piątek, 31 maja 2013

Konie achałtekińskie na sprzedaż

Nasza przyjaciółka i dobroczyńca, Petra Marešova, dokonała wczoraj - łatwego do przewidzenia - wyboru: będzie do niej należeć nasza najmłodsza i jedyna w tym roku klaczka, Madeszir.

Tym samym, mogę oficjalnie ogłosić, że na sprzedaż mamy dwa achałtekińskie odsadki:

- ogierka Ostowar (Gelshah - Osman Guli), urodzonego 18.04.2013




Więcej informacji na temat Ostowara można znaleźć w następujących postach:
- "Ostowar"

- ogierka Mijan (Gelshah - Melesugun), urodzonego 25.04.2013




więcej informacji na temat Mijana można znaleźć tutaj:
- "Mijan".

Cena, od której rozpoczynam rozmowę, to w obu przypadkach 40.000 złotych (czterdzieści tysięcy złotych).

Mój telefon to 782 589 388 (proszę się nie zrażać, jeśli nie zawsze odbiorę: tu jest bardzo kiepski zasięg...). E-mail podany jest w pod listą obserwatorów bloga, w kolumnie po prawej stronie.

Oczywiście zapraszam wszystkich zainteresowanych do osobistego zapoznania się z naszymi milusińskimi. Stacjonujemy we wsi Boska Wola pod Warką, ok. 80 km na południe od centrum Warszawy.

czwartek, 30 maja 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 9 - czeremchy dwie

Co tu dużo opowiadać..?



Czeremcha - po prostu czeremcha: piękny kolor burgunda, zapach raczej drożdżowy (choć, moim zdaniem dużo mniej intensywny niż poprzednio, z dużego baniaka rozlanego w listopadzie). Smak bardzo charakterystyczny, z goryczką. Trzeba lubić. Ja lubię. Lepsza Połowa nie.

Nasi goście - będą mogli spróbować i sami ocenić. Obowiązku wypijania flaszki do dna - wprowadzać nie zamierzam...

Świąteczny poranek

rozpocząłem ok. 5.00 rano, kiedy już nie dało się dalej leżeć na łóżku i udawać, że się śpi - koćkodan bowiem, drychnący wcześniej przy moim lewym boku, oddał się porannej toalecie, od czego łóżko trzęsło się jak w febrze, a ja szybko byłem równie mokry, co jęzor koćkodana. No - z całą sympatią, ale tego się już wytrzymać nie dało...

Konie były daleko, przy ogrodzeniu od strony wsi. Poszedłem więc obejrzeć ogródek - czy tam co przypadkiem nowego nie wykiełkowało. I zajrzeć do hydroforni - czy już zalało wyłącznik, czy jeszcze nie.

Ledwo jednak doszedłem gdzieś w okolice cebuli (rozpaczliwie wołającej o wypielenie...) - a patrzę i widzę, że stado gęsiego, za czołową... Madeszir - truchta w moim kierunku..!

No to już dałem im owsika, skoro same przyszły. A dla Państwa mam dwie słit focie, których nie wkleiłem wczoraj na angielskim blogu:


Madeszir z matką


Ostowar

Hydrofornia wczoraj wyglądała w sposób następujący:


Tak właśnie wygląda podczas pracy nasza chińska pompa - bohaterka, która po dwóch latach rdzewienia (no przecież, że jej nie wydobyłem ze stanowiska roboczego wewnątrz tej perforowanej rury - z natury jestem bałaganiarzem, Lepsza Połowa, która jest pedantką - minimalistką, ma ze mną krzyż pański pod tym względem...) na sucho - ruszyła jak gdyby nigdy nic, gdy w tym roku okazała się wreszcie potrzebna...

Co ta pompa robi? Już pokazywałem, ale teraz mam lepsze ujęcie, bo już wczoraj wypielonych była większość krzaków, które wcześniej zasłaniały widok:


Dziś widok byłby jeszcze lepszy, bo wczoraj dopieliłem się do płotu (przy okazji demolując okazałe mrowisko, które kryło się pod trawą...).

Wodę z hydroforni wylewamy w tej chwili dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Na szczęście wczorajsza wieczorna burza ledwo nas musnęła koniuszkiem chmury, opadu wiele nie było. Następny prognozują nam tu dopiero na jutro rano - zobaczymy jak to będzie w praktyce. Lepsza Połowa zaraz po obudzeniu stwierdziła, że dzisiaj będzie padać. I w rzeczy samej, prognoza dla stolicy naszego powiatu przewiduje 8,3 mm - więcej nawet, niż rzekomo miało było spaść u nas w poniedziałek. No, ale do Białobrzeg jednak kawałek mamy...

Jak na razie żadnych trwałych szkód nie ma. W ogródku zalało najniżej położoną porzeczkę:


To zielone wokół porzeczki, to w większości gorczyca. Ale chwasty oczywiście też, jak najbardziej...

Oraz połamało część nadmiernie wybujałych łodyg rabarbaru, z którym zresztą - na ogół nic nie robimy, bo za ładny, żeby go obrywać:


Powiem szczerze: nie przepracowuję się. Wczoraj wszystko co zrobiłem, to nowe ogrodzenie wokół naszego dawnego, "eksperymentalnego" ogródka pod Laskiem (w zasadzie trzeba by jeszcze zrobić też takowe wokół dawnego sadziku - ale tu mnie zniechęca fakt, że przy życiu pozostała góra połowa drzewek, a i te - chyba już zdziczały po wielokrotnym przygryzaniu i odrastaniu z powrotem...) i jakieś 3 godzinki popieliłem. Potem trzeba było zająć się przelewem z "KT", który nareszcie dotarł, a potem był zaległy "Haus" z poprzedniego dnia, którego nie oglądałem, a potem to się już zbierało na burzę...

Tak więc - nie przepracowuję się. Konno też nie jeżdżę, choć powoli trzeba by, przynajmniej matki starszych źrebiąt, z powrotem do pracy wdrażać.

Mimo to - tak mnie coś łamie w całej tylnej części pleców - od krzyża aż po uda - że już i wysiedzieć przed komputerem ciężko! Zali byłby to skutek owych co najwyżej kilku godzin pielenia dziennie..? Normalnie, jakby ktoś wziął kłonicę i mnie równo, raz przy razie, od góry do dołu zbił. Właśnie jak po długim i wyczerpującym marszu - albo po dzikiej wyprawie ze Zbyszkiem...

Tymczasem - jest co robić. Na rozlanie wciąż czekają dwa baniaki wina. Osman Guli i Melesugun trzeba by ostrugać kopyta (nie wspominając już o tylnych kopytach Knedla - bo przody to mu w zeszłym tygodniu jakoś tam oskrobałem, pewnie że wciąż za mało, ale lepszo to niż nic...). No i pielić można na okrągło:


No, tu wczoraj odnotowałem niejaki postęp. Skądinąd te poziomki (lewy dolny dół zdjęcia, małe bo świeżo sadzone...), które wypieliłem kilka dni temu - zarastają już z powrotem...

Większość z tych grządek zresztą, chyba aż do jesieni pozostanie pusta. Najtańsze sadzonki poziomek są na targu po złotówce, truskawki po 1,50 - 2 złote. Trochę przesada! Choć, swoją drogą, wczoraj znalazłem na Allegro i po 6 złotych + koszty wysyłki - i to też ktoś kupuje..?

Potrzebujemy jeszcze jakieś 15 poziomek i ok. 80 - 100 truskawek. Na szczęście, to nawet i lepiej sadzić jesienią...

Za to ręce mi drżą, jak popatrzę na ten kawał ogrodu:


Sodoma i Gomora, nieprawdaż..!?

Posadziłem w tym guanie dynię, kukurydzę i fasolę. Dynia wschodzi bardzo dobrze, kukurydzę też już widać - i parę sztuk fasoli, mimo wszystko, też wykiełkowało:


A jeszcze ze dwa razy tyle jest tego na tym polu między ogródkiem, a przepędem dla koni prowadzącym na Wielki Padok, gdzie przez większość zimy składowałem wywieziony spod wiaty nawóz... (za cholerę nie potrafię znaleźć wpisu, przy którym dawałem zdjęcia tego miejsca...)

Być może - choć nie jestem tego pewien - wreszcie pokazał się nad ziemią nowozelandzki szpinak od Wojtka:


Jakkolwiek, nie wiadomo dlaczego, nasze koćkodany z całego ogródka upodobały sobie właśnie ten kawałek - i regularnie go zanieczyszczają. Nie wiem, czy wykopywanie dołków pomaga nasionkom wzejść..?

Z całą pewnością za to, obok wschodzą inne "egzotyki":


To chyba kard..? Choć jakoś podejrzanie do pospolitego u nas ogórecznika podobny...

No cóż, przynajmniej irysyów z niczym pomylić się nie da:



środa, 29 maja 2013

W świecie Elojów i Morloków

Jak Państwo doskonale wiecie – nie jestem entuzjastą postępu. W żadnej kategorii zresztą: niezależnie od tego, czy miałby to być tzw. „postęp moralny“, „postęp społeczny“, czy też – „postęp techniczny“.

Ilekroć jakiś zakuty konserwatysta wieszczył, że od tych, panie dzieju, lokomotyw parowych, to tylko krowy przestaną mleko dawać, a na świat przyjdzie Sodoma, Gomora, czy inna Apokalipsa – wszyscy się śmiali w kułak z głupiego dziada, a tymczasem – koniec końców: czyż naprawdę nie dostrzegacie, że te straszliwe przepowiednie sprawdziły się, sprawdzają i wygląda na to, że będą się sprawdzać na naszych oczach..?

Krowy ostatnimi czasy faktycznie już nie dają mleka, tylko jakąś dziwną breję, intensywnie woniejącą stęchłą kiszonką o smaku który, bez fabrycznej obróbki – dla nas przynajmniej jest nie do przyjęcia. Wiem, bo ilekroć dostajemy od Radka, druha mego serdecznego, butelkę mleka, co czasem się zdarza – muszą ją wypijać nasze koty. Ewentualnie można z tego zrobić budyń albo kaszę manną. Ale też – tylko przez pierwszą dobę lub dwie. Potem się nie zsiada, tylko jakoś tak kisi – zupełnie jak nie mleko, nie wiadomo, co z tym zrobić…

Sodomy, Gomory czy innej Apokalipsy – zaiste: nie brak na tym świecie..!

Bardzo być może, że tajemniczy „e-learning“, którego tak wielkim entuzjastą jest bloger „Ultima Thule“ z „Nowego Ekranu“ to faktycznie rewolucja w edukacji.

Pozwolicie jednak Państwo, że pozostanę sceptykiem. Tak samo jak wobec „drukarek 3D“, które mają nam zastąpić Radkowe krowy wraz z przetwarzającą ich mleko mleczarnią (tu akurat działa ta od serków z francuską wersją słowa „Prezydent“ w tytule – tak podaję, co by ani o kryptoreklamę, ani o czarny pijar nie zostać posądzonym…) i barem mlecznym na końcu. Tak samo jak wobec nowych samochodów…

Przede wszystkim dlatego, że nie wyobrażam sobie jak na razie możliwości zapewnienia takiej edukacji w ramach MEN – dla szerszej publiczności. „Tablet dla każdego ucznia“ to fajne hasło i pewien przyszywany Kaszub o rozbieganych oczach psychotycznego kłamcy już co najmniej raz go użył.

Tyle tylko, że:
-       kontrakt na dostawę owych tabletów, jak się go już wreszcie po ochnastu unieważnieniach i odwołaniach uda przepchnąć przez młyn „zamówień publicznych“ i tak okaże się na koniec dnia jednym wielkim przekrętem: 30% dostarczonych urządzeń w ogóle nie odpali, 30% zepsuje się w ciągu pierwszego miesiąca i przez pozostały czas eksploatacji już nie wyjdzie z serwisu, a pozostałych – w żaden sposób nie uda się spiąć w sensownie działającą sieć…
-       jeśli nawet, po wielu, wielu latach walki z samym tylko sprzętem i oprogramowaniem, coś (nie wiadomo co…) zacznie wreszcie działać – z całym szacunkiem dla wybitnych wyjątków, które zwłaszcza na „Nowym Ekranie“ poznałem – wyobrażacie sobie te dinozaury z komunistycznego ZNP uczące inaczej, niż do tej pory..?
-       na powyższe i tak nie ma, nie będzie i nie wygląda na to, aby kiedykolwiek mogła być – kasa!

Oczywiście, można zbyć moje uwagi wzruszeniem ramion. Czyż dupowołowatość peryferyjnego „rządu“ jakiejś tam „Generalnej Guberni“ – jest w stanie powstrzymać Nieuchronny Postęp..?

Ano jest.

Po pierwsze – „bliższa ciału koszula“. Co mnie obchodzą jakieś światowe wzloty i wyżyny postępu, z których dla mnie osobiście i dla moich sąsiadów z Boskiej Woli, Dąbrówek i Brzozówki – NIC nie wynika..?

Najbliższą szkołę podstawową, w Augustowie, już od kilku lat planowano zamknąć – nawet o tym kiedyś pisałem. Uporczywie krążyła pogłoska, że w pozostałym budynku ma zostać ulokowany ośrodek odwykowy dla narkomanów. Nawet, nie powiem, podjąłem działania przygotowawcze: zbudowałem szklarnię. No bo skoro pojawia się rynek na pewne produkty roślinne – to dlaczego ja nie miałbym ich klientom dostarczyć..?

Nic z tego nie wyszło, w szklarni rośnie sobie sałata zamiast… innego ziela. Sałata przynajmniej – smaczna.



Po drugie – z samej tylko „zasady kopernikańskiej“ wynika, że peryferyjny „rząd“ jakiejś tam „Generalnej Guberni“ – nie może być zjawiskiej unikalnym na skalę światową, wyjątkowym i nigdzie indziej nie spotykanym. Razem ze swoją dupowołowatością – winien raczej stanowić zjawisko typowe. A skoro tak, to nasuwa się robocza hipoteza, że – wszędzie jest podobnie i wszędzie też – aplikacja owego „Nieuchronnego Postępu“ – tak samo będzie kulawa, nieudolna i przeciwskuteczna.

Jeśli pojawią się jakieś wyjątki – to będą to albo bardzo drogie, elitarne szkoły (do żadnej takiej szkoły z pewnością nikt spośród moich sąsiadów swoich dzieci nie pośle…), albo też – szkoły w jakimś bardzo małym i obrzydliwie bogatym Lichtensteinie czy innym Bahrajnie.

Teoretycznie to wygląda jak normalny „cykl życia produktu“. Produkt innowacyjny na początku jest bardzo drogi (i niekoniecznie najsprawniejszy…) – trafia zatem tylko do nielicznych i raczej na zasadzie snobizmu niż użyteczności. Dopiero z czasem tanieje, powszednieje i na samym końcu – ląduje na giełdzie w Słomczynie. Albo i w szkole podstawowej w Augustowie, gdzie zresztą już i dziś podziału na klasy według wieku na ten przykład – nie przestrzega się, bo dzieci jest zbyt mało. Matematyki zatem, uczą się wszystkie razem…

Teoretycznie tak to wygląda. Ale w praktyce..?

W praktyce nie ma takiego produktu, którego pełne entuzjazmu wobec Idei Postępu i Oświecenia gosudarstwo nie zdołałoby albo spieprzyć, albo skutki jego obrócić w przeciwieństwo Wzniosłych Zamiarów.

Medycyna współczesna święci triumf za triumfem. Ale co z tego niby mają moi sąsiedzi z Boskiej Woli, Dąbrówek, Brzozówki..?

Dopóki owe triumfy współczesnej medycyny sprowadzały się do aplikacji  najprostszych możliwych środków, które trudno było zepsuć (jak poprawa higieny, szczepienia, potem – penicylina), owszem – nie można powiedzieć – skutek był masowy i odczuwalny.

Wygląda jednak na to, że wszystko, co można było tak prostymi środkami osiągnąć – zostało już osiągnięte. A środków nie-prostych, dla wszystkich nie wystarczy. Przynajmniej – nie pod państwowym zarządem. Do czego to prowadzi, niedawno opisywałem

Powszechna edukacja od samego początku aż po dziś dzień była i jest przede wszystkim: NARZĘDZIEM INDOKTRYNACJI. Jaka taka sprawdza się wciąż bez pudła: Państwo co prawda czasem narzekacie, że poziom nauczania spada, że młodzież coraz mniej potrafi i coraz mniej jest samodzielna.

Who cares..? Jakby o nauczanie chodziło w publicznych szkołach…

Ważne, że młodzież kończąca szkoły z roku na rok jest coraz bardziej „otwarta“ i „postępowa“ – ten zabieg, mam wrażenie, udaje się doskonale mimo cięć, ograniczeń, redukcji i „przejściowych trudności“.

Gdyby ów „e-learning“ poprawiał skuteczność indoktrynacji – no, to może przodujące gosudarstwa rozważyłyby zainwestowanie w tę nowinkę na poważnie. Skoro jednak ma tylko przyspieszać i wspomagać uczenie się i pomagać w rozwoju umiejętności twórczych – dlaczego ktokolwiek, poza osobami, które na to stać i które przywiązują do tego wagę – miałby weń inwestować..?

W odniesieniu do otaczającej nas rzeczywistości, uprawnione jest formułowanie trzech następujących hipotez:
-       Hipoteza (1): to wszystko jest naprawdę i na serio. Rządy faktycznie troszczą się o swoich obywateli i przyszłość całego świata, partie polityczne na serio różnią się poglądami na dobro wspólne (o które to dobro li i jedynie zabiegają…), nie ma żadnych spisków, konspiracji, ukrytych elit, telewizja nie kłamie, a rozbiegane oczka Donalda Tuska to wyłącznie skutek przemęczenia pracą nad siły dla dobra obywateli.
-       Hipoteza (2): hipokryzja, kłamstwo, prywata i wygórowane ambicje to zwykłe ludzkie przywary, które o wiele łatwiej ujawnić będąc przy władzy niż pieląc grządki w Boskiej Woli. Politycy i biurokraci realizują przede wszystkim swoje prywatne interesy tak, jak im to podpowiada ich ograniczony ogląd świata. Partie walczą o władzę, a idei używają raczej jako narzędzi mobilizacji poparcia, niż celów samych sobie. Może się zdarzyć, że rządy i urzędy będą spiskować przeciw swoim poddanym – jeśli narzuci im to dobrze uzasadniony lub chociaż dobrze wyglądający interes własny albo presja z zewnątrz. Co widzimy dowodnie na przykładzie żarówek, walki z globalnym ociepleniem, czy kary śmierci.
-       Hipoteza (3): cała rzeczywistość, którą przedstawiają nam media to tylko i wyłącznie teatralna dekoracja, w której nie ma nawet śladu prawdy. Rzeczywista władza spoczywa zupełnie gdzie indziej, niż pokazują to telewizyjne kamery, w  ukryciu, a jej zamiarów można się domyślać wyłącznie na podstawie skrzętnie przez władze oficjalne ukrywanych symptomów (przy czym, takim symptomem może być cokolwiek – od latających talerzy, przez proroctwa i objawienia, aż po kolor krawata Tomasza Lisa czy kształt letniej ramówki programowej tvn…).

Jeśli opowiadam się na ogół za Hipotezą (2) to nie dlatego, że „prawda leży pośrodku“, tylko z przyczyn metodycznych, które już co najmniej raz wyłuszczyłem – opowiadając Państwu o skutkach pewnych mocno promowanych regulacji w temacie końskim.

Takie ma zdanie o "obrońcach zwierząt" nasz Knedliczek. Więcej zdjęć z dzisiejszej porannej sesji, jak tylko zdołam je obrobić - wrzucę na angielskiego bloga.

Jest to jedyna hipoteza, która nie używa „wielkich kwantyfikatorów“ – słowek „zawsze“, „wszyscy“, „wszędzie“, „bez wyjątku“.

Niestety, jest to hipoteza, która zarazem czyni interpretację otaczającej nas rzeczywistości, choćby w przedmiocie szans aplikacji owego „e-learningu“, który dziś nas zajmuje – zadaniem skrajnie trudnym.

Zwolennik Hipotezy (1), pospolicie zwany „lemingiem“ orzekłby po prostu: fajna sprawa, skoro rząd troszczy się o dobro obywateli, a Strategia Lizbońska (czy jak to się tam nazywa…) przewiduje wzrost innowacyjności i inwestycje w zasoby ludzkie, to Unia Europejska da nam granty i wprowadzimy to jako pierwsi w Europie na skalę powszechną..!

Zwolennik Hipotezy (3), pospolicie zwany „oszołomem“, zaczął by się zastanawiać, co się za tym NAPRAWDĘ kryje – i czyim agentem jest bloger „Ultima Thule“..?

Jak widać powyżej, ja za to, zwróciłem Państwu uwagę, że:
-       będąc rozwiązaniem „postępowym“ i „innowacyjnym“, doskonale nadaje się „e-learning“ do roli hasła wyborczego – co źle wróży jakiejkolwiek praktycznej aplikacji, bo tak to już po prostu jest z hasłami wyborczymi,
-       jako rozwiązanie (przynajmniej w fazie początkowej) kapitałochłonne, jest to doskonałe pole do kręcenia lodów – i dużo szybciej kilka willi w Konstancinie się pobuduje, niż jakiekolwiek działające systemy do „e-learningu“ trafią do szkół,

Niechcianym, nieoczekiwanym, ale za to bardzo prawdopodobnym skutkiem praktycznej aplikacji „e-learningu“ (podobnie jak wielu innych, nie mniej „postępowych“ rozwiązań w medycynie, organizacji pracy, telekomunikacji czy edukacji) może być za to pogłębienie się podziału ludzkości na zaawansowaną czołówkę i wlokące się baaaardzo daleko za ogonem tego peletonu: Boską Wolę, Dąbrówki czy Brzozówkę…

Nie twierdzę wcale, że to źle. Nie twierdzę też, że to dobrze. Będzie po prostu – inaczej.

Choć może – upowszechnienie się wśród światowych elit takich technik, które ich „elitarność“ uczynią bardziej widoczną – przywróciłoby jakiś rodzaj równowagi temu skołatanemu światu..?

To już naprawdę ostatnia refleksja na dzisiaj – ale tak mi się nasunęło a propos „Lalki“, o której wspominałem wczoraj: Wokulski, chcąc (cóż z tego, że nieudolnie?) zbliżyć się do Izabelli odkrył, że nie zna nikogo, kto mógłby jej go przedstawić.

Wiedział jednak, w jakim towarzystwie się obraca i znał reguły determinujące dostęp do tego „wyższego świata“ – zrobił zatem majątek i użył go, aby „wejść na salony“.

Nie mam takiego problemu jak Wokulski, ani nawet takich ambicji – ale Dalibóg, gdybym stawiał sobie zadanie „wejścia na warszawskie salony“ (już pomińmy litościwym milczeniem salony nowojorskie…) – pojęcia nie mam, od czego w ogóle powinienem zacząć..?

A to dlatego, że w świecie „uniwersalnie demokratycznym“, elitarność zdaje się być czymś wstydliwym – elity współczesne raczej się ukrywają niż puszą swoją pozycją przed oniemiałym z wrażenia tłumem (co łatwo wytłumaczyć panującą ideologią i warunkami życia, ale co też – nie ma co kryć – daje nieustanną pożywkę zwolennikom Hipotezy (3)…).

No, ale IQ wyższego o kilkadziesiąt punktów od przeciętnej, wiedzy przy której pada nawet Wikipedia i może jakiegoś zgrabnego neurowszczepu w mózgu – już się tak łatwo nie ukryje…[1]


[1] Swoją drogą, sprzedaję Państwu w cenie kosztu pomysł na zrobienie kariery. Skoro nie wiadomo, KTO tak naprawdę należy do „prawdziwej elity“ – cóż prostszego, niż się za takiego podać i czerpać z wytworzonej tym sposobem opinii osobiste korzyści..?

Owe nobliwie wyglądające w świetle kamer zgromadzenia różnych „Bilderbergów“, „Davosów“ i innych „elitarnych klubów“ – to może być, w rzeczy samej, właśnie tego rodzaju przekręt: ludzie ci zajeżdżają limuzynami do wypasionego hotelu otoczonego kordonem policji. Przed wejściem pozują do zbiorowej fotki, po czym starannie wypraszają dziennikarzy i zamykają za sobą drzwi. Co robią w środku – nie wiadomo.

Być może: nic nie robią..? To znaczy – nic istotnego. Plotkują, zabawiają się z sekretarkami czy hostessami (albo z sekretarzami – co kto lubi…), popijają drinki. A potem, z mądrymi minami – wychodzą. I są, dzięki owej zbiorowej fotce, na kolejny rok – ustawieni w życiu. No bo kto by nie chciał mieć w swojej radzie nadzorczej kogoś z tak (ho, ho!) elitarnego klubu, kto może nawet (na pewnym poziomie nie wypada przyznawać się do takich obsesji, ale co tam kto myśli w cichości serca, tego przecież – jeszcze! – nie wiadomo…) wie, co planuje sam Rząd Światowy..? Kto odważy się takiemu odmówić posady..? Doradcy chociażby, jak nie ministra…

Tak sobie pomyślałem – no bo jaki prawdziwy „Rząd Światowy“ zadawałby się z takimi oczywistymi durniami jak Olechowski, Rosati czy Rostowski..?

wtorek, 28 maja 2013

Nieuniknione

Stało się wreszcie, co stać się musiało. Po prawie dobie opadów, chwilami wcale gwałtownych - półtorej godziny temu w Boskiej Woli zgasło światło.

Już jest z powrotem, skoro to piszę (genialny wniosek, nieprawdaż..? No niestety, właśnie przekonałem się wczoraj, że geniuszem wcale nie jestem... Na szczęście: wiedziałem to od dawna, bo też i zawsze było tak na matematyce, że z raz poznanej reguły umiałem zwykle korzystać zręcznie - ale wymyślać coś samemu od początku - to nie moja liga...).

Jeśli tak ma wyglądać cała ta "katastrofa globalnego ocieplenia" - to rzecz jest może przykra, może zaskakująca (stawiałem jednak na pustynnienie Polski - naszym koniom w to graj...), ale cóż: w Szkocji też ludzie żyją, nieprawdaż..?

Trawa rośnie jak głupia, roślinki różne wschodzą, rosną, kwitną - nawet świeżo nastawione baniaki z winem, mimo niewysokiej temperatury, przecież bulgoczą, tyle że wolniej (z czego wniosek, że lada moment mogę potrzebować... więcej baniaków! Bo jak się te do sierpnia nie zwolnią..?). Do własnego łyskacza z czasem też dojdziemy, to tylko kwestia zdobycia środków na inwestycję pt. "destylarka"!

Jeśli ta "pora deszczowa" skończy się na maju, połowie czerwca - będziemy mieli urodzaj, może nawet wielki. Jak potrwa dłużej, wielkie g...no z tego będzie, podobnie jak dwa lata temu.

Na razie najbardziej boję się o nasz komin. Już wieczorem zaczęła nim płynąć do chatki woda. Rozniósł się wszędzie zapach mokrej zaprawy. Jak tak dalej pójdzie, to się nam po prostu rozpuści. Palić strach, bo nie wiadomo czy nie popęka - nie palić drugi strach, bo nie wysycha...

Na jutro prognoza przewiduje dzień pogodny, a nawet słoneczny, po czym od czwartku - znowu deszcz, chwilami bardzo gwałtowny. Jutro zatem postaram się zrobić jakieś zdjęcia, bo potem pewnie znowu nie będzie warunków.

Jak i teraz, bo wciąż przykro nos za drzwi wystawić. Konie w większości pod wiatą, choć rano, gdy niosłe im śniadanie, były daleko na pastwisku. Ta tylko przykrość, że pod wiatę, choć im nawet część magazynową otworzyłem na stałe, żeby miały więcej miejsca, najczęściej "nie mieści się" najmłodsza klacz z  najmłodszą w stadzie córeczką. Przestałem już jednak je przestawiać. Kobyła ma łeb większy od mojego, niech ona się o dziecko martwi...

Wylewam w tej chwili wodę z hydroforni, bo już prawie do wyłącznika doszło - stąd zaraz, pewnie jeszcze przed publikacją posta, będę musiał wyskoczyć sprawdzić, czy już się wylało, czy jeszcze nie.

Pieniądze z "Końskiego Targu", podobno tydzień temu przelane, wciąż nie dotarły na moje konto. Wprawdzie nie umieramy bynajmniej z głodu - przypomniałem sobie, że i na miejscu mam od kogo pożyczyć - ale dobrze byłoby popłacić niektóre rachunki, które tylko przelewem daje się uregulować, bo już nie przysyłają papierowych przekazów pocztowych. Tym sposobem, za chwilę pewnie stracimy telewizję. Niby mała strata, osobliwie gdy nie ma prądu - ale co ja zrobię, gdy mojego "Housa" wieczorem nie obejrzę, a..? Już nie wspominając o ulubionych programach kulinarnych Lepszej Połowy...

Tymczasem, czekając aż prąd wróci, czytałem sobie z braku innych możliwości "Lalkę", wypożyczoną głównie dla Lepszej Połowy.


Przyznaję, że teraz, gdy niewiele lat mi brakuje do wieku głównego bohatera, o wiele trudniej jest mi się z nim utożsamiać niż kiedy miałem lat naście. Niby to logiczne - sam się sprzedał, to teraz, gdy go kryzys wieku średniego dopada, spodziewa się kupić sobie pannę, a tu, niestety: wtopa, chemii nie ma.

Wszystko to jest jednak jakieś takie naiwne, drażniące,  sztuczne - mimo że Prus używa okazji, aby z konwenansów trochę sobie podworować, to przecież i sama owa namiętność Wokulskiego do Izabelli czystą zdaje się być konwencją: on ją czci jak Matkę Boską na ołtarzu, zamiast na wyro za kudły zawlec - to i czemu się dziwić, że nic z tego nie wychodzi..? 

Być może takie wtórne zdziecinnienie to nic dziwnego w ramach "kryzysu wieku średniego". Może to nawet nieuniknione. Jak nasza przerwa w dostawie prądu. A może tylko - z konwenansów dworując, sam Prus w inne tylko popadł..?

Idę sprawdzić co tam z hydrofornią...

poniedziałek, 27 maja 2013

Popołudnie

wczorajsze było męczące, mdłe, przykre: przedburzowo parne i duszne - ale bez burzy, która nad naszą ziemię przynajmniej - nie nadeszła. Tylko chmury wirowały na niebie:


zrobiłem te zdjęcia - i nawet nie miałem siły ich od razu Państwu pokazać...

W ogródku zakwitły irysy Lepszej Połowy:


Na pierwszym planie przesadzony z dzikiego wysypiska śmieci w pobliżu torów kolejowych asparagus, czyli szparag. Sporo roślin znajdujemy tu w okolicy - zdziczałych lub po prostu wyrosłych z tego, co ludzie ze swoich ogródków powyrzucali. Trzeba tylko od czasu do czasu spenetrować okolicę

Irysy zaś - rosły u nas "od zawsze", bośmy je odkryli zaraz po przeprowadzce. Wyrosły wokół hydroforni. Lepsza Połowa przez dłuższy czas rozdawała cebulki gościom - aż wydawało się, że już wszystkie "wyszły". Ale nie - jednak, pod mirabelką, w pobliżu przepędu dla koni - dwa żółte i jeden niebieski (który będzie kwitł za chwilę), jeszcze się znalazły.

Z bliska, irysy są bardzo dekoracyjne:


Drugą rośliną, którą mamy tu "od zawsze" jest mięta. W tej chwili zmuszony jestem w trakcie pielenia redukować jej obecność w ogródku, gdzie sama się wysiała i rozrosła - bo nie pozostawia miejsca innym, tak jest ekspansywna.

No, ale mięta jeszcze nie kwitnie (choć już znakomicie nadaje się do herbaty, z czego korzystamy - i gościom oferujemy). Kwitnie za to rabarbar, który już raz pokazywałem, choć z daleka. Tym razem, zrobiłem zbliżenia:



W przeciwieństwie do roślin którym, jak widać, atmosfera nie przeszkadzała, oraz do koni, którym teraz w ogóle mało co przeszkadza (o czym za chwilkę...), koty też nie mogły znaleźć sobie wczoraj miejsca, wszędzie było niewygodnie:


Lepsza Połowa porównuje Krystynę do kosmicznej pustki, w której tylko para oczu wydaje się istnieć realnie - co prawda, ten efekt stanowczo lepiej widać (a raczej - nie widać!) nocą, albo w głębokim cieniu, gdzie siłą rzeczy, zdjęć robić się nie da. Musicie więc Państwo wierzyć jej na słowo...


"Byt czarno - biały", czyli Sylwestra, akurat spieszyła zanieczyścić jakąś grządkę w ogródku (skoro państwo zrobili dla swoich kotów taką dużą kuwejtę, to czemu z niej nie korzystać..?).

Teraz, gdy to piszę, siedzi mi na kolanach - zwykły przejaw porannej histerii, którą tylko albo zabawa, albo głaskanie pozwalają zwalczyć.

Tymczasem nasze konie do meteoropatów się nie zaliczają, bo i wczoraj i dzisiaj - bawiły się i bawią bardzo dobrze.

Wieczorem Ostowar wybył sobie poza ogrodzenie i galopował wokół okręgu, na "tyłach" naszej działki. Rozpiąłem dolny drut ogrodzenia, a on i tak - przelazł w zupełnie innym miejscu. To tyle w temacie "szczelności" naszych ogrodzeń!

Co się i dziś rano potwierdziło. Ledwo znalazłem nasze koniowate, bo mgła była o wpół do szóstej jak mleko. Tylko cienie rysowały się gdzieś niewyraźnie i niejednoznacznie. Jednoznacznie zgrupowane wokół zewnętrznego ogrodzenia Pierwszego Padoku, od strony wsi.

Im bliżej podchodziłem z wiaderkami owsa, tym większe miałem wątpliwości, czy za ogrodzeniem jest jedno źrebię, czy jednak dwa..?

Wątpliwości rozwiały się dopiero wtedy, gdy stado raczyło mnie dostrzec i ruszyło w stronę smakołyku (ihaaa..!). Za płotem został tylko jeden cień. Ten średni. Czyli Mijan.

Uwaga, uwaga! Jego matka, zamiast histerycznie biegać wzdłuż płotu, spokojnie zajęła się konsumpcją. To dobry prognostyk na przyszłość. Być może nie będzie już więcej taranowania ogrodzeń i tabunowych ucieczek..?

Histerycznie, acz bardzo ładnie, galopował za to wzdłuż płotu Mijan, za żadne skarby nie trafiając w to przęsło, gdzie rozpiąłem mu przejście.

Ale, jeśli ktoś z Państwa rozważa zakup tego akurat z naszych źrebiąt - to proszę się tym nie zrażać. Ogiery mają z natury gorszą orientację przestrzenną niż klacze - i nie za to się je ceni...

Dopiero gdy matka zakończyła konsumpcję owsa i mogłem ją podprowadzić we właściwie miejsce - przygoda zakończyła się z góry spodziewanym happy endem.

Prognoza pogody na dziś i jutro jest tak samo niewyraźna i niejednoznaczna, jak cienie koni we mgle. Będzie słońce albo deszcz. Albo nawet i "żgmot"...

niedziela, 26 maja 2013

Królestwo Niebieskie

Wedle stawu grobla. Niemcy i Rosjanie podobno nic innego, jak tylko marzą o panowaniu nad światem. Polacy mają mieć rzekomo skromniejsze marzenie: chcą tylko zbawić świat, dając mu „prawdziwie chrześcijańską“ cywilizację…

Tak w każdym razie relacjonuje poglądy niektórych znanych blogerów pan Piotr34 w komentarzach pod wczorajszym wpisem.

Cóż ja mogę na ten temat powiedzieć..?

Oczywiście nie ma sensu się wyzłośliwiać i dociekać, którzy to akurat Niemcy, Rosjanie czy Polacy tak ambitne śnią sny – wszyscy się chyba zgodzimy, że nie chodzi tu w żadnym razie o fakt socjologiczny (wymagający zbadania np. przy pomocy ankiety lub eksperymentu socjologicznego), a tym mniej – psychologiczny (do którego moglibyśmy dojść np. metodą introspekcji – i tu by się dopiero prawdziwie Piekło zwątpienia rozpętało…). Chodzi o politykę.

Kwestię rzekomej „konsekwencji“ i „powagi“ (tego ostatniego terminu używa wobec państwa niemieckiego, niemal na zasadzie epitetu stałego, pan Stanisław Michalkiewicz, konsekwentnie podkreślając, że „Niemcy to państwo poważne“ – w odróżnieniu od np. Polski, która państwem poważnym w żadnym razie nie jest…) niemieckiego dążenia do panowania nad światem poruszyłem pokrótce już w odpowiedzi dla Pana Piotra. Możemy to kiedyś rozwinąć – choć, chciałbym przypomnieć, że już pisałem jakiś czas temu o tym, jak to Niemcy i Rosja, wspólnie, choć niekoniecznie w porozumieniu wywołując I wojnę światową (wbrew zapisom traktatu wersalskiego, odpowiedzialność Rosji za wybuch tego konfliktu jest podobna jak Niemiec…) – same się zniszczyły. Czy to dowodzi „konsekwencji“ i „powagi“ – czy raczej psychologicznego faktu, że dorobienie demonicznej nawet, ale przynajmniej spójnej ideologii do zwykłej głupoty, znakomicie poprawia samopoczucie wielu ludziom..?

Dzisiaj chciałbym się skupić na Polsce. Od razu przyznam się ze skruchą i pokorą, że moje rozważania będą ułomne. Nie tylko bowiem NIE UMIEM, ale też i NIE MAM ZAMIARU zajmować się jakąkolwiek „arytmetyką Ducha“, mistyką, proroctwami czy objawieniami. No cóż – nie jest mi dana taka łaska i cóż ja na to poradzę, biedny miś..?

Odpowiedzi na pytanie, czy Polska mogła się kiedykolwiek stać „mocarstwem I ligi“ (w rozumieniu mniej – więcej takim, jakie przyjęło się w okolicach kongresu wiedeńskiego…) udzieliłem już dawno temu.

Co prawda, jak chodzi o pierwszą z proponowanych tam alternatyw, czyli przetrwanie i rozwój Wielkiej Morawy oraz obrządku słowiańskiego w liturgii kościelnej – Koledzy z forum historycy.org ostudzili moje dywagacje dość krótko twierdząc w miarę zgodnie, że jest rzeczą niemal niepodobną, aby twór taki przekroczył Karpaty – więc Polski raczej by nie objął.

Co do drugiej proponowanej alternatywy, która sprowadza się do dokonania uwłaszczenia chłopów na obszarze I Rzeczypospolitej przez Polaków – to rzecz jest o tyle trudna do wyobrażenia, że warunki brzegowe sukcesu takiej operacji (za „sukces“ należy tu uważać spolonizowanie i włączenie tym samym do „aktywów narodowych“ przynajmniej znacznej większości włościan, niezależnie od tego jaką religię wyjściowo wyznawali i jakiego języka lub dialektu używali na codzień) były dość subtelne i bardzo trudne do spełnienia.

Zachodzi tu bowiem fundamentalna zupełnie sprzeczność między „długofalowym interesem politycznym“, a „ekonomicznym być lub nie być“ klasy podówczas Polską rządzącej. Uwłaszczenie, jakkolwiek przeprowadzone, MUSIAŁO oznaczać ruinę i gwałtowne załamanie perspektyw życiowych znacznej większości drobnej i średniej szlachty – do czego też i w rzeczywistości przecież doszło i stąd mieliśmy tak liczną, pozbawioną majątku i stałych źródeł utrzymania inteligencję w drugiej połowie XIX wieku.

Tym samym – bardzo trudno sobie wyobrazić, żeby jakakolwiek siła rządząca I Rzeczpospolitą zdobyła się na tak kosztowny, niepopularny i  brutalny krok, nim zostanie do tego w sposób jednoznaczny zmuszona przez okoliczności zewnętrzne.

Tymczasem, tak się smutno składa, że w zasadzie – taką „okolicznością zewnętrzną“ mógł być, przede wszystkim, opór chłopów przeciw pogarszaniu się warunków pańszczyzny i rugowaniu z ziemi („dociskanie śruby“ miałoby miejsce, tak jak i miało miejsce w rzeczywistości – w majątkach drobnej i średniej szlachty, podczas gdy latyfundyści zapewne, tak jak to w rzeczy samej robili co najmniej od zakończenia wojen napoleońskich – rugowaliby chłopów z ziemi, aby unowocześnić swoje folwarki). Opór taki zaś, niemal na pewno, doprowadziłby do powstania świadomości narodowej wśród włościan – oczywiście, byłaby to świadomość kształtowana „na przekór“ polskim panom, więc względem Rzeczypospolitej wroga.



Gdyby nie zniszczenia „stulecia wojen“ pomiędzy „wojną o ujście Wisły“ a „wielką wojną północną“ – które to wojny, a przynajmniej, klęski i zniszczenia które z nich wynikły, oczywiście że były do uniknięcia, jak wszystko co jest skutkiem ludzkiego błędu – być może doszłoby do stanu, w którym kwestia uwłaszczenia pojawiłaby się jako zagadnienie w tzw. „debacie publicznej“ o stulecie wcześniej, niż w rzeczywistości – więc w  I połowie XVIII, a nie w I połowie XIX wieku. Czy jednak efekt ostateczny byłby dużo lepszy niż w rzeczywistości – jest kwestią co najmniej sporną…

To tyle jak chodzi o stronę materialną owej polskiej „misji cywilizacyjnej“. Co jednak miałoby być jej treścią..? Innymi słowy: jakąż to „nową cywilizację“ mogła zaproponować światu Polska..?

Istnieje pewnego rodzaju dokument źródłowy, który rzuca być może snop światła na ten problem. Oto ambasador króla Prus w Warszawie, Girolamo Lucchesini w swojej korespondencji z Berlinem podkreślał, po uchwaleniu konstytucji 3 maja, konieczność porozumienia z Rosją w celu zakończenia tego eksperymentu, gdyż Polacy mając rząd lepszy niż angielski w ciągu pokolenia upomną się o ziemie już wcześniej przez Prusy zabrane – a to oznacza zagładę Domu Brandenburskiego.

Dobry uczeń Machiavellego...

Moim zdaniem, nie ma tu się jednak czym ekscytować. Najbardziej „pro-niemiecka“, „oględna“, „poprawna politycznie“ interpretacja tego faktu jest taka, że Prusy szczerze chciały wzmocnienia Polski, ale nie za darmo, tylko w zamian za Gdańsk i Toruń – a skoro Sejm Czteroletni uchwalił 6 września 1790 roku „deklarację o niepodzielności terytorium Rzeczypospolitej“ – to, pozbawione nadziei na zapłatę, poczuły się zwolnione z wszelkich zobowiązań, jakie wzięły na siebie traktatem sojuszniczym z 29 marca tegoż roku (tym bardziej, że jednocześnie, na skutek sprawnej i bardzo szczęśliwej dla Katarzyny II akcji jej ambasadora w Londynie, Siemiona Romanowicza Woroncowa, rozwiały się perspektywy wojny Wielkiej Brytanii, Holandii, Szwecji, Prus i Polski przeciw Rosji i Austrii).

Sprawność tego pana w posługiwaniu się brytyjską prasą i opinią publiczną - oszczędziła Europie wojny, za to Polsce - dała II rozbiór...

Tak się jednak dziwnie składa, że podobno Napoleon Bonaparte, który rzeczoną korespondencję (prowadzoną w języku francuskim) miał był kilkanaście lat później w zdobytym Berlinie czytać – stwierdził po tej lekturze, że nie ma podlejszego i bardziej podstępnego rządu niż pruski i powziął postanowienie likwidacji Prus, od czego tylko zdecydowany sprzeciw Aleksandra I w Tylży powstrzymał go był.[1]

Jeśli tak było w rzeczy samej, to musiał był Korsykanin dojść do tego samego wniosku co ja – że, mianowicie, Polacy byli tu cynicznie rozgrywani od początku do końca, a jakikolwiek byłby przebieg i wynik tej rozgrywki – i tak musieliby podyktowaną przez Prusy cenę zapłacić, nic zgoła nie otrzymując w zamian. A na pewno nie rząd lepszy niż angielski!

Tym niemniej, podobieństwo – prawdziwe lub rzekome – pomiędzy ustrojem Rzeczypospolitej, a ustrojem Zjednoczonego Królestwa, tudzież pomiędzy „charakterami narodowymi“ Polaków i Anglików – bywa co jakiś czas podnoszone w naszej publicystyce.

Adam Zamoyski, którego skądinąd bardzo cenię jako historyka twierdzi, że co najmniej od XV wieku swoistą ideą fix naszego „narodu politycznego“ było poszukiwanie własnej wersji „Królestwa Niebieskiego“ – politycznego ideału łączącego wolność z porządkiem. Właśnie dlatego, jego zdaniem, nie doszło u nas do (istotniejszych) walk religijnych w okresie Reformacji, ponieważ co innego zaprzątało głowy Polaków – nie spory o tamten, tylko o ten świat.

Wszystko to być może. Zastanówmy się jednak – gdzie owo „Królestwo Niebieskie“ mogłoby się sytuować..? Co konkretnie takiego mogli nasi przodkowie wymyślić, gdyby nie te lub inne przeszkody, o których zresztą – też już ongiś obszernie pisałem..?

W zasadzie – acz nie upieram się przy tym i czekam na sugestie z Państwa strony – da się zidentyfikować dwa takie obszary, gdzie ewentualne, hipotetyczne (bo nie udawajmy, że to jest coś więcej, niż tylko publicystyka…) „łaknienie sprawiedliwości“ mogłoby najłatwiej znaleźć dla siebie ujście.

Pierwszym i chyba bardziej fundamentalnym z tych obszarów to stosunki między panem a chłopem. Pisałem o tym wielokrotnie – i dawniej i nie tak dawno. Z całą pewnością wyglądało to o wiele lepiej, niż zażarci krytycy „feudalizmu“ gotowi są przyznać. Czy z tego jednak wynika, że słodko i przyjemnie było być chłopem poddanym w Rzeczypospolitej..?

Nie przesadzajmy. Głód, zwłaszcza na przednówku, często zaglądał w oczy. Co najważniejsze – symbioza między wsią a dworem, o której tyle pisałem, dawała przecież i ten efekt, że chłopi przez wiele, wiele pokoleń – uczyli się niesamodzielności. Polegania na „władzy“ (co z tego, że była to władza prywatna, a nie publiczna..?), która „w razie złego“ – pomoże, wspomoże, a choćby i – doradzi.



Taki stan umysłu wśród członków „klasy niższej“ wydaje się być co prawda nieunikniony, skoro prawie wszędzie na świecie doszło w XIX i XX wieku do rozwoju „państwa opiekuńczego“, związków zawodowych, kas chorych i innych instytucji, których łączne działanie zastępuje zarówno surowego ekonoma, goniącego leniwych chłopów na pole, jak i troskliwą dziedziczkę, opiekującą się nimi w chorobie i uczącą ich dzieci abecadła i pacierza.

Być może – podkreślam owo „być może“ – istniał cień szansy na „przeskoczenie“ od razu z owego „feudalizmu“ do „państwa opiekuńczego“ (tyle, że realizowanego nie przez machinę biurokratyczną gosudarstwa, a prywatnie – przez państwa Potockich, Radziwiłłów, Tarnowskich…), bez okresu przejściowego, jaki u nas miał miejsce pomiędzy uwłaszczeniem a I wojną światową (to jest właśnie ten okres, w „Chłopach“ opisany, gdy już nie ma wspomninego raz jeden w książce „przytułku“ dla najbiedniejszych chorych, utrzymywanego dawniej przez dwór, a jeszcze nie ma żadnej „opieki społecznej“ i stara, schorowana Agata musi chodzić zimą na żebry do miasta, Jagustynkę dzieci wyganiają z domu, a sam Boryna broni się zębami i pazurami, żeby tylko nie pójść na „wycug“…).

Istniały, zwłaszcza w Rosji (gdzie, jednak, poddaństwo chłopów było dużo bliższe klasycznego niewolnictwa…) pewne rudymentarne zjawiska, które – gdyby się rozwinęły – mogły do tylekroć przeze mnie opisywanego „neo-feudalizmu“ doprowadzić. Chłopów rosyjskich ich panowie wypożyczali czasem do pracy na budowach czy nawet w manufakturach – zdarzało się też, że chłopi, za zgodą swoich panów zajmujący się handlem czy rzemiosłem w miastach, dorabiali się znacznego nawet majątku (jakkolwiek, oczywiście, na jednego tak wzbogaconego przypadało pewnie kilka tysięcy takich, którzy dorobili się jedno odcisków i garbu…).

Tak się jednak składa, że nigdzie na świecie do czegoś takiego ostatecznie nie doszło. Wszędzie następował rozkład i zerwanie „prywatnej“ zależności opiekuńczo – nadzorczej i wszędzie też, po co najwyżej stuleciu tzw. „dzikiego kapitalizmu“ – pojawiało się państwo opiekuńcze.

Być może zależność ta wynika z peryferyjnego położenia Europy Wschodniej, gdzie takie zjawiska się pojawiały, względem cywilizacyjnego centrum, z którego w rosnącym stopniu importowane były nie tylko dobra i kapitał, ale też – wzorce organizacji życia, a na koniec, także moda, styl życia i sposób myślenia.

Być może, mogłoby dojść do zaburzenia tego przepływu i wytworzenia się lokalnie nowego centrum cywilizacyjnego – gdyby Wschód bogacił się i zaludniał szybciej niż to rzeczywiście miało miejsce. Co znowu prowadzi nas do katastrofy „stulecia wojen“, o której już wyżej wspomniałem…

Z tym, że owo „być może“ – podkreślone już kilka razy – bardziej jest „może“, niż „być“. Już wczesne uwłaszczenie, o którym wyżej pisałem – trudno sobie wyobrazić. A taką „cywilizacyjną innowację“ – w sytuacji, gdy brak jest jasnego motywu, który mógłby do niej prowadzić, a wzorce „kanoniczne“, tj. zgodne z tym, co wypraktykował Zachód – są przez cały czas dostępne na wyciągnięcie ręki – to już nie wiem kto miałby promować..?

Drugi obszar dla potencjalnych innowacji o „cywilizacyjnym“ znaczeniu, to oczywiście – sfera zarządzania państwem. Z tym też było w praktyce lepiej, niż krytycy sarmatyzmu skłonni są przyznawać. Kłopot w tym, że tak samo jak (w miarę) ludzkie traktowanie chłopów, tak i sprawne działanie samorządu szlacheckiego, na którym cała Rzeczypospolita się opierało – zależało od morale szlachty.

Wszędzie na świecie „zarządzanie poprzez wstyd“ zostało wyparte przez brutalniejsze i skuteczniejsze „zarządzanie poprzez strach“ – o czym pisałem bardzo niedawno. To jest fakt obiektywny. Obawiam się, że tylko niezwykle korzystny zbieg okoliczności pozwolił naszym przodkom „zarządzać się wstydem“, a nie „strachem“ – o JEDNO stulecie dłużej niż wszystkim sąsiadom dookoła. Być może, zamiast żałować, że nie wyszło – należy się raczej cieszyć, że trwało tak długo..?

Co do przyszłości zaś..? No cóż: ciemność widzę, ciemność



[1] Jeśli dodaję takie słówka jak „podobno“, „miał był“ – to tym samym z góry odżegnuję się od odpowiedzialności za prawdziwość lub nieprawdziwość tych słów – gdyby znów jakiś kretyn miał się tego czepiać. Staram się sprawdzać podstawowe fakty, które tu Państwu podaję. Ale sprawdzanie wszelkich szczegółów, zwłaszcza użytych wyłącznie w celach retorycznych, ilustracyjnych, dla zbudowania dramatyzmu – powodowałoby, że pisałbym taki esej nie przez godzinę czy dwie, jak to w rzeczy samej robię, tylko kilka dni. A na to, Mili Państwo – moim zdaniem nie zasłużyliście…

sobota, 25 maja 2013

Kwiat chrzanu, czyli między deszczem a deszczem

Między deszczem a deszczem, Szacowne Stado obrało strategiczną pozycję na "plaży" w najwyżej położonej części Pierwszego Padoku:


(tylko Knedlik pętał się gdzieś niżej i dlatego nie podpadł tym razem pod obiektyw...)


Ostowar


Madeszir


Mijan


jabłuszka na futrach Szacownych Matron


Margire i mała Madeszir

Na naszym pastwisku, choć generalnie sucho tu i wysoko - wciąż, po dobie dość intensywnych, a przy tym uporczywych opadów - stoją kałuże:


Jutro ma znowu zacząć padać. Dlatego "między deszczem a deszczem".

Prawdę powiedziawszy, padam na ryja. Rano byliśmy na targu, przywieźliśmy sadzonki i nasiona.

Lepsza Połowa prawie wypełniła grządki przeznaczone na pomidory:


(w tle kwitnący rabarbar na spirali ziołowej)

a ja posadziłem len. W cieniu rosnących bardzo szybko słoneczników:


oraz między chrzanami i krzaczorami:


czemu przypatrywała się spomiędzy kiwi Krystyna:


W nocy biła się z jakimś innym zwierzęciem (najpewniej - z innym kotem) - i musiałem ją na pewien czas wpuścić wyjątkowo do chatki, żeby "rozdzielić walczące strony". Zdaje się, choć trudno w to uwierzyć, że chyba przegrywała - skoro drapała w drzwi, prosząc o ratunek..?

Poza tym, nastawiłem dwa baniaki z winem - opowiem o nich, gdy wino będzie gotowe.

Tymczasem, wspaniale rozkwitły nasze dzikie chrzany:


te kwiatki są bardzo smaczne - serdecznie polecam:


Zasada kopernikańska

Wczoraj minęło 470 lat od śmierci szacownego kanonika warmińskiego. To dobry moment, żeby przypomnieć fundamentalną zasadę WSZELKIEJ nauki. Od czasów Kanta łączoną właśnie z nazwiskiem Kopernika.[1]

Wedle tej zasady, jeśli chcemy myśleć naukowo, musimy odrzucić założenie, iż czy to my sami (jako obserwator świata), czy to przedmiot którym się zajmujemy – jest w jakikolwiek sposób OBIEKTYWNIE (tj. niezależnie od naszych wyborów) wyróżniony względem całej reszty rzeczywistości.



Dzięki przyjęciu tej zasady prawa wykrywane przez naukę (niezależnie od tego, czy jest to fizyka, astronomia, ekonomia, historia czy socjologia), o ile tylko spełniają pozostałe kryteria „naukowości“ (tj., przede wszystkim – o ile istnieje możliwość ich obalenia w drodze testu eksperymentalnego lub obserwacji) – uważamy za obowiązujące dla całego świata dostępnego naszym zmysłom.

Jest to zatem zasada wprowadzająca niejaką ekonomię myślenia do nauki – tak samo jak znana wszystkim „brzytwa Ockhama“. Jak do tej pory – nikt nigdy skutecznie „zasady kopernikańskiej“ nie zakwestionował (na gruncie nauki rzecz jasna…).

Istnieje niejakie napięcie pomiędzy „zasadą kopernikańską“, z której wynika i to, że Wszechświat w żadnym razie NIE MOŻE zajmować się ze współczuciem i sympatią swoimi ewentualnymi mieszkańcami (bo byliby wówczas niewątpliwie wyróżnieni i uprzywilejowani), a tzw. „zasadą antropiczną“ w kosmologii.

Ponieważ jednak nasza wiedza kosmologiczna jak na razie nie jest wielka – można tę sprzeczność uznać za typową chorobę wieku dziecięcego – i liczyć na to, że przyszłe badania wyjaśnią, jakim to sposobem i dlaczego zdają się być prawa fizyki tak przychylne zjawisku życia.

Oczywiście, że istnieje bardzo poważne napięcie pomiędzy „zasadą kopernikańską“, a wszelkim myśleniem nienaukowym. To właśnie „zasada kopernikańska“ jest tym kryterium, które wygoniło z królestwa nauk teologię wraz z dyscyplinami pokrewnymi – i które sprawia, że ŻADEN z istniejących na świecie podręczników szkolnych do historii (na przykład…), a i spora część literatury historycznej niesłusznie uważanej za „poważną“ – nie przedstawia najmniejszej zgoła wartości naukowej.

Co do teologii, pozwolicie Państwo, że tym razem skorzystam z okazji, aby milczeć.

O historii natomiast – kilka słów opowiem, bo po to właśnie siadłem do klawiatury.

Aplikacja „zasady kopernikańskiej“ w naukach historycznych nie jest rzeczą prostą. Po pierwsze dlatego, że sama materia rzeczy, stawia tu zaciekły opór. Historyk, badając świadectwa pozostałe po naszych przodkach, natrafia na ich intencjonalne lub nie-intencjonalne, ale zawsze przecież – subiektywne świadectwa. Poprawnie wykonana krytyka źródeł pozwala subiektywizm tych świadectw przezwyciężyć – ale ileż to wymaga pracy..?

Praca historyczna może być zatem „nie-kopernikańska“, czyli pozbawiona waloru naukowości, po prostu dlatego, że została źle napisana i zbyt dowierza jakiejś, jednostronnej relacji, nie weryfikując tego, co ludzie powszechnie na swój temat zmyślają.

Po drugie dlatego, że historia, opisując czyny ludzi, pisana jest przez ludzi i dla ludzi – i zawsze jakaś przymieszka subiektywizmu, siłą rzeczy nawet do dobrze wykonanej pracy – może się wkraść.

Nie jest przypadkiem, na co narzekał ostatnio nasz młody kolega, że miłośnicy historii z Polski, zajmują się przede wszystkim historią Polski. Historia Wysp Owczych, jako żywo – mało nas interesuje, a i znawców historii Chin – choć łatwiej o takich – też nie ma wśród Polaków zbyt wielu.

Osobnym zupełnie przypadkiem, jawnie gwałcącym „zasadę kopernikańską“ jest, gdy autor pracy historycznej wprowadza do swojej narracji „zasady porządkujące“ i „aksjologie“, inne niż te, które bezpośrednio wynikają z badanego materiału.

Tym sposobem nienaukowym bełkotem jest np. „mesjanizm narodowy“ Józefa Hoene – Wrońskiego, o którym wspominałem dwa wpisy temu. Generalnie, jak gdzieś widać takie sformułowania jak „cywilizacja polska“, „przeznaczenie narodu“, „duch narodu“, itp. – to już nie ma co dalej czytać, od razu wiadomo że wariat i że czytelnik, który nie jest psychiatrą klinicznym i nie studiuje przypadków manii – może z lektury takiego tekstu odnieść co najwyżej szkody na umyśle.

Jest natomiast pracą jak najbardziej naukową – tyle, że – po ponad pół wieku – negatywnie zweryfikowaną, a więc, należącą do historii historiografii – np. dzieło „O wielości cywilizacji“ prof. Feliksa Konecznego.

Koneczny zbyt mało wiedział o innych niż tzw. „łacińska“ cywilizacjach, by zadanie ich opisu wykonać poprawnie. Nawet jego „Cywilizacja bizantyńska“ jest rozpaczliwie wtórna, oparta na dawno zakwestionowanych, prymitywnych opracowaniach, pozbawionych obecnie najmniejszego znaczenia jak chodzi o wartość poznawczą. Opis „cywilizacji turańskiej“ który dał, tak się ma do rzeczywistego życia ludów Wielkiego Stepu Eurazjatyckiego, jak Kolumba rewelacja o odkryciu drogi do Indii do prawdy. W efekcie całość „teorii wielości cywilizacji“ pozostaje pewną propozycją metodyczną bez treści. Kto powołuje się na tę teorię jako na „ustalony fakt naukowy“ – bredzi, bo takiego statusu w chwili obecnej mieć ona żadną miarą nie może.

Sam Koneczny jednak, choć zbłądził na koniec, przecież usiłował swojej historiozofii, czyli właśnie „zasady porządkującej dzieje powszechne“ – dojść na podstawie faktów. Błędu w metodzie zatem – nie popełnił. Tyle, że faktów znał zbyt mało.

Prawdopodobnie zadanie, które sobie postawił – było zwyczajnie niewykonalne dla samotnego badacza, którego pod koniec życia komunistyczny reżim nawet do biblioteki uniwersyteckiej nie wpuszczał…

Niewielką lub żadną zgoła wartość naukową posiada obecnie prawie cała nasza historiografia wieku XIX i zdecydowana większość publikacji wydanych w wieku XX.

Historiografia polska wieku XIX pochłonięta jest sporem o przyczyny upadku I Rzeczypospolitej. Zarówno o owych przyczynach, jak i o pospolitych błędach historyków, którzy je opisują – całkiem niedawno oddzielnie pisałem.

Historiografia polska wieku XX to w dużej mierze „propaganda historyczna“, a nie nauka.

Jest pewną utartą praktyką, co najmniej od czasów „nauczyciela spod Sadowy“, a kto wie, może i od czasów Marcina Lutra – używać opisu dziejów do pobudzania lojalności, patriotyzmu i oddania poddanych gosudarstwa. Oczywiście, takie pisarstwo to w najlepszym razie apologetyka (jak nie bajkopisarstwo wręcz…) – a nie nauka.

I właśnie „zasadę kopernikańską“ gwałcą owe podręczniki szkolne i owe publikacje pozornie naukowe, a w rzeczy samej – wychwalaniu (lub poniżaniu, bo i takie mamy – już za komuny wiele takowych się pojawiło, a ostatnio to wręcz modne…) dziejów własnych poświęcone.

Z „zasady kopernikańskiej“ wynika, iż w żadnym razie NIE MOGĄ być dzieje Polski w jakikolwiek bądź sposób „wyróżnione“, „niezwykłe“, „obarczone szczególną misją“. Gdybym usiłował teraz dyskutować rzecz tę w szczegółach, wyszłoby jakieś „opus magnum“ na wiele dziesiątków stron co najmniej. Poniekąd zresztą – nie muszę robić wszystkiego naraz, mogę się odwołać do wcześniejszych na ten temat publikacji – a jeśli jakiś szczególny wątek będzie Państwa interesował, zawsze możemy do niego wrócić w przyszłości.

Chciałbym tylko zwrócić uwagę – po raz kolejny! – na oczywisty zdawałoby się fakt, że fałszywa historia jest matką fałszywej polityki. O czym też pisałem wiele razy.

Jeśli nawet taka „historyczna apologetyka“ pozostaje nieodzowną dla utrzymania mas poddanych w stanie pożądanego przez władzę oddania i lojalności (mam co do tego wątpliwości – ale to też temat na osobną dyskusję…) – to, na Boga, dokąd mogą zaprowadzić ten naród ludzie pretendujący do bycia elitą, ludzie którzy pragną formułować jakieś programy na przyszłość, jeśli posługują się wyświechtanymi kliszami myślowymi rodem z podrzędnej publicystyki historycznej – zamiast prawdziwej wiedzy..?


Co by ułatwić Państwu zrozumienie, dam – na razie bez szczegółów – zgubny spis wybranych „błędów i wypaczeń“ względem „zasady kopernikańskiej“ na podstawie jednego tylko tekstu z „Nowego Ekranu“ i dykusji, jaką wywołał:
  1. Rzekomy brak „instynktu państwowego“ u Polaków to teza wywodząca się z XIX-wiecznej „szkoły krakowskiej“, rozwinięta potem przez Jasienicę. Pięknie to się wkomponowywało w narodowo – państwowy nurt propagandy PRL i kult silnej władzy. Źródła historyczne w sposób oczywisty tej tezie przeczą.
  2. Teza o wyjątkowości ustroju „demokracji szlacheckiej“ – nie ma podstaw źródłowych. To czysty przypadek, że u nas pewne rozwiązania ustrojowe, które były powszechne co najmniej w całej Europie Środkowej (a sporą część da się zidentyfikować wszędzie, od Atlantyku po Ural, albo i dalej…), nie zanikły w XVII wieku jak gdzie indziej, tylko trwały JEDNO stulecie dłużej.
  3. Niemieckiej „V kolumny żyjącej wśród nas od wieków“, przez wzgląd na tytułowego Kopernika, to już wręcz – wstyd komentować…
  4. „słowiańska Polska“ i „Polska żydowsko – niemiecka“ – taa…
  5. rzekoma różność cywilizacyjna Polski od całej reszty świata – no właśnie…
No i tym sposobem – zdaje się, że po raz pierwszy popełniłem wpis, który w zasadzie w pierwszej kolejności powinien pójść na „Nowy Ekran“..?

No cóż – i tak zapewne, podobnie jak wczoraj, ciekawsza dyskusja będzie przecież – tutaj…



[1]Acz nie zawsze i niekoniecznie - zależy to do pewnego stopnia od zastosowania – por. dość zgrabne ujęcie angielskiej Wikipedii jak chodzi zarówno o „zasadę kopernikańską“, jak i jej bardziej ogólne sformułowanie, które tu nas interesuje.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...