupletów ludowych z ust autentycznej, prawdziwej, nie podrabianej - ludowej poetki. 

W dodatku - mokry sen każdego prawdziwego hipstera - nie odkrytej. Dopiero planuje zapisać się do lokalnego koła gospodyń wiejskich - ale musi w tym celu nabyć pojazd mechaniczny, bo ma za daleko, żeby rowerem dojeżdżać...

Niestety, nie było czasu notować - ale, mamy nadzieję, nic straconego. Bo tu jaką telewizję chyba warto by było zainteresować, czy inne muzeum etnograficzne..!

Z pamięci zapodaję jeden przykładzik kuplecika weselnego (pewnie będą się nam następne w kolejnych dniach przypominały, to nie omieszkam...):

Daję ci ja młody małego ogórka,
Żebyś zawsze wiedział, gdzie ta słodka dziurka

Resztę dnia wypełniły nam głównie łowy. Na odrobinę dobrej pogody. Na komary, które prawie mnie zjadły żywcem, gdy - po deszczu - przerzucałem skoszoną trawę z najniżej położonego miejsca Wielkiego Padoku, żeby w wodzie nie leżała.

Wreszcie - na Radka, druha mego serdecznego. Które to łowy - jak na razie - zakończyły się powodzeniem. Bo przyjechał i kosi dalej. To znaczy kosił. Przez ciut ponad godzinę. Potem znowu coś się urwało i pojechał wymieniać...

Bóg jeden raczy wiedzieć, co z tego wyniknie - może padać i jutro, powinno padać w niedzielę. No cóż - najwyżej zbierze się to przyczepą samozbierającą i wy..doli w cholerę. Grunt, żeby pastwisko za dwa tygodnie dla koni było..!

Na sam koniec dnia, jakąś godzinę temu - wzięło i rozpogodziło się słonecznie. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie strzelić kilku foci...


Nagietek (i maciejka w tle)


Dalia


Dynia


Dyniowo - fasolowo - kukurydziany gąszcz (który już znowu od spodu wypełniają też i chwasty...)


Fasola


Wiesiołek

No i nasi milusińscy:


Osman Guli z Ostowarem


Melesugun z Mijanem


Margire z Madeszir


Przedszkole w całej okazałości


Gdzie można wetknąć głowę...


I ojciec rodziny do kompletu. Niech Was nie zmyli ta zieloność..! Niestety, ale na Pierwszym Padoku zielone zostały głównie chwasty, których konie i tak nie jedzą. Stąd - nie ma się co pieścić z Wielkim Padokiem i trawą na nim, musi być skoszona i uprzątnięta jak najszybciej...

Ech...

Komputery powiadacie, technika, postęp, racjonalizm - taaak..?

Do dupy z tym wszystkim..!


Prognozy pogody TRAFNEJ na kilka godzin naprzód Nasza Wspaniała Cywilizacja sprokurować nie potrafi - to o czym my tu w ogóle rozmawiamy..?

I wcale nie chodzi o zjawiska gwałtowne i chaotyczne...

Wczoraj nasza lokalna prognoza pokazywała cieniuteńkie, wątłe kreseczki opadu (to znaczy: mżawka, opadeczek, opadziątko, bez znaczenia - w innej prognozie określone na 0,4 mm...) w sobotę po południu. Dziś miało być pochmurno i wietrzno, ale bez opadów.

Toteż, kiedy około 17.00 zjawił się u nas Radek, druh mój serdeczny, z zamiarem koszenia Wielkiego Padoku - nie protestowałem.

Co prawda, pierwotna koncepcja była taka, że mnie to nie powinno szczególnie martwić. Otóż kilka dni wcześniej, wiedząc z prognozy długoterminowej, że tak naprawdę co najmniej do połowy lipca warunków do robienia siana i tak nie będzie, bo co kilka dni coś ma spaść - a chcąc zarazem jak najszybciej przestawić nasze żarłoczne koniowate na Wielki Padok, bo na Pierwszym już nie za bardzo mają co skubać - zaproponowałem mu wymianę.

Niech sobie Radek, druh mój serdeczny, skosi trawę u nas i przerobi na kiszonkę - szybciej mu się to uda niż na jego, o wiele niżej położonej, mokrej łące. W zamian, oczywiście po odliczeniu kosztów, da nam suchego siana, gdy już je u siebie zrobi.

Uwielbiam takie skomplikowane i wymagające wyobraźni transakcje..! Teoretycznie każdy na tym wygrywał: ja miałbym pastwisko, a potem siano - taniej w sumie, niż normalnie - a Radek miałby kiszonkę wcześniej i pewniej, niż u siebie (bo już pod koniec przyszłego tygodnia, wedle owej długoterminowej prognozy, ma być co prawda o wiele cieplej - ale też: lać ma, jakby znowu nastały czasy patriarchy Noego... - czy więc Radek prędko na te swoje łąki wjedzie, to kwestia wątpliwa...).

Cóż - kiedy interes załamał się, nim się zdążył na dobre zacząć. Radek objechał dwa pokosy, ja poszedłem poszukać kamienia, na którym 4 lata temu rozbił już jedną kosiarkę, co by go oznakować - i od słowa do słowa, okazało się, że trawa u nas marna, dla krów się nie nadaje, a w ogóle, trawy przecież wszędzie dużo (co z tego, że w wodzie stoi..?).

Po dłuższych negocjacjach stanęło, że skoro Radek już zaczął kosić, to skończy, roztrząsie i nawet potem sprasuje - czysto usługowo...

Dopiero po tym ustaleniu zainteresowałem się prognozą pogody. 0,4 mm w sobotę popołudniu to nic takiego - jest szansa...

Acha..!

Leje w tej chwili i to już od godziny całkowicie pełnowymiarowy, normalny deszcz, nie żadna tam mżawka, opadzik, opadziątko! Przyrządu do pomiarów nie mam, ale po kałużach sądząc, spadł już co najmniej milimetr, a nie 0,4 (przez cały dzień!). I nie zbiera się przechodzić...

W sumie dobrze, że niewiele Radek wczoraj pokosił - bo mu się po dwóch godzinach nowa używana kosiarka wzięła i rozpadła na części...

czwartek, 27 czerwca 2013

Dehumanizacja wroga

To jeden z najbardziej elementarnych chwytów psychologicznych, dzięki którym człowiek z natury rozsądny i zgodny – zdolny jest zabić bliźniego swego.

Już w „Iliadzie“ Achilles (który, skądinąd, bynajmniej nie był człowiekiem z natury rozsądnym i zgodnym…) ciało zabitego Hektora wlecze za swoim rydwanem tak, jakby to była rzecz, a nie szczątki człowieka. Nocna wizyta zrozpaczonego Priama przywraca bohaterowi zdolność postrzegania rzeczywistości – oddaje ciało syna ojcu, by mogło zostać pochowane jak należy.

wolałbym "Fragment", gdzie to samo jest wyrażone dosadniej - ale nie wygrzebałem na YouTube...

Achilles (który bynajmniej nie był człowiekiem z natury rozsądnym i zgodnym…) postępuje poniekąd odwrotnie niż bohaterowie późniejszych wojen. Odczłowiecza swojego wroga dopiero wtedy, gdy ten leży zabity pod jego stopami – i, pozostając z dowodem swojego czynu, czyli ze spostponowanym ciałem – potrafi się przyznać do szaleństwa i z powrotem ujrzeć w ciele Hektora człowieka.

No cóż: na tym właśnie polega kanon literacki eposu, że przedstawia się czyny niezwykłe i godne pamiętania..!

Zwykle dehumanizacja wroga następuje na długo przed tym, nim po raz pierwszy pod hełmem błysną białka jego oczu. Zajmuje się tym literatura popularna (a w ciągu ostatniego stulecia, także film i telewizja…).

Zauważcie, że – biorąc pod uwagę TO KONKRETNE KRYTERIUM – Sienkiewicz „literatury popularnej“ bynajmniej nie tworzył!

Nawet w „Krzyżakach“ są postaci pozytywne także i po drugiej stronie barykady. Jak choćby stary, mądry i sprawiedliwy wielki mistrz Konrad von Jungingen. Są też postaci stojące „w pół kroku“ – jak rycerz Fulko de Lorche, czy choćby „dobry Niemiec“ – Sanderus, który wprawdzie zajęcie ma podłe, bo handluje fałszywymi relikwiami, ale przecież – dusza z niego nie człowiek, byleby mu lada co zapłacić, a Zbyszkowi gotów służyć prawie że z czystej sympatii – i nie zdradza go, choć przecież by mógł!

W „Trylogii“ to w ogóle Niemcy mogą uchodzić za wzór cnót – przynajmniej: cnót wojennych. Zaczynając od owego regimentu piechoty, który woli dać się wyrżnąć do nogi na Dnieprze, byle tylko przysięgi nie zdradzić (choć byłaby to zdrada „o mały włos“, bo termin kontraktu właśnie im się kończy…), a kończąc na tych „dobrych pachołkach“, co to „nie oddadzą prochów“…

Jeśli już, to „literaturę popularną“ tworzył niejaki Karol Bunsh. Proszę się przyznać – kto się w dzieciństwie zaczytywał „Dzikowym skarbem“ czy „Psim Polem“..?

Dehumanizacja wroga to, podobnie jak historia, wynalazek który (z braku starszych źródeł…) słusznie i sprawiedliwie przypisać jest Herodotowi. Niestrudzony ów podróżnik, który wiele czasu spędził na dworze perskich królów – i zmuszony był oddawać im sprawiedliwość tam, gdzie przychodziło do rzeczy konkretnych (koniec końców, czy można nie szanować ludzi, którzy swoich synów kształcą w dwóch tylko rzeczach: w jeździe konnej – i w mówieniu prawdy..?) – mimo to opisał ich jako „miękkich“ i „zniewieściałych“. Co też od tej pory stało się niejako kanonem opisu wszelkich ludów wschodnich – aż do istnej kulminacji tego stylu w twórczości Kiplinga.

Rzecz, tak naprawdę, aż do całkiem niedawna, funkcjonowała w pewnym sensie na marginesie kultury, nawet – kultury wojennej. Ostatecznie: odczłowieczać wroga to powinien przed starciem szeregowy żołnierz. No, góra kapral! Już sierżant, nie wspominając o wyższych szarżach, winien postrzegać przeciwnika możliwie szeroko – o jego człowieczeństwie ani na chwilę nie zapominając. Zarówno ze względów czysto praktycznych (bo od takiej „dehumanizacji“ mały krok do „kompletnego zaczadzenia“, a to już niebezpiecznie ogranicza orientację i może narażać na klęskę…), jak i dlatego, że u ludzi na pewnym poziomie intelektualnym – operacja taka nie powinna być potrzebna.

Rycerz, oficer, człowiek kulturalny jednym słowem – będzie walczył z wrogiem nie dlatego, że ów wróg to jakieś „dzikie zwierzę, nie zasługujące na to, aby żyć“, czy zgoła „martwy przedmiot“ – tylko dlatego, że tak po prostu trzeba i on tę konieczność potrafi sobie bez dodatkowych zabiegów psychologicznych uprzytomnić.

Pięknie to opisuje w powieści „Głos Pana“ Mistrz Lem ustami doktora Rappaporta, który głównemu bohaterowi opowiada o masowej egzekucji, której był w młodości świadkiem: Prostsi z jego ludzi (chodzi o oficera dowodzącego egzekujcą) wyższego wtajemniczenia nie posiedli, pozór człowieczeństwa, jakim były nasze ciała, nasze dwie nogi, twarze, ręce, oczy, ten pozór zwodził ich nieco i dlatego zmuszeni byli masakrować owe ciała, aby je uniepodobnić do ludzkich, ale jemu takie prymitywne zabiegi już nie były potrzebne.

Dehumanizacja wroga może polegać na takim zmasakrowaniu jego ciała, żeby już nie przypominało człowieka – a może też polegać (i najczęściej właśnie polega) na takim obsmarowaniu mu d…y przy pomocy literatury popularnej, filmu lub gry komputerowej – że prosty żołnierz zobaczy w nim Obcego, który się tylko na pozór w ludzkie ciało przebrał. I będzie miał wówczas dość siły ducha (będąc z natury człowiekiem rozsądnym i zgodnym), by nacisnąć spust, lub pchnąć bagnetem.

Całe niebezpieczeństwo „wojny dronów“ polega na tym, że operator drona, siedzący sobie wygodnie setki czy tysiące kilometrów od teatru działań i popijający przez słomkę (ręce ma chyba jednak zajęte..?) dietetyczną Colę lub innego Red Bulla – nie ma takich dylematów, bo dla niego cała ta sytuacja NICZYM nie różni się od gry komputerowej. Zabija zatem – ZBYT ŁATWO. Zabija bez moralnych (dla siebie) konsekwencji.

Tym sposobem postęp techniczny doprowadził do pozbawienia wroga wszelkich już cech człowieczeństwa. Nie stało się to zresztą ani dziś, ani nawet wczoraj. Już rozwój lotnictwa dawał całkiem podobne efekty (ostatecznie czy bombardier widząc z góry domki jak podełka zapałek myślał o kobietach i dzieciach, które zabija..?). Jak twierdzi w swoich wojennych wspomnianiach ojciec Innocenty Bocheński – w czasie ostatniej wojny lotnictwo Z OBU STRON zachowywało się nadzwyczaj paskudnie.

Ryzyko jednak nie tylko do nowinek technicznych się sprowadza. Odnoszę oto wrażenie, że wśród Państwa – niewielu zostało takich, którzy wyższe wtajemniczenie posiedli. Zarówno w komentarzach pod oboma moimi tekstami – wczorajszym i przedwczorajszym i to tak samo na blogu głównym, jak i na „Nowym Ekranie“ – jak i w dyskusji o Krzyżakach na „Nowym Ekranie“ – większość komentatorów „mówi Karolem Bunshem“. Względnie – Zofią Kossak – Szczucką.

Na miłość Boską! Państwo, jak to czytacie – uważacie się za prostych szeregowców, a co najwyżej kaprali – czy jednak aspirujcie co najmniej do bycia oficerami..?

Jeśli aspirujecie, to nie zachowujcie się jak naćpane propagandą szczeniaki z Hitlerjugend czy innego Komsomołu..!


„Tysiącletni Drang nach Osten“, „krzyżacka zawierucha“, a też i takie „byty myślowe“, jak „Iluminaci“, „Reptilianie“, czy „rząd światowy“ – to są narzędzia, przy pomocy których można, gdy jest po temu czas odpowiedni i miejsce – wzbudzić gniew tłumu i zmienić go w wojsko.

Na razie, mam wrażenie, nikt tu żadnego gniewu nie wznieca, a i wojska nikt nigdzie nie wysyła – dyskutujemy sobie, siedząc przed komputerami, więc jak sztabowcy, damy i dżentelmeni: przy kawie, ciasteczkach, koniaczku jak kto woli…

Ulegać w takich okolicznościach jakiemuś hurrapatriotycznemu zaczadzeniu – to już dowodzi wielkiej słabości umysłu.

Nie było „tysiącletniego Drang nach Osten“. No i co z tego? Czy z tego wynika, że powinniśmy TU i TERAZ padać na twarz przed kanclerzycą Anielą..?

Podałem Państwu konkretne i rzeczywiste mechanizmy, które doprowadziły do przesunięcia granicy między etnosem słowiańskim a etnosem germańskim tak daleko na wschód. Dyskusji nad zagadnieniem reformacji i problemem uwłaszczenia chłopów – NIKT nie podjął. Jeśli Państwa nie interesuje rzeczowa dyskusja nad tymi – niezwykle ciekawymi – zjawiskami socjologicznymi, psychologicznymi i ekonomicznymi – jeśli nie potraficie nic więcej, niż tylko unosić się patriotyczną tromtadracją, sypać nic nie znaczącymi sloganami i używać dzisiejszych pojęć do – niesprawiedliwej – oceny działania ludzi, którzy pomarli 700 lat temu – to cóż ja Wam mogę powiedzieć..?

Natomiast zjawisko takiej „trwałej dehumanizacji wroga“ – samo w sobie wydaje się niezmiernie doniosłe i niezmiernie interesujące.

W dawnych i zapewne lepszych czasach, istniały specjalne rytuały, których przejście zamieniało „człowieka cywilnego“ w „żołnierza“, a potem – umożliwiały jego „demobilizację“ i powrót do „życia cywilnego“.

Mieli takie rytuały Grecy i Rzymianie, mieli Zulusi (te są dobrze opisane, proszę sobie poszukać w necie…). Wspólnym mianownikiem tych zjawisk kulturowych wydaje się przekonanie, że „stanem normalnym“, jest właśnie „życie cywilne“ – w którym to „życiu cywilnym“ człowiek nie używa na co dzień przemocy względem bliźniego swego. Natomiast „życie wojskowe“ to pewien chwilowy wyjątek od ogólnych reguł rządzących społeczeństwem ludzkim.


Oczywiście, rytuały takie nie mogły przetrwać w dobie racjonalizm. Współcześnie zatem – mamy zamiast tego psychiatrów i „syndrom stresu pourazowego“. Śmiem wątpić, czy ten racjonalny, współczesny system, jest rzeczywiście skuteczniejszy od dawnych – jak chodzi o sprawną „demobilizację“ weteranów i powtórną ich integrację z „życiem cywilnym“.

Tym bardziej, że współczesne „życie cywilne“, na skutek masowej propagandy sączącej się ze wszystkich mediów wydaje się być o wiele mniej „cywilne“ niż kiedykolwiek wcześniej!

Tradycyjnie uważano, że stan zagrożenia zewnętrznego sprzyja kształtowaniu się tyranii. Czyżby nasza liberalna demokracja była już tyranią w tak wielkim stopniu, że istnieć nie może, nie używając nieustannie demonicznego i nieludzkiego wroga jako straszaka, trzymającego „ludzkie stado“ w posłuszeństwie i koherencji..?

To bardzo ciekawe. I bardzo jestem ciekaw Państwa zdania na ten temat. O ile, oczywiście – macie jakieś zdanie..?

środa, 26 czerwca 2013

Znowu w siodle

Po ponad roku przerwy (jeśli nie liczyć tego jednego, jedynego razu, gdy - ze skutkiem wiadomym - wsiadłem byłem na oklep...), zdobyłem się dziś wreszcie na odwagę i osiodłałem Bubę. I nawet wsiadłem na nią i wykonałem cztery kółka po Padoku Zimowym w lewo oraz cztery kółka w prawo.

Nie przyszło mi do głowy, że Lepsza Połowa będzie to fotografować, więc kiedy na Padok przybiegł z pastwiska Knedlik (a ja nie wziąłem bodaj uwiązu, nie mówiąc już o baciku, co by nie dać się wziąć od tyłu...)


zamiast bohatersko stawić czoła problemowi


tchórzliwie zsiadłem.


No i teraz, właściwie, to nie macie Państwo nawet obowiązku mi wierzyć, że w ogóle na koniu siedziałem - nie ma zdjęcia, nie ma dowodu...

No cóż: jutro wsiądę ponownie. Bo było fajnie. Buba nic nie zapomniała. Już sam fakt, że po takiej przerwie, daliśmy radę chodzić STĘPEM - mówi wszystko...

Jedyny kłopot, że wsiadać trzeba w biegu, bo strasznie trudno jest jej ustać w miejscu. Zawsze tak było. Ale wcześniej - byłem parę kilo lżejszy i bardziej do takiej "dżygitówki" wprawiony. No i nie mam klarownego pomysłu na to, jak na przyszłość zapobiegać pojawianiu się Knedla i jego zalotom.

Wszystko przyjdzie z czasem..!

Jutro spróbuję po prostu zamknąć za sobą bramę na Padok Zimowy (to nie jest takie proste...).

Poćwiczyliśmy tylko jeszcze przez chwilę zwroty "na sucho":


aż trzeba było wędzidło potem umyć, tak się fajnie spieniła.

Fobie nasze powszechne

Często słyszę od Państwa zarzut, że „wyciągam wnioski ogólne z osobistych doświadczeń“. A przepraszam bardzo – z czego mam takie wnioski wyciągać..?

Może z raportów Banku Światowego, albo z przemówień Donalda Tuska..?

Dziś też, tak jak przedwczoraj, zacznę od „osobistych doświadczeń“. Czyli od rozmów ze znajomymi i nieznajomymi, których zdarzało mi się spotykać czy to w trakcie załatwiania różnych spraw życiowych, czy to – w trakcie mojej nieudanej kariery prezentera sprzedaży bezpośredniej (a zjeździłem w tej roli sporą część Polski i rozmawiałem z setkami ludzi!).

W trakcie tych rozmów napotkałem dwie bardzo ciekawe fobie. Obie fobie mają podłoże materialne, pieniężne. Obie spotyka się często wśród tzw. „prostego ludu“. Niekoniecznie u tych samych osób: to jest indywidualnie różne na tyle, że nie potrafię powiedzieć, pomimo oczywistego dość podobieństwa „formalnego“, czy fobie te są ze sobą związane, czy też – są od siebie niezależne i jeśli się u kogoś łączą, to jest to przypadek..?

Fobia pierwsza to zawiść w stosunku do rolników.



Zaskakujące..? Państwo są zdziwieni? Żydzi, masoni – w ostateczności niech już będą nawet cykliści – ale żeby ktoś źle życzył rolnikom..? Co to „żywią y bronią“..?

A jednak! Już o tym zresztą pisałem. Resentyment wobec rolników jest wśród miejskiej „niższej klasy średniej“ (głównie wśród drobnych przedsiębiorców, sklepikarzy, właścicieli warsztatów i małych firm usługowych) – OGROMNY. Wręcz – przybiera takie rozmiary, że stwarza to niejaki „potencjał wyborczy“ – i na tym właśnie opieram moje czarnowidztwo jak chodzi np. o przyszłość mięsnej hodowli koni w Polsce (ale ta sama gilotyna „utnie“ też pewnie i hodowlę zwierząt futerkowych i ubój rytualny i parę innych gałęzi naszego – i tak zdychającego w męczarniach – rolnictwa…).

Chodzi oczywiście o dopłaty.

To rzeczywiście jest wkurzające – no bo z jakiej racji ja dostaję te 10 tysiaków raz do roku, a na przykład nasz ulubiony mechanik samochodowy, Mistrz Dębski z ulicy Górczewskiej, u którego zwykle serwisujemy naszą „Wendi“ – nie..? W czym niby jestem od niego lepszy..?

Skądinąd: zachodzę w głowę komu i jakim sposobem udało się zrozumiałą niechęć najbardziej poszkodowanych przez panujący terror podatkowy drobnych przedsiębiorców odwrócić od rzeczywistego sprawcy ich nieszczęść, czyli od niemiłościwie nam panującego gosudarstwa i pchnąć ich przeciw innym drobnym przedsiębiorcom (fakt, że uprzywilejowanym – ale to są przywileje w dużym stopniu pozorne i przynoszące efekt zgoła przeciwny do deklarowanego celu – o czym już bardzo, bardzo dawno temu pisałem!)?

Być może: nikt nie musiał sobie takie trudu zadawać. Być może, taka już jest natura ludzka, a przynajmniej – natura Polaków – że „wrogiem“ może być tylko ktoś w miarę konkretny i rzeczywisty. „Gosudarstwo“, „Jewrosojuz“ – to byty jednak abstrakcyjne. Mogą się ukonkretyzować w postaci aroganckiej twarzy i rozbieganych oczek Donalda premiera Tuska – ale to przecież nie załatwia sprawy do końca: premierzy przychodzą i odchodzą, a podatkowy i ZUS-owy (co najbardziej drobnych przedsiębiorców z miasta dotyka i co ich najbardziej od rolników odróżnia…) terror trwa. Potrzebny jest jakiś inny jeszcze „chłopiec do bicia“.

No i takim „chłopcem do bicia“ może być jak najbardziej rolnik: ZUS-u nie płaci, dopłaty dostaje, preferencyjne kredyty dostaje, wypasioną furą jeździ, domy jak pałace dzieciom buduje – a huź go na! A bierz go, rwij, ujadaj!

Trudno o popularniejszą reformę niż likwidacja KRUS.[1]

Co jest kompletnie bez sensu, jeśli się nad tym zastanowić na trzeźwo! Czyż nie rozsądniej byłoby – jeśli już jakiś „-US“ KONIECZNIE musimy mieć (czego wcale nie jestem taki pewien…) – zlikwidować ZUS i gremialnie przejść na KRUS..?

To się źle skończy. Niewolnicy, zamiast „powstać i zerwać kajdany“ – powstaną i zakują w kajdany innych niewolników. Co zresztą – niejeden raz już w dziejach bywało…

Druga fobia to nienawiść do Kościoła i księży.



Fobia ta, wedle MOICH osobistych doświadczeń – najsilniejsza jest obecnie nie wśród „młodych, wykształconych z wielkich miast“ („młodzi, wykształceni z wielkich miast“ mają Kościół i księży w przysłowiowej d…ie – jeśli zdarza im się bywać w świątyni, to przy okazji wypasionego wesela, kontakt z Kościołem mają głównie za pośrednictwem notek Onetu, „obnażających“ pedofilię, „homofobię“ i temu podobne – jeśli jeszcze zajmują się w ogóle sprawami Kościoła, to z malejącym zapałem, ot: tu czy tam skrobnie się zjadliwy komentarz w necie – i to wszystko…).

Nienawiść do Kościoła i księży najsilniejsza jest wśród prostych, biednych, ciężko pracujących ludzi – na wsi i w małych miasteczkach. Co ważne: nienawiść ta NIE ZALEŻY od stopnia osobistej religijności. Bardzo wielu jest ludzi mocno wierzących, którzy jednak na każdym kroku podkreślają, że „wierzą w Boga, a nie w księży“.

Nienawiść do Kościoła i do księży ma podłoże czysto materialne: wynika z zawiści wobec stylu życia wiejskich czy małomiasteczkowych proboszczów (niedościgłego dla zdecydowanej większości ich owieczek…) – oraz z wysokich stawek opłat za usługi, które świadczą (zauważcie, że takie źródło antykościelnej fobii jest możliwe TYLKO wśród praktykujących katolików: kto nie chrzci i nie posyła do Pierwszej Komunii czwórki dzieci, temu wisi, że chrzest kosztuje 200 złotych, a komunia 1000…).

Jest w tym pewna tradycja. Już w XVI wieku bodaj Jan Franciszek Commendone, o którym kiedyś mimochodem wspominałem stwierdził, że gdy rozmawia z Polakami o liturgii i rytuale – są gorliwymi katolikami. Gdy rozmowa schodzi na jurysdykcję sądów kościelnych – ci sami rozmówcy przeistaczają się w jednej chwili w zapartych kalwinów. A gdy dochodzi do kwestii dziesięcin – ma przed samą samych tylko antytrynitarzy..!

Tyle, że w XVI wieku tak było ze szlachtą i to raczej – tylko tą zamożniejszą. A teraz podobne zjawisko zachodzi na skalę masową wśród najbiedniejszego, najliczniejszego „ludu“.[2]

Zjawisko to jest niezmiernie wręcz niebezpieczne. Co prawda, nie wydaje mi się, aby mogło się to przekuć na wyborczy sukces „filozofa z Biłgoraju“ – ale kto to może wiedzieć: może trafi się nam w przyszłości mniej zmanierowany i strawniejszy dla prostego ludu antyklerykał..? No i – sukces wyborczy to jedno – a życie to zupełnie co innego: czy nasz współczesny „prosty lud“ powstanie w obronie swojego Kościoła, gdy jakaś władza będzie chciała się za niego zabrać..?

Czy fobia antykościelna jest sterowana z zewnątrz i stanowi efekt działania jakiegoś planu? Może tak, może nie.

Na pewno OBIE wyżej nazwane fobie są zjawiskami bardzo niepokojącymi. Obie bowiem zapowiadają, co się stanie, gdy czar dobrobytu, w którym wciąż się nużamy – pryśnie.

Polacy, zamiast zwalczać „system“, zamiast „walczyć o niepodległość“, czy też „wykuwać nowy paradygmat cywilizacyjny“ – jak tego chce Pan Piotr w jednym z ostatnich komentarzy – rzucą się sobie nawzajem do gardeł.

Miejski lumpenproletariat (spauparyzowanych „młodych, wykształconych z wielkich miast“ NIE wyłączając) rzezał będzie „posiadaczy“ bez rozróżniania kto zacz. Mechanicy samochodowi, hydraulicy i tynkarze – przyłączą się ochotniczo do „trójek stalinowskich“ wizytujących gospodarstwa wiejskie w poszukiwaniu ukrytych świń i zapasów zboża. Wierni wiejskich i małomiasteczkowych parafii z radością asystować będą publicznemu przeganianiu swoich proboszczów „ścieżkami hańby“.

Skorzysta na tym, urośnie, władzę zdobędzie i utrwali – Nowy Tyran. Nowy Heliogobal, którego dawno temu przepowiadałem – a może jakiś „Nowy Stalin“ w rzeczy samej..?


[1] Do której NIE dochodzi tylko dzięki osławionej „zdolności koalicyjnej“ PSL-u: o czym na innym miejscu i w trochę innej sprawie, też już dawno temu pisałem
[2] Cóż: w XVI wieku Kościół utrzymywał się ze swoich dóbr ziemskich – i był dla chłopów poddanych w tychże dobrach „lżejszym“ panem, niż właściciele prywatni – trudno było narzekać. Od półwiecza z okładem – utrzymuje się głównie dzięki ofiarności wiernych i opłatom za rzeczone „usługi“. Sądzicie może, że „podatek kościelny“ rozwiąże ten problem..? Oj, nie wydaje mi się, nie wydaje…

wtorek, 25 czerwca 2013

Nasi najbliżsi bracia, Niemcy…

Pół dnia się zastanawiałem, co by tu napisać kontrowersyjnego, co wzbudzi burzę krytyki. Wypieliłem kilka grządek w ogródku, przelonżowałem wszystkie 7 koni (źrebiąt nie wyłączając…) – i wciąż nic.

Na szczęście – zajrzałem do komentarzy pod ostatnim wpisem pani KOSSOBOR na „Nowym Ekranie“ – o Krzyżakach. Sprawa stała się jasna: nie ma lepszego pomysłu – trzeba wetknąć Wam, Drodzy Czytelnicy, palec w oko i wykpić Wasze NICZYM NIEUZASADNIONE antyniemieckie fobie…

Żeby nie było: akurat tak się przypadkiem składa, że nie przyjaźnię się z ani jednym Niemcem (natomiast mam przyjaciół Moskali i bardzo sobie ich przyjaźń cenię…), a krótkie i przelotne wizyty, które zdarzało mi się składać u naszych zachodnich sąsiadów pozostawiły we mnie jak najgorsze wrażenia (kiedyś może zrecyklinguję opowieść o stadninie w Neustadt am Dosse, gdzie byłem w ramach „podyplomu“ i gdzie BARDZO mi się nie podobało…) – znowu: w przeciwieństwie do wizyt w Rosji, w którym to kraju jestem wprost zakochany.[1] Żeby tylko Dyabli wzięli rosyjską drogówkę, a zaraz bym tam emigrował…

Jednak – jak to już wczoraj cytowałem – „tylko prawda jest ciekawa“.

Prawda jest taka, że tzw. „tysiącletni Drang nach Osten“, „odwieczne dybanie złowrogich Germańców na słowiańskie ziemie“ i temu podobne „cliché" PRL-owskiej propagandy, to pomysł tak żenująco młody i niedawny, że zaiste – do głębokiego namysłu nad słabością ludzkiej natury i zawodnością ludzkiej pamięci prowokuje, gdy się historii tego mitu przyjrzeć…

Pierwszy RZECZYWISTY konflikt pomiędzy Polakami występującymi jako „Polacy“ właśnie (a nie jako poddani takiego lub innego króla, ceniący sobie ponad wszystko osobistą wolność obywatele szlacheckiej Rzeczypospolitej, którym nie w smak habsburgski absolutyzm, itp.), a Niemcami, występującymi jako „Niemcy“ (a nie poddani Cesarza RZYMSKIEGO, lub któregoś z licznych, ale przecież NIGDY nie reprezentujących „Niemiec jako całości“ państw Rzeszy) miał miejsce w Roku Pańskim 1848.

W trakcie obrad rewolucyjnego Zgromadzenia Narodowego we Frankfurcie nad Menem stanęła sprawa uregulowania kwestii „Wielkiego Księstwa Poznańskiego“, utworzonego na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego. Początkowo Izba niemal jednogłośnie przychylała się do tego, aby owemu „Wielkiemu Księstwu“ nadać szeroką autonomię (aż do tworzenia własnej siły zbrojnej włącznie) – a po zwycięstwie w rychle spodziewanej wojnie z Rosją – odstąpić je odrodzonej Polsce.

Im dłużej jednak i im szczegółowiej problem roztrząsano, tym więcej pojawiało się zastrzeżeń. Koniec końców, liberalno – demokratyczna większość Zgromadzenia przegłosowało ograniczenie owej autonomii do Gniezna z przysiółkami (Poznań jako ważna twierdza nie mógł być przecież oddany „niezorganizowanym, niecywilizowanym Polakom“…) – z zakresem rzeczowym tej autonomii tak małym, że de facto więcej praw dawały wcześniej Polakom reakcyjne i kontrrewolucyjne Prusy…

Musiało się to oczywiście skończyć rozlewem krwi – na szczęście dla niemieckich liberałów i demokratów, rolę kata pacyfikującego insurekcję pod wodzą niejakiego Ludwika Mierosławskiego (mamy zaiste szczęście, żeśmy byli za życia tego pana pod zaborami – gdyby istniała wówczas niepodległa, a nie daj Panie Boże mocarstwowa Polska, a Ludwiczek miał taki pociąg do wojowania jaki miał – i gdyby zrobił karierę w wojsku – to by nam dopiero Cecorę z Batohem i Maciejowicami pospołu sprokurował – tak wielka była skala zadufania i wojskowego anty-talentu tego szczególnego „geniusza“..! Niewielu wodzów w historii powszechnej mogło się taką głupotą poszczycić…) wzięły na siebie owe „reakcyjne i kontrrewolucyjne“ Prusy, które też zresztą całe owo frankfurckie „Zgromadzenie“ na cztery wiatry rozgoniły…

Prusy zresztą, kilka lat potem, nadały sobie wcale liberalną konstytucję – i przez kolejne 20 lat to Poznań był ośrodkiem polskiego ruchu wydawniczego (liberalizmowi pruskiej konstytucji zawdzięczamy m.in. Maryana hrabiego Hutten – Czapskiego „Historyę powszechną konia“, wydaną właśnie w Poznaniu, w roku 1873 – pierwsze i przez następne niemal 100 lat najważniejsze dzieło nowoczesnej hipologii polskiej…) i życia umysłowego – drugim po… Paryżu!


Wydawało się przez chwilę, że rok 1848 to było „nieporozumienie“, i że przecież, koniec końców niemieccy „liberałowie i demokraci“, gdy już dojdą do władzy, to będą MUSIELI Polakom oddać sprawiedliwość. Schyłek rządów Bismarcka rozwiał to złudzenie. Nawet odwołanie „Kulturkampfu“ – nie złagodziło antypolskiej polityki odrodzonej, II Rzeszy: zaś ostatnie przed I wojną światową, budzące wówczas powszechny, światowy skandal, ustawy o przymusowym wywłaszczeniu Polaków – przeszły w Reichstagu głosami nie kogo innego, jak właśnie – „narodowych liberałów“.

Rok 1848 to ważna cezura. To jest właśnie ten moment, gdy w skali europejskiej (a przynajmniej – zachodnioeuropejskiej) na arenę dziejów wkraczają tzw „masy“. Oczywiście – „masy“ organizowane, manipulowane i kierowane przez predystynowane ku temu „elity“. Które to „elity“ potrzebują jednak jakiegoś rodzaju „pasa transmisyjnego“, jakiejś idei, która zapewni im trwałą kontrolę nad masami.

Wcześniejszym, jakobińskim wzorem francuskim, tym „pasem transmisyjnym“ stał się w całej prawie Europie w roku 1848 nacjonalizm. Rok 1848 DLATEGO WŁAŚNIE jest ostatecznym kresem rojeń o „wielonarodowej Rzeczypospolitej“: JUŻ w roku 1848 Austriacy wymyślili „Ukraińców“ jako sposób na pacyfikację Galicji – gdy rabacji nie wystarczyło…

Tylko pozornie paradoksem jest, że rewolucyjne, demokratyczne Niemcy, uosabiane przez frankfurckie „Zgromadzenie Narodowe“ były o wiele mniej łaskawe dla Polaków niż reakcyjny, kontrrewolucyjny król Prus. Cóż w tym dziwnego..? Król Prus MÓGŁ BYĆ tak samo królem dla każdego ze swoich poddanych – czy był to niemiecki luteranin, mówiący po polsku katolik, czy też modlący się w archaicznym języku ruskim staroobrzędowiec. Ale demokratyczny przywódca „Zgromadzenia Narodowego“..?

Demokratyczny przywódca „Zgromadzenia Narodowego“ sam przemawiał po niemiecku – i jeśli miał skutecznie mobilizować masy wokół swego przywództwa – te masy TAKŻE musiały KONIECZNIE mówić, myśleć i czuć – po niemiecku..!

Nic w tym zresztą nowego. Granica etnograficzna, granica pomiędzy językami germańskimi, a językami słowiańskimi – przebiegałaby o wiele dalej na zachód, gdyby nie reformacja. Aż do czasów Lutra JAKIMŚ (bliżej nieokreślonym) językiem „wendyjskim“ posługiwali się wieśniacy aż pod Lubeką. Dopiero odejście od łaciny i wprowadzenie języka niemieckiego jako języka nabożeństwa – w ciągu bardzo krótkiego czasu, bo przez około stulecie, przesunęło tę granicę o kilkaset kilometrów na wschód.

Zauważcie jednak, Drodzy Czytelnicy, że mamy tu do czynienia z procesem – w pewnym sensie – „naturalnym“. To znaczy – NIE BYŁO żadnego „Generalplan Ost“, którego wykonawcą był Luter. W tak absurdalny spisek nie uwierzę, bo to urąga zdrowemu rozsądkowi. Luter zrobił to co zrobił – smaży się za to pewnie w Piekle tuż obok całej gromady ówczesnych papieży. Miał jednak na oku nie doczesne, a pozaświatowe cele – a że, całkiem przypadkowo, stworzył w praktyce narzędzie germanizacji..?


Na katolickim Śląsku jeszcze w rzeczonym roku 1848 polskojęzyczna była większość wsi wokół Wrocławia (NIE TYLKO od strony Oleśnicy…). Niestety, rzeczony rok 1848 wzbogacił arsenał „naturalnej“, „mimowlnej“ germanizacji o jeszcze jedno narzędzie – oto rząd reakcyjnych i kontrrewolucyjnych Prus, aby zdobyć oparcie przeciw zrewoltowanym, liberalno – demokratycznym miastom, postanowił wreszcie zrealizować uwłaszczenie chłopów.[2]

Uwłaszczenie „w wersji pruskiej“ polegało na tym, że chłopi otrzymywali tytuły własności posiadanej przez siebie ziemi, jednakowoż tylko i wyłącznie pod warunkiem, że:
  • Potrafili przedstawić jakiś prawny dowód na legalność jej posiadania.
  • Oddali 1/3 posiadanego areału ziemianom jako rekompensatę za udzielane im wcześniej wsparcie materialne.
  • Poddali się komasacji gruntów.
W efekcie tylko kilka procent pańszczyźnianych chłopów uzyskało ziemię. Czy można się dziwić, że byli to najczęściej stosunkowo niedawno przybyli osadnicy z Niemiec..? Oni mieli „papiery“ – autochtoni nie…

Mechanizmów popychających świeżo uwłaszczonych chłopów do germanizacji było zresztą więcej. Ci, którym udało się zdobyć ziemię – wchodzili w nową klasę „agrariuszy“ – wspólne interesy i wspólny pogląd na świat łączył ich od tej pory z wrogim dawniej ziemiaństwem (to dlatego w zaborze pruskim nie było PSL…).

Ci, którzy ziemi nie zdobyli, albo stawali się wędrownymi robotnikami rolnymi, albo migrowali do miast – i w jednym i w drugim przypadku, było im łatwiej, gdy uczyli się mówić po niemiecku i zarzucali swoją wcześniejszą, „chłopską mowę“.

Zresztą – ten sam dokładnie mechanizm działał W KAŻDYM PRZYPADKU na korzyść „etnicznej większości“ i na korzyść „etnosu uprzywilejowanego“. W efekcie w Poznańskiem, gdzie większość ziemiaństwa była jednak wciąż polska – tamtejsi „bambrowie“, pokolenie czy dwa pokolenia wcześniej sprowadzeni z głębi Niemiec osadnicy – polonizowali się na potęgę.

Połowa mojej własnej rodziny to właśnie tacy, w końcu XIX wieku spolonizowani – osadnicy z Bambergu…

Antypolski spisek? Odwieczne „Drang nach Osten“? Nie! Prawidła ekonomii i psychologii w działaniu – natomiast, chętnie się zgodzę, że NIE JEST PRZYPADKIEM, iż uwłaszczenie w zaborze rosyjskim A TAKŻE w zaborze austriackim – przebiegło wedle całkiem zgoła przeciwnych reguł!

Oczywiście, że uwłaszczenie w tych dwóch zaborach MUSIAŁO przebiegać wedle całkiem przeciwnych reguł – bo, gdyby przebiegało na sposób pruski, to nie byłoby (nie na taką skalę w każdym razie…), takiego fenomenu jak „naród ukraiński“ – Rusini spod Lwowa czy z Wołynia, poddani takiej samej presji, jak mówiący „po wendyjsku“ włościanie z okolic Głogowa czy Wrocławia – pewnie by się w większości spolonizowali.

Dlaczego jednak cesarz Franciszek Józef i car Aleksander II mieli robić takie „prezenty“ polskiej szlachcie, skoro ta szlachta była wobec nich permanentnie nielojalna i zajmowała się głównie antypaństwowym spiskowaniem..?

Pora na wnioski.

Brednie o „tysiącletnim Drang nach Osten“ – to tylko brednie i, prawdę powiedziawszy, NIE CHCE MI SIĘ z nimi polemizować. Spośród wszystkich granic I Rzeczypospolitej, granica zachodnia była najtrwalszą i najbardziej pokojową. Przebieg linii granicznej między Śląskiem (zagarniętym przez królów Czech nota bene..! A że się czeska szlachta z czasem zgermanizowała..? A do Wiśniowieckich macie pretensje, że się spolonizowali..? Jasienica miał – i Kaczmarski to za nim powtórzył…) a Wielkopolską nie zmienił się od czasów Kazimierza Wielkiego do roku 1792. Między Śląskiem a Małopolską – od czasów Kazimierza Jagiellończyka do roku 1772…


Niemcy współcześni to nasi najbliżsi „bracia krwi“ – lekko licząc pewnie z jakaś 1/3 z nich ma słowiańskich przodków. Podobnie zresztą, całkiem sporo Polaków ma przodków germańskich. To zresztą „widać, słychać i czuć“ – już pomijając fakt, że ogromna większość „prostego ludu“ w Polsce szanuje, a nawet wręcz – czci i wielbi Niemcy. Istnieje dowód całkowicie i bezaplecyjnie rozstrzygający, który nie pozostawia w tej materii najmniejszych wątpliwości!

Otóż – TYLKO w Polsce tak dobrze rozchodzi się… niemiecka pornografia! Nader słusznie uchodząca za absolutne dno tego rodzaju twórczości. Jeszcze zrozumiałbym, gdyby niemiecka sieć „Media Markt“ sprzedawała to gówno kierując się niemieckim patriotyzmem – ale, jeśli to samo gówno, zamiast (o wiele jednak subtelniejszej…) produkcji francuskiej sprzedaje także francuskie Inmedio..?


[1] Oczywiście: mowa jest o Rosji POŁUDNIOWEJ! Jak słusznie opowiadał Aleksandr Stiepanowicz: лучше жить на северном Кавказе, чем на южной Сибирий
[2] Proszę NIE SŁUCHAĆ, gdy jakiś idiota opowiada o „pruskim uwłaszczeniu“ w pierwszej połowie XIX wieku. Owszem – wtedy wydano stosowne prawa. Były jednak w praktyce tak skomplikowane, że do roku 1848 na CAŁYM Śląsku uwłaszczyło się raptem… kilkanaście chłopskich rodzin..! Dopiero rewolucja sprawiła, że proces te nabrał przyspieszenia – i zakończył się w ciągu następnego dwudziestolecia…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...