wtorek, 30 kwietnia 2013

W ogniu walki

Zrobiło się jakby chłodniej i czasami nawet popaduje (zaś na najbliższą noc i poranek - dla co poniektórych świąteczny - zapowiada się wręcz coś na kształt ulewy). Mimo wczorajszej niedyspozycji - skopałem już połowę ogródka, dziś pewnie skopię resztę. Przed deszczem chcemy wysiać, ile się tylko da.

Doktora się wczoraj nie doczekaliśmy. Nie mamy pretensji. Ma do nas daleko, a pracy, zwłaszcza teraz - mnóstwo: wyźrebienia, zaźrebienia, a i sezon sportowy już się zaczął...

Tym bardziej - że srom Melesugun jakoś tragicznie nie wygląda, białe wysięki na razie się nie powtórzyły.

Za chwilę będę się zbierał i jechał po owies (po drodze zajrzę do biblioteki wymienić książki). Tak więc, tylko kilka zdjęć Z SOBOTY, których jakoś wcześniej nie miałem głowy wkleić:


W przeciwieństwie do Ostowara (widocznego na pierwszym planie), potomek Melesugun jest dość dziki, a przynajmniej - nieufny w stosunku do ludzi. Urodził się też mniejszy. Ale ambicji mu nie brak! Nasze ogrodzenie zwykł pokonywać w ten sposób, że napiera piersią na dolny drut, po czym wybijając się z całych sił z tylnych nóg - wykonuje fikołka wokół drutu, lądując po drugiej stronie... na pleckach! A potem wstaje i otrzepuje się... No: rugbysta!

Wczoraj wieczorem uzgodniliśmy z Lepszą Połową jego imię. Podam je jednak, jak zrobimy jakieś lepsze zdjęcia i będzie czas na skomplikowany wywód etymologiczny...



Ciotka Margire uparła się nie rodzić. Czyżby - należało poczekać do czwartku..?


Knedliczek co jakiś czas podśpiewuje swoim kobietom, ale nie zauważyliśmy, żeby którąkolwiek (tj., w praktyce - Osman Guli...) do tej pory krył. Jakaś słaba ta ruja była...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wojaże na kacu

Chłopak z fantazją jestem, konie można ze mną kraść - toteż, gdy wczoraj wieczorkiem, akurat gdy w ramach pochrzcinowego "afterku", uzewnętrzniwszy pierwej Państwu, co mi od rana leżało na wątpiach, klinowałem sobie leciuteńkiego kacyka puszkową Warką (w "Pierdonce" i tak nic lepszego akurat nie było - i z sobotniego czteropaku, akurat jedna pusiunia mi została do niedzieli wieczór...) zadzwonił M. i zapytał: a może byśmy tak o wpół do piątej rano pojechali na targ w Przytyku..? - zgodziłem się bez zastanowienia.

Tylko zapowiedziałem Lepszej Połowie, że sama musi dać koniowatym śniadanie - i nastawiłem sobie budzik w komórce na czwartą.

I tak wstałem wcześniej: koćkodan znowu miał jakąś dziwną fazę szaleństw - i trzeba go było wyrzucić na zewnątrz, co oczywiście skończyło się próbami przegryzienia drzwi lub stłuczenia szyby w oknie - spać się w tych hałasach z całą pewnością nie dało...

Do Przytyku dotarliśmy kwadrans na szóstą, błądząc tylko trochę i dopiero na miejscu (bośmy nie wiedzieli, gdzie tam jest plac targowy). Jak się okazało - za późno, bo cielaki, o które głównie M. chodziło, zdążyły się wyprzedać wcześniej:

zostało raptem kilka sztuk, w tym może ze dwa małe, jeszcze w sumie przy cycku będące:

Trochę więcej było świń (nie prosiaków właśnie, tylko świń - takich pod 100 kg i więcej: M. był zdziwiony, że takie w Przytyku się sprzedają...) - ale i te już raczej odjeżdżały z placu:


Zostały ze dwie alejki ze zbożem i paszami oraz pół alejki drobiu:


choć dwie, bardzo obszerne rampy dobitnie wskazywały, że miejsce dawniej było bardziej uczęszczane:


Punkt 6.00 opuściliśmy plac targowy - z pustymi rękami. I co dalej?

No tak - zatankować trzeba. Tuż przed placem stacja benzynowa z ceną ropy na pionowym panelu reklamowym nader atrakcyjną: 5,20 za litr!

Tyle tylko, że od wewnętrznej strony tego samego panelu - i, niestety, także na dystrybutorze - już nie jest tak rewelacyjnie: 5,34...

Ale cóż zrobić? M. stawiał...

Jedziemy do domu, ale po drodze jest rondo i drogowskaz... na Wyśmierzyce! Od razu przypomniał się nam Maniek Strupek. I - czemu nie..? Skoro już tak blisko jesteśmy?

Zajechaliśmy do Wyśmierzyc (błądząc tylko raz: przy wjeździe na krajową 48-kę, nie było informacji, w którą stronę jechać,  to pojechaliśmy, ma się rozumieć, w stronę przeciwną tej prawidłowej...). Okazało się prawdą, że pana Marian Strupka KAŻDY w tym "najmniejszym mieście w Polsce" zna. Trocheśmy co prawda i tak pobłądzili, a to przez własną nieuwagę - ale koniec końców: nie mogliśmy do celu nie trafić!

Cóż, kiedy pan Marian ma na sprzedaż tylko ogierka? Wysłał nas do swojego sąsiada, kilka domów dalej. Tam, owszem, jest źróbka, ale - na razie, jej właściciel jeszcze się nie zdecydował do końca, czy ją sprzedaje.

Co innego, gdybyśmy mu babę przywieźli bo, jak powiada, sam tu siedzi i już mu się ckni.

Tak, że Drogie Czytelniczki - w wieku około lat 50, byle gorące - jest niepowtarzalna okazja na romans, a może i, kto wie - dozgonny związek..?

Pan - co nas dopiero po wyjeździe zdziwiło, w końcu obaj jesteśmy na kacu i mało spostrzegawczy - i wygadany i wesoły i ogarnięty, gospodarz dobry, widać, że w kaszę sobie dmuchać nie da. Aż nas zdziwiło, że do tej pory sam sobie żadnej babeczki nie przygruchał - na pierwszym weselu powinien jakąś na siano rzucić.

Ale - może po prostu lokalny rynek matrymonialny taki przebrany, że i na siano rzucać nie ma kogo..? W takim razie, powinniśmy chyba wysłać pana na Żoliborz...

Ale - M. tak, czy inaczej, ową źróbkę mając na oku, bo fajna - postanowił, gdy już kacyk przejdzie - z sąsiadkami pogadać...

Mimo braku baby na podorędziu, wyszliśmy z tej wizyty z ogromną liczbą informacji. I o wspólnotowym pastwisku w Wyśmierzycach, o którym będę chciał wkrótce napisać. I o źróbkach i cielaczkach. Tylko nie w Wyśmierzycach, a... pod Warką! Gdzie sympatyczny ten gospodarz zwykł się zaopatrywać.

Konkretnie, to zwykł się zaopatrywać tutaj:










O farmie pana Janusza też chętnie napiszę. Jak już się wyśpię i "odkacuję".

A w tej chwili czekamy na pana doktora. Melesugun raczyła dostać białego wysięku ze sromu - trzeba wypłukać macicę.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Bluźnierstwo

Nie zamierzam wdawać się w dywagacje, czy Novus Ordo Missae jest czy nie jest rytem prawdziwie katolickim. Po to Dobry Bóg dał swemu wiernemu ludowi papieża i biskupów, żeby prosty laik nie musiał sobie tym zaprzątać głowy.

Nie zamierzam wdawać się w dywagacje, czy rezygnacja z łaciny i odwrócenie kapłana tyłem do Pana Boga było słuszne teologicznie, psychologicznie i liturgicznie czy nie. Po to Dobry Bóg dał swemu wiernemu ludowi papieża i biskupów, żeby prosty laik nie musiał sobie tym zaprzątać głowy.

Msza „nowoczesna“, gdy jest odprawiana w sposób poważny – wydaje się rytem przepełnionym prostotą, ascetycznym wręcz, pełnym godności i znaczeń.

Problem polega na tym, że – bardzo dawno nie widziałem mszy odprawianej poważnie. W Kościele polskim panoszy się bowiem zjawisko, które nasz kolega z pewnego katolickiego uniwersytetu określił słusznie mianem „infantylizacji“.[1]

Czytania mszalne w wykonaniu młodocianych ministrantów, którzy NI W ZĄB NIE POJMUJĄ ani słowa z tego, co czytają (abstrahując już od oczywistej leksykalnej nieporadności, prymitywizmu wręcz, który cechuje oficjalną „Biblię Tysiąclecia“ – przekład DALEKO GORSZY od XVI-wiecznej Biblii ks. Jakuba Wujka…), co słychać od razu, bo zwyczajnie – źle dzielą zdania, odbębniając swoje zadanie jak klasówkę w znienawidzonej „budzie“ – to profanacja sama w sobie.

Oprawa muzyczna… no – rozumiem, że lepiej się nie da. Niech więc i będzie. Że nawet solenna powaga psalmów w tym wykonaniu zbliża się do disco polo..? Jakoś bym to zniósł – ale ta „twórczość własna“, która się zwłaszcza na początku i na końcu pojawia… zęby bolą, gdy się tego słucha..!

Natomiast to, czego wysłuchałem dzisiaj…

Zaiste – nie wiem: na mszy byłem (charakterystycznym zjawiskiem jest, że podczas całej uroczystości ANI RAZU nie padło słowo „katolicki“…) – czy na jakimś satanistycznym sabacie..?

Wszystko za sprawą ks. dr Mariana Midury „krajowego duszpasterza kierowców“, który z okazji „VII Dnia Modlitwy za Kierowców“ raczył był:
-       dokonać iście satanistycznego pastiszu „Dekalogu“, tworząc jego parodię w postaci „Dekalogu kierowcy“,
-       wystosować do wiernych „garść myśli“, w których co słowo – to oczywiste kłamstwo (wedle księdza doktora, „skandalem“ jest, że w kraju, w którym tylu deklaruje się jako wierzący i praktykujący, dochodzi do tak wielu wypadków drogowych – ergo: wypadkom winni są kierowcy – a nie dziurawe drogi, bałamutne znaki drogowe, pazerna policja, przez oszalałego kauzyperdę tworzony Kodeks Ruchu Drogowego… brakowało w tym wszystkim tylko i wyłącznie – laudacji ku czci Donalda Tuska i Przenajświętszej Unii Europejskiej..!).

Rozumiem, że ksiądz, który paraduje w policyjnym mundurze i najwidoczniej, jest na etacie w Policji – inaczej nie może. Ale – wybaczcie. Jakem prosty laik, niegodzien, aby moje stopy kalały Przybytek Pański – tak w tym przypadku: jeśli ja zamilknę – kamienie wołać będą..!



Zaprawdę, powiadam Wam: żaden ze mnie katolik. Ale ja zawsze jeszcze mogę za Heinem potwórzyć: Dieu me pardonnera. C’est son métier.

Dla tych jednak, którzy podjęli się przewodzenia Ludowi Bożemu – a którzy tak haniebnie wiodą go na manowce – nie będzie litości. Zostało to wprost zapowiedziane w Ewangelii wg św. Mateusza, roz. 18, wers 6: A ktoby zgorszył jednego z tych małych, którzy w mię wierzą, lepiéj mu, aby zawieszono kamień młyński u szyje jego, i zatopiono go w głębokości morskiéj.

Łudziłem się przez chwilę, że może nikt poza mną tego bluźnierstwa nie zauważył. Kiedy jednak wypiliśmy po kielonku i rozwiązały się gościom języki – okazało się, że zauważyli wszyscy. Tyle tylko, że – jak mi powiedziano – oszukać księdza to cnota. Nikt więc nie dał po sobie poznać, gdzie ma ekshortacje ks. dr Midury…


[1] W sumie, miałem się nie wypowiadać, ale co tam: „otwarcie na dzieci“, które prezentuje współczesny polski Kościół, to oczywista głupota. Dzieciństwo ma to do siebie, że się z niego wyrasta. Wyrastając zaś – wyrzuca się pieluszki, ołowiane żołnierzyki i lalki. Wyrzuca się też Kościół, który się wyłącznie z dzieciństwem identyfikuje, który jest infantylny, prymitywny i NUDNY dla dorosłego człowieka…

Przed chrzcinami

Nie mam czasu przed chrzcinami u M. i przed zapowiadaną ulewą - muszę zaraz iść, sprzątać, co by nasze koniowate w czasie deszczu sucho pod wiatą miały.

Więc tylko, w nawiązaniu do wczorajszej wymiany zdań w sprawie rozrzutników, samochodów i "gotowych na Dzień Sądu" - rzucam Wam krótkie pytanko, co byście mieli co robić w tak piękną, pochmurną niedzielę (o ile nie wybieracie się akurat na Służewiec, gdzie zdaje się, dziś drugi dzień wyścigowy w sezonie, nie pracujecie na działce, czy też - nie robicie czegoś równie pożytecznego i fascynującego...).


Jak sądzicie: jakie jeszcze usługi i produkty, poza toporną, prymitywną półciężarówką przystosowaną także do lekkich prac polowych - przydałyby się "przesiedleńcom z miasta na wieś", "nowym wieśmakom" czy też "przygotowującym się na Dzień Sądu" i kres cywilizacji..? Chodzi mi o takie produkty i usługi, których NIE MA. Z takich, czy innych względów.

Bo, na ten przykład - schron dowolnej typu i przeznaczenia, jak najbardziej każdy może sobie kupić i zamontować...

Przy okazji - pomóżcie, proszę, Koledze Racjonalnie Oszczędzającemu, linkując jego nowy blog - Google wszeteczne, odmówiły mu bowiem indeksacji.

sobota, 27 kwietnia 2013

Kłopoty z "Kosem"

Niestety, kłopoty z "Kosem" na wymianie paska klinowego się nie skończyły. Oto, jaki widok dostrzegłem, gdy już kończyłem rozsiewać saletrzak i ładowałem pierwszą partię wapna na Wielkie Padok:

(ściślej: dwie z sześciu łopatek trzymały się jeszcze - każda na jednej śrubce...).

Co się stało? No cóż: ten element, a przynajmniej - owe metalowe łopaty służące do roztrzepywania nawozu - były dorabiane. I zostały dorobione źle. Nie tylko same się pourywały - ale i, jak widać, powyrywały wielkie dziury w talerzu z masy plastycznej...

Ponieważ, gdy to zauważyłem, i tak już całość nadawała się tylko do wymiany - skończyłem rozwozić wapno - a teraz będę kombinował, jak to naprawić. Najlepiej byłoby kupić cały taki talerz, łącznie z łopatami - co oryginał, to oryginał.

Mam nadzieję, że nie będzie to zbyt skomplikowane. W ostateczności - można skanibalizować jakiegoś innego "Kosa". Pełno ich stoi po gospodarstwach w okolicy, a w większości - nie są już używane.

Ogólnie, gdyby nie ta awaria, wrażenia z nawożenia Wielkiego Padoku miałbym wyłącznie pozytywne. Praca traktorzysty (pod warunkiem, że sprzęt się nie psuje...) - to jest zajęcie w sam raz dla mnie: dość monotonne, to prawda, w końcu jeździ się w kółko  - ale myśleć za bardzo nie trzeba, liczyć góra do sześciu (no, może do 10 czasem...), liczy się systematyczność a nie fantazja. Żyć, nie umierać!

Plecy mnie dziś trochę bolą. W końcu, półtorej tony nawozu załadowałem do "Kosa" - a wcześniej jeszcze, rozsypałem obornik po ogródku (tylko przekopać pozostało - i pierwsza faza wiosennych prac ogrodniczych będzie zakończona...) i wyczyściłem, przed jutrzejszymi chrzcinami, samochód w środku (czyszczenie go z zewnątrz nie miało sensu, skoro potem i tak jechałem jeszcze na pole...). Ale - to nic wielkiego.

"Nowy Ekran" znowu, jak co miesiąc, przestał działać. Eksperymentuje zatem z "salonem24.pl" - ale tam będzie o wiele trudniej dobić się jakiegoś dostrzegalnego czytelnictwa, bo portal o wiele większy.

A za chwilę - jedziemy na targ i zakupy.

Być może uda mi się, jak nie dziś, to jutro - pokazać Państwu odrobinę pornografii. Osman Guli, mimo odklejania łożyska i mimo późniejszego płukania macicy - najwyraźniej wchodzi w ruję. Co objawia się grupowymi gonitwami po Padoku Zimowym: Knedlik ją goni. Taki rodzaj gry wstępnej. Rok temu było to bardzo widowiskowe - ale nigdy tego nie sfotografowałem, bo byłem zbyt przerażony.

Tym razem, zdaje się, nasi milusińscy są wobec siebie delikatniejsi - to może się odważę. O ile będę miał trochę szczęścia, będzie czas i światło - a po południu ma się zachmurzyć i padać deszcz (i bardzo dobrze, skoro nawozy już rozrzucone!).

piątek, 26 kwietnia 2013

Ekonomika życia wiejskiego, cz. 4 – jak naprawdę działa rynek?

Wbrew dominującej wśród polskich blogerów opinii, kredyt nie został wymyślony przez „złodziejską banksterkę“, czy też „żydowską plutokrację“ w celu pognębienia prostodusznych Słowian. Kredyt, pożyczki, zysk, procent – to są zjawiska, które powstały niemal natychmiast po tym, gdy ludzie przestali się kontentować tym, co im oferowała sama natura i zaczęli produkować sobie pożywienie. Czyli – natychmiast po rewolucji neolitycznej…

Za każdym razem, gdy biedny, spracowany rolnik wrzuca ziarno w świeżo zaoraną bruzdę, albo dopuszcza krowę do byka – dokonuje się transakacja typu „futures“. Rolnik jest z natury hazardzistą. Obstawia bowiem, że los będzie mu sprzyjał: gleba okaże się dość żyzna, deszczu będzie nie za mało i nie za dużo, dzika zwierzna nie zniszczy upraw, itd., itp. – i z jednego zasianego ziarna zbierze… no, ile zbierze, tyle zbierze, nie jestem od tego, żeby komu innemu w spichlerz zaglądać!

W każdym razie, mamy tu wszystkie elementy typowej „gospodarki kapitałowej“. Rolnik nie zjada ani tego ziarna, które wrzuca w świeżo zaoraną bruzdę, ani tej krowy, którą dopuszcza do byka. Zatem – powstrzymuje się od konsumpcji, „oszczędza“ pewną część swoich zasobów. W nadziei na to, że dzięki jego ciężkiej pracy i działaniu sił natury – ulegną w przyszłości zwielokrotnieniu.

Owa nadzieja obarczona jest ryzykiem. Słusznie i sprawiedliwie zatem każdemu, kto wystawia się na ryzyko (nieurodzaju lub innej klęski), należy się proporcjonalny udział w nagrodzie, jaką przynosi ostateczne powodzenie. Tylko w ten sposób skłonić można ewentualnych dysponentów nadwyżki zasobów („wolnego kapitału“), aby użyczali ich tym, którzy owych zasobów potrzebują – gdyby bowiem nie było procentu od pożyczanego kapitału, kapitał ów, pomniejszany za każdym razem, gdy urodzaj zawiedzie lub krowa nie donosi ciąży – rychło by zniknął i nie byłoby czego pożyczać…

Stąd już sumeryjskie tabliczki zawierają zapisy, wedle których w zamian za użyczenie byka do stada, jego właściciel otrzymać miał po upływie stosownego czasu np. dwa lub trzy cielęta. Kto zaś pożyczał siewne ziarno – otrzymywał po zbiorach dwu- lub trzykrotność swojej pożyczki.

W rzeczy samej, choć dziś wydaje się to nie do pojęcia, tak naprawdę rolnictwo oferuje dużo wyższe zyski niż wszystko, co byli dawnymi czasy w stanie osiągnąć swoimi prymitywnymi narzędziami rzemieślnicy. Koniec końców, nawet na mazowieckich piaskach rzadko kiedy uzyskiwano mniej niż 10 ziaren z jednego zasianego. Tak więc, proporcja „oczekiwanego zysku do podziału“ w stosunku do „nakładów własnych“ to 1000% w skali roku - a bywało: nawet i wiele razy więcej.

W przypadku hodowli zwierząt, „przeciętny, oczekiwany zysk do podziału“ oscyluje wokół 100% rocznie (duże ssaki, które najlepiej nadają się do hodowli, rzadko miewają więcej niż jedno młode w miocie…).

Czy można się zatem dziwić, że za normalne, dopuszczalne i wcale nie „lichwiarskie“ procenty uchodziły dawnymi czasy transakcje, w których kredytobiorca płacił np. 20 od 100? A i 50% rocznie – to jeszcze wcale nie było nic niezwykłego..! Ogromna większość dzierżawców w Europie Zachodniej przez setki lat płaciła jako czynsz właścicielom ziemi właśnie – 50% zbiorów…

Oczywiście – było to możliwe tylko dlatego, że w tych dawnych i słusznie minionych czasach, pomijano całkowicie lub też „brano w nawias“ inne niż samo tylko ziarno czy zwierzęta „czynniki produkcji“. Obecnie, gdy rolnictwo funkcjonuje tylko dzięki węglowodorom kopalnym (ropa do ciągników i gaz na nawozy) – tak już się nie da. Choć wydajność współczesnego rolnictwa jest setki a może i tysiące razy większa niż 200 czy 300 lat temu – nie wyciśnie się dziś z rolnika ani połowy, ani nawet dziesiątej części (w ujęciu względnym oczywiście, tj. liczonych jako „procent oczekiwanych plonów“) tych procentów, odsetek, czynszów, podatków, dziesięcin i rent, które dawało się z niego zedrzeć wtedy. Ot – paradoks dziejów..![1]

Nie o historii miało być jednak, tylko o działaniu rynku. No cóż – faktyczne działanie rynku dalekie jest od jego idealistycznej wizji w podręcznikach ekonomii. Właśnie to przećwiczyliśmy na własnej skórze!

Jak wszyscy (prawie) w okolicy, zaopatrujemy się w nawozy u jednego od lat dostawcy. Praktycznie – nie mamy innego wyjścia. Tylko u niego mogę dostać nawozy na kredyt (stąd wstęp o kredycie powyżej…). Gdzie indziej musiałbym płacić. A to jest, na przednówku – praktycznie niewyobrażalne..!

Ale – coś za coś. Nasz dostawca, zresztą poczciwości człowiek, polecam każdemu, kto by się zamierzał tutaj sprowadzić – boryka się z problemami, które każdy autor podręcznika ekonomii zbywać zwykł wzruszeniem ramion, jako nieistotne dla obrazu całości, przypadkowe zakłócenia.

Oto – praktycznie co roku, wiosną, nawozów – brak…

Jak to możliwe..? Przecież wiosna i sezon robót polowych, które się z nią wiążą, to nie jest zjawisko jednorazowe, nieprzewidywalne i wyjątkowe..! Tymczasem jakoś tak się dzieje, że co roku – producenci i hurtownicy dają się zaskoczyć jak nie przymierzając, drogowcy zimie.


to akurat zeszłoroczna kupa nawozów

W 2008 roku – ceny nawozów były wyjątkowo wysokie i były ich poważne niedobory, bo w związku z Olimpiadą, Chińczycy zamknęli czasowo trzy duże fabryki pod Pekinem. Potem też co roku były jakieś perypetie.

W tym roku ceny spadły do poziomu, którego w mojej krótkiej karierze rolnika, nigdy jeszcze nie odnotowałem. Co z tego jednak, skoro np. WapMagu z mikroelementami, na który się strasznie „napaliłem“ (nasza ziemia uboga jest zwłaszcza w miedź, co widać po grzywach i ogonach naszych koni i miałem nadzieję wreszcie na ten niedobór zaradzić…), od dwóch tygodni po prostu – nie ma. Nie ma i już!

Pewnie, gdybym pojechał gdzieś do hurtowni i zabrał to sobie własnym transportem, to bym miał. Ale – hurtownia kredytu mi nie udzieli…

Stanęło na tym, że kupiłem 2 tony wapna z magnezem nawet nie w granulacie, tylko zwykłego – „pylistego“. I stąd – potrzebowałem koniecznie rozrzutnika marki „Kos“, aby się z nim uporać, bo każdy nowoczesny – zatkałby się tym od razu. I pół tony saletrzaku, który dam tylko na Wielki Padok – bo jest już za późno, by nawóz azotowy zdążył się wchłonąć, nim na Pierwszy Padok będę musiał wypuścić zwierzęta…



W związku z tym doświadczeniem, moja wrodzona nieufność do autorów podręczników ekonomii uległa dalszemu pogłębieniu. Być może takie założenia, jak „doskonała płynność“, „pełna informacja“, itp. – to są wszystko „konieczne idealizacje“ przy opisie rynku. Tyle tylko, że jeśli się te idealizacje przyjmie, to… co tu właściwie opisywać..?

Rzeczywistość jest taka, że nie „zdradzę“ naszego stałego dostawcy nawozów – raz dlatego, że kto inny, prócz niego, będzie chciał pół roku na zapłatę czekać, a dwa – jestem mu to winien po 5 latach satysfakcjonującej współpracy. O jakiej zatem „doskonałej płynności“ my tu mówimy..?

Jak chodzi o dostawców usług, których wkrótce będę potrzebował, gdy zaczną się sianokosy – sytuacja jest dokładnie taka sama: wybiorę tego, kto zgodzi się poczekać na zapłatę i zaoferuje najdogodniejszy termin. Konkretna cena za godzinę pracy jest najmniej istotnym elementem kalkulacji. Najprawdopodobniej zresztą, jak co roku – wyboru w ogóle nie będzie, bo chętny do tego, aby cokolwiek u mnie robić i tak – będzie tylko jeden (i gdy ten jeden już się znajdzie – przestanę szukać następnych, bo i po co..?).[2] I gdzie tu „pełna informacja“..?

Mam głębokie wrażenie, że najważniejsze, bo pochłaniające gros czasu i w najwyższym stopniu decydujące o ostatecznym wyniku – są właśnie owe „przypadkowe niedoskonałości“, których omijaniu służą przyjmowane zwykle w podręcznikach ekonomii „konieczne idealizacje“. Przecież – najwięcej czasu zajmuje poszukiwanie towaru lub usługi. Im więcej czasu takie poszukiwanie zajmuje, tym większa pewność, że kupi się towar lub usługę u pierwszego dostawcy, którego wreszcie uda się znaleźć – niezależnie od tego, czy istnieją na rynku inni, być może oferujący lepsze warunki (ale nam nieznani), czy nie.

Gdy zaś już ma się owego dostawcę, to rodzą się między nim, a nabywcami jego towarów lub usług przeróżne więzi – od prostego faktu, że tylko „między swemi“ możliwa jest transakcja z aż tak bardzo odroczonym terminem zapłaty, aż po nieuchwytny wymiar ludzkiej wdzięczności za takie udogodnienia.

Taka właśnie jest w rzeczywistości. Taki jest rynek. Daleki od ideału. Czy to źle..?



[1] Jeśli nie liczyć tego, co gosudarstwa całego świata „wyciskają“ właśnie – w cenie oleju napędowego i w cenie nawozów sztucznych… Hmm… Czyżbym odkrył właśnie zapoznany obszar życia ludzkiego, który uległ „nacjonalizacji“..? Gosudarstwo, arbitralnie ustalając cenę nośników energii – de facto przechwytuje większość zysku, jaki mogłyby generować takie branże jak rolnictwo, transport, turystyka…
[2] Koszt uzyskania informacji o ofertach rynkowych pospolicie nazywa się „kosztem zdartych zelówek“. Jest oczywiście pomijalny, gdy szukamy czegoś na Allegro – ale już na targowisku: trzeba się nachodzić. Zaś bardzo często – trzeba wsiąść w samochód i jeździć – a to kosztuje.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Rozrzutnik do nawozów "Kos" w działaniu

Co tu opowiadać? Pokazać trzeba:



Jest to, jak sądzę, jedno z oryginalniejszych zastosowań Nissana Patrola (bo używanie tego samochodu do odśnieżania na ten przykład, to już wręcz nudy - co druga stacja benzynowa tak robi...).  Może tylko przewożenie chatki w całości - było porównywalnym happeningiem.

Udało się nam w niespełna godzinę rozsiać pół tony nawozu wapniowo - magnezowego, pylistego (stąd taka chmura za zestawem...) po Pierwszym Padoku.

Potem wziąłem się za rozsiewanie saletrzaku na Wielkim Padoku - ale za drugim nawrotem pasek klinowy napędzający kółko służące do rozsypywania nawozu na boki - wziął i pękł, zresztą jak najbardziej - zgodnie z ostrzeżeniem właściciela "Kosa".

Ponieważ szczerze wątpię, czy po godzinie 15.00 możliwy jest zakup takiego paska w najbliższej okolicy - dałem sobie na dziś wolne.

Tym bardziej, że Margire snuje się od rana po Padoku jak senna mara. Co jakiś czas przystaje i ewidentnie daje znać, że coś jej przeszkadza z tyłu. Na moje oczy to ma już w ogóle rozwarcie sromu. Tylko - nic z tego na razie nie wynika. No i apetyt wciąż jej dopisuje...

O ile nie wyźrebi się, złośliwie, w samym środku "Dr House'a" - przyjdzie mi dzisiaj znowu nocować pod wiatą...

Poranna położnica i jej dziecię mają się dobrze. Był jakiś minimalny wysięk, lekka opuchlizna i zostało otarcie na zewnątrz sromu - ale nic z tego nie wygląda groźnie.

Natomiast absolutny hit dzisiejszego dnia: położnica z małym były sobie pod wiatą. Obok Knedlik jadł siano. W pewnym momencie nowo narodzony pająk obrał zdecydowany kurs na swojego ojca. Matka wpadła w lekką panikę, ale nie miała jak interweniować, bo tymczasem... mały przelazł ojcu pod brzuchem, wylazł między tylnymi nogami i znalazł się między nim a ścianą wiaty, tuż przy korycie z wodą.

Trochę było kwiku i pokładania uszu po sobie, ale ostatecznie to zapętlenie złożone z dwóch i ćwierci konia - rozpętliło się całkowicie bezkonfliktowo. Jestem pod głębokim wrażeniem delikatności i opanowania Knedlika...

Pająk - niespodzianka

No tym razem niewiele mam do powiedzenia. Ok. 3.00 z wielkim trudem i poświęceniem wygrzebałem się z pieleszy (tj. spomiędzy Lepszej Połowy a koćkodana, drugą już noc wiernie pilnującego swojej miejscówki...) i zajrzałem pod wiatę. Poza tym, że należało podlać wody i dorzucić siana - niczego niepokojącego nie zaobserwowałem. Wszystkie dorosłe konie tkwiły z pyskami w sianie i ani myślały odrywać się od konsumpcji. Wróciłem więc i szybko zasnąłem kamiennym snem.

Przed 6.00 Lepsza Połowa wykopała mnie z łóżka, a potem poszła razem ze mną dawać koniowatym śniadanie.

Ustawiam ci ja wiaderka - Knedliczek, Buba z małym Ostowarem, Margire - a Piękny, Dzielny (i Jednak Mądry...) Koń Lepszej Połowy jak nie wychodził spod wiaty, tak nie wychodzi. Wołam ją - a ta nic. W sumie nic szczególnego, ona jest z lekka oderwana od rzeczywistości i zdarza się jej zagapić... Idę więc, patrzę i widzę..:


Zdjęcie jest oczywiście kapkę późniejsze. W rzeczy samej bowiem - źrebak, gdy go pierwszy raz zobaczyłem, właśnie oddawał smółkę. A zaraz potem - zabrał się do cycka. Żadnego dostawiania, żadnego wyciągania - no: poczułem się zbędny...

Mogłem tylko zajodynować pępek, co jakoś tam mi się udało (w odróżnieniu od Buby, Melesugun jednak ciut broni źrebaka przed ludźmi i nie jest tak łatwo się do niego dopchać...). Oraz wygrzebać spod ściółki łożysko. Rozłożyłem je potem sobie poza Padokiem i obejrzałem - dwa razy. No - nie do końca wygląda tak jak na zdjęciach w podręczniku. Ani też - jak poprzednie łożyska, które widziałem. Chyba raczej jednak całe... Ale proszę mnie nie cytować, gdyby potem się okazało, że cokolwiek jest nie tak! Będziemy po prostu obserwować kobyłę (mam nadzieję, że lepiej nam to pójdzie, niż dzisiejszej nocy...).

Żeby jakoś rozładować niespodziewany stres, zmieniłem trepki na porządniejsze buty i wziąłem się za sprzątanie Padoku Zimowego i wiaty. A Lepsza Połowa - porobiła jeszcze trochę zdjęć:



i, bardziej rodzinnie:


(nawet widać, jak zbieram gówno na taczkę...)




Muszę spadać - skoro już posprzątałem, to trzeba przywieźć siana. Nim przyjadą nawozy. Lub... zacznie się kolejny poród..!

Bądźcie Państwo z nami: jeszcze niejedna niespodzianka przed nami w Boskiej Woli...

środa, 24 kwietnia 2013

Kos

Większość dzisiejszego dnia zajęło mi to, co wszyscy chłopcy, duzi i mali lubią najbardziej (zaraz po zabawie kobiecymi piersiami...): grzebanie we wspaniałym, starym mechaniźmie. Proszę Państwa, pozwólcie sobie przedstawić, oto "Kos":


"Kos", niestety, nie jest mój, ani nawet nasz (bo jak już, to na spółkę z M., byśmy takowy sprzęt sobie sprawili), tylko pożyczony. Ale - wymagał napraw, właścicielowi jest na razie niepotrzebny, negocjacje w sprawie nabycia "Kosa" zostały w pewnym sensie otwarte i wszystko wskazuje na to, że w swoim czasie - dobiegną szczęśliwego finału...

Cały geniusz tego urządzenia polega na jego prostocie i uniwersaliźmie. Pierwotnie przeznaczony był do zaprzęgu konnego (nad jego lewym kołem, czyli po prawej stronie zdjęcia, widać jeszcze resztki siedziska woźnicy - a pod dyszlem: zaczep do orczyka...). Potem, przez lata jeździł za ciągnikiem. A ja go sobie przysposobiłem w ten sposób:


Przy pomocy zaczepu uniwersalnego typu D-4 (czyli "drut złożony razy cztery"):


Nie jest to rozwiązanie ani optymalne, ani bezpieczne, ani docelowe. Ponieważ jednak i tak nie mogę obciążyć "Kosa" jego pełnym ładunkiem (mieści do 300 kg nawozu) - taśma, po której przesuwa się nawóz, a przede wszystkim pasek klinowy, napędzający kółko rozrzutnika, mogłyby tego nie wytrzymać - sądzę, że przy obciążeniach rzędu 100 kg i bardzo powolnej, płynnej jeździe - powinienem sobie poradzić i samochodowi krzywdy nie zrobić.

Najważniejsze to rozrzucić (mam nadzieję, że jutro, zgodnie z obietnicą naszego dostawcy...) wapno na Pierwszym Padoku. Wielki Padok nie jest taki pilny, mogę się z nim bawić dowolnie długo.

Z tyłu cały zestaw prezentuje się nie mniej okazale:


Oprócz dopompowania powietrza w kołach, podokręcania i doczyszczenia wszystkiego - musieliśmy z M. dorobić brakującą osłonę, zapobiegającą rozrzucaniu nawozu w przód. O, tę:


Przydały się okrawki blachy ocynkowanej, pozostałe po wymianie komina w zeszłym roku...

Spostrzeżenie

Zauważyliście może Państwo, że z tego bloga zniknęły reklamy..?

Ja zauważyłem ten fakt wczoraj. Bo, jakoś tak, akurat z kimś dyskutowałem na ten temat i podkusiło mnie zajrzeć do statystyk. A tu – „przychody Ad Sense“: 0 – 0 – 0… i tak – od 16 marca! A wcześniej, w związku z bezprecedensowo wielkim ruchem na stronie – nie spadało poniżej dolara dziennie (a pikowało i do 2,42$ – raz)…

Poszukałem, pogrzebałem – i nic nie znalazłem. Google twierdzi, że jak chce komuś zablokować konto Ad Sense, to wysyła maila. Z góry uprzedzając, że mail taki ma wielkie szanse wpaść do spamu. Tyle tylko, że jeśli taki mail przyszedł nawet i wpadł do spamu – to jedno i drugie zrobił przecież przed 16 marca. A tak długo spam się w skrzynce nie przechowuje…

Na wszelki wypadek – wysłałem do Googlów odwołanie. Faktem jest, że treść tego bloga MOŻE budzić tzw. „kontrowersje“ i gdybym sam był odpowiedzialnym i dbałym o swój wizerunek reklamodawcą, to bym tu żadnych zgoła reklam nie zamieszczał. Ale – na ile chciało mi się przebijać przez sążniste paragrafy Googlowych „zasad“ – wprost i bezpośrednio, jako żywo – żadnej z nich nie złamałem.

Hieronim Bosch też uchodził kiedyś za "kontrowersyjnego"...

Zresztą – nie jest to aż tak istotne. Nie zamierzam niczego zmieniać bez względu na takie lub inne decyzje Googlów. Musieliby lepiej płacić niż tylko dolara dziennie…[1]

Zabawne jest tylko to, że ani ja sam niczego nie spostrzegłem – ani Państwo mi uwagi nie zwróciliście. Przez ponad miesiąc!

To, że ja niczego nie zauważyłem, to akurat mam wytłumaczenie: reklamy kontekstowe Ad Sense bardzo często i tak mi się nie wyświetlały, gdy oglądałem własną stronę, bo zwyczajnie – blueconnect nie dawał rady ich ładować. Wcale mnie zatem nie dziwiło, że w polach, w których powinny się pokazać, nic nie ma.

Ale że Państwo nic nie dostrzegli..?

U nas – żadnych zmian na razie. Skończyłem wczoraj budować „wzniesione grządki“ pod truskawki, poziomki i ewentualnie inne „owoce miękkie“. Okazało się, że mamy spory zapas kompostu – starczyłoby na drugie tyle. Muszę wymyślić, co z tym zrobić, bo jak nie rozdysponuję kupy, która od jesieni leży na środku ogródka, trudno mi będzie zagospodarować całość…

Z powyższego względu (a także dlatego, że dzień jest dość pochmurny i światła brak) – nie daję na razie zdjęć ogródka, bo wygląda to nad wyraz nieestetycznie.

Wieści o nawozach brak. Jutro zapewne pojadę po transport siana i – co by się nie działo – to będzie OSTATNI transport w tym sezonie, za 8 – 10 dni konie MUSZĄ już wyjść na trawę. Po prostu – nie utrzymam ich w ogrodzeniu, gdy tuż za płotem się zieleni…

W tej sytuacji – zdecydowałem, że zrezygnuję z wyrzucania na Pierwszy Padok nawozu azotowego. Za długo by się wchłaniał, a też i trawa jest już zbyt wysoka. Ale WapMag, jeśli dojedzie przed końcem tygodnia – mimo wszystko: chciałbym tam rzucić.

Dzisiaj krótko – obiecałem zabrać M. z Warki z zakupami na planowane na niedzielę chrzciny, więc za chwilę będę musiał wyjeżdżać (bo i sam mam kilka sprawunków do zrobienia). Ale nie martwcie się – dłuższy tekst dojrzewa powoli…

Na razie, zamiast tego – zachęcam do lektury tego, bardzo ciekawego wpisu na „Nowym Ekranie“. Wnioski możecie sobie Państwo wysnuć sami.


[1] Ale, ale..! Skoro ruch rośnie – potencjał reklamowy jest – jak najbardziej, otwarty jestem na negocjacje. W KAŻDEJ sprawie. Unikania kontrowersji – również. Tylko stawka musi być satysfakcjonująca… Mail zaraz pojawi się pod profilem, dajcie mi kwadransik…

wtorek, 23 kwietnia 2013

Zew natury

Noc spędziłem prawie bezsennie. Bijąc się z myślami. I koniec końców, postanowiłem: muszę coś w moim nic nie wartym życiu zmienić! Ot: potomka spłodzę, pracę normalną znajdę, dom zbuduję, drzewo posadzę…

Zacząłem od wyrzucenia za drzwi koćkodana. Który żadnym znanym i wypraktykowanym sposobem nie dawał się uspokoić i zagonić do łóżka. Nie pomagały łapówki w postaci chrupków, czy mleka, nie pomagało głaskanie i przytulanie – byt czarno-biały konsekwentnie biegał po chatce, tupiąc przy tym jak jeż, przewracając sprzęty i wydzierając się jak kocur w marcu…

Efekt? Drzwi mamy do wymiany (jakby wcześniej nie były…), gówno się wyspałem (też mi nowina…), Lepsza Połowa tak samo (bo drapanie w drzwi tak samo głośne było, jak harce po chatce…), a z mojej wewnętrznej bijatyki nic konkretnego i tak nie wynikło – bo postanawiać, to ja sobie mogę. Co tylko chcę. Ale akurat „mocy sprawczej“ miałem dokładnie na to, co faktycznie zrobiłem – czyli: na wyrzucenie koćkodana za drzwi!

Przynajmniej, okazało się, że metoda wychowawcza Iwana Groźnego wciąż działa, bo koćkodan, jak już został z powrotem do domowej konfidencyi dopuszczony po śniadaniu – łaził za mną i łasił się. Prewencyjnie widać. Żebym go znowu nie wyrzucił. Teraz – śpi grzecznie na swojej podusi i udaje, że go nie ma…

Lepsza Połowa twierdzi co prawda, że to wszystko wcale nie jest żadne tam „postanowienie przemiany (wewnętrznej)“, tylko – efekt mętnego płynu, którego dwie czy trzy szklanki przyjąłem wczoraj wieczorem do organizmu.

To by dobrze o moim mętnym płynie w takim razie świadczyło..!

No cóż – bardzo chciałem się wczoraj rozluźnić: Bubie co prawda chyba raczej nic nie jest (Pan Doktor prewencyjnie wstrzyknął jej dezynfekującą piankę do macicy i po antybiotyku domięśniowo w każdy półdupek – orzekł też, że jeśli dostanie rui, to nie ma żadnych przeciwwskazań co do krycia…) – ale, cośmy się zdenerwowali, to nasze.

No i – obie pozostałe zaczęły wykazywać wyraźne oznaki zbliżającego się rozwiązania. Jeszcze nie dziś może – ale to już kwestia dni, a nie tygodni…

Mam nadzieję, że nie do każdej trzeba będzie weterynarza wzywać, bo robi się to z lekko drogawe – a potem przecież, trzeba będzie zrobić wszystkim źrebiętom badania polimorfizmu krwi, wyniki posłać do Riazania, razem z opłatami – na same tylko paszporty rosyjskie wyjdzie tysiączek… No i – Knedlika trzeba będzie odwieźć do domu, jak już zrobi swoje (a Pan Doktor potwierdzi, że zrobił, co należy…) – a to, bez wymiany opon, wydaje się mało realne (pomijając już, w przybliżeniu, 200 litrów paliwa, które na to pójdzie…).

Z grubsza: ze 3 tysi na same tylko formalności i podróże powinniśmy tego lata wydać. Opon nie licząc.

Tymczasem: czekamy. Czekamy na wyźrebienia. Czekamy na nawozy, które miały były być czwartek – piątek, a teraz mają być jutro (o ile będą…). Czekamy na trawę, żeby wreszcie wypuścić towarzystwo na pastwisko. Czekamy też na jakiś cud, albo chociaż cudzik, który pozwoli wszystkie wydatki opędzić i w coraz gorsze długi nie popadać.

Do tej pory – zawsze się taki cud, albo chociaż cudzik zdarzał. Mocno wierzę, że zdarzy się i tym razem. Ale, jeśli ktoś z Państwa pomyśli, że chciałem dziś po prostu wykpić „techniki motywacyjne“ – to, oczywiście, ma rację…



Koćkodan zaś, tak okrutnie tej nocy potraktowany – poczuł był widać „zew natury“. Jej dużo młodsza i dużo drapieżniejsza koleżanka przynosi teraz codziennie po 3 – 4 myszy lub jaszczurki jako łowieckie trofea. Jaszczurek trochę mi żal, bo pożyteczne – ale, widać, skoro robi tak nieprzerwanie od kilku lat, a łupy się nie zmniejszają, istnieje równowaga pomiędzy Krystyną a populacją jaszczurek na naszej ziemi.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 6 - wino jarzębinowe

No cóż: kwestia gustu! Lepszej Połowie się nie spodobało, ale obiecuje wykorzystać do gotowania. Podobno do ryb pasuje.

Mnie tam smakuje. Ale - czy ojciec może źle mówić o swoim dziecku..? Zwłaszcza takim, które fermentowało SIEDEM MIESIĘCY..?


Kolor - jak widać. Mętny. Mimo przefiltrowania przez gazę.

Zapach dość słaby, ale - jarzębinowy. Z lekka kwaskowatymi drożdżami podszyty.

Smak? Najpierw słodycz, potem melonowo - kwaskowate orzeźwienie, na koniec mała nutka goryczki. W ustach pozostaje słodko - gorzka lepkość.

W przeciwieństwie do czeremchy, nie nazwałbym tego orzeźwiającym, letnim napojem. Ale - jak nikt inny pić tego nie będzie chciał, to się wcale nie obrażę - więcej zostanie dla mnie..!

A tak poza tym - czekamy na Pana Doktora.

U Buby pojawił się nieznaczny wysięk z pochwy. Nie wygląda to alarmująco, nic w jej zachowaniu nie wskazuje na ból czy gorączkę - ale: strzeżonego...

niedziela, 21 kwietnia 2013

Liczy się systematyczność

A przynajmniej – mam taką nadzieję. Bo kiepski ze mnie robotnik. Jeszcze wczoraj mogłem się tłumaczyć, że jestem niewyspany, że pogoda kiepska – ale co ma mnie wytłumaczyć dzisiaj..? A jednak – przekopałem raptem kilka grządek w ogródku, i – dętka…

Pięta dalej mi doskwiera. No i pewnie lenistwo. Ale właśnie – pocieszam się, że brak wielkiego zapału nadrobię systematycznością. Koniec końców, choć nawet nie próbowałem się napinać, sadzik już doprowadziłem do kultury, szklarnia i „stary“ ogródek gotowe na zasiewy – ogólnie, choć powoli, ale widać systematyczny postęp.

Ponieważ napisałem wreszcie z dawna zapowiadany tekst dla „KT“ – i był to, zgodnie z pomysłem „Tani“ z forum Re-Volta.pl tekst o zimie – miałem okazję dokonać pewnych podsumowań.

I tak: nasze konie zjadają średnio dziennie po zaledwie 0,6 kg owsa (i, dodatkowo, po 0,5 kg marchewki…) oraz zużywają tylko 1,5 kg słomy dziennie na łeb. Za to – aż 15 kg siana na każdy koński ogon dobowo u nas schodzi. Ewidentnie – dlatego, że spora część siana zużywana jest przez koniowate na ścielenie. Mimo paśnika.[1] Którego ruiny mogliście Państwo widzieć na zdjęciu wczoraj. No cóż – okazał się fenomenalnym drapakiem do futra…

Rocznie wywożę spod wiaty i z Padoku Zimowego nieco ponad 1000 taczek nawozu. Średnio po 5 taczek dziennie (tak bliżej 5,5 taczki…) przez sezon, który trwa około 200 dni. Napisałem przecież na samym początku – liczy się systematyczność…

Jeszcze ze 4 – 5 lat, a cały obszar, gdzie brakowało gleby po pierwszym przeoraniu, w 2007 roku – będzie równomiernie pokryty grubą na kilkadziesiąt centymetrów warstwą próchnicy..!

Mam nadzieję, że tak samo – systematyczność liczy się jak chodzi o naszego „Starszego Sierżanta“. Systematycznie, co kwadrans (z dokładnością do pięciu minut) zasysa cycka. Przez dwa dni w żaden widoczny sposób nie urósł. Ale – wszystko przed nim, nieprawdaż..?


Mniej optymistycznie tytułowe powiedzonko wygląda w bardziej ogólnym kontekście…

Mój pierwszy Redaktor Naczelny, pan Tadeusz Majewski z „Gazety Kociewskiej“ w Starogardzie, zwykł był mawiać, że redaktorzy pisemek parafialnych to mają dobrze – jak nic nie ma do wydrukowania na pierwszej stronie – to zawsze mogą dać aktualne czytanie mszalne i też będzie dobrze!

Trochę podobnie jest na tym blogu. Jak nic ważnego nie mam do napisania – to zawsze mogę dać zdjęcia koni, albo ogródka, albo kotów, albo okolicy – i też będzie dobrze, nieprawdaż..?

Tymczasem, gdzieś tam wybuchają bomby, gdzie indziej gwałcą, albo ziemia się trzęsie. Trudno czasem w tak gwałtowne wydarzenia, siedząc w Boskiej Woli i nasłuchując, jak lisek krąży po okolicznych kurnikach – uwierzyć… Jak to było..? „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna…“

Ale – nie powiem, nie powiem, do pewnego stopnia oczywiście i nas sytuacja ogólna interesować powinna. Aczkolwiek, przyznam się, że gdzieś tak około poniedziałku (zabijcie, ale już nie pamiętam dokładnie, za wiele się po drodze działo…) zastrzelił mnie kompletnie nasz Przyjaciel z Warszawy, objawiając mi przez telefon, że nadchodzą lata tłuste – oto białoruski bank centralny obniżył stopy procentowe…

Za tym szła całkiem sensowna eksplikacja, wedle której – „quantitative easing“ w tylu krajach świata naraz realizowany (tzn. – głównie w USA i w Japonii…) w końcu doprowadzić miał do sytuacji, w której wielki międzynarodowy kapitał zaczął pożądać ryzyka. A co za tym idzie – zysków. I będzie teraz napływał na „rynki wschodzące“, co w połączeniu ze spadającymi cenami surowców (fakt: ropę ostatni raz poniżej 5,40 kupowałem – miejscowego „szejka“ nie licząc – jakoś tak ze 2 lata temu w „Tesco“…), MUSI dać wspomniane właśnie „lata tłuste“.

Wszystko pięknie, ale – nie wierzę. Bo – proszę Państwa – liczy się systematyczność!

A jaka to niby ma być „systematyczność“, jeśli o „tłustości“ lub „chudości“ ma u nas decydować kapitał spekulacyjny, który lekki jest i niezwiązany z ziemią niczym ta piana, z której boska Afrodyta narodziła się u wybrzeży – nomen, omen – Cypru..?

Popatrzmy zresztą na podstawy. Czyli na „cykl życia produktu“. Wysokie zyski, ale też i – największy ryzyko – niesą za sobą innowacje, czyli „produkty młode“. Takimi „młodymi produktami“ były swego czasu i przyprawy przywożone z Indii, i linie kolejowe i komputery osobiste. Ponieważ pamięć ludzka jest wybiórcza – zwykliśmy pamiętać wyłącznie o innowacjach udanych, które innowatorom przyniosły multimiliardowe fortuny i pamięć potomnych.

Dziesięć, sto, czy tysiąc razy większa liczba tych, którzy też mieli nowe, rewolucyjne pomysły, ale te pomysły okazały się gówno warte i zaprowadziły ich wyłącznie do domów wariatów, ośrodków pracy przymusowej (nader popularnych w nowożytnej Europie Zachodniej…), albo i na stryczek – nie trzyma się naszej pamięci, bo też i – kto i dlaczego, miałby o tym smutnym zastępie widm pamiętać..?

Z czasem, produkt który odniósł sukces „starzeje się“ – zyski jednostkowe spadają, zaczyna się liczyć koncentracja, optymalizacja i minimalizacja (kosztów). Czyli – nudy, przeciętność, zysk na poziomie zbliżonym do aktualnej stopy procentowej…

Gdzie w tym wszystkim wielki, międzynarodowy kapitał spekulacyjny..?

Wielki, międzynarodowy kapitał spekulacyjny rzadko kiedy obstawiał „produkty wschodzące“ – a przynajmniej: nigdy nie robi tego „na 100%“. Bo przecież, pamiętając dobrze, że innowacją udaną jest jedna na 100 czy na jedna na 1000 – to z całą pewnością – nie wygląda to na dobry interes!

Z kolei „produkty dojrzałe“ to, jak już wiemy – nudy i zysk na poziomie bankowej stopy procentowej. Za czym tu gonić..?

Wielki, międzynarodowy kapitał spekulacyjny może spekulować tak naprawdę w dwóch obszarach.

Jeden obszar do interesy z rządami. Zwłaszcza – ze słabymi rządami. Które będą gotowe i chętne oddać w pacht monopolom swoich poddanych w zamian za takie czy inne paciorki. Ostatnimi czasy, taki rodzaj interesów robi się powszechnie – ale kompletnie nie rozumiem, co niby dobrego dla mnie osobiście mogłoby wyniknąć z faktu, że „najlepszy minister finansów w Europie“ taniej i łatwiej zroluje swoje długi?

Co – da mi jakąś kasę do ręki..? No – jakoś: nie spodziewam się…

Na zatrudnienie w rządowym „think tanku“ też nie liczę – choćby dlatego, że nie słyszałem, aby temu rządowi (ani też, któremukolwiek z rządów poprzednich…) do czegokolwiek było potrzebne – myślenie…

Drugi obszar, gdzie „wielki, międzynarodowy kapitał spekulacyjny“ – ma szansę osiągnąć zyski, które by mu odpowiadały – to eksport technologii. Ot – wybudowaliśmy już linie kolejowe w Wielkiej Brytanii – wybudujmy je teraz w Rosji..!

Strategia tego rodzaju łączy zalety „produktu wschodzącego“ i „produktu dojrzałego“. Wiemy bowiem dobrze, że dana technologia sprawdziła się i że jest na nią popyt. A jednak – na którymś z „rynków wschodzących“ wciąż jest to nowość, za którą ludzie gotowi są zapłacić więcej, niż w mateczniku tejże techniki, gdzie zdążyła ona spowszednieć i gdzie panuje mordercza konkurencja…

Powstaje tylko pytanie – czy jest jakaś innowacja technologiczna, w świecie już wypróbowana, której nie ma na razie w Polsce i która potencjalnie mogłaby zainteresować międzynarodowych spekulantów..?

Tylko nie piszcie, proszę, że budowa dróg i autostrad..!

Mnie – nic kompletnie nie przychodzi do głowy…

A jeśli tak – to co za różnica, czy „wielki, międzynarodowy kapitał spekulacyjny“ napłynie do Polski, czy nie napłynie..? Napłynie – wypłynie – ja tego w Boskiej Woli nawet nie zauważę…

Ogólnie zatem – wciąż nie rozumiem, co niby właściwie nasz Przyjaciel z Warszawy chciał mi przekazać..? Jakie znowu „lata tłuste“..?

No nic – mimo wszystko, mam nadzieję, że jednak – przede wszystkim, liczy się… systematyczność..!


[1] Lepsza Połowa właśnie wykoncypowała konstrukcję dodatkowego, zewnętrznego paśnika ze starej opony od traktora, która „od zawsze“ leżała u nas w Lasku Centralnym (kiedyś były dwie, ale drugą zabrał M., kiedy próbował oprzęgać swoją Karą Bestię…). Na razie oponę umyliśmy z glonów, które ją porastały – i teraz schnie…

sobota, 20 kwietnia 2013

Boks Ostowara

Konkurencyjne prognozy pogody, o których wspominałem wczoraj rano, sprawdziły się obie, a zarazem - nie sprawdziła się żadna. To znaczy - na ogół siąpiła marna mżawka. Ale od czasu do czasu w Niebiesiech otwierały się większe krany i polewało w miarę solidnie. Poza tym - zrobiło się chłodno i wilgotno.

Toteż, nasz mały "Starszy Sierżant" - większość minionej doby spędził w boksie:



"Boks" ma 16 m2 - z tym, że gdzieś tak 1/4 zajmuje zapas siana. Mogłem go przełożyć do przyczepy, ale powiem prawdę: nie chciało mi się... Zresztą, dzięki temu, położnica ma siano do woli!

Dzięki odizolowaniu noworodka, w pozostałej części wiaty, mogło się spokojnie rozłożyć (niemal dosłownie...) stado:


Niektórzy rozkładali się bardziej:


inni nie aż tak bardzo:

Dopiero, gdy wróciliśmy z targu i wziąłem się za sprzątanie - a jednocześnie zrobiło się jakby suszej i nawet ciut cieplej (choć, w chatce - właśnie rozpaliliśmy w Herculesie...) - wypuściłem Bubę z przychówkiem ze skrytki, co by rozprostowali nogi. No i prostują do tej pory. Przed wieczorem jednak - będziemy musieli ich schować ponownie. Noc zapowiada się chłodna...

piątek, 19 kwietnia 2013

Noc z pająkiem

Chodzi, oczywiście, o tego pająka:


jak widać - wiele się od wczoraj nie zmienił...

Jak wczoraj obiecywałem, tak zrobiłem - spędziłem noc (no - prawie całą: o wpół do piątej zrobiło się jednak zbyt zimno...) pod wiatą. Żeby być w gotowości "na wszelki wypadek".

Do niczego ta moja gotowość nie była potrzebna. Osman Guli świetnie sobie radzi z resztą stada - efektywnie trzymając je poza wiatą.

Wszystko zatem, co zrobiłem, to trzy razy podrzuciłem siana - położnicy z Małym pod wiatą, reszcie - na zewnątrz:


No i biegałem ze dwa razy za każdym koniem z osobna z wiaderkiem wody. Wet kazał "ograniczyć pojenie" położnicy, ze względu na ryzyko ochwatu po odklejaniu łożyska (od razu wyjaśniam "znawcom", że:
- parcie Osman Guli miała słabe, Bóg wie ile by ten poród trwał, gdybym za nogi nie ciągnął, a zresztą ciągnąłem, bo mi tak wet przez telefon kazał,
- łożysko siedziało twardo, przez 3 godziny nie opuściło się ani trochę i - nie mam powodu nie wierzyć lekarzowi - zapewne bez odklejania by nie wyszło).

Co prawda - być może zrobił tak, bo sądził, że my te konie normalnie poimy "z ręki" (pod wiatą nie wchodził, urządzenia pojącego nie widział...). I że, w związku z tym, jak to normalnie robią konie, które wodę dostają tylko dwa lub trzy razy na dobę - rzucają się na płyn bez opamiętania, łapczywie.

Tymczasem nasze konie wodę miały do tej pory cały czas - i piły, na ile jestem w stanie to zaobserwować - raczej umiarkowanie. Teraz dopiero zaczynają zasysać, skoro do woli wody już nie ma.

No ale - byłem zbyt zmęczony, a potem było zbyt późno, żeby to wyjaśniać. W każdym razie, samowolnie niczego nie zmienię - a na konsultacje jeszcze zbyt wcześnie. To pobiegam z tym wiaderkami (Osman Guli dając się napić "po większe pół wiadra" rano i wieczorem). Tym bardziej, że dzień dzisiaj pochmurny i nie tak gorący jak wczoraj, to i pragnienie będzie u koniowatych mniejsze, więc - nie taka to już znowu tragedia...

Nie chciałbym jej jednak przypadkiem zasuszyć. Pająk bowiem ssie na potęgę:


Dystans między stadem a szczęśliwą matką i jej potomkiem z każdą godziną się zmniejsza. Wszystko to wygląda niemal dokładnie tak samo, jak przy dopuszczaniu do stada nowego konia - cośmy przecież już kilka razy ćwiczyli.

Noc pod wiatą dostarczyła mi, oczywiście, nowych wrażeń. Na początku, zmęczony, zasnąłem w żywy kamień, z czarnym koćkodanem na piersiach. Obudził mnie BRAK odgłosu żucia siana nad głową - gdy po 23.00 Mały wyprowadził matkę na spacer. Że jednak, jako żywo, nic złego się nie działo - wróciłem na z góry upatrzoną pozycję i słuchałem.

Żaby darły się ogłuszająco. Na tym tle słychać było jak lisek obchodzi okoliczne kurniki - najpierw bowiem rozlegało się, w kolejności zgodnej z ruchem wskazówek zegara, ujadanie psów, a potem - krótkie, urywane, charkotliwe, szczekania lisa w odpowiedzi.

Imię dla pająka już mamy. Poczekam jednak z jego ogłoszeniem aż Lepsza Połowa wróci do przytomności (jej z kolei dał do wiwatu koćkodan domowy, który odmówił spoczynku z uwagi na nieobecność swojego termofora i lokaja, czyli mnie - Lepsza Połowa, która tak w ogóle, to ma alergię na koty - musiała ją niańczyć i przytulać pół nocy, a i tak - złośliwy zwierzak spać jej nie dał...). Imię jest perskie i wypadałoby podać jego znaczenie, a sam tego - nie zrobię...

Ma dzisiaj padać. Prognozy pogody są rozbieżne - jak bardzo. Jedna wskazuje nieistotną mżawkę. Druga - ulewę co się zowie.

W związku z czym - dopijam kawę, załatwiam inne sprawy sanitarne (niceśmy nie jedli od wczorajszego śniadania, bo nie było na to czasu - a mnie, jak na złość, z nerwów chyba, coś na kształt rozwolnienia dopadło...) - i idę sprzątać. Na wszelki wypadek - przygotuję też magazynową część wiaty do roli boksu. Gdyby jednak była ulewa - i gdyby trzeba było całe stado pod wiatą zmieścić...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...