piątek, 29 marca 2013

Tyrania PKB

Nie tak dawno Profesor Bobola poruszył bardzo ciekawą kwestię – która zresztą, już mnie zainspirowała do dwóch w sumie wpisów: kilka dni temu – o „gadżeciarstwie“ wśród koniarzy oraz wczoraj – o tym, dlaczego rząd woli nowe samochody. Pora, aby wziąć byka za rogi – i zmierzyć się z kwestią „PKB“ wprost i bez niedomówień.

Co to właściwie jest „PKB“? A dokładniej – które z ludzkich działań przyczyniają się do „wzrostu gospodarki“ – a które – bynajmniej?

Czy, gdy piszę ten tekst, a Państwo go potem czytacie – tworzę jakąś wartość, czy nie? Czy, gdy baron de Coucy wybudował sobie donżon znacznie wyższy i obszerniejszy od wszystkich sąsiadów – to jego baronia „rozwinęła się gospodarczo“, czy zgoła – wprost przeciwnie..?

Donżon w Coucy 100 lat temu

Odpowiedź na to pytanie jest i łatwa i trudna jednocześnie. Łatwa, jeśli skupimy się na tym, do czego taki wskaźnik jak „wartość PKB“ służy. Służy on do indeksowania różnego rodzaju wartości ekonomicznych, a przede wszystkim – określa zdolność rządów do zadłużania się. Przynajmniej – teoretycznie.

Od czasów, gdy walcząc z Bonapartem, rząd Wielkiej Brytanii zadłużył się na kilkukrotność (szacowanego) PKB – a potem, dzięki dynamicznemu wzrostowi gospodarki, zdołał ten dług spłacić – w kręgach finansjery panuje przekonanie, że rządy mogą pożyczać, pod warunkiem, że „wzrost“ gospodarek krajów, nad którymi panują – w przyszłości da tyle dodatkowej wartości, iż spłata tak zaciągniętego długu będzie możliwa.

Jest to przekonanie błędne i świadczące o wielkiej naiwności finansistów – ponieważ przykład XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii to JEDYNY przypadek, gdy coś takiego przy naprawdę poważnym zadłużeniu zrobić się udało. W każdym innym przypadku, albo dług ulegał „wyinflacjowaniu“ – albo wierzyciele musieli obejść się smakiem.

W każdym razie, w tym, czysto „operacyjnym“ ujęciu PKB jako „miara wielkości gospodarki“ – jest tak naprawdę miarą tego, co da się opodatkować.

Teksty zatem, które piszę na blogu, są zwykłym próżnowaniem i żadnej wartości sobą nie przedstawiają – ponieważ udostępniam je Państwu nieodpłatnie, więc też i – żadnego podatku od ich napisania zapłacić, oczywiście, nie jestem w stanie.

Jednak ten sam tekst, jeśli zostanie wydrukowany w „Najwyższym Czasie!“ – już staje się „tworzącą wartość pracą“, ponieważ od mojego honorarium odprowadzany jest przecież podatek dochodowy.

Donżon barona de Coucy (niestety – wysadzony w powietrze przez Niemców w czasie I wojny światowej – a byłby nielichą atrakcją turystyczną obecnie!) od samego początku był „pożyteczną pracą“ mimo, że niczemu poza pompą, przepychem i ostentacją nie służył (dla celów mieszkalnych barona, jego rodziny i służby, a także dla celów obronnych – wystarczyłaby budowla o wiele skromniejsza!) – a to dlatego, że baron przecież jego budowniczym zapłacił (tak, lub inaczej – jeśli nawet część prac wykonali jego poddani w ramach szarwarku, to przecież: był ów szarwark „zapłatą“ za możliwość użytkowania pól należących do barona…), a tym samym – stworzył strumień dochodów, które teoretycznie przynajmniej – dałoby się opodatkować.

Rekonstrukcja zamku w Coucy z czasów świetności

Takie, czysto „operacyjne“ pojmowanie „wielkości gospodarki“ stwarza, niestety, sporo dylematów natury moralnej. Widzimy je współcześnie: czy „zaliczyć do PKB“ (a więc: opodatkować..?) prace wykonywane nieodpłatnie w domu przez członków rodziny dla wspólnego dobra? Dobrowolną i nieodpłatną pomoc sąsiedzką? „Usługi seksualne“ jakie świadczą sobie nawzajem małżonkowie..?

To jest momentami może i śmieszne – ale przestaniecie się śmiać, Moi Drodzy, jak Wam przy łóżkach kasy fiskalne zamontują![1]

Nigdy nie zapomnę sceny ósmej w pierwszym akcie „Kaliguli“ Alberta Camus. Kaligula rozmawia tam ze swoim „ministrem finansów“ – i, zarządza, aby wszyscy posiadacze majątków w Imperium wydziedziczyli swoje dzieci, a spadkobiercami uczynili państwo. Po czym, w miarę potrzeb, będzie się ich zabijać.

Intendent ma pewne wątpliwości, ale cesarz zbija je nieubłaganą logiką: jeśli skarb publiczny jest najważniejszy, to życie ludzkie – jest mniej ważne.

OK. Nie O TĘ WERSJĘ historii Kaliguli akurat chodzi. Ale przecież wiem, co lubicie...

Jak raz, byliśmy na inscenizacji tego dramatu z naszą klasą z liceum w Teatrze „Wybrzeże“ – i bardzo dobrze te słowa zapamiętałem. Camus napisał to w 1938 roku.

Są już przecież i obecnie takie sytuacje, gdy państwo pobiera podatki od czynności wykonywanych nieodpłatnie i bez zamiaru osiągnięcia zysku – na przykład: od darowizn. To dlatego – bardziej opłaca się wyrzucić czerstwy chleb, niż – rozdać go biednym.

W miarę, jak potrzeby podatkowe (i kredytowe!) niemiłościwie nam panującego gosudarstwa będą rosły – należy się spodziewać coraz większej liczby takich przypadków. Kary za pokątny, nieopodakowany seks, o czym pisałem rok temu, a Państwo wzięliście to za żart – to wcale nie jest niemożliwe czy niewyobrażalne..!

Pojęcie „gospodarki“, czy też „PKB“ (jako „miary wielkości gospodarki“) traci jednak znacznie na intuicyjnej jasności, gdy próbujemy je stosować poza logiką budżetowo – podatkową. Moim zdaniem – pojęcie to w oderwaniu od gosudarstwa i jego nienasyconego fiskusa: NIE MA SENSU.[2]

Niestety – zawodowi ekonomiści na ogół się ze mną nie zgadzają. Zaś Państwo, jako że jesteście nieustannie indoktrynowani przez różne „gadające głowy“ z telewizora – też zwykliście posługiwać się terminem „gospodarka“ tak, jakby miał on jakiś realny sens – poza zapisami ustawy budżetowej.

Uważam jednak, że podział czynności wykonywanych przez człowieka na „tworzące wartość ekonomiczną“ i „takie, które wartości nie tworzą“ – jest z gruntu sztuczny i, tak naprawdę – realnie niemożliwy do przeprowadzenia.

Gdyby rzecz była łatwa i prosta, to by się ekonomiści przez tyle wieków o teorię wartości nie spierali. Koniec końców zaś – i tak wszystkie w tej materii próby obiektywizacji – poszły na śmietnik. Ekonomia współczesna chętniej posługuje się pojęciami „satysfakcji“ i „użyteczności“, niż pojęciem „wartości“.

„Satysfakcja“ to pojęcie, rzecz jasna, czysto subiektywne. Przez to właśnie – odpowiada praktyce życia. Ludzie bowiem mają bardzo różne cele w życiu, bardzo różne „filozofie“ – i bardzo różnymi środkami próbują te cele realizować.

Niektórzy potrafią stawać się coraz to użyteczniejszymi dla swoich bliźnich – w ten sposób uzyskując od nich uznanie wyrażane strumieniem środków pieniężnych. Inni – tak jak ja – mają bliźnich głęboko w dupie, razem z całą ich „użytecznością“ – i dla własnej satysfakcji nie potrzebują czynić im życia przyjemniejszym. Co, rzecz jasna, skutkuje również i tym, że takie mizantropiczne sobki – klepią nieuchronnie biedę…

Na gruncie subiektywnej „satysfakcji“ i „użyteczności“ kwestia tego, czy „gospodarka rośnie“, czy „nie rośnie“ – w ogóle nie ma sensu. Jeśli znacząca część Polaków szczerze się nawróci, będzie żałować za grzechy i szukać zbawienia, zamiast gonić za próżnym marzeniem o kawalerce na Tarchominie i wakacjach w Egipcie – poziom „satysfakcji“ z życia w Polsce znacznie wzrośnie, a Polacy będą – średnio – szczęśliwsi. Ale zdolność niemiłościwie nam panującego gosudarstwa do pobierania podatków i zaciągania długów (czyli: PKB) – nie tylko nie wzrośnie, ale może nawet – spaść.

Dlaczego jednak – miałoby to kogokolwiek (poza Najlepszym Ministrem Finansów w Europie i jego ponurą bandą…) obchodzić..?

Państwo żyjecie po to, aby gosudarstwu było lepiej – po to, aby karmić jego nienasycone sługi – czy też: dla siebie samych, cokolwiek by nie było „celem“ Waszego życia..?

Bo mam wrażenie, że Wy już daliście sobie wmówić, że żyjecie – dla gosudarstwa. Że szczerze Was martwi, gdy „PKB nie rośnie“ – tak, jakby to miało dla Was bezpośrednio jakiekolwiek znaczenie!

Że przy „nie rosnącym PKB“ – trudniej o pracę czy kredyt? To prawda. Zauważcie jednak, że jest całkiem możliwe nie tylko teoretycznie, ale też praktycznie – że nawet duży „wzrost gospodarki“, czyli tak naprawdę: zdolności gosudarstwa do pobierania podatków i zaciągania kredytów – nie tylko Waszej osobistej satysfakcji z życia nie zwiększy, ale też – będzie miał skutek zgoła odwrotny.

Przecież, aby już eksperymentów myślowych nad miarę nie mnożyć, a pozostać przy tych, które już raz wykonałem – zarówno mój pomysł na „opodatkowanie seksu“, jak i pomysł na „opodatkowanie bezdzietności“ – z całą pewnością zwiększyłyby PKB. Gwałtownie i znacząco!

A chcielibyście takich reżimów na własnej skórze doświadczyć..?


[1] To naprawdę NIE JEST NIEMOŻLIWE technicznie. Starczy wszystkich „oczipować“ – a będzie możliwa całkowita kontrola nad behawiorem każdego poddanego – i pobieranie odeń opłat za czynności, które podejmuje…
[2] Rzadko piszę dobrze o Fancuzach, ale cóż – trzeba im oddać sprawiedliwość, że dowcip mają przedni. Toteż rację miał de Gaulle, gdy pytany o „gospodarkę“, odpowiadał: Intendentura? Intendentura – ma nadążać..! – jasno tym samym określając, gdzie jest miejsce całej tej „gospodarki“…

czwartek, 28 marca 2013

Dlaczego rząd woli nowe samochody (oraz wegetarian i pedałów)..?

Nie zaliczam się do fanów motoryzacji. Wręcz: unikam tego rodzaju wiedzy (a jeszcze bardziej – praktyki…), z doświadczenia wiedząc, że z połączenia mojej obuleworęczności i samochodowych mechanizmów, łatwo dojść może do katastrofy.

Nasza "Wendi" w akcji - ciągnąc naszą chatkę na lawecie...

Gdyby jednak ktoś mi zaproponował zamianę mojego Patrola GR Y60 z 1991 roku na najnowsze Infiniti QX56 prościutko ze Stanów – zaśmiałbym mu się w twarz.[1]

Patrol "Safari" z 2013 roku, znany też jako Infiniti QX56 - gówno z błyszczącym lakierem, moim zdaniem...

Natomiast zamiana na starszy jeszcze model – taki z łańcuchem zamiast paska klinowego – to wcale nie byłby taki głupi pomysł w naszych warunkach. U Mistrza Dębskiego jeden taki, używany przez myśliwego do ganiania po lasach, ponad 30-letni weteran się serwisuje – i jestem pod wrażeniem jego prostoty i wytrzymałości.

Model 4W61 z lat 50-tych

Nie znam „Patrolowca“, który by się ze mną w tej materii nie zgodził. Kolejne generacje tych kultowych terenówek są coraz gorsze. Najczęściej podnosi się takie wady jak samonośna karoseria (przy ciąganiu przyczepy – po kilka latach szlag ją trafia, toż wszystkie naprężenia idą „w blachę“…), przekombinowany układ elektroniczny (jak mawia znajomy – w starym Patrolu wystarczy młotek, śrubokręt i para rajstop, żeby zawsze dojechać do najbliższej cywilizacji – w nowym, jeśli cokolwiek się stanie, można tylko dzwonić po autoryzowany serwis i odmawiać litanię…: i jest to prawdziwa prawda – ostatnio przecież, dotoczyłem się samodzielnie do warsztatu, mimo dziury wielkości pięści w przewodzie łączącym chłodnicę z pompą wody – nowy samochód w ogóle by nie zapalił przy takiej awarii!), nadmierną, ogólnie, komplikację samej maszyny (coraz więcej elementów  to coraz wyższa zawodność – nawet, jeśli są to elementy dobrej jakości: tu rządzi statystyka…).

Oczywiście, nie od rzeczy jest też i to, że prawdziwy hipster nie zbliży się nawet do czegoś tak pospolitego i łatwo dostępnego, jak samochód prosto z salonu – na stare Patrole trzeba już w tej chwili prawdziwe polowania z nagonką urządzać, tak bardzo rynek jest z tych modeli „wyczyszczony“.

Podejrzewam, że całkiem podobnie reagują właściciele starszych wersji Volkswagenów czy Fordów. Nie mówiąc już o tych naiwniakach, którzy dali sobie wmówić samochód, hmm… romański? Koleżanka z mojej dawnej pracy nabyła w salonie Renault. Okazało się szybko, że zamiast 5 litrów na 100 km, pali średnio 25. Po wielomiesięcznym bujaniu się z różnymi szczeblami korporacyjnej biurokracji, autoryzowany serwis orzekł, że dzieje się tak z winy nabywcy: bo zamontował sobie radio – nie w autoryzowanym serwisie…

Tymczasem rząd nasz z podniesioną głową, wzrokiem jasnym i czołem spokojnym oświadcza nam, że „będzie robił co w jego mocy, aby import starych samochodów zahamować“. Bo woli, aby Polacy jeździli drogim i zawodnym złomem wprost z salonów.

Większość tego drogiego i zawodnego złomu wprost z salonów nie jest nawet montowana w Polsce – potęgą motoryzacyjną przecież w żadnym razie nie jesteśmy. Owszem – nowe samochody są droższe, więc rząd więcej zarobi na VAT-cie, akcyzie i podatku od czynności cywilnoprawnych, niż przy sprowadzaniu aut używanych. To jest jeden z powodów, dla których rządy (na całym świecie!) wolą nowe samochody od używanych.

Drugi powód jest prozaiczny: nawet, jeśli nie mamy sami wielkiego przemysłu motoryzacyjnego, to oddziały zagranicznych koncernów, a nawet dilerzy samochodów (reklama na Dworcu Centralnym w Warszawie w brzmieniu: „Warszawa – miastem dilerów…“ już nie pamiętam jakiej marki – wprawiała mnie w dobry humor przez wiele miesięcy…), to wielkie firmy. Stać ich na lobbying, jeśli nie polegający na wkładaniu „fruktów“ bezpośrednio do kieszeni tego lub owego minista – to przynajmniej: na utrzymywaniu wielkich rzesz (pracujących zresztą najczęściej „za darmo“ i w błogiej nieświadomości, komu tak naprawdę służą…) durnych „ekologów“, protestujących przeciw „emisjom“ – podobno większym ze starych, niż z nowych samochodów (jeśli nawet to prawda – to i co z tego..?).

Tymczasem „przedsiębiorstwa“ pośredniczące w ściąganiu z Zachodu samochodów używanych – to niemal wyłącznie drobne i bardzo drobne biznesy. Nikt nie zauważy, jeśli znikną. A że z dnia na dzień przybędzie może pół miliona, może milion – nowych bezrobotnych..? Ot – niespodzianka

Jak Państwo widzicie – kompletnie olewam najczęściej przez „rząd“ podnoszone argumenty: że nowe samochody są bezpieczniejsze od starych – i że produkcja nowych samochodów daje tzw. „miejsca pracy“. Oba są zwyczajnie nieprawdziwe. Przynajmniej: w Polsce są nieprawdziwe…[2]

Jak to się dzieje, że nawet tak solidna firma jak Nissan – produkuje coraz gorsze samochody?

Dzieje się tak WŁAŚNIE DLATEGO, że rządy na całym świecie – wolą nowe samochody od starych. Gdyby nie dyskryminacja używanych samochodów – ceny nowych musiałyby spaść. Tańszy musiałby też być serwis nowych samochodów – a firmom nie opłacałoby się tworzenie skomplikowanych i zawodnych konstrukcji, jeśli miałyby na poważnie konkurować z (tanio) remontowanymi samochodami używanymi.[3]

Prawdopodobnie polski rynek samochodowy jest zbyt mały, aby cokolwiek zmienić w tej sytuacji – nawet, gdyby któryś z kolejnych polskich rządów postanowił wycofać się z tego szaleństwa (które, za pomocą tzw. „norm emisji“, a też i różnych norm technicznych – nabrało już rangi co najmniej jewrosojuznej…). Wielkie firmy dalej tworzyłyby drogie, skomplikowane i zawodne samochody – przeznaczone na rynek niemiecki, amerykański czy japoński, które o kształcie światowej motoryzacji decydują.

Na najbardziej ogólnym planie tej analizy, sytuacja jest niemal beznadziejna. Jak pisałem przedwczoraj – w komentarzach – praktycznie wszystkie rządy na świecie uwikłały się w rodzaj błędnego koła, polegającego na mnożeniu długów po to, aby korumpować i demoralizować populację, którą kontrolują. Rosnące długi wymagają koniecznie wzrostu PKB – przynajmniej: wzrostu nominalnego (bo tylko dzięki temu – gdy udział nominalnego długu w nominalnym PKB nie rośnie zbyt szybko – można pożyczać dalej…).

Wszystkie rządy na całym świecie zatem – dyskryminują te branże, które do wzrostu PKB się nie przyczyniają, albo przyczyniają się w sposób „niedostatecznie widowiskowy“. Jak na przykład drobnotowarowe rzemiosło (funkcjonujące często w tzw. „szarej strefie“, więc do PKB zliczane tylko szacunkowo) czy drobnotowarowe rolnictwo. Takie branże trudno opodatkować, a ich „produkt finalny“, niezależnie od jego jakości – zwykle dużo lepszej niż produkcja seryjna – w małym stopniu zwiększa zdolność rządu do pożyczania pieniędzy.

Nie jest prawdą, że „gadżeciarstwo“, „konsumpcjonizm“ – to WYŁĄCZNIE skutki ludzkiej słabości. A przynajmniej – nie u konsumentów JEDYNIE należy tej słabości szukać. Bodziec do takich zachowań, stwarzają bowiem rządy – gdyby nie tworzone przez nie prawa, wielkie korporacje nigdy nie dałyby rady w takim stopniu narzucić swojej strategii marketingowej (drogi, skomplikowany i zawodny produkt, który często się wymienia) – ponieważ produkcja rzemieślnicza czy rolnicza, byłaby dla nich realną konkurencją, wymuszającą prostotę, trwałość i niskie ceny.

Prawdziwą podłością jest, że rządy i korporacje dla napędzania swojej „machiny sprzedaży“ – używają najczęściej ludzkich emocji. Świnia zaszlachtowana i rozebrana przez rolnika na podwórzu – jest na pewno „brudna“, „pełna zarazków“, a w ogóle „mordowanie zwierząt to zbrodnia“. Tymczasem przemysłowo produkowany kotlet z genetycznie zmodyfikowanej soi – to przecież „kwintesencja naturalności, zdrowia i dbałości o środowisko“…

Tak samo, jak rządy wolą nowe samochody, bo dzięki ich sprzedaży mają wyższe dochody i więcej mogą pożyczyć – tak też wolą wegetarian kupujących (wbrew temu, co sami twierdzą – zresztą, czy ktoś się przejmuje tym, co twierdzą notoryczni idioci..?) głównie wysokoprzetworzoną żywność produkowaną przez wielkie koncerny. Wolą też singli od małżeństw (potrzeba więcej mieszkań, więcej sprzętu AGD, więcej mebli, więcj – marnowanej często – żywności…), a w ostatecznym rachunku – „pedałów“ od „heteryków“ (taki „pedał“ generuje same korzyści dla rządu: podatki płaci, pracuje – a żadnych niemal kosztów – nie wymaga przedszkola, szkoły, czy szpitala dla dzieci, których nie ma…).

Wcale nie twierdzę, że takie zachowanie rządów – na całym świecie – to spisek, przejaw „New World Order“, czy efekt działania różokrzyżowców. To jest zwykła operacja księgowa, konsekwencja budżetowego realizmu – takiego samego na całym świecie, bo wszędzie na świecie ludzie wierzą w tę samą bajkę: że „dobry“ rząd winien się o nich troszczyć i przekupywać.

Ponieważ nie ma takiego rządu, który nie chciałby być kochany przez swoich poddanych – wszystkie rządy jak jeden mąż spełniają to, co obiecywały: dbają o poddanych, korumpują ich, spełniają ich zachcianki. A że przy okazji, twarda rzeczywistość ekonomii powoduje, że ten sam, „dobry“ rząd, zmuszony jest w praktyce zabijać swoich poddanych (zmuszając ich do używania gorszej jakościowo żywności, oszczędzając na leczeniu czy infrastrukturze), zmniejszać ich płodność i robić zamęt w głowach..?


[1] Ale gdyby ktoś z Państwa postanowił przetestować moją prawdomówność i zaproponował mi taką wymianę – ależ, proszę badzo! Z góry oświadczam, że się zgodzę. Tyle, że taką „zabaweczką“ prosto z salonu przejadę się tylko raz – na giełdę w Słomczynie. Powinno starczyć na spłatę wszystkich naszych długów – i kupno nowego „starego“ Patrola…
[2] Zresztą: nie tylko w Polsce. Co niby dobrego dla bezpieczeństwa ruchu drogowego wynikłoby z tego, że po takiej awarii, którą miałem pół roku temu – komputer odciąłby mi zapłon? Stałbym na środku krajowej 7-ki aż do przyjazdu pomocy drogowej, czego w nocy z 1 na 2 listopada – raczej nie należy spodziewać się szybko. A tak – sam zwolniłem zajęty pas ruchu i nikomu nie szkodząc, ani nikogo nie budząc – grzecznie podstawiłem się pod bramę warsztatu…
[3] Ostatnio miałem też okazję zaobserwować w praktyce, jaki skutek ma obowiązkowe OC na rynek napraw samochodów. Otóż – mimo, że usterka samochodu pana Kawy, którego stłukłem trochę 6 tygodni temu, realnie nie była warta i 500 złotych – ŻADEN warsztat w okolicy nie podjął się naprawy za mniej niż 2000. Dlaczego? Dlatego, że 500 złotych to bym wysupłał z własnej kieszeni. Ale z mojego OC pan Kawa mógł pociągnąć – i pociągnął: 2000. Tylko skończony idiota zatem, remontowałby mu samochód za mniej…

środa, 27 marca 2013

Wanię przysypało…

Znacie Państwo ten „zimnowojenny“ dowcip? Pewnie nie, bo za młodzi jesteście… Otóż: Sowieci, chcąc zaimponować Amerykanom w czasie wizyty prezydenta Nixona w Moskwie, zaprezentowali im pierwszą na świecie, automatyczną obieraczkę do kartofli.

Ustrojstwo było wieeeeelkie, jak nie przymierzając – szafa gdańska. Z przodu miało lejek, do którego wrzucało się kartofle – a z tyłu otworek, przez który wypadały obrane.

Bardzo się ta zabawka amerykańskiej delegacji spodobała. Wrzucili na początek koszyczek. Szuru-buru – wyleciały obrane pyry. To wrzucili worek. Łubu-dubu, szuru-buru – obrane.

-       A przyczepę kartofli do takiej maszyny da się wrzucić? – pytają gospodarzy – wygląda, że się zmieści..?

-       Wrzucajcie!

No to wrzucili przyczepę. Cisza. Cisza. Jakiś szmer. I w końcu, z wylotowego otworka wypada karteczka: „Wanię przysypało, a sam nie obieram. Grisza“

No i tak właśnie mamy w tej chwili.



Wczoraj idę sobie pod wiatę, sprawdzić co u koniowatych słychać – a tu trzask! Z boku wiaty wylatuje deska, a w powstałym otworze pojawia się końska tylna noga. Margire oczywiście. I kopie.

Gorąco mi się zrobiło, mimo -15 stopni – biegnę ratować.

Na szczęście, choć to wręcz dziwne – nic nikomu się nie stało. Co się wydarzyło? Ano – siano, którego była jeszcze wielka kupa, przestała Szacownemu Gremium smakować (bo to już piąty dzień to samo siano jeść – nie honor…). Piękny i Dzielny (a Czasem Nawet Mądry, Choć Akurat Nie Wczoraj) Koń Lepszej Połowy – przeskoczył więc belkę dzielącą mieszkalną część wiaty od magazynowej i, zrzuciwszy plandekę – zaczął pogryzać zmagazynowaną tam na zapas drugą belkę siana.

Kiedyś zaś Małe Złe postanowiło pójść w ślady starszej koleżanki – ta się wściekła i zaczęła ją tak napierdalać zadem, że ta, próbując się ratować, wywaliła wielką dziurę w ścianie wiaty. Która, w części magazynowej, odeskowana jest tylko od zewnątrz.

Trzecia Gracja, czyli Osman Guli, zwana Bubą – coraz to bardziej osowiała, śpiąca i powolna. Dziś, pierwszy raz odkąd się znamy – nie skończyła śniadania. Jak zawsze pożera swoją garstkę owsa na wyścigi, tak dziś dziumdziała tak powoli i tak sennie, że wszyscy pozostali skończyli i musiałem jej zabrać wiaderko z niedojedzonym owsem na dnie, żeby burdy nie prowokować.

Co więcej – strzyki, których nadymanie się, było powodem mojej paniki parę dni temu – przechodzą jakieś dziwne przemiany, to wzydamając się, to zmniejszając, a tak generalnie – prawy jest sporo większy od lewego.

Oczywiście, czystym truizmem jest stwierdzenie, że akurat teraz, gdy mamy najgorszy dołek finansowy od roku – i nie widać najmniejszych zgoła szans na jakieś wyjście zeń – zaczynają się mnożyć różne awarie. Na przykład – wężyk od prysznica wziął i się rozszczelnił. Gówienko to jest – ale trzeba, choć nie planowaliśmy, do Warki pojechać, bo już umyć się prawie nie sposób.

Mnie oczywiście dalej trzyma choróbsko, choć kryzys chyba już przeszedł. Za to – co jest już totalnym nieszczęściem, ową przyczepą kartofli sypiących się na łeb – Lepszej Połowie napieprzają korzonki. I nie może się schylać, a i wstanie z łoża boleści do łatwych nie należy. Zaiste: Wanię przysypało…

wtorek, 26 marca 2013

Laleczka Chucky is back!

Przypomniało mi się, co chciałem Państwu opowiedzieć wczoraj. Znakiem tego – chyba powoli zdrowieję..! Otóż, w niedzielę odwiedzili nas nasi Przyjaciele ze Stajni Rajdowej Wilków. Krótko byli, aleśmy sobie trochę zdążyli pogadać, a to zawsze miła odmiana w naszym pustelniczym życiu.

Zeszło na „szmatoholizm“ i „quniarki“. Czyli zjawisko socjo-psychologiczne, polegające z grubsza na objawianiu się w okolicach stajni tłumów głównie dziewczynek (ale i chłopcy się zdarzają, nie można powiedzieć, że nie…), ongiś tylko nastoletnich dziś – miałbym już wątpliwości, czy jedynie: z tego się NIE ZAWSZE wyrasta. A „Tarówy“, „Vivaki“ i cała reszta eko-faszystów, to właśnie, w dużej części – byłe i może nawet aktualne „quaniarki“.

Więc: owe tłumy głównie dziewczynek w wieku różnym – głośno i czasem nawet wulgarnie demonstrujących swoją niepohamowaną miłość do „koffanych konisiów“ – zarazem nie mniej głośno i nie mniej (czasem) wulgarnie demonstrują niechęć do jakiejkolwiek wiedzy (z gramatyką i ortografią języka polskiego na czele – stąd dawane im przezwiska…), w tym także – elementarnej wiedzy jeździeckiej i hodowlanej.

Istoty te wyłącznie „czują“ – to jest, kierują się li i jedynie emocjami i to najczęściej – najprymitywniejszymi. Są przy tym, rzecz jasna, nie tylko głośne, wulgarne, bezczelne, aroganckie i kompletnie niewychowane – ale też: niebezpieczne zarówno dla samych siebie, jak i dla otoczenia.

Dla prawdziwej „quniarki“ jej „koffany koniś“ jest czymś w rodzaju laleczki Barbie: służy do tego, aby go przystrajać w modne dereczki, padziki, kantarki – i całą masę innych akcesoriów, połowy których nigdy w życiu nawet nie dotknąłem i nie wiedziałbym, jak i do czego służą.

W ten sposób, „quniarki“ zaspokajają swoją ambicję i potrzebę przynależności do grupy – ponieważ, jest to oczywiście, „sport zespołowy“: istoty te występują wyłącznie w grupach, a przystrajanie i oczywiście – fotografowanie tak przystrojonych „konisiów“, jest formą ekspresji osobowości, a zarazem – sposobem ustalania hierarchii w grupie (kto modniej „konisia“ przystroi – ten zyskuje większy prestiż, proste…).

Na wyższym etapie nie tyle może rozwoju, co posuwania się „quniarki“ w czasie – jej potrzeby ulegają niejakiej sublimacji. Samo przystrojenie „konisia“ we wściekle różowy komplecik nie wystarcza, aby „quniarka“ mogła się poczuć dostatecznie dobrze. Zaczyna wtedy walczyć o „prawa zwierząt“, nazywa źrebięta swoimi dziećmi, a konie „braćmi“, jeździ na „akcje“ do Skaryszewa, urządza protesty, a przynajmniej – wpłaca kieszonkowe na konto fundacji „Tara“.

Jeśli sądzicie, że jest to zjawisko naturalne i spontaniczne – to jesteście w grubym błędzie. To jest marketing, marketing i jeszcze raz – marketing.

W sklepach jeździeckich, a pewnie też i w normalnych sklepach z zabawkami, kupić można plastikowe koniki (to zdaje się, jest produkcja Disneya..?). Do każdego takiego konika – do nabycia jest komplet dereczek w różnych kolorach, rzędów, padzików, owijek i innych akcesoriów. Tych kompletów jest mnóstwo, co jakiś czas[1] pojawiają się nowe, różniące się krojem, zdobieniami, kolorem. Jednym słowem – wdraża się w ten sposób małe dziewczynki do „szmatoholizmu“ od najwcześniejszych lat.

Co gorsza – wdrukowuje się w ten sposób młodym, niedojrzałym umysłom postrzeganie konia jako „laleczki“, a więc – istoty służącej do przytulania, przy tym bezbronnej i pozbawionej własnej woli. Laleczki oczywiście ożywają w rękach bawiących się nimi dzieci, mają swoje imiona, przeżywają różne, oparte na stosownym serialu telewizyjnym (bo i taki jest…) przygody. Ulegają – uczłowieczeniu.

I tak już zostaje. Niekiedy – na całe życie. Tym bardziej, że wbrew biologii – psychiczna dojrzałość przychodzi w dzisiejszych czasach coraz później a bywa, że nie przychodzi (bo nie musi) wcale.

Tak się wykuwają kadry wolontariuszek „Tary“, „Vivy“ i całej reszty tej ponurej bandy.

Trzeba się, mili Państwo, uderzyć w pierś. Własną – nim zacznie się macać cudze cycki. Biznes „koński“ sam produkuje sznur, na którym go w końcu „ekolodzy“ powieszą. Bo przecież – żadni Marsjanie, ani inni obcy okupanci, sklepom jeździeckim w Polsce rozprowadzania tych szerzących prawdziwe spustoszenie wśród młodzieży zabawek – nie narzucili! Są tacy wśród nas, którzy nieźle z tego żyją. Podobnie, jak potem – ze sprzedaży derek, padów, owijek i całej reszty tego shitu – już na prawdziwe, a nie na plastikowe koniki…


Konik jako laleczka Barbie..? Od tego wszystko się zaczyna. A na końcu i tak – powraca laleczka Chucky…



[1] Lepsza Połowa podpowiada mi zza pleców, że minimum dwa razy do roku, a właściwie to co sezon – tak samo, jak w przypadku „haute cuture“, czy innej mody.

poniedziałek, 25 marca 2013

Droga do wsi

Skończyły mi się i „recyklingi“ i „odrzuty“. Tymczasem, mimo wielkich ilości czosnku, które pochłaniam, mimo paracetamolu i syropku sosnowego – jak trzymało, tak trzyma. Trochę mnie przetkało wczoraj, przy okazji bardzo pylącej pracy antypaństwowej – ale to była chwilowa poprawa, po której wieczorem niemal umarłem…

Przysiągłbym, że MIAŁEM doskonały pomysł na esej. Jeszcze wieczorem właśnie. Tylko sił brakło, żeby go wykonać. Ale – zapomniałem. Więc będą tylko zdjęcia. Mam nadzieję, że to OSTATNIE zimowe zdjęcia z Boskiej Woli w tym sezonie (ale pewny tego nie jestem: na Wielki Piątek zapowiadają śnieg…).

Zabrałem aparat w poranną wycieczkę do sklepu po chleb i leki, czyli: po wódkę.


Ostatnim, który próbował przejechać na tym odcinku drogą, a nie polem sąsiada, był jak raz pan Kawa w sobotę tydzień temu - ale zakopał się (jak mi relacjonowała Lepsza Połowa, bo byłem wtedy w Skaryszewie...) gdzieś w tym miejscu. Mam nadzieję, że sąsiad nie poniesie z powodu tego objazdu zbyt wielkich szkód. Zanim wybudowaliśmy płot - droga ta wiła się tu serpentynami to w jedną, to w drugą stronę. Teraz zrobił się wąwóz. A tydzień temu (w piątek i sobotę) - wąwóz ten zasypał śnieg zwiany z naszego Pierwszego Padoku. Który potem odmarzał i zamarzał tak, że teraz przypomina konsystencją beton.

Tylko na powierzchni od czasu do czasu widać ślady łapek - a to zająca (jak w tym przypadku), a to saren lub liska...

A tutaj, tydzień temu, w poniedziałek, zakopał się ciężarówką Radek, druh mój serdeczny. Od tego wieczoru zaczęło się też moje choróbsko.

To samo miejsce (Chopinem jedzie, prawda..?) w drodze powrotnej, lepiej widoczne...

Nikt mi zwolnienia lekarskiego ze sprzątania pod wiatą, karmienia i pojenia zwierzaków, oraz wstawania w nocy, co by tak na wszelki wypadek sprawdzić, co tam u ciężarówek - nie da. Trzeba zatem przecierpieć. Staram się tylko wychodzić z domu jak najmniej, a wszystkie prace zewnętrzne wykonywać w południe, kiedy najcieplej.

Koni nie fotografuję, choć właśnie wyszły spod wiaty wygrzać się na słońcu - bo brudne jak nieboskie stworzenia. I nie wiem, czy łatwiej byłoby je wyczyścić - czy jednak: poczekać na nowe..?

P.S.

A w ramach całkowicie komercyjnego układu z kolegą polecam angielski Lubin.

niedziela, 24 marca 2013

Ogrzej się: kup sobie krowę!

Nie ulegajmy panice. Doskonale pamiętam śnieg w Boskiej Woli… 3 maja! Tak więc, śnieg w Niedzielę Palmową, która w dodatku przypada w tym roku dość wcześnie – to naprawdę nic niezwykłego.

Z tym, że istotnie – trudno uwierzyć w topnienie lodowców Arktyki (badania zresztą są niejednoznaczne – co w jednym miejscu stopniało, w innym – zamarzło..!), gdy arktyczne powietrze robi w końcu marca Polaków na sino.



Wiosna, proszę Państwa przyjdzie – nie można w to wątpić. Wczoraj był piękny, słoneczny dzień, w sam raz na robienie zdjęć – których, oczywiście, jak to zwykle bywa, nie było komu robić, bo się oboje ledwo na nogach trzymamy. Ale dowód na rychłe nadejście wiosny sam do nas przyszedł. Na nogach. Obutych w lakierki!

Jak w każdą (prawie) sobotę, rano pojechaliśmy na targ i po drobne sprawunki do Warki. Zeszło nam ciut dłużej niż zwykle – coś tam wysyłałem na poczcie, kolejki wszędzie były, nie dało się wyłączyć napędu 4 x 4 nawet w mieście, taki lód na ulicach – dość, że za sprzątanie pod wiatą zabrałem się około południa. A na 14.00 byłem umówiony po owies (wcześniej zaś – chciałem jeszcze poszukać tego weta w Stromcu).

Więc, zwinąłem się najszybciej jak się dało, biorąc pod uwagę tę przykrą okoliczność, że mimo dawki kupionego w Warce paracetamolu i tak widziałem dwie taczki i dwie pary wideł. O pierwszej konie dostały marchewkę (też z targu przywiezioną, od naszego Ulubionego Sprzedawcy). Jak skończyły jeść – Knedlik w postawie bojowej ruszył w stronę płotu. Patrzę ci ja pod (ostre) słońce: jakieś dwie postaci brną po kolana w śniegu, idąc od naszego najbliższego sąsiada którego z całą pewnością nie było w domu (bo przemieszkuje tam głównie latem, a i to nie cały czas…).

No nic – zabrałem worki na owies, odpaliłem Wendi i jadę. Na wysokości brzozowego zagajnika naprzeciw naszego Padoku Zimowego – mijam dwóch wygarniturowionych młodzieńców w lakierkach. Ki Dyabeł? – myślę sobie – czyżby Świadkowie Jehowy..?

No przecież – chyba nie kontrola skarbowa..? Jasne, że osobowym samochodem się teraz do nas żadną miarą nie dojedzie – ale gdyby urzędowa sprawa była, to co: helikoptera by im nie dali..? Zresztą: w sobotę..?

Wygrzebałem na wszelki wypadek telefon z kieszeni spodni, skąd nie zawsze daję radę go na czas wyjąć, gdy prowadzę samochód a ktoś dzwoni – na wypadek, gdyby Lepsza Połowa pilnie musiała się ze mną skontaktować – i jadę dalej. Polami, bo droga od tygodnia tak zawiana, że i ciągniki nie dają rady.

Ale telefon nie zadzwonił. Znakiem tego – nic strasznego się nie stało.

W Stromcu dom, w którym KIEDYŚ rezydował weterynarz owszem, znalazłem – tylko po to, aby dowiedzieć się, że już od dawna tutaj nie mieszka – i że, żadnego weterynarza w Stromcu nie ma. Dobrze, że Dobra Dusza podpowiedziała mi namiary na lekarza z Białobrzeg. Choć – to już jest na granicy sensowności, bo dojazd ze 25 – 30 minut zajmuje.

Skończy się to pewnie w ten sposób, że i tak nasza zaprzyjaźniona Doktor Batog się do nas przeprowadzi z Warszawy (a właściwie: z Serocka…). Niech no tylko kobyły poczekają, aż śnieg zejdzie…

Wracam z owsem po dobrej godzinie – Lepsza Połowa opowiada, co się działo. Minęło kilka minut od mojego wyjazdu – a chatka zatrzęsła się od głośnego łomotania w drzwi. Aż koćkodan pod wannę ze strachu czmychnął.

Oczywiście: Jehowici. Wyjaśnili, że przyszli specjalnie, bo taką samotną chatkę na odludziu zobaczyli – a łomotali głośno, bo się spodziewali głuchej w pień babulinki…

Lepsza Połowa nie dała się namówić do nawrócenia i pokuty za grzechy – młodzieńcy ugarniturowieni, w lakierkach, odmaszerowali w stronę torów kolejowych i sąsiedniej wsi.

Przyznaję, że ich podziwiam, a nawet – trochę zazdroszczę. Takie zaangażowanie musi czynić świat prostszym i przyjaźniejszym do życia. W naszym, „świeckim“ świecie, takich słów jak „pasja“, „zaangażowanie“, „wiara“ używa się głównie wtedy, gdy chce się naiwnego jelenia namówić, by jeszcze raz zrobił coś za darmo, no bo przecież – po co mu płacić, skoro sam się na ochotnika do roboty zgłasza, czyż nie..? Że z głodu zdechnie..? Ch..j z nim, weźmie się nowego jelenia – zresztą: sam się prosił, nam taki nie jest do niczego potrzebny…

Miałem taką rozmowę jak raz w piątek…

No nic: Jehowici poszli dalej ze swoją Misją. A my tu zostajemy z globalnym, a przynajmniej – środkowoeuropejskim ochłodzeniem.


No i co z tym fantem zrobić..? Bo faktem jest, że WSZYSTKIE ostatnie zimy – dały do wiwatu. Nawet w zeszłym roku, kiedy konie na pastwisko wychodziły aż do Bożego Narodzenia, tak długo było ciepło – końcówka zimy była mroźna do przesady. Starsi mieszkańcy opowiadali, że są już taką zimą „umęczeni“ – a to naprawdę oznacza, że coś się zmienia – i wcale nie w tą „cieplejszą“ stronę..!

Oczywiście – zakuci zwolennicy „globcia“ WSZYSTKO potrafią „odtłumaczyć“ na swoją korzyść – tym się właśnie cechuje wiara metafizyczna, że żadne fizyczne fenomeny nie potrafią nią zachwiać. Tymczasem, wcale nie jestem pewien, czy aby na naszych oczach nie dzieje się zjawisko całkiem do „globcia“ odwrotne – to jest: prorokowana przez Profesora Bobolę Epoka Lodowcowa.

Proponuję skorzystać z mądrości naszych wrogów. Oto pisze jedna z Anonimowych Komentatorek (jest to zresztą „mądrość“ wśród naszych wrogów nader obiegowa – i wiele razy wcześniej już to czytałem): Rolnictwo to źródło niemal jednej piątej całkowitej światowej emisji gazów cieplarnianych, przy czym większość pochodzi z hodowli zwierząt gospodarskich. W ciągu ostatnich dziesięcioleci Europa poczyniła duże postępy pod względem redukcji emisji, ograniczając wykorzystanie nawozów, ulepszając gospodarowanie gruntami i technikę rolniczą, a także zmniejszając pogłowia bydła i owiec.


Oczekuje się dalszej poprawy, jednak trwałe rozwiązanie problemu emisji z hodowli wymagać będzie kompleksowego podejścia do wykorzystania gruntów i hodowli.


18% światowej emisji gazów cieplarnianych (mierzonej jako równoważnik CO2) pochodzi z hodowli i jest to ilość większa nawet od wytwarzanej przez transport. Te dane pochodzą z opublikowanego w 2006 r. raportu Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Wyżywienia i Rolnictwa, z którego wynika również, że zwierzęta hodowlane, takie jak krowy, owce, świnie i drób mogą być przyczyną poważnej degradacji gleb i wód.


Sektor ten jest głównym producentem żywności dla szybko rosnącej populacji światowej. Przewiduje się, że w pierwszej połowie obecnego stulecia globalne spożycie mięsa i mleka ulegnie podwojeniu, a zatem problem emisji stanie się jeszcze bardziej palący.


Głównymi gazami cieplarnianymi związanymi z hodowlą są metan i podtlenek azotu. Metan jest przede wszystkim efektem procesów trawiennych zwierząt: szacunki są różne, ale jedna krowa, aby dać 25 litrów mleka wytwarza od 100 do 500 litrów metanu dziennie. Podtlenek azotu uwalniany jest z gleby i zasadniczo związany jest z nawożeniem. Oba gazy przyczyniają się do globalnego ocieplenia w stopniu większym niż dwutlenek węgla.

I bardzo dobrze! Tego będziemy się trzymać!

Robi Ci się z zimy na zimę zimniej, Drogi Współobywatelu..? Przeszkadzają Ci zwały śniegu wzdłuż ulic i codzienne skrobanie lodu z samochodowej szyby? Dostrzegasz grozę nadchodzącego Lodu..?

Kup krowę! Nie musisz jej trzymać w swoim M-3. Niech stoi u rolnika. W mojej okolicy – na oko sądząc – już 1/5, może nawet ¼ tych wszystkich pięknych, nowoczesnych obór, za unijne dotacje pobudowanych w ostatnim dziesięcioleciu – stoi pusta.

Za 2 lata, jak mi tu podpowiadają Koledzy z PZHK – kończy się okres przejściowy na przywóz mleka z innych krajów Jewrosojuza. A to oznacza, że w 2014 roku już WIĘKSZOŚĆ obór na polskich wsiach będzie pusta – bo konkurencji mleka niemieckiego, francuskiego czy holenderskiego – przecież nie wytrzymamy. A przynajmniej – nie dadzą nam takiej szansy (to się nazywa: „spiskowa praktyka“ – w odróżnieniu od „spiskowej teorii“…).

Ale krowa to przecież nie tylko mleko (z którego, owszem – możesz mieć własne sery czy masło, jak się z rolnikiem, któremu ją w pensjonat oddasz – dogadasz: takie małe rozwinięcie mojego bardzo dawnego już pomysłu, który właśnie teraz – jak widzę, doczekał się pierwszej próby realizacji!). To także cenne cieplarniane gazy. Gazy, dzięki którym Polski nie skuwa dwukilometrowa warstwa lodu, a trawka na Twoim, Drogi Współobywatelu trawniku – może sobie (jak już śnieg zejdzie…) – szczęśliwie rosnąć.

Trawy – bez dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych – w ogóle by na Naszej Umęczonej Planecie nie było. A chyba zależy Ci na Twoim wypielęgnowanym trawniku..?

Jałówkę da się obecnie kupić w cenie nawet od 500 złotych (akurat na Allegro znalazłem ofertę jałówek rasy Simental – bardzo dobrej, bo i mlecznej i odpornej – za 850 złotych sztuka). Co do kosztów pensjonatu, to wierzę głęboko, że rolnik będzie skłonny do daleko idących ustępstw. To znaczy – jeśli dostanie jakąś zapłatę za mleko, masło i ser, do produkcji których karmiąc Twoją jałówkę, dojąc ją i mleko przerabiając się przyczyni – to utrzyma Ci ją już bez dalszych kosztów. Mięsem się podzielicie. W końcu – obory już stoją (wkrótce będą zresztą bardzo tanie, z licytacji komorniczych…), ciągniki i inne maszyny też – tylko utrzymać to w ruchu trzeba…

Jedna krowa – ogrzeje co najwyżej samą siebie. Kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt krów – może ogrzać, w taki czy w inny sposób – domek (np.: przy pomocy ogrzewania „obornikowego“ – albo i bardziej tradycyjnie – można przecież, projektując tzw. „dom pasywny“, postawić sobie w jednym ciągu też i oborę, skąd nadwyżka ciepła – będzie resztę założenia w stałej temperaturze utrzymywać…).

Kilkanaście milionów krów – ogrzeje całą Polskę! I z tym, jakże optymistycznym okrzykiem – żegnam się z Państwem na dzisiaj…
---------------------------------------

P.S.

A nie! Nie da się tak szybko. Jak raz Lepsza Połowa włączyła tzw. "pudło" - a tam ktoś narzeka, że brak w Polsce pediatrów. Proszę Państwa: jak ma nie być brak pediatrów - skoro jest coraz mniej dzieci..? Dokładnie dlatego - brak jest weterynarzy na wsi: bo coraz mniej zwierząt gospodarskich... Pisałem przecież: aby miały sens pewne "usługi towarzyszące" - rynek musi być dostatecznie duży. Widać, tak samo jak rynek usług weterynaryjnych, tak i rynek na usługi pediatrów - kurczy się zbyt szybko, aby dało się istniejącą siatkę usług utrzymać...

sobota, 23 marca 2013

Glossa husarska

Ponieważ zima trzyma, a mnie trzyma choróbsko - dziś nie tyle recykling (bo ten tekst nigdzie jeszcze publikowany nie był), co odrzut - żadna bowiem z trzech redakcji końskich pism, do którego wysłałem ten materiał - nie była nim zainteresowana:

Niewątpliwie wiedza o przeszłości jest rzeczą cenną. Ruch „rekonstruktorów historii“, odtwarzających dawne formacje zbrojne – to bardzo ważny element w szerzeniu tej wiedzy.

Nie chciałbym, aby nasza „glossa“ została odebrana jako tzw. „czepianie się“. Jednak, jak wiadomo – „tylko prawda jest ciekawa“. Chyba nie chodzi o to, aby powtarzać nie udowodnione mity – tylko właśnie o to, aby szerzyć znajomości przeszłości, wedle naszej najlepszej wiedzy?

Tymczasem, w artykule p. Jacka Kurzątkowskiego pt. „Husaria wg Andrzeja Ciosańskiego“ w marcowym numerze „Końskiego Targu“ – znalazłem, niestety, kilka mitów, które wymagają sprostowania. Ponieważ zaś udało mi się skonsultować kluczowe kwestie techniczno – taktyczne, na których sam się nie znam z najlepszym pod tym względem specjalistą w Polsce, dr Radosławem Sikorą – mam nadzieję, że glossa ta będzie dla Czytelników przydatna.



  1. Koń rycerski Średniowiecza

Skąd autor wie, że rycerze „wykorzystywali konie ciężkie“, które „pochodziły od koni pociągowych i jucznych“? I, że „taki koń w galopie osiągał zaledwie 30 km/h“ (pogrubienie moje)?

Widział ktoś te konie, fotografię im zrobił, zmierzył, zważył, ukątowanie łopatki sprawdził? Stał ze stoperem podczas szarży jazdy rycerskiej i stąd wie, jaką osiągała prędkość?

Niestety – ale to są wszystko zagadki. Nic mi nie wiadomo, aby zostały w ostatnim czasie rozwiązane. A już pisać o tym z taką pewnością siebie, choćby i mimochodem – zaiste: strach!

Że średniowieczni rycerze dosiadali koni zimnokrwistych, to opowiadają na Zachodzie hodowcy koni belgijskich i perszeronów. Którzy, dzięki temu, znajdują zbyt na swoje konie wśród tamtejszych rekonstruktorów. Skądinąd, wiemy dość dokładnie, że obie te rasy w takiej postaci, w jakiej znane są nam dzisiaj – powstały dopiero w wieku XIX. Perszeronów wcześniej wcale nie było, a koń belgijski bynajmniej nie był tak potężny jak obecnie…



Wykopaliska archeologiczne na ziemiach polskich jak do tej pory nie przyniosły ani kosteczki tak potężnego konia z okresu Średniowiecza. Znaleziono za to całe mnóstwo kości drobnych koników w typie znanego nam obecnie konika żmudzkiego, czy konika polskiego. Kości które zresztą – jeśli wierzyć prof. Norbertowi Pospiesznemu z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, który opowiadał nam o tym na zajęciach – należały niemal wyłącznie do nieszczęśliwych koników. Prawie wszystkie bowiem noszą ślady wad rozwojowych typowych dla osobników w młodości niedożywionych, a także – zwyrodnień charakterystycznych dla koni nadmiernie eksploatowanych.

Powszechność hodowli takich małych koników w Państwie Zakonnym w Prusach potwierdza też i ojciec – założyciel polskiej nauki o koniu, czyli hipologii, Marian hr Czapski, podając, że Krzyżacy nazywali je „swiejki“ (czyli, z języka pruskiego: „zdrów“, „zdrowy“ – co, w świetle wspomnianych wykopalisk, zakrawa na ponury żart…).



Czy średniowieczni rycerze ruszali zatem do bitwy na czymś przypominającym konika polskiego..? Bałbym się taką tezę postawić. Na czymkolwiek jednak ruszali do bitwy – populacja tego konia musiała być tak mała, że nie pozostawiła po sobie materialnych śladów na średniowiecznych wysypiskach śmieci i polach bitew.

Wiemy też dobrze, że przez wszystkie późniejsze wieki, tak naprawdę – aż do roku 1939 włącznie – zawsze trudno było w Polsce o dobre, ciężkie konie pociągowe, potrzebne np. dla artylerii. Brak takich koni bardziej limitował nasze możliwości posługiwania się tym rodzajem broni, niż brak dział. Konie tego rodzaju często importowano do nas z Europy Zachodniej. Ich hodowla na miejscu zaczęła się rozwijać dopiero w wieku XX, a dominująca na polskiej wsi stała się dopiero po II wojnie światowej.

Tym bardziej zatem – JEŚLI NAWET rzeczywiście średniowieczni rycerze jeździli na koniach zimnokrwistych (a wcale nie twierdzę, że tak nie robili – ja tego NIE WIEM) – to populacja tych koni musiała być skrajnie nieliczna.

Przyjmując na chwilę domniemanie że średniowieczni rycerze naprawdę jeździli na takich wielkich, ciężkich koniach i naprawdę szarżowali z prędkością nie mniejszą, ani nie większą niż 30 km/h – czyli, jak łatwo policzyć, 500 m/min (o 2/3 więcej, niż norma na zawodach skokowych, wynosząca 300 m/min – a parkur skokowy, pokonuje się, jak najbardziej, galopem…) – to by oznaczało, że taki rycerz, ważący razem z koniem i zbroją powiedzmy tonę – mógł na ostrzu swojej kopii przyłożyć do dowolnego obiektu materialnego siłę rzędu 8,3 kN.



Maksymalny dopuszczalny nacisk na oś mojego Nissana Patrola to 15,4 kN.

Z czego by wynikało, że dwóch rycerzy szarżujących pospołu – złamie kopiami oś naprawdę solidnego, terenowego samochodu…[1]

Aby uczynić krzywdę bliźniemu swemu – nie musiał jednak rycerz ani ważyć (razem z koniem) aż tyle, ani też – aż tak szybko się poruszać. Ciało ludzkie, nawet przykryte jakąś blachą – jest, jednakowoż, o wiele wrażliwsze na ciosy, od osi solidnego, terenowego samochodu. No chyba, że koniecznie zależy nam na uzyskaniu efektu tzw. „overkill“..?

Fragment oryginalnej ilustracji do historii Wilhelma Zdobywcy

Kończąc wątek ryerzy średniowiecznych: nic też nie wiadomo, aby taktyka średniowiecznego rycerstwa miała polegać „na przełamywaniu linii obrony przeciwnika przez pojedynczego człowieka“ (to jakiś absurd w ogóle jest…) – ani też o tym, jakoby „upadek rycerstwa przypisano wynalezieniu kuszy“?

Może i „przypisano“, ale jeśli nawet „przypisano“ – to z całą pewnością: błędnie[2].

  1. Koń „polski“ – husarski

Bardzo słusznie zastrzega się autor, że nic bliższego o „koniu husarskim“, czy też „koniu polskim“ – nie wiemy. I że „zdecydowanie łatwiej jest dziś mówić o fenotypie koni husarskich“. Wręcz – przez chwilę pomyślałem, że widać nie na próżno od ładnych kilku lat piszę i piszę wciąż o tym samym…

Niestety: w szczegółach nie jest już wywód pana Jacka Kurzątkowskiego aż tak wolny od naleciałości dawnych mitów, jak bym chciał.

Z całą pewnością nieprawdą jest twierdzenie, jakoby importy wzbogacające staropolską hodowlę koni, to „przede wszystkim były (…) konie zdobyczne“.

Trzeba sobie uświadomić dwa proste fakty. Po pierwsze – obce najazdy niemal zawsze „wzbogacają“ genotyp LUDNOŚCI. A to dlatego, że nie wszystkie zgwałcone przez nieprzyjaciela kobiety zostaną uprowadzone czy zabite. Część zostanie i urodzi.

Jednak – konie to zupełnie inna sprawa. Genotyp populacji końskiej może się w wyniku obcego najazdu wzbogacić tylko wtedy, jeśli najeźdźca (a przynajmniej – jakaś część najeźdźczej armii) zostanie pokonany. Jeśli najazd się udaje, to ewentualnie za odchodzącym przeciwnikiem mogą pozostać końskie trupy, czy też – jeśli uchodząc, śpieszy się – jakieś konie okulawione czy ochwacone. Jak raz – te najsłabsze, „negatywnie zweryfikowane“ w wyniku tego rodzaju selekcji.

Tak więc, nie ma tu AUTOMATYZMU „mieszania genów“. Z faktu, że nas jacyś Mongołowie, Turcy, Turkmeni i Bóg wie kto jeszcze kiedyś tam najechał – nic a nic nie wynika jak chodzi o dostępność mongolskich, tureckich, turkmeńskich i Bóg wie jeszcze jakich koni. O ileśmy tego przeciwnika nie rozbili. I to jeszcze tak – żeby przypadkiem nie uciekł!

A to się zdarzyło wszystkiego ledwo kilka razy – jak chodzi o tzw. „ludy stepowe“…

Zwykle, przy takich dyskusjach przypominam tę niezbyt imponującą, ale widać przecież, że twardą szkapinę..!

Po drugie – tak naprawdę, jak nie liczyć Dzikich Pól i normalnej na tak niecywilizowanym pograniczu partyzanckiej szarpaniny – to myśmy przez te niemal 400 lat sąsiedztwa z Imperium Ottomańskim – prawie nie toczyli między sobą wojen. „Prawie“, bo na owe bez mała 400 lat sąsiedztwa, formalny stan wojny to będzie może jakieś 30 lat..? Tylko jedna z granic I Rzeczypospolitej była jeszcze bardziej pokojowa – ta z Imperium Habsburgskim.[3]


Zbroje zachowały się na ogół w lepszym stanie niż... konie!

Bardzo jestem ciekaw metodologii, wedle której autor wyliczył, że w Rzeczypospolitej było 15 milionów koni.

Nie jest ścisłym twierdzenie, iż „nasz polski przedrozbiorowy koń nigdy nie został uznany za rasę“. Kto niby miał tego konia za rasę „uznawać“..? PZHK jeszcze, Dalibóg, z pewnością nie było…[4]

Prawdą jest natomiast, że po prostu – wiemy o koniach hodowanych w tym czasie zbyt mało – aby stwierdzić, że stanowiły jakąś oddzielną „rasę“, czy też – stwierdzić z całą pewnością, że takowej „rasy“ NIE stanowiły.

Już idąc „rozpędem“ dodam też, dla porządku, że z całą pewnością nieprawdą jest, aby współczesny koń małopolski „pochodził wprost od konia staropolskiego“. Konie małopolskie to typowa dla XIX wieku mieszanka rasowa (trudno to nawet, w gruncie rzeczy, skonsolidowaną rasą nazwać…), tzw. „półkrwi“. Jeśli coś jest dla „koni małopolskich“ wspólną podstawą – to raczej owe kałmuckie mierzynki, masowo, w dziesiątkach czy nawet setkach tysięcy sztuk, importowane co roku wprost znad Wołgi przez całą pierwszą połowę XIX wieku – których panowie użyczać zwykli w Kongresówce, Galicji i nawet w części zaboru pruskiego, swoim pańszczyźnianym chłopom, jako tzw. „załogi“.

Fragment tzw. "Rolki Sztokholmskiej"

  1. Taktyka husarii

W tej materii najmniej mam do powiedzenia (kol. dr Radek Sikora wypunktował poniżej pewne rzeczy, na które należy szczególnie zwrócić uwagę), to chciałbym na wstępie zwrócić uwagę na pewien pominięty przez autora szczegół.

Otóż – tak naprawdę, aż do rozpowszechnienia się broni strzeleckiej odtylcowej w połowie wieku XIX, szanse jakiejkolwiek bądź piechoty na odparcie w polu zdecydowanego natarcia jazdy – nie były wielkie. Oczywiście, można sobie dywagować, na ile zależało to od posiadania przez piechotę i jazdę broni drzewcowej, od taktyki, itp.

Najważniejsza jednak wydaje się: determinacja. Otóż – polskim husarzom na ogół, przynajmniej w okresie świetności tej formacji – tego właśnie czynnika zwycięstwa: nie brakowało!

Powiedziałbym wręcz, że husaria to nie tylko formacja wojskowa. To styl życia. Trochę trudny do wyobrażenia w dzisiejszych czasach – styl życia, w którym do „dobrego tonu“ należy lekce sobie ważyć własne życie i zdrowie i niebagatelny majątek, który się ma na sobie i pod sobą (konie husarskie były nieprzytomnie wręcz drogie…), z nonszalancją jadąc w pierwszym szeregu wprost w „dym i ogień“.

Bitwa pod Kircholmem wg Snayersa

Przechodząc natomiast do szczegółowych uwag w tym zakresie:

Autor pisze o koniach husarskich, że: "ginęło ich prawie 10-20 razy więcej niż towarzyszy husarskich"

Jest to przesada. Przykładowo w bitwie pod Lubieszowem 1577 r. było: 7 zabitych towarzyszy kawalerii na 44 zabite konie. Pod Kłuszynem w 1610 r (dane dla 26 rot kawalerii): 30 zabitych towarzyszy kawalerii na ponad 188 zabite konie.

Przy czym w obu przypadkach dominowała husaria.

Ważniejsze jest jednak inne pytanie do autora tekstu – po co zestawiać liczbę poległych towarzyszy z liczbą koni, skoro husaria to towarzystwo i czeladź? W bitwie nie ginęli sami towarzysze. Prawidłowe zestawienie powinno być takie: liczba zabitych husarzy (towarzyszy + czeladzi pocztowej) do liczby zabitych koni. I wtedy te proporcje wypadają inaczej. Choć wciąż niekorzystnie dla koni. Ich zawsze ginęło więcej niż ludzi.

Przykładowo pod Lubieszowem: 17 zabitych kawalerzystów na 44 zabite konie.

Pod Kłuszynem (dane dla 26 rot kawalerii): 61 zabitych kawalerzystów na ponad 188 zabitych koni.

Czyli mniej więcej 1 do 3. Chyba, że doliczymy ranne konie, które dobito po bitwie, ale ich liczba jest nieznana. Nie wiadomo ile z rannych koni była dobite, a ile wyleczono. Te liczby, które przedstawiłem, odnoszą się tylko do strat w bitwie.

Autor pisze: "Zbroja płytowa pozbawiona była naplecznika"

Owszem, zdarzało się. Ale nie była to reguła.

Autor podaje opis „typowej“ szarży husarskiej:

Opis szarży husarii bazuje na tym, co pisał Jerzy Teodorczyk w latach 60. XX w. Jest on co najmniej nieprezycyjny, ale przyjął się, powtarzany od jego czasów wielokrotnie.

W rzeczywistości typowa szarża wyglądała nieco inaczej. Opisała ją „Ordynacja hetmańska...“ Hieronima Augustyna Lubomirskiego z początków XVIII w., który to opis współgra z charakterystyką szarży husarii, do której doszło pod Kutyszczami w 1660 r. Przede wszystkim do szarży wychodzono w szyku zwartym – „kolano z kolanem“. W trakcie szarży szyk można było rozluźnić i ponownie zewrzeć. Ćwiczono to od (przynajmniej) drugiej połowy XVI w., choć może i wcześniej. Tyle, że dla wcześniejszego okresu brak jest danych.

Jak często zmieniano gęstość szyków? Nie wiadomo. W tej chwili znany jest tylko jeden taki przypadek (z 1660 r.). Za mało jest jednak opisów szarż, aby jakieś statystyki wyprowadzać. Wydaje się jednak, że skoro hetman Lubomirski w swojej ordynacji milczy na temat zmiany gęstości szyków, to typowa jednak była szarża prowadzona od poczatku do końca w szyku „kolano z kolanem“.

Co do tych odległości w artykule – to ponownie, podano je na podstawie Teodorczyka. I ponownie brak jest podstaw dla takich ustaleń. Nie da się po prostu zrobić tego tak prezycyjnie. Poniżej podano, co nakazywał hetman Lubomirski wraz z opisem szarży pod Kutyszczami. To fragment książki dr Radosława Sikory „Niezwykłe bitwy i szarże husarii“:

Pierwszy atak, przeprowadzony przez chorągiew husarską Wilczkowskiego, został skierowany przeciwko rosyjskim rajtarom. Husarze Wilczkowskiego powoli zbliżyli się na odległość 1 staja (staje statutowe to 49 – 50 m) od nieprzyjaciół, zwiększyli bieg koni, złożyli kopie, których końce pozostawiono w tokach i runęli na wroga. Warto tu zaznaczyć, że sposób przeprowadzenia tej szarży bardzo dobrze koreluje z zaleceniami „Ordynacji hetmańskiej” Hieronima Lubomirskiego, którą spisano ok. 44 lata później. Mamy tu te same elementy co w ordynacji, tj.:

-      najpierw powolne zbliżanie się do nieprzyjaciela (pod Kutyszczami: „małym krokiem”; w ordynacji: „kłuskiem małym”)
-      wytrzymanie ognia nieprzyjaciela (pod Kutyszczami: „na niezmierne strzelanie nic się nie wzdrygali”; w ordynacji: „[ogień nieprzyjaciela] koniecznie potrzeba wytrzymać dla lepszego skutku”)
-      pochylenie kopii, zwiększenie biegu konia (pod Kutyszczami: „Ostrogą zwarszy konia pod sobą prędkiego, w tokach kopije porządnie złożyli, w otchłań prawie żołnierze ci zacni skoczyli”; w ordynacji: „w pół pola ku nieprzyjacielowi będąc [...] ZŁÓŻCIE KOPIE. I tak dalej małym kłuskiem idąc, nie powinien wprzód skoczyć i uderzyć nieprzyjaciela, aż ogień wyda”).
-      uderzenie w nieprzyjaciela, tj. skruszenie kopii i sięgnięcie po pałasze / szable (pod Kutyszczami: „tylko skruszonych kopij i pałas[z]ów wrzawy”; w ordynacji: „złamawszy zaś [...] kopię o nieprzyjaciela, ostatek drzewca porzuci żołnierz, a szablę w rękę wziąwszy, po rękach naprzód rąbać będzie, aby nie dać nieprzyjacielowi do drugiego porywać się oręża, do pistoletów lub szpady, bo obciętego i ręką nie władnącego lada ciura bić i żywcem brać może”)
W trakcie szarży husarii, rajtarzy zdołali oddać w jej kierunku kilka salw karabinowych. Mimo tego ostrzału straty Polaków były minimalne. Wśród ludzi jedynie syn podkomorzego lwowskiego Piotra Ożgi został ranny w kolano. Straty wśród koni były większe, ale nie są one precyzyjnie określone. Po złamaniu kopii, husarze sięgnęli po  pałasze.

Jacek Kurzątkowski pisze: "W ten sposób uzyskiwano przewagę liczby kopii nad pikami pikinierów na jednostkę długości linii zwarcia"

Nawet formacja „kolano z kolanem“ to około 1,2 metra na jeźdźca. A pikinierzy stojąc ramię przy ramieniu to około 80-90 cm na jednego z nich. Nawet gdy stawali nieco luźniej (słabo wyszkolonym się zdarzało, jak na przykład Szwedom pod Kliszowem w 1702 r.) to i tak było mniej więcej po równo. 1 husarz na 1 pikiniera.

Natomiast w artykule znajduje się bardzo dobra uwaga na temat oskrzydlenia piechurów. Kto wie, czy to nie był jeden z decydujących czynników podczas takiego starcia. Przynajmniej w niektórych wypadkach, jak to widać na obrazie bitwy pod Kircholmem...

tutaj właśnie

Co do frontalnego starcia – wiadomo, że przynajmniej część koni w takim ataku na pikinierów ginęła, czego przykład pod Kłuszynem. Konie traktowano jak żywe tarany. Wjeżdżano nimi i łamano płoty czy piki.

Autor artykułu podaje, iż: „Dzięki temu cała chorągwia mogła skręcić w miejscu bez mieszania swoich szyków.“

Owszem, opisano trening husarza, polegający na obrocie w dwumetrowym kole pełnym pędem i wyskoczniu z niego. Ale nie opisano nigdzie, że robiła to cała chorągiew bez zmieszania szyków. To jest wyidealizowany obraz. Nie wiadomo ilu husarzy taką umiejętność (obrotu w tak małym kole pełną prędkością) posiadało. A i szarża w szyku „kolano z kolanem“ nie pozwalała na to. Konie musiały złamać szyk, aby tego dokonać, bo gdy obok jednego konia cwałuje drugi, to nie ma po prostu miejsca na takie manewry.

Jest jedno źródło, któro opisuje takie zawracanie w cwale. Ale w tym przypadku chodziło o nawrócenie w miejscu, gdy jeźdźcy „uchodzili odwodem“ i po obrocie mieli stanąć frontem do nieprzyjaciela. Samo uchodzenie nie musiało być (i raczej nie było) dokonywane w szyku „kolano z kolanem“. Uchodzono w rozsypce. Dopiero po obrocie chorągiew (czyli rota) husarii ponownie stawała w szyku.

Jest inny opis – rota stała w miejscu i miała się obrócić „po koniu“. Ale... no właśnie. W tym przypadku husarze stali a nie cwałowali, czy galopowali.

Autor wspomina o „odczulaniu koni na zgiełk bitewny“

Co do tego „odczulenia na zgiełk bitewny“, to wbrew sugestii Jacka Kurzątkowskiego nie był to przypadek. W naszych traktatach hippicznych zalecano, aby konie przyzwyczajać do huku itd. Więc jeśli się do tych zaleceń stosowano (pytanie, czy się stosowano?), to konie były do tych bodźców przyzwyczajane przed bitwą, a nie w jej trakcie.

Na koniec wreszcie: mała uwaga co do bitwy pod Kłuszynem.



Pod Kłuszynem było 2500 kawalerii (nie tylko husarii, choć w zdecydowanej większości właśnie jej) + 200 piechoty. Armia przeciwnika to od 38 do 48 tysięcy (ale jest to łączna liczba i żołnierzy, i towarzyszącej im służby obozowej, chłopów itd.). Samych żołnierzy było ok. 18 tys. Natomiast dysponowali oni 15 działami (11 Rosjanie + 4 „Niemcy“) a nie tylko 11, jak to w artykule podano.


[1] Przyp. R. Sikory: Oczywiście: czysto teoretycznie, bo nie cała energia kinetyczna pędzącego jeźdźca przekazywana jest przez kopię. Z tej prostej przyczyny, że kopia albo się złamie (tak być powinno), albo wyrwie ją rycerzowi z dłoni. Żaden człowiek nie przeniesie swoim ramieniem takiej energii. Prędzej wyrwałoby mu bark.
[2] Przyp. R. Sikory: Wystarczy zresztą popatrzeć na chronologię wydarzeń. Kusze i rycerstwo przez kilka setek lat współistniały, aż w końcu w zachodniej Europie kusze wyparte zostały przez broń palną, a rycerstwo feudalne przez zaciężną kawalerię (w zbrojach). A u nas rycerstwo (bo husaria była rycerstwem i tak się zresztą nazywała) istniało jeszcze dłużej, kiedy już kusze dawno odeszły do lamusa.
[3] Przyp. R. Sikory: Tu się zgadzam, że tych wojen aż tyle nie było. Ale nie bagatelizowałbym ich wpływu na ilość „turków“, którą tą drogą pozyskiwano. Weźmy choćby bitwę pod Chocimiem 1621. Po zakończeniu działań wojennych, w których żadna ze stron nie rozbiła drugiej, zezwolono na handel. Wtedy to, zdaniem mołdawskiego szlachcica „kupowało wielu Polaków tanio konie tureckie, namioty; Turcy od Polaków sukno i pistolety“. Po bitwach pod Chocimiem 1673, Wiedniem 1683 i drugiej bitwie pod Parkanami 1683 r., tych koni też sporo udało się zagarnąć. Natomiast zgadzam się, że jest to nic w porównaniu do handlu, który miał miejsce w normalniejszych czasach. Taki Wilhelm Baeuplan, francuski inżynier w służbie polskiego króla, pisał nawet, że wszystkie konie husarskie sprowadzano z tureckiej prowincji Karamania, znajdującej się w Anatolii. Przesadzał, bo choćby po rejestrach, które pozostały po husarzach, widać, że posiadali oni różne konie, a nie tylko „turki“. W każdym razie owych „turków“ musiało być całkiem sporo, skoro Baeuplan taką uwagę poczynił. Tak więc z całą pewnością, w kilkusetletniej historii naszych kontaktów z Imperium Osmańskim, handel dominował nad łupami.
[4] Przyp. R. Sikory: Dariusz Wielec odnalazł dzieło opublikowane w 1839 roku (Stanisław Łyszkowski "Poradnik hodowli i weterynaryi dla ziemianina czyli Najnowsze teoretyczne i praktyczne prawidła hodowania, rozmnażania, ulepszania i pielęgnowania zwierząt domowych, osobliwie koni […]". Można je ściągnąć tutaj: http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/doccontent?id=3279&dirids=1 ), w którym autor posługuje się określeniem rassa („Rassą nazywamy rodowitość jakiego bądź zwierzęcia domowego, lub charakter od pierwotnego rodzaju czyli szczepu pochodzący i stale okazujący się w bliższych i dalszych jego pokoleniach.“) i twierdzi, że widział ostatnie egzemplarze „rassy konia polskiego“. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...