czwartek, 31 stycznia 2013

Pomysłowy wieśniak i grabie

Co powinien zrobić pomysłowy wieśniak, gdy w połowie sprzątania Zimowego Padoku jego grabie rozpadną się na skutek zużycia się nitów, którymi przymocowana była utrzymająca je w kupie poprzeczka do rączki..?

Pomysłowy wieśniak powinien wydłubać (śrubokrętem z braku dłutka) resztki nitów tak, aby dziurki były na przestrzał - a potem wkręcić w to miejsce wkręty (z braku śrubek stosownej średnicy). Dwa (tyle było nitów - i dziurek po nich). W przeciwnych kierunkach. Uwaga, uwaga: to się trzyma!


Na upartego, można by jeszcze brzeszczotem skrócić te wkręty, żeby tak brzydko nie sterczały - ale po co, skoro grabie działają..?

Tymczasem Lepsza Połowa chora. Trzeci dzień prawie nie wstaje z łóżka - zresztą, koćkodan, jak widać, zainspirował się swoją panią:

Pochorowała się nam też Buba. Prawdopodobnie nawpieprzała się nawilgłego lub nawet zapleśniałego siana (zrobiło się naraz mokro i ciepło - wszystko zatem jest możliwe). I ma rozwolnienie.

W związku z czym zaraz idę kruszyć węgiel drzewny, taki do grilla. Pani doktor mi poradziła dosypać tego do owsa - powinno, podobno, powstrzymać biegunkę. Jest jeszcze sposób z korą dębu, ale na razie - spróbujemy węgla.

Ja się jeszcze w miarę trzymam - ale nie powiem, żebym był zdrów i w pełni sił. Zwłaszcza popołudnia są trudne. A tu tymczasaem, trzeba znajomych i nieznajomych o pracę cisnąć... I jak to robić, gdy widzę podwójnie, a poruszam się nieregularną sinusoidą..?

Wokół woda, woda, woda...

środa, 30 stycznia 2013

Siedź w kącie – znajdą cię!

zwykła mawiać moja babcia. Jest to oczywiście nieprawda. Tak to mogło działać w dawnych, dobrych, feudalnych czasach, gdy król, książę, albo i dziedzic miejscowy – znalazłszy w którymś ze swoich poddanych niepospolity talent, podnosił go do grona możnych i nagradzał połową królestwa i ręką córki (swoją drogą: a co – jeśli córka była brzydka, a szewczykowi – paskudnie woniały nogi..?). A i to jednak – chyba raczej w bajkach!



Normalnie karierę robią ci, którzy potrafią się wypromować. Jest to swoją drogą aż przykre! Przez babcię, a może też i przez jakieś perwersyjne połączenie neuronów pod czaszką – zwykłem na nachalne suflowanie mi poglądów czy produktów – reagować przekorą. Długo nie mogłem uwierzyć, że większość ludzi wcale tak nie robi.

Fakty jednak są nieubłagane. Gdy w moje dawne prezentacje zielarskie wplatałem ironię, dystans, dowcip – nie sprzedawałem nic. Gdy emanowałem prostym (a dla mnie samego – fałszywym od początku do końca) zachwytem wobec produktu – ludzie kupowali. Wiecie jaki jest chwyt NLP zachęcający do zakupu? Proszę bardzo: Wspaniały (tu precyzyjna nazwa produktu) można dziś nabyć tutaj za jedyne (tu nie mniej precyzyjna cena). Koniec. Dalibyście się na to nabrać? Ja – w żadnym razie!

A jednak – to działa. Ludzie są prości. I wcale, a wcale – ta ich umysłowa prostota mnie do nich nie przekonuje… I to jest mój błąd – bo karierę robią ci, którzy potrafią się wypromować przez to, że – jak to kiedyś wyznał Kwachu – lubią ludzi. Stąd też: zwalczam w sobie zarówno wrodzoną, jak i nabytą doświadczeniem mizantropię jak wiem i mogę – niekoniecznie z dobrym rezultatem, bo nie jest to łatwe.

Promować się koniecznie trzeba. Świadczy też o tym moje doświadczenie dziennikarskie. Praktycznie rzecz biorąc – niezmiernie trudno jest powiedzieć, czy coś takiego jak „obiektywna prawda“ w ogóle istnieje, czy nie. Pracując jako dziennikarz – zawsze spotykałem li i jedynie różne „wersje“. Co jednym śmierdziało nieznośnie – dla innych było tylko przejściowym pogorszeniem składu powietrza. Te same zdawałoby się fakty – wyglądały zupełnie inaczej, w zależności od tego, kto je opowiadał.

Pod tym względem rzetelna praca dziennikarska ma wiele wspólnego z pracą detektywa. Inna sprawa, że gdy minął mi młodzieńczy zapał i z „Gazety Kociewskiej“ trafiłem do „Super Expressu“, rychło się przekonałem, że nikt ode mnie żadnych detektywistycznych talentów nie oczekuje. „Prawda obiektywna“, gdy do niej dotrzeć – bardzo często jest pospolita, szara i pozbawiona jakichkolwiek znamion sensacji (na przykład: owszem – śmierdziało – ale to było tylko przez chwilę, a w ogóle, to brat szwagra kolegi ma anse do wójta, bo nie dostał posady w urzędzie…). Natomiast „wersje“ – są kolorowe, krzykliwe, a co najważniejsze – pozbawione utrudniających wyrobienie sobie przez czytelnika tzw. „własnej opinii“ – niuansów i półcieni.

W ramach „wersji“ zawsze są ci źli i ci dobrzy. Z dobrymi czytelnik może się utożsamiać, a złych – potępiać. I może poczuć się lepiej, bo skoro utożsamia się „z tymi dobrymi“ – to i sam jest, ma się rozumieć – dobry!

Prasa zatem – i inne media – z upodobaniem sprzedają swoim czytelnikom/widzom/słuchaczom – kolorowe, krzykliwe, sensacyjne i pozbawione niuansów „wersje“. Bo to się sprzedaje!

Nawet tzw. „dziennikarstwo śledcze“ nie na tym polega współcześnie, aby do jakiejkolwiek „obiektywnej prawdy“ dochodzić – tylko na tym, aby odnaleźć i uprawdopodobnić nową, jeszcze bardziej sensacyjną „wersję“! Na przykład taką, w której dotychczasowi „dobrzy“, okazują się „złymi“ – co zwykle, między nami pisząc – jest aż nadto łatwe…

Po co to Państwu piszę – że zadam sakramentalne w takich postach pytanie..?

W nawiązaniu do rozwijającej się na forum Re-Volta.pl dyskusji o Skaryszewie, ma się rozumieć.

Siła oszołomów od akcji „Stop Skaryszew“ polega na tym, że są zorganizowani, mają pieniądze, kontakty – i potrafią swoją „wersję“ sprzedać mediom ogólnopolskim. Przede wszystkim – tym „niebranżowym“. No bo w „końskim“ piśmie trudno jednak zapodać tak jawne bzdury, jakie ci manipulanci szerokiej publiczności zapodawać zwykli.

W tym leży ich siła. Biznes ten sam się napędza i sam się finansuje. Dzięki prezentacji kolorowej, sensacyjnej, krwawej „wersji“ w mediach – fundacje organizujące akcję „Stop Skaryszew“ mają pieniądze z datków. Pieniądze z datków pozwalają im na utrzymanie struktur, które przez cały rok ciężko pracują na ostateczny, pijarowy sukces – czyli: kolejną akcję „Stop Skaryszew“.

Kiedy już uda się zamknąć targ w Skaryszewie – oczywiście fundacje się nie rozwiążą. Znajdą sobie nowy, jeszcze bardziej radykalny cel – i, działając tak samo jak działały do tej pory – nie spoczną, póki nie postawią na swoim.

To jest czołg. Buldożer. Nazwijcie to jak chcecie – idzie o zobrazowanie spustoszeń, jakie ten modus operandi wywołuje w tzw. „opinii publicznej“.

Obrona, obawiam się, jest już od dawna spóźniona i startuje z pozycji tak bliskiej przegranej, jak to tylko możliwe. Czy to jednak oznacza, że należy się poddać i czekać z założonymi rękoma, aż „oszołomy“ zrobią swoje..?

Oczywiście – nie. Może nie uda się obronić Skaryszewa – ale może, jeśli uda się nam powołać własne fundacje, własne struktury, własny pijar – to nie dopuścimy np. do zakazu hodowli mięsnej koni? A jeśli i w tej kampanii przegramy – to może chociaż do zakazu użytkowania koni pod siodłem i w zaprzęgu – nie dopuścimy?


Oni są lepiej zorganizowani. Organizowanie „akcji“ jest ich sposobem na życie – nie mają poza tym żadnych innych zobowiązań i niczym innym się nie zajmują, z tego żyją. To jest ich siła.

Ale za to – my, koniarze – mamy więcej do stracenia. Dziś Skaryszew – jutro zakaz hodowli mięsnej – pojutrze zakaz użytkowania koni w jakikolwiek sposób. Oni nie mogą się zatrzymać, nie mogą przestać, nie mogą odpuścić – muszą, przypominam, działać wciąż i wciąż muszą stawiać coraz to bardziej radykalne postulaty. To jest ich sposób życia, gdyby przestali to robić – będą po prostu i całkiem zwyczajnie: bezrobotni, bez środków do życia.

My nie możemy sobie pozwolić na taki luksus, bo musimy, w pierwszej kolejności, dbać o swoje zwierzęta, gospodarstwa, rodziny, biznesy – a, powiedzmy to sobie uczciwie, na potop datków od niezwiązanych z branżą laików na rzecz akcji „Stop Głupocie“ – nie ma co liczyć. Dla nas zatem, taki nieustanny pijar – to będzie nie sposób na życie, a jeszcze jeden koszt – i wcale nie taki oczywisty i nie taki pilny w porównaniu do nierównie ważniejszych wydatków na siano, kowala czy weterynarza.

Nie ma co liczyć na PZHK. Ta postkomunistyczna jaczejka potrafi dbać wyłącznie o własne stołki, a do rozpoznania prawdziwego zagrożenia – jest organicznie niezdolna przez wzgląd na przyrodzone matołectwo, graniczące z debilizmem. Akcja „SOS dla Stad“ jest tego najlepszym dowodem – nie dość, że od początku do końca chodziło tam tylko i wyłącznie o stołki dla kolesi – to w dodatku: skończyło się na niczym (już nawet strona tej "akcji" - zmieniła właściciela, bo jakieś ogłoszenia o maszynach tam wiszą...), bo ci idioci po prostu – nie potrafią robić takich rzeczy, to przekracza ich mentalne możliwości.

Możemy liczyć tylko na siebie. Jak napisałem na forum – mogę się włączyć w przygotowanie „briefu“ dla dziennikarzy nie-branżowych przed tegorocznym jarmarkiem. Ale przecież – sam go nie zrobię. Sam go też nie porozsyłam (to trzeba zacząć robić na jakiś tydzień przed targiem) – bo trzeba znać prywatne maile lub faksy dziennikarzy, którzy mogą się tym tematem zainteresować, wysyłanie tego na maile „ogólnoredakcyjne“ mija się z celem, nikt tego nawet nie przeczyta. Bazy danych teleadresowych mają rzecznicy prasowi i pijarowcy z firm i instytucji – ja od dawna już nie zajmuję się czynnie tą branżą, zresztą – zawsze byłem tylko podwykonawcą i nie zajmowałem się bezpośrednimi kontaktami z dziennikarzami.

Powstaje pytanie: czy ktoś z Państwa – czuje to zagrożenie o którym piszę – i widzi sens takiego zbiorowego działania..? Czy będziemy się bronić? Czy potrafimy się zorganizować?

wtorek, 29 stycznia 2013

Lech, Lechia i Leszek...

Z okazji 800-ego wpisu na blogu, mam dla Państwa propozycję pozytywną a nawet postępową. Rzecz jasna - całkiem serio! No gdzieżbym śmiał pisać inaczej niż serio - nieprawdaż..?

W nawiązaniu do wczorajszej dyskusji: projekt koncepcyjny "kosmicznej arki", na której m.in. Kasia Tusk ze swoim Tatą (zaraz przejdę do szczegółów...) mogłaby - w razie zagrożenia - odlecieć "do gwiazd". W ramach istniejących i możliwych do praktycznej realizacji w dniu dzisiejszym technolgii - w grę może wchodzić właściwie tylko jedno rozwiązanie: "Orion". Czyli statek napędzany zewnętrznymi eksplozjami nuklearnymi lub termonuklearnymi.

Bonus: jest to pomysł jak najbardziej polski, sformułowany po raz pierwszy w roku 1946 przez lwowskiego matematyka, Stanisława Ulama.

No dobrze: jest to żydowski pomysł. Jak wszystkie dobre pomysły na tym i na tamtym świecie - nieprawdaż? Zresztą - czego Wy chcecie..? Że jak rakieta to tak czystej krwi polskiej, jak - za przeproszeniem - Bubel albo Tejkowski..? Nie uważacie, że to już trochę za wysokie wymagania..? Pomysł więc jest żydowski - ale zasymilowany..!

Skądinąd: gdyby nie wojna - to wygląda na to, że mieliśmy we Lwowie coś koło połowy ekipy całego Projektu Manhattan i późniejszych prac nad bombą wodorową. Nie sądzicie, że jest się nad czym zastanowić..?

Niektórzy uważają, że "Orion" to rozwiązanie "egzotyczne", a przy tym "nieeleganckie" i "brudne". OK. Niech Wam będzie. Nie zgadzam się tylko z określeniem "egzotyczne". "Orion" to system napędu pojazdów kosmicznych który mógł działać już w latach 50-tych XX wieku - ZANIM jakikolwiek człowiek w ogóle opuścił tę planetę. Nie wymaga użycia ŻADNYCH materiałów ani technologii, które nie były znane i dopracowane już 60 lat temu. Pod tym względem - rozwiązanie to nie ma sobie równych.

Że "Orion" nie został nigdy użyty? Bynajmniej nie z obawy przed skażeniem promieniotwórczym ("koszt" jednego startu "Oriona" szacowany jest na od 0,1 do 1 zabitego w wyniku promieniowania - wśród pozostałych na Ziemi, ma się rozumieć...), czy "niedojrzałością" tej technologii. Po prostu - w zasięgu ówczesnej wiedzy o Kosmosie nie znajdował się ani jeden cel, który by wymagał i usprawiedliwiał - możliwości taniego wynoszenia na orbitę dziesiątków czy setek tysięcy ton ładunku. "Orionem" na przełomie lat 50 i 60, gdy losy tego projektu się decydowały - nie było czego i dokąd przewozić!

Sytuacja jednak się zmienia. Oto pojawiają się coraz to nowe pomysły eksploracji zasobów mineralnych poza naszą planetą. Co prawda - w tym przypadku to raczej transport z orbity na planetę jest istotny - ale kto wie, co będzie, jak się ten przemysł rozwinie?

Coraz też więcej wiemy o innych układach planetarnych. Z wiedzy tej zaczyna wynikać pewność, iż systemów podobnych do naszego, z planetami o podobnej wielkości, budowie i położeniu względem gwiazdy - jest w Galaktyce mnóstwo. Co zresztą, zgodnie z podstawowymi założeniami metodologicznymi nauki - zakładano z dawien dawna!

Tak więc: "Orion" ma sens. Jest to jedyny w tej chwili praktycznie możliwy do zrealizowania pomysł na "międzygwiezdną arkę", którą jakaś część ludzkości mogłaby opuścić Naszą Umęczoną Planetę i poszukać sobie innej, równie sposobnej do Umęczenia.

Jest to póki co pomysł dość rozpaczliwy o tyle, że nawet z takim napędem - owa "arka" nie ma szans rozpędzić się do prędkości większej niż 0,01 do maksymalnie 0,1 - 0,12 c (czyli: od 1 do góra 12% prędkości światła). W dalszym ciągu zatem - potrzeba by setek lat (w najlepszym razie...), aby osiągnąć jakiś nadający się do kolonizacji glob pod obcym słońcem. Ponieważ zaś technologia hibernacji, zwykle wskazywana przez autorów sf jako rozwiązanie tego problemu, czegoś złośliwie nie chce się nam dać opanować mimo upływu dziesięcioleci - to oznacza, że do celu dotarliby prawnukowie (w najlepszym razie...) pierwszej załogi "arki".

Jest to zatem raczej "pomysł ostatniej szansy", do którego uciec by się można tylko w razie braku innego wyjścia. To jest - gdybyśmy powzięli wiedzę, że Naszej Umęczonej Planecie grozi taka katastrofa, po której odbudowa życia na jej powierzchni nie będzie już możliwa przez czas co najmniej tak długi - jak czas trwania owej spodziewanej odysei.

Nic nam póki co o takim zagrożeniu nie wiadomo. Czy to jednak oznacza, że mamy siedzieć z założonymi rękoma? A jeśli, gdy dowiemy się o takim zagrożeniu - nie starczy nam już czasu na zbudowanie odpowiedniej liczby "arek"?

Największe z rozpatrywanych teoretycznie pojazdów projektu "Orion" z połowy lat 50-tych miały od 8 do 10 milionów ton masy spoczynkowej - i wymagały ponad 1000 bomb wodorowych do osiągnięcia prędkości podróżnej. Prawdopodobnie materiały i technologie które mamy do dyspozycji obecnie, pozwoliłby budować pojazdy jeszcze większe. Ich koszt nie jest przy tym przesadnie ruinujący - gigant o masie 8 milionów ton miał w roku 1960 kosztować tyle, co ówczesny roczny PKB Stanów Zjednoczonych.

Ponieważ nie musimy przecież zbudować takiego pojazdu w jeden rok - nawet nas stać na taki wydatek!

Dlatego proponuję. Pozytywnie, a nawet postępowo. Zaprzestać wypłat na NFZ i ZUS (chorzy i starzy umrą z głodu i chorób - mówi się trudno: i tak nie mieli szans! Pod wieloma względami, byłaby to decyzja niezmiernie wręcz humanitarna - jestem przekonany, że Komisja Europejska, po rozpatrzeniu naszej argumentacji zgodzi się, że w tym przypadku zbiorowa eutanazja była najlepszym możliwym wyjściem...). Zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć na budowę eskadry "międzygwiezdnych arek".

Ponieważ nawet na pokładach takich gigantów cała ludność Polski się jednakowoż nie zmieści (sporą część ładunku będą musiały stanowić zapasy, a także - zwierzęta, rośliny oraz banki ich komórek rozrodczych, potrzebne dopiero po dotarciu do celu) - jasnym jest, że o przydziale miejsc na pokładzie będą decydowały kryteria polityczne. No bo jakież inne mogą decydować..?

Z tego względu proponuję wybudować trzy "arki". OKRP (Okręt Kosmiczny Rzeczypospolitej Polskiej) "Lech" - dla zwolenników PiS. "Lech", ma się rozumieć, na cześć Lecha Kaczyńskiego - Wiecznego Prezydenta Polaków (na wzór Kim Ir Sena, który nawet po śmierci jest Wiecznym Prezydentem Korei - ale czyż ja naprawdę musiałem to Państwu tak kawa na ławę? Pewnie tak: ostatnio dowcip u Was skiepściał i w ogóle - mam wrażenie, że w formie nie jesteście..?).



OKRP "Lechia" - oczywiście dla Pierwszego Piłkarzyka III RP, jego córuni, synka i totumfackich (Gowina wyrzucą za burtę natychmiast po minięciu Obłoku Oorta - co by przypadkiem nie wrócił na piechotę...). "Lechia", bo była kiedyś taka drużyna w Gdańsku. Zdaje się.

(starałem się o możliwie drapieżny wizerunek w tym wypadku...)

No i trzeci - może być ciut mniejszy, mniej okazały, stąd i nazwa nieco mniej godna - OKRP "Leszek" - dla drobniejszego politycznego płazu.



Zasadniczo - to oczywiście "arki" miałyby stanowić li i jedynie zabezpieczenie "na wszelki wypadek". Co by ratować najzdrowszą i najcenniejszą część narodu przed pewną śmiercią.

Niewątpliwie jednak - trzeba by co jakiś czas uaktualniać listy pasażerów i przeprowadzać, w miarę systematycznie, ćwiczenia ewakuacyjne. No i - gdyby tak, całkowicie przypadkowo, podczas takich ćwiczeń, gdy "arki" będą zapełnione - ktoś włączył zapłon..?

"Oriony" nie mogły lądować na planecie. Sprowadzenie Naszych Drogich Przywódców z powrotem na Ziemię byłoby bardzo trudne! Dużo praktyczniej i taniej - byłoby pozwolić im odlecieć, skoro już wystartowali...

Trochę by nam smutniej było, tego nie da się ukryć. Na pocieszenie mogę dodać tylko jedno - skoro do napędów "arek" potrzeba byłoby 3000 z górką bomb wodorowych - to braku jednej czy dwóch - raczej by nikt nie zauważył. Zostałby nam więc argument w ręku na wypadek jakich kłótni w okolicy...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Przeszłość – czy przyszłość..?

Niektórzy twierdzą, że konserwatyści to ci, którym wydaje się, że „lepiej już było“. W takim razie – jestem konerwatystą niekonwencjonalnym, bo wcale tak nie uważam! Ani nigdy nie było „lepiej“ – ani też nigdy „lepiej“ nie będzie.

Nie dlatego bowiem ludzie i zwierzęta bywają szczęśliwi lub nieszczęśliwi, że ich coś uwiera, boli, przeszkadza czy tłamsi – a dlatego, że… takie lub inne mają nastawienie do życia! „Szczęście“ lub „nieszczęście“ to stan całkowicie, a nawet absolutnie – subiektywny – i żadna rzeczywistość na zewnątrz nic do tego nie ma.

Oczywiście – bywają okoliczności wybitnie niesprzyjające odczuwaniu szczęścia (nader często są to zwłaszcza takie sytuacje, gdy ktoś gwałtownie próbuje swoich bliźnich uszczęśliwić – co i gwałtownego uszczęśliwiania wielkiej liczby zwierząt dotyczy, że o przypadku ś.p. pani Villas tylko wspomnę…). Wówczas – zdolne są do tego tylko jednostki wyjątkowe, o szczególnie odpornej osobowości. Słabsi zaś, mniej lub bardziej masowo załamują się, co prowadzi wprost do destrukcji (tu przykładem mogą być tzw. „muzułmanie“, czyli więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy utraciwszy wszelką nadzieję – popadali w apatię, rychło też umierając: podobne zjawisko występuje zawsze, ilekroć grupa ludzi poddana jest silnej presji – w historii najnowszej jednym z bardziej znanych przykładów było zachowanie części żołnierzy francuskich wojsk kolonialnych oblężonych w Dien Bien Phu – nie mogąc ani uciec, ani liczyć na miłosierdzie Wietnamczyków ci, którzy się załamali, porzucali broń i swoje stanowiska, biernie koczując na błotnistym brzegu rzeczki Nam Yum…).

Swoją drogą – nader symptomatycznym jest, że o ile stosunkowo łatwo jest doprowadzić człowieka do rozpaczy, to już próby działania odwrotnego – nie dają najmniejszych zgoła efektów!

To znaczy: o ile działaniem „zewnętrznym“, czyli wywołaniem silnego stresu można człowieka wcześniej szczęśliwego uczynić człowiekiem nieszczęśliwym – to uszczęśliwienie nieszczęśliwego jest o wiele bardziej skomplikowane i właściwie, bez jego woli i wysiłku – niemożliwe. Zwycięzcy totolotka, choć pewnie łykają sporą dawką endorfiny, zwłaszcza na początku – bardzo szybko wracają do tego samego poziomu „satysfakcji z życia“, jaki mieli przed wygraną – a bywa, że im się pogarsza (nie na ostatnim miejscu dlatego, że osiągnąwszy tak wiele bez wysiłku – szastają pieniędzmi na lewo i prawo, w czym też im zwykle pomaga pazerna rodzina – i częściej niż rzadziej – szybko są biedniejsi niż byli wcześniej…).

Każdy może być szczęśliwy – na ogół, jeśli nie są to okoliczności ekstremalne (choć są i tacy, którzy TAKICH okoliczności do szczęścia właśnie potrzebują…) – niezależnie od okoliczności zewnętrznych. Tylko mało komu się chce.


Bo to wymaga wysiłku. A właściwie – po co się wysilać..? Przy okazji niedawnej debaty sejmowej pojawiły się też i takie głosy, które interpretuję jako potwierdzenie mojej dawnej już intuicji. Oto – na marginesie sporu o tzw. „związki partnerskie“, co niektórzy blogerzy lub userzy na forach zastanawiali się, czy jest jeszcze jakaś przyszłość dla „związków“ jakichkolwiek. No bo – po co ten cały szpas – skoro zawsze można włączyć sobie pornosa i zwalić konia..?

A z czasem to już i najlepszy pornos bynajmniej nie gwarantuje, że będzie co „zwalać“ – trzeba tylko trochę poczekać…

Chęnie wierzę, że różni nawiedzeni „naprawiacze świata“, utopiści, „obrońcy zwierząt“ i inni tacy, których nie lubię – odczuwają głęboką satysfakcję z tego co robią. Kłamią jednak bezczelnie twierdząc, że celem ich maniakalnego działania jest „szczęście ogółu“, dla którego „poświęcają“ swoje życie. „Szczęście ogółu“ to obok „dobra wspólnego“ i „woli powszechnej“ niejakiego Rousseau – seria słów pozbawionych jakiegokolwiek sensu, zasłon dymnych, ukrywających w najlepszym razie głupotę (a w trochę gorszym: cynizm…). No dobrze: bywają pewnie tacy, co kłamią też i przed sobą, bo właśnie – nic im takiej radochy nie sprawia, jak przekonanie, że cierpią za miliony (no ostatecznie… zależy w jakiej walucie, prawda..?). Tak, czy inaczej – tego rodzaju działalność jest z pewnością jednym z lepszych pomysłów na własne, osobiste szczęście (co prowadzi nas, swoją drogą, do wniosku, że tak naprawdę ten najłacniej będzie szczęśliwy, kto… najmniej o szczęście zabiega! Stan bowiem trwałej satysfakcji z życia – stosunkowo jeszcze najłatwiej osiągnąć wtedy, gdy ma się w życiu jakieś silne pasje…).

Tak więc – nie można z sensem twierdzić ani tego, że ludzie dawniej byli szczęśliwsi, ani tego, że szczęśliwi to oni dopiero w przyszłości będą. Tak naprawdę, to mam mocne podejrzenie, że „suma doznań pozytywnych“ i „suma doznań negatywnych“ jest niezależna od upływu czasu (zaś skutkiem zsumowania jednych z drugimi jest albo zero, albo – niewielki „minus“) i zależy tylko od liczebności zbioru podmiotów doznających.

Czy jednak tylko do szczęścia lub nieszczęścia się „lepszość“ lub „gorszość“ czasów dawnych lub tych dopiero, które mają nadejść – ogranicza?

Subiektywnie jest wszystko jedno, czy człowiek musi polować na mamuty oganiając się od namolnych tygrysów szablozębnych – czy gonić za mamoną, oganiając się od różnych ludzkich sępów, które próbują mu ją wyrwać.

Obiektywnie jednak – nie da się ukryć, że ludzkość „postąpiła“. „Postąpiła“ przede wszystkim na tzw. „skali Kardaszewa“, którą można potraktować jako miarę potencjalnej skuteczności homeostazy naszego gatunku.

Człowiek pierwotny był praktycznie całkowicie zależny od sił przyrody. Wszystko, czym dysponował, aby się im przeciwstawić lub wykorzystać je na swoją korzyść, to były jego własne mięśnie, spryt i tych kilka maszyn prostych, dzięki którym siłę swych mięśni mógł podwoić lub potroić. W najlepszym razie.

Postęp jaki od tamtej pory się dokonał nie jest aż tak imponujący, jak by się nam na pierwszy rzut oka wydawało, bo do homeostazy prawdziwie globalnej – wciąż nam bardzo daleko. Erupcja superwulkanu, przebiegunowanie dipola magnetycznego Ziemi, impakt – to są wszystko katastrofy, które dla nas byłyby prawie tak samo zabójcze, jak byłyby dla naszych odległych przodków.

Leży co prawda w zasięgu naszych możliwości technicznych zapewnić przetrwanie ludzkości jako gatunku: ale z pewnością nie – przetrwanie wszystkich ludzi jako jednostek. Gdyby taka katastrofa zdarzyła się w paleolicie – być może przetrwaliby jacyś ludzie czystym trafem, o ile znajdowaliby się akurat na obszarze przez katastrofę przypadkowo oszczędzonym.

Obecnie – mają szansę przetrwać generałowie i politycy, o ile zdążą ewakuować się do pozostałych po Zimnej Wojnie schronów… Mam nadzieję, że chociaż sekretarki ze sobą zabiorą..? Byłoby zaiste sardonicznym chichotem dziejów, gdyby w ten sposób ocalała z katastrofy ludzkość – miała w następstwie wymrzeć z braku płodnych samic do dyspozycji…

Dokładnie zresztą z tego powodu uważam budowanie takich schronów – a jeszcze bardziej: ekspansję w Kosmos – za zadania dużo ważniejsze od zwalczania trapiących ludzi chorób, biedy, wyzysku czy… złego traktowania zwierząt!

Metody, jakich obecnie używamy do leczenia chorób dają skutek tylko chwilowy: tępione środkami farmakologicznymi patogeny ewoluują w przyspieszonym tempie, stając się coraz to zjadliwsze. W efekcie wracają takie choroby, które jeszcze 30 czy 40 lat temu wydawały się wytępione raz na zawsze: gruźlica, koklusz, polio. Każdy oczywiście ma dobre prawo ratować siebie i swoich bliskich jak tylko wie i może – ale sumaryczny efekt funkcjonowania medycyny współczesnej (tj. gdzieś tak od wynalezienia penicyliny…) – optymizmem nie napawa. Wydaje się, że są to środki wyrzucone w błoto – i cała metoda wymaga przemyślenia od początku – do czego nikt się jakoś nie kwapi, skoro można z tego przemysłu nieźle żyć!

Zwalczanie biedy to walka z wiatrakami. „Biedni zawsze będą wśród was“ – jak rzekł swego czasu Chrystus. Poczucie „bycia biednym“ jest tak samo subiektywne, jak poczucie „bycia nieszczęśliwym“ – i równie mało możemy na jedno, jak i na drugie poradzić. Owszem – biorąc pod uwagę ruinujące zgoła koszty współczesnej „walki z biedą“ (zwłaszcza jak chodzi o „walkę z biedą osób starszych“ – czyli: systemy emerytalne…) – niewątpliwie poziom bogactwa wzrósłby zauważalnie, gdyby… „walki z biedą“ raz na zawsze zaprzestać!

Co do „wyzysku“ i „złego traktowania zwierząt“, to już naprawdę nie ma chyba potrzeby, abym się powtarzał po raz kolejny. Głównym skutkiem „zwalczania“ tak jednego, jak i drugiego – jest wzrost władzy gosudarstwa. Gotów jestem założyć się o dowolne pieniądze, że gdyby udało się policzyć ostateczny efekt ingerencji prawnej tak w jednej, jak i w drugiej sferze – wyłączając z rachunku te zmiany, do których doszło NIEZALEŻNIE od owej ingerencji – to efekt okazałby się ujemny.

Dlaczego jestem tego tak pewien? Dlatego, że taka właśnie jest natura naszego świata. Łatwiej jest niszczyć, niż budować, zabijać, niż dawać życie – czynić nieszczęśliwym, niż uszczęśliwiać. Biurokracja gosudarstwa nie jest wolna od praw fizyki! Skoro zaś prawa fizyki narzucają taki, a nie inny bieg procesów termodynamicznych, mrzonką jest oczekiwać, że skutkiem działania gosudarstwa nie będzie więcej krzywd wyrządzonych – niż sprawiedliwości uczynionej.

Tak więc: rozsądnym byłoby środki przeznaczane w tej chwili na służbę zdrowia, opiekę społeczną i zwalczanie „społecznych patologii“ – obrócić albo w kopanie bardzo głębokich sztolni – albo (lepiej) – w eksplorację Kosmosu. Dokładnie odwrotnie, niż to różni domorośli „mędrkowie“ proponują! Budowa systemu głębokich schronów – albo (lepiej) – założenie kolonii gdzieś w Kosmosie – w sposób ewidentny zwiększyłaby szanse przetrwania naszego gatunku i życia w ogóle. Wydatki „socjalne“ – raczej te szanse zmniejszają…


Posunęliśmy się zatem w górę „skali Kardaszewa“ – to jest fakt obiektywny – ale z przyczyn nie mających nic wspólnego z racjonalnością, ów obiektywny i niewątpliwy postęp – nie przekłada się na adekwatny wzrost naszej gatunkowej homeostazy. Zamiast bowiem użyć zdobytych dzięki bezprzykładnemu rozwojowi nauki mocy na cele, które by rzeczywiście służyły całemu gatunkowi – trwonimy je i przejadamy w daremnej nadziei, że pozwoli to zwiększyć „sumę doznań pozytywnych“ – ponad to, czego byli w stanie doświadczyć nasi przodkowi. Co jest utopią.

W dalszym ciągu zatem – brak jest podstaw zarówno do twierdzenia, że „lepiej już było“, jak i do stawiania hipotezy, że „lepiej to dopiero będzie“. Jest inaczej niż było i niewątpliwie – będzie inaczej niż jest. Ale „lepiej“, „gorzej“..? A cóż to znaczy?

Jedną ma tylko przewagę przeszłość nad przyszłością. I to jest przewaga bezdyskusyjna. Otóż – przeszłe biedy są już nam dobrze znane. Zdążyliśmy się z nimi oswoić i przyzwyczaić. Tymczasem pułapki jakie czekają na nas w nieznanej przyszłości – zwykle są tym bardziej nieprzyjemne, że wpadamy w nie znienacka. W miejscu i czasie, który zawsze wydaje się nam najmniej po temu odpowiedni. A to jest nadzwyczaj wprost – nie w porządku!

niedziela, 27 stycznia 2013

Pogrzeb zimy

To nie jest (jak dotąd...) ani najśnieżniejsza, ani najzimniejsza z naszych zim w Boskiej Woli. Poza tym - nabieramy doświadczenia i to, co trzy lata temu było katastrofą, teraz jest ledwo przygodą. Jednym się już jednak ta zima zdążyła wyróżnić: nie pamiętam, aby kiedykolwiek białe łajno padało... tak długo!

I dziś nawet, choć w tej chwili już się przejaśnia, gdy wychodziłem rano z chatki, coś z nieba prószyło. To się może wydawać piękne i romantyczne tylko wtedy, gdy jedyne skojarzenia, jakie ma człowiek z zimą to gwiazdka i szusowanie po stokach! W rzeczywistości, jest białe łajno utrapieniem niemałym - a cała jego zaleta w tym, że okrywa puchem zmarznięte pola i przechowuje cenną wodę do momentu, gdy ta będzie bardziej potrzebna - do wiosny.

No i wygląda na to, że w tym roku nie bardzo przechowa - bo ma się zacząć topić już jutro, góra we wtorek...

Jeśli ktoś jest ciekaw, jak wyglądała NAPRAWDĘ ZAJEBJASZCZO ŚNIEŻNA zima, to zapraszam tutaj. Ewentualnie tutaj (choć mniej zdjęć - a i zima nie była już AŻ TAK zajebjaszczo śnieżna...). Zresztą: każdy może sam sobie poszukać. Motywy, ujęcia, sceny i pejzaże - powtarzają się. No bo co tu może być nowego..?

Już w piątek próbowała Lepsza Połowa ów skazany na rychłą zagładę krajobraz zimowy utrwalić matrycą cyfrową naszego Canona - ale złośliwie bateria rozładowała się po ledwo czterech zdjęciach:





Wczoraj były zdecydowanie lepsze warunki - około południa pokazało się słońce. Bardzo mi się, prawdę powiedziawszy - nie chciało. No, ale tych kilka fotek, dla świętego spokoju, cyknąłem:

droga do wsi

droga do torów kolejowych

droga do chatki.

Zima niby nie aż tak śnieżna - ale jednak, wyjść poza jako - tako odśnieżone drogi i przekopane łopatą ścieżki, tunele, okopy w śniegu - za bardzo się nie da. Nawet zwierzyna dzika z rzadka i ostrożnie zostawia trop poza drogami! Ma i swoje, wydeptane ścieżki - "zajęcze autostrady", które zresztą też już i dwa i trzy lata temu - Państwu pokazywałem. W tym roku są w tych samych miejscach co zawsze. Nic, tylko wynyki założyć - nieprawdaż..?

Nie wszyscy zresztą i naszą (przez naszego Sołtysa osobiście odśnieżoną) drogą przejadą. Nawet dla naszej Wendi jest to poważne wyzwanie (głównie dlatego, że opony mamy całoroczne...). Zaś Zulus, który nas wczoraj razem z Klaudynką odwiedził popołudniu - musiał zostawić swojego busa we wsi, bo nie dałby rady (jeszcze z przyczepą pełną siana...). Przy okazji: serdecznie zapraszam na nową stronę internetową Klaudynki i Zulusa. Stały link w stosownej kolumnie po prawej też już zostanie.

Grilla pod brzozą na razie raczej nie zrobimy...


chatka, jak chatka - normalnie - zawalona w kółko. Koćkodany (oba) nienawidzą białego łajna gorzej od nas - Krystyny przez kilka dni nie sposób było wygrzebać ze strychu, wolała nie zjeść śniadania, a na śnieg i mróz nie wychodzić - a Sylwestra, jak już koniecznie musi, to wybiega na chwilkę, załatwia się na ścieżce, co by tylko w białym łajnie się nie wytaplać - i wraca co prędzej pod kozę.

Kto zgadnie, co to jest..? Poza tym, że widać, jak było wczoraj zimno - kryształki śniegu się błyszczą.

Bywalców proszą nie podpowiadać...

Fragment ogródka, szklarenka, chatka i Wendi z perspektywy ścieżki prowadzącej do miejsca, gdzie w tej chwili wyrzucam guano spod wiaty. Czegoś brak na tym obrazku, nieprawdaż..?

No tak: przyczepy. Przyczepa jeszcze wczoraj stała między wiatą dla koni, a Laskiem Centralnym, "utknięta" - by tak rzec - w śnieżnej zaspie. Stała, ale już nie stoi, bo dziś ją odkopałem i przeciągnąłem na właściwe miejsce, przy chatce. Zajęło mi to tylko półtorej godziny: trzy lata temu w analogicznej sytuacji walczyłem prawie cały dzień, nadwyrężyłem poważnie sprzęgło - a przyczepy tak i spod wiaty nie ruszyłem, została tam do roztopów. Rutyna!

Co przyczepa robiła w śnieżnej zaspie między wiatą dla koni a Laskiem Centralnym?

To już jest dłuższa trochę historia. Macie Państwo czas i chce się Wam czytać..?

Wszystko przez to, że w sąsiedniej wsi, gdzie w Zaprzyjaźnionej Stodole trzymamy nasz zapas siana - był wyznaczony na piątek w południe niespodziewany i nie ujęty w planie pogrzeb. Ot - umarł starszy człowiek i zaraz następnego dnia go grzebali. A ja już byłem z M. umówiony i w zasadzie - przewidując atak mrozu w łykend - nie bardzo mogłem termin przerzutu beli siana zmienić.

Na szczęście - szybko się obrobiłem ze sprzątaniem pod wiatą i dobrze przed 10.00 ruszyłem z przyczepą spod chatki. Pogrzeb miał być o 12.00. Dwie godziny - no, z doświadczenia wiedziałem, że to już na styk - ale co zrobić?

Normalnie, do Zaprzyjaźnionej Stodoły mam mniej niż kilometr i wliczając ręczne wpychanie tej 300-kilowej beli po trapie do przyczepy - cała operacja zajmuje mi 20 minut. Ale nie po białym łajnie przecież..!

Jechałem dookoła, bo jak bystrzejsi z Państwa zapewne zauważyli deczko wyżej - droga do wsi jest odśnieżona, a droga do torów kolejowych, za którymi znajduje się Zaprzyjaźniona Stodoła, jest tylko przetarta - ogólnie, wrażenia z jazdy na tym odcinku są takie, mniej - więcej (wedle określenia Lepszej Połowy), jak z rajdu Paryż - Dakar. W czasach, gdy jeszcze jeździł po swojej normalnej trasie i po uczciwej, senegalskiej pustyni, a nie po jakichś latynoskich ersatzach. Z przyczepą zatem nie było w ogóle co próbować - pojechałem tedy objazdem, przez wieś, nadrabiając jakieś 4 km.

Na miejscu zaraz się okazała pierwsza przeszkoda. Z okazji pogrzebu sąsiednia wieś, za torami, miała odśnieżoną drogę. No i pług, który tę drogę odśnieżał - usypał ponadmetrowej wysokości zaspy po obu stronach drogi. Mowy nie było, żeby pod Zaprzyjaźnioną Stodołę podjechać, bo w ogóle na podwórko nawet nie próbowałem się dostać!

Ponieważ blokowałem drogę, stojąc zestawem na środku, za radą M., schowałem się na podwórku jego brata, gdzie wjazd był odwalony, bo brat już wcześniej wyjeżdżał samochodem - przy okazji: zawracając. I poszliśmy do sąsiada, który ma ciągnik z turem - co by belkę od stodoły do przyczepy przywiózł i na przyczepę załadował. Ciągnik sąsiada nawet zapalił - i w ogóle, szło wszystko gładko.

Ale tu popełniłem pierwszy błąd: zamiast poczekać, aż on z tą belką wyjedzie, kopnąłem się co prędzej wycofywać z tego podwórka, na którym stałem i ustawiać do wyjazdu. A z tyłu nadjechał ów pier...lony pług śnieżny, który właśnie sobie wracał... Miętki jestem, bo zamiast się uprzeć i postać już te 5 minut, aż się belka załaduje, nie zwracając uwagi na przekleństwa załogi (dwuosobowej!) pługa - ustąpiłem i pojechałem do przodu z zamiarem zawinięcia wokół tzw. "figurki", gdzie jest rozjazd i nawet w obie strony było odśnieżone.

I to był drugi błąd - bo oczywiście, przy tej figurce się prawie natychmiast zakopałem.

No cóż: pług mnie wyminął, bo już mógł - a za to przyjechał sąsiad ciągnikiem z belką siana na turze. Belkę załadowaliśmy, a sąsiad - jeszcze mnie tym ciągnikiem wyciągnął z zaspy. Super!

I cała ta zabawa tylko 40 minut zajęła. Co zachęciło M. (bo wciąż jeszcze do planowanej godziny pogrzebu mnóstwo czasu było...), żeby ze mną pojechać w tym zamiarze, że on mi pomoże rozładować przyczepę - a ja go w zamian podrzucę jeszcze przed pogrzebem do Grabowa.

Wróciliśmy znowu dookoła (bo jakże inaczej). Na drodze ze wsi do nas utknąłem tylko dwa razy i to już pod sam koniec - parę machnięć łopatą - i poszło!

Pozostał tylko jeden problem: jak tu wjechać pod wiatę..?

Z rozpędu - nie może być inaczej!

I faktycznie - poszło z rozpędu nawet lepiej niż po drodze. Zajechałem z fantazją i wśród fontann pryskającego spod kół śniegu pod wiatę. Wytoczyliśmy tę belkę, ustawiliśmy ją we właściwej pozycji. Nawet ruszyłem z miejsca pustą przyczepą - ale, jak widać na zdjęciu powyżej - niedaleko odjechałem... Było już dobrze po 11.00 - a nawet bliżej 11.20 - no i jasnym było, że jeśli mam dalej ciągnąć to brzemię - to cały pogrzeb na nic, M. na pewno nie zdąży!

Odczepiłem zatem przyczepę (konie się nią i tak nie interesowały) - i jakoś, tylko w kilku miejscach pomagając sobie łopatą, zdołałem wyjechać.

Za czym - w sprinterskim dość (biorąc pod uwagę okoliczności drogowe: odśnieżanie odśnieżaniem, ale tzw. "czarnej drogi", to nigdzie nie widziałem...) tempie zajechaliśmy do Grabowa. Gdzie jakiś zjazd ludności miejscowej chyba się odbywał - bo takiej masy ludzi i samochodów, to ja tam nawet w czasie odpustu nigdy nie widziałem!

W samym tylko banku zeszło się M. pół godziny - wyszedł więc już całkiem uspokojony, bo pewien, że na żaden pogrzeb nie zdąży. Na luzie skoczył jeszcze do sklepu - no i wracamy. O 12.30 dzwoni jego żona z pytaniem, czy prędko będzie - bo pogrzeb dopiero rusza..?

Sądzę, że karawan i cały kondukt miały dokładnie ten sam problem co ja na początku: pieprz...y pług śnieżny usypał im przed domem taką hałdę śniegu, że wynieść trumny się o czasie planem przewidzianym - po prostu nie udało!

Do domu zajechałem dobrze po 13.00, gdy Lepsza Połowa kończyła już zbierać wiaderka po końskim lunczyku. No bo już trzeba było poczekać, aż kondukt przejdzie - a potem, to i ja przestałem się spieszyć i jeszcze (że i tak jechałem dookoła...), wpadłem na chwilę do Radka, druha mego serdecznego...

Na koniec jeszcze tylko koćkodany:
jeden
i drugi.

Zdjęć koni dziamdziających siano pod wiatą lub drzemiących na słońcu zapodałem Państwu już tyle, że Lepsza Połowa zagroziła rozwodem, jeśli wkleję choć jedno więcej - zatem: zdjęć koni w takich pozycjach - nie będzie. A innych chwilowo nie przybierają.

sobota, 26 stycznia 2013

Dorzucam do pieca, czyli: stop głupocie!

Być może właśnie się doczekaliśmy. Zawitał do nas ekoterroryzm: już nie taki swojski, nadwiślańsko rozmamłany, rozgadany i w sumie niegroźny (bo wszystko, co potrafi, to przykuć się do drzewa: i wziąć w łapę za „odstąpienie od protestu“…). Tylko prawdziwy, regularny – zachodnioeuropejski chciałoby się rzec. Taki, dla którego przemoc jest właściwą metodą walki z naszą cywilizacją. Bez względu na ofiary!

Skąd ten wniosek? Me®dia jakoś ani Brunona K., ani tego nieszczęsnego recydywisty z Sanoka przecież z „ekoterroryzmem“ nie wiążą?


Niestety – nie jest tak pięknie. Wygląda bowiem na to, że przynajmniej środowisko koniarzy zostało już skutecznie przez terrorystów sterroryzowane. Do tego stopnia, że – podobno – strach już wyrazić się krytycznie o pani Scarlett Szyłogalis lub jej fundacji „Tara“, nie narażając się na nasłanie przez nią – nie, wcale nie prawników z pozwami – tylko jakichś „silnorękich“, którzy dziurawią opony w samochodach, grożą zamachami na nietykalność cielesną krytykującego i członków jego rodziny, a nawet – co wygląda z deczka paradoksalnie – gotowi są kaleczyć czy zabijać należące do krytykanta zwierzęta, w tym konie, o których „prawa“ fundacja „Tara“ rzekomo walczy.

Takie w każdym razie dostałem ostrzeżenie ze źródła, w którego wiarygodność nie mam najmniejszego powodu wątpić. I co o tym myśleć..?

Zacznijmy jednak ab ovo – historyjka jest krótka, tedy nie zdążę Państwa znudzić. Fundacja „Tara“ od lat walczy z handlem końmi, za osobliwy punkt honoru stawiając sobie – likwidację targu w Skaryszewie. Ponieważ termin „Wstępów“ (nazwa pochodzi od „wstępnej“, czyli pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, kiedy to targ się rozpoczyna) zbliża się wielkimi krokami – w internecie zawrzało od wojennych przygotowań obu stron.

„Tara“ w tym roku grozi, że oprócz – co miała w zwyczaju w latach poprzednich – „wykupienia“ pewnej liczby koni, tudzież nasyłania „wolontariuszy“ z aparatami fotograficznymi, dokumentującymi „okrucieństwo“ tzw. „rolników“ (słowo „rolnik“ w języku „Tary“ i posłusznych jej wielkomiejskich idiotek w wieku lat nastu, które zwykle występują jako „wolonariuszki“ – to największa obelga, jaką można rzucić na człowieka…) – podejmie też próbę zablokowania dróg prowadzących do Skaryszewa.

Nie mam konta na żadnym portalu społecznościowym, więc o całej sprawie dowiedziałem się dopiero z forum Re-Volta.pl, gdzie zacytowano wpis z internetowej strony „Tary“:

Otrzymaliśmy informację od bardzo znanej, zagranicznej organizacji prozwierzęcej, - nazwijmy Ją „X” - że chce Ona nam, (czyli wszystkim polskim obrońcom zwierząt) pomóc ratować konie. Planują blokadę targu w Skaryszewie. Nie dowiedziałam się jak dokładnie ma się to odbyć, ale znając zarys działań czuję, że skutek będzie przerastał nawet moje oczekiwania. Na moje nawoływania do działań zmierzających do zmiany karygodnego funkcjonowania targów w Skaryszewie i innych miejscach w Polsce odpowiedziała radykalna organizacja, której działania zawsze są zaplanowane i wykonywane z dużym rozmachem.

Przytoczę tylko fragment wiadomości, którą otrzymałam:

Obserwując działania zainicjowane przez Pani Fundację i analizując liczne materiały zarejestrowane podczas odbywania się targów Skaryszewie, podjęliśmy decyzję przyłączenia się do akcji mającej na celu zwrócenie uwagi na nieprawidłowości panujące w Skaryszewie. W dobie dzisiejszej świadomości i poziomu dbania o dobro zwierząt panującej w „cywilizowanym” Państwie, do jakich chce się zaliczać Polska, nie możemy pozwolić na to, co odbywa się na targach takich jak Skaryszew. Każda forma zwrócenia uwagi społeczeństwa na tego typu „imprezy” warta jest podjęcia działań.
Wyrażamy szacunek do Pani poczynań, proponujemy jednak bardziej radykalne metody. Na dłuższą metę nie widzimy sensu biernego obserwowania, uwieczniania i rozpowszechniania podobnych działań w dotychczasowej formie. Trzeba pamiętać, że bez działań szokujących i zwracających uwagę społeczną ciężko będzie coś zmienić. Żyjemy w czasach gdzie media rządzą światem, więc zwrócenie ich oczu na Skaryszew jest jedyną drogą na zmianę istniejącego stanu rzeczy.
Planujemy zablokować wszystkie wyjazdowe drogi z targu. Całkowite uniemożliwienie wyjazdu transportom ze zwierzętami jest jedyną sensowną opcją. Przy zebraniu ok. 3000 osób jesteśmy w stanie tego dokonać. Taka ilość osób daje nam możliwość anonimowego działania i jest warunkiem naszego przybycia.
Poinformowanie mediów i zebranie osób pozostawiamy Pani. Udało się to w zeszłym roku, a teraz musi przybrać większe rozmiary. Z naszej strony zapewniamy działania, które będą wspierać blokadę. Mając świadomość, że tak radykalne działania mogą spotkać się z dezaprobatą handlarzy i kupców ze swojej strony możemy zapewnić Pani ochronę.

Kwestia tego, czy rzeczywiście do akcji ma się włączyć jakaś organizacja zagraniczna czy nie i czy w ogóle tego rodzaju akcja to groźba jakkolwiek bądź realna, czy tylko sposób na tym większe zmobilizowanie zwolenników „Tary“ (i wyciągnięcie od nich kieszonkowego…) – ma tu może mniejsze znaczenie. Specjalnie w sukces tej operacji nie wierzę.

Jakież było jednak moje zdumienie, gdy w kilka kwadransów po wyrażeniu własnego zdania na forum – dostałem wiadomość następującej treści: Jacku - moja rada, uważaj co piszesz na rv w kwestii tary i skarleciaka... no i innych fundacji dla bezpieczeństwa Twojego,rodziny i koni.... osobista rada, ja konia musiałam przenieść i kupić nowe koła.

Oczywiście nie podam, od kogo była ta wiadomość – ale jest to osoba którą znam nie tylko z forum, ale też osobiście i która z całą pewnością jest zrównoważona i kompetentna. Nie jest też wcale „handlarzem“ który mógłby mieć z panią Szyłogalis jakieś osobiste porachunki tylko… lekarzem weterynarii!

Co o tym myśleć..?

Jak Państwo doskonale widzicie – nie boję się, skoro o tym piszę. Na luty zapowiadają odwilż, ewentualni „silnoręcy“ musieliby się do mnie pofatygować na piechotę, bo żaden pojazd kołowy tu na pewno nie przejedzie (czołgów chyba jeszcze nie mają..?). Radziłbym też od razu – dobrać jakichś sprawnych w biegach przełajowych: siekierę wciąż jeszcze pewnie trzymam w ręku – a moje konie są szybkie!

Nie boję się tym bardziej, że gdyby cokolwiek w tym guście miało się stać – przecież nie będę milczał jak ta tabaka w rogu, tylko: dopiero narobię rabanu. Nie sądzę, aby mogło to być opłacalne dla fundacji żyjącej z datków…

„Obrońcy praw zwierząt“ do tej pory zwykli nas terroryzować moralnie. Od samego początku odrzucałem ten terroryzm. Również dlatego, że wcześniej czy później, terroryzm moralny – MUSI doprowadzić do terroryzmu fizycznego. Takie jest odwiecze prawo natury!

W tej sytuacji – pozostaje mi tylko podchwycić hasło forumowej koleżanki bery7 i „dorzucić do pieca“ ogłaszając wszem i wobec hasło „Stop głupocie!“

Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy „gorsi“, „mniej moralni“ – nie dajmy się sterroryzować! To oni są gówno wartą bandą zwyrodniałych degeneratów. Powiedzmy im to w twarz! Jeśli spróbują zablokować drogi 18 lutego – spadnie z nich cała maska „moralnej lepszości“…

Chcecie Państwo wiedzieć więcej – kupcie lutowy numer „Końskiego Targu“!

piątek, 25 stycznia 2013

Dlaczego nie pałam…

entuzjazmem do „mięsa z drukarki 3D“? Przecież to super sprawa! Soczysty, pożywny stek wołowy dla każdego..! Niezależnie od tego, czy ludzi będzie 7 miliardów, czy 70 miliardów – starczy dla wszystkich…

No cóż – jak to już wiele razy pisałem, jako konserwatysta, nie czuję się zobligowany do uzasadniania w sposób rozumowy wszystkich moich przeczuć i fobii. Od tego są utopiści – u nich zawsze z A wynika B – w sposób nieodparty, z żelazną konsekwencją. I tylko gorzej wszystkim potem, od tej konsekwencji.

W tym przypadku, łatwo mogę się przyznać, że kieruje mną po części tzw. „instynkt klasowy“. Jeśli pomysł „mięsa z drukarki 3D“ wypali – moi sąsiedzi staną się jak jeden mąż bezrobotni i niepotrzebni. Normalne rolnictwo z pewnością nie jest w stanie konkurować z „drukarkami 3D“ – pola uprawne porosną lasy i jeśli nawet ktoś coś tam będzie uprawiał, to dla siebie i ewentualnie – dla jakichś zakutych snobów, szastających się na „bio-produkty“, zamiast na normalne mięcho czy pyry „z drukarki 3D“, dostępne w każdej „Pierdonce“ po cenach 100-krotnie niższych niż dzisiejsze. "Obrońcy zwierząt" zresztą, szybko ten atawizm stosowną legislacją wyplenią - skoro już "nie trzeba" zabijać, aby mieć na talerzu takie smakowitości:



(powstaje tylko pytanie, czy "stek wołowy z drukarki 3D" jest czy nie jest koszerny/halal? Sądzę, że jest - w końcu: krwi w nim nigdy nie było...)

Czy tylko ja mam wrażenie, że w tym MUSI się kryć jakieś nieznane jeszcze dyabelstwo, które pewnego dnia wylezie z kąta i pożre „entuzjastów postępu“..?

Zresztą, to jest tylko fragment większej całości. Nie mam pojęcia jak Jacek Dukaj odpowiedział na fundamentalne zarzuty Lema wobec auto-ewolucji. Mnie żadna sensowna odpowiedź, obawy tego rodzaju rozwiewająca – nie przychodzi do głowy.

Rzecz cała dzieje się jak w klasycznej bajce, pod hasłem – „miłe złego początki“. Fajnie jest móc leczyć dziedziczne choroby, naprawiając stosowne geny – prawda? Dlaczego ktoś miałby tego zakazywać, odbierając tym samym szanse na normalne życie tysiącom biednych dzieci..?

Fajnie jest zyskać odporność na wirusy – włącznie z retrowirusem HIV – któż ośmieli się zaprzeczyć?

Ale przecież jeśli nawet wyleczymy wszystkie choroby dziedziczne, damy ludziom 100% odporność na wirusy i „podrasujemy“ zdolności regeneracyjne ludzkich komórek tak, że przeciętna długość życia skoczy do 120 lat (przerażająca perspektywa, swoją drogą – jeśli się nad tym zastanowić obiektywnie…) – to ludzie dalej będą umierać!

Będą im się łamać kości, a na starość – będą tracić pamięć. Ale powiedzieliśmy już „A“, zaś w granicach naszych możliwości jest dodać teraz „B“: możemy wzmocnić kości, zmieniając ich budulec z wapniowego na metaliczny. Możemy też radykalnie usunąć wszelkie problemy ze starczą demencją dzięki niewielkiej przystawce elektronicznej wszczepianej za uchem. Dlaczego mielibyśmy tego nie zrobić..? Tej przystawki, bez spejalnych przyrządów, nawet nie będzie widać – podobnie jak nikt, bez rentgena, nie wykryje wzmocnionych solami żelaza kości. Poddani takiej terapii będą w dalszym ciągu wyglądać i zachowywać się jak zwykli ludzie – tyle, że w dobrym zdrowiu i doskonałej kondycji dożyją lat 180 – na ten przykład (kurwa! To pomyślcie sobie, skoro tak się Wam to podoba – kiedy wówczas wypadnie „wiek emerytalny“..?).

180 lat to mało? Możemy zmodyfikować budulec ludzkiego ciała, zastępując kruche łańcuchy białkowe polimerami innego rodzaju – zaś nie podlegający regeneracji mózg z neuronów: twardym dyskiem n-tej generacji, który wcale zresztą nie wygląda jak „komputer“, bo jest koloidową zawiesiną w specjalnym, super odpornym na wstrząsy pojemniku. Bytowanie tych istot ogranicza już wówczas tylko czas trwania naszego Wszechświata.


Naprawdę podoba się Wam ta perspektywa..?

Perspektywa ta jest nieuchronna. O ile naszej nauki pierwej nie porazi „bomba megabitowa“. Do tej pory, ilekroć nauka stwarzała nam pewną możliwość techniczną – a możliwość ta zdawała się obiecywać korzyści jakiegokolwiek bądź rodzaju – zawsze z wielką skwapliwością z tych możliwości korzystaliśmy. Tak będzie i tym razem. Szczegółów tego „nowego wspaniałego świata“ nie sposób przewidzieć, jako że losy ludzkości ulegają tu rozszczepieniu (które można nazwać „osobliwością“ – nie tylko zresztą w aspekcie mocy obliczeniowej i możliwości powstania sztucznej inteligencji): może się ludzkość, dzięki autoewolucji podzielić na wiele różnych gatunków rozumnych – biologicznych i abiologicznych. Może dojść do secesji „konserwatystów“, szukających azylu wśród gwiazd.

„Drukarki 3D“ oferujące pyszne steki dla biednych tego świata – to znak, że owa „osobliwość“ jest już blisko. Bardzo blisko!

Nic na to nie mogę poradzić. Podobnie jak mój sąsiad i przyjaciel, hodowca świń. Ale kto powiedział – że ma się to nam podobać..?

czwartek, 24 stycznia 2013

Asocjaje kulinarne

Najpierw "recykling", potem wiersz, dziś luźna zabawa - czyżbym się opieradalał..?

Nic z tych rzeczy, proszę Państwa - pisałem różne poważne i wyczerpujące emocjonalnie i intelektualnie rzeczy przez ostatnich kilka dni - być może coś z tego Państwo i tu zobaczycie w swoim czasie. Na bieżące podrzucanie do ognia gorących dyskusji tutaj - nie miałem i dalej nie mam sił.

Poza tym - wciąż pada białe łajno, już dwa razy odśnieżyłem wszystkie dachy, a choć, dzięki naszemu Drogiemu Sołtysowi, mamy też jako - tako odśnieżoną drogę do wsi - to i tak, żeby stąd wyjechać samochodem, muszę do bagażnika zabierać łopatę i jeszcze się nie zdarzyło, żebym jej nie użył.  Codziennie też trzeba posprzątać pod wiatą. Popołudniami zatem, popadam przed ekranem końputera w katatonię, bezmyślnie przesuwając figurki we "Freeciv" lub czytając, co tam Wy piszecie.

Chciałbym zapodać Państwu zdjęcia z Boskiej Woli - ale czekam, aż się rozchmurzy, co nam prognoza pogody najwcześniej na jutro zapowiada (razem z tęgim mrozem...). Może wtedy pojawią się jakieś dające się uchwycić na matrycy cyfrowej kontrasty - bo na razie, czego przykład był już jakiś czas temu, wychodzi mi na zdjęciu jednolita szarość. Mimo, że "w naturze", to białe łajno wszędzie dookoła JEDNAK bardziej przypomina bitą śmietanę:

Najwidoczniej - nie potrafię fotografować śniegu!

Tymczasem śnieg z dachu naszej małej wiaty na drewno i owies, na tyłach chatki, gęsto inkrustowany tym, co z komina wypadło - przypominał, gdy go wybierałem łopatą wielkimi kęsami - lody straciatella:



Świeże kęsy sosnowego drewna - kiedy je rąbałem (teraz już ani one świeże, tylko dobrze suche, ani ich - na ogół - nie rąbię, chyba że na rozpałkę) - zawsze mi się kojarzyły z płatami łososia:

(no - trochę bledsze powinny być - ale jakoś lepszego nie znalazłem...).

Natomiast świeże (znowu) drewno brzozy - nieodmiennie kojarzy mi się z białym mięsem z kurczaka:

Przy czym, pragnę zaznaczyć, że to wcale nieprawda, iż jestem ciągle głodny! Tak myślałem - ale, ostatnio, Lepszej Połowie kilka razy pod rząd udało się mnie tak nakarmić - że już nie byłem w stanie ani kęsa przełknąć. Wczoraj na przykład - fantastycznym pilawem z kaczki...

Toteż i brzucho rośnie - a na dach wiaty (tej dla koni) - wdrapać się coraz trudniej...

A Wam, Drodzy Czytelnicy - jakie dokuczają na codzień asocjacje kulinarne..? "Chodzi" za Wami jakaś potrawa? Widok za oknem nasuwa jakieś kulinarne skojarzenia?

--------------------------------

Zupełnie zaś na inny temat - chciałbym zwrócić Waszą uwagę na ten artykuł - o perspektywach autoewolucji i inżynierii genetycznej. Mistrz Lem już pół wieku temu.... Dobra - Wasza strata, że Mistrza nie czytacie! Kto Mistrza czyta, ten się w cywilizacji współczesnej - nie zagubi...

No i jeszcze na ten artykuł - choć, jako że to nie wywiad, a "tekst autorski", jeszcze z "Newsweeka", to oczywiście - nieporadny jest i mętny. Ale coś nam o przyszłości mówi...

środa, 23 stycznia 2013

Liūnė Sutema, Chcę wrócić do domu

Lepsza Połowa przetłumaczyła z języka litewskiego wiersz Zinaidy Nagytė Katiliškienė, publikującej pod pseudonimem "Liūnė Sutema":



Chcę wrócić do domu

Ostre jest i twarde ostrze mej tęsknoty,
którym wycięłam w każdym kasztanie
mijanym:
CHCĘ WRÓCIĆ DO DOMU-

(w sercu zaś ostrożnie:
nie mogę, boje się, nie mogę…)

i wiosną, kiedy przez gęstwinę liści
przełamią się jak gołębie białe kwiaty,
rozkwitnie mój okrzyk:
c h c ę  w r ó c i ć  d o  d o m u –

(w sercu jedynie zostanie nieuleczalne:
nie mogę…)

nieustające i złe ostrze mej tęsknoty,
powycinałam w sadach owoców,
w których byłam:
CHCĘ WRÓCIĆ DO DOMU  -

(w sercu cienką linią zapisałam:
nie mogę, boję się, nie mogę…)

a jesienią, kiedy wiatrzystą nocą
owoce spadając przykro dzwonią,
echem odbije się mój krzyk:
c h c ę  w r ó c i ć  d o  d o m u –

(w sercu jedynie zostanie to samo nieuleczalne:
boję się…) 


Poetka umarła 17 stycznia tego roku. Od 1940 roku przebywała w Stanach Zjednoczonych, konsekwentnie posługując się paszportem nieistniejącej już wówczas Republiki Litewskiej:

zdjęcie oczywiście z czasów młodości.


wtorek, 22 stycznia 2013

Recykling: Cudze opowieści.

Poniższy tekst powstał i był opublikowany na łamach "Końskiego Targu" wiosną 2009 roku. Recyklinguję go ze specjalną dedykacją dla blogerki Agniechy. Tekst był oczywiście skutkiem szkolnego zjazdu naszego kursu w Popielnie.

Zdjęcia: Krzysztof Pietras

O życiu koników polskich w rezerwacie w Popielnie może opowiadać opiekujący się nimi od 22 lat prof. dr hab. Zbigniew Jaworski albo jego najstarszy stajenny, pan Czesio. Powtarzanie opowieści zasłyszanych, jakkolwiek by nie wryły się w pamięć, mija się z celem. Dlatego nie będzie tu mowy o dramatycznych walkach ogierów. Nawet, gdy w scenie wypędzania dorastających synów i córek przez ojca, wcześniej czy później zwieńczonego pokonaniem dotychczasowego patriarchy przez (często) własnego potomka dostrzegamy prefigurację pogańskiego mitu Kronosa (a wszystko to naprzeciw Czarciego Ostrowu, miejsca kultu bałtyckich Galindów, jednego z ostatnich pogańskich ludów Europy). Nie będzie też mowy o koniach, które utonęły bo nagłe ocieplenie stopiło lód, po którym wchodziły na bagna jeść wyschłą trawę. Ani o długowiecznych klaczach – wieloródkach, które przechodząc przez kilka tabunów w czasie swego sięgającego 33 lat życia rodziły po ćwierć setki źrebiąt. Turysta, który będzie miał wiele szczęścia, może usłyszy te opowieści z pierwszej ręki. Może zaś prof. Jaworski sam zechce je spisać lub opowiedzieć przed kamerą – konie: Tarka, Trawa, Turówka, Liściak, Nacios, Osowiec, Tulipan, Tasznik, Mor – będą wówczas żyć w tak utrwalonej historii przez wiele lat, może przez wieki…



Nawet jeśli przyjezdny nie będzie miał tyle szczęścia, to na wizycie w Popielnie i tak skorzysta. Półwysep wciśnięty pomiędzy Śniardwy, Bełdany i Warnołty, odcięty od stałego lądu dwumetrowym płotem kilka kilometrów powżyej Wejsun, daje na powierzchni ok. 1630 ha schronienie wielu stworzeniom. W samej stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk w Popielnie, poza rezerwatem, hoduje się też koniki polskie w normalnych warunkach stajennych, a oprócz tego oswojone bobry, jelenie, bydło rasy polskiej czerwonej i czarno – białej nizinnej oraz jednego bizono-żubronia.

Zaczynając od bobra. Ten wielki gryzoń o wyglądzie dobrego purytanina z pokładu Myflower, przy całej swej maniakalnej pracowitości urodzonego mordercy drzew, która czyni z niego jednego z najgroźniejszych szkodników w Polsce, jest po prostu sympatyczny i poczciwy (jak to purytanin): przynajmniej wyrwany ze snu w środku dnia, który jest dla niego porą odpoczynku. Futerko ma przy tym miękkie i delikatne w dotyku jak aksamit.



Nie chciałbym popadać w tani sentymentalizm właściwy rozmaitym samozwańczym obrońcom przyrody: ale może, skoro dało się go oswoić, spróbować też bobra wytresować? Wyobraźcie sobie Państwo: wieczorem wypuszcza się rodzinę bobrów z przydomowego żeremia (koniecznie ze zbiornikiem wodnym: bez wody, bobry nie potrafią wykonać podstawowych czynności fizjologicznych i szybko giną), a rano zgromadzone na podwórzu pnie drzew są już przerobione na eleganckie klocki prosto do kominka… J

Bizono-żubroń z Popielna, wyhodowany przez prywatnego hodowcę, który ongiś pracował przy tym tajnym, strategicznym programie rozwiązania „problemu mięsnego“, jest sam i może przez to nie robi tak wielkiego wrażenia jak grupka tych hybryd w pokazowym rezerwacie w Białowieży. Zresztą, wydaje się, że pokolenie F1 hybrydy, czyli krzyżówka żubra z krową, jest po prostu większe od drugiego pokolenia, efektu skrzyżowania samicy żubronia (samce są bezpłodne) z amerykańskim bizonem. Wiele lat temu, po wizycie w Białowieży, gdzie prezentowane były wtedy uzyskane jeszcze w latach 80. żubronie (na początku lat 90. zarzucono produkcję tego rodzaju krzyżówek w ramach programu rządowego – jest jednak pasjonat, który w oparciu o zapasy mrożonego nasienia żubrów, kontynuuje projekt prywatnie), czytałem trochę na ten temat. Jeszcze za Gierka, a potem za Jaruzelskiego poprzez krzyżowanie zwykłej krowy z żubrami chciano uzyskać nowy gatunek bydła mięsnego: o wiele większy, szybciej rosnący i – co najważniejsze – o wiele mniej wymagający pod względem pokarmowym (a zatem nie wymagający tzw. „wsadu dewizowego“ na dodatki paszowe). Sprawdza się to o tyle, że żubroń faktycznie jest o wiele większy od krowy i większy od żubra i (podobno) ma bardzo smaczne mięso, a przy tym je byle co. Tyle tylko, że bezpłodność samców czyni hodowlę bardzo kosztowną już na etapie rozmnażania. Krzyżując samice z bizonami (to był dopiero „wsad dewizowy“!) liczono na uzyskanie w drugim pokoleniu płodnych samców z 25% udziałem krowy – co też się nie udało. Pasjonaci tej iście apokaliptycznej bestii mają nadzieję, że uda się to w trzecim lub w czwartym pokoleniu – a potem, używając płodnych samców z 12,5% lub 6,25% udziałem krowy, do krycia płodnych samic pokolenia F1 uda się powtórzyć hybrydyzację i tak kilka razy, aż w końcu tak się to wymiesza, że powstanie zupełnie nowy gatunek biologiczny. Nie wiadomo, czy tak się rzeczywiście stanie i czy produkt końcowy będzie równie użyteczny co giganty wynikłe z pierwszej hybrydyzacji – w każdym razie, po upadku minionego systemu „problem mięsny“ rozwiązał się sam i hodowla żubroni wypadła z listy rządowych priorytetów…

Swoją drogą z Popielna, gdzie eksperymenty z żubroniami pierwotnie prowadzono, wcale niedaleko jest do tajnego ośrodka w Kiermuzach, sławetnego rzekomym przetrzymywaniem talibów. Jakie jeszcze ciekawostki kryją się w mazurskich lasach?

Spośród wielu innych doświadczeń, jakie prowadzono w Popielnie warto wspomnieć o inicjatywie pewnego docenta z PAN, który uzyskał środki na sprawdzenie, czy ptaki będą chciały zamieszkać w betonowych domkach. Już wiadomo – nie chcą. Niektóre z nich (a wisi ich jeszcze w rezerwacie całkiem sporo, choć większość się rozpadła) zasiedliły nietoperze. O przeszczepianiu rogów łaniom i badaniach nad porostem poroża u byków jelenia każdy, kto zwiedzi miejscowe muzeum, sam będzie mógł sobie przeczytać, a efekty eksperymentów wyeksponowane są w największej z muzealnych sal (wstęp: dorośli 7, dzieci 4 zł).

Oczywiście najważniejsza w Popielnie jest hodowla konika polskiego. Kilkadziesiąt koników żyje w rezerwacie w stanie pół-dzikim: żeby były całkiem dzikie powiedzieć nie można, w końcu odławia się je, pobiera krew, znakuje, zimą dokarmia, a jeśli jest taka szansa, udziela pomocy w razie wypadku. Są zatem dość przyzwyczajone do człowieka. Niektóre nawet nauczyły się czerpać korzyści z obecności turystów: wymuszając na nich datki w postaci cukru czy innych smakołyków.



Eksperyment polegający na rezerwatowym utrzymaniu koników polskich zapoczątkował twórca tej rasy, prof. Tadeusz Vetulani jeszcze w latach 30. Wówczas zakładano, że w warunkach możliwie zbliżonych do naturalnych dla dzikiego konia leśnego szybciej uda się, drogą selekcji, zarówno naturalnej jak i dokonywanej przez człowieka, odtworzyć dalekich przodków dzisiejszych koników: tarpany. Po 70 latach trwania eksperymentu jasnym jest, że to niemożliwe. Tarpanów się w ten sposób nie odtworzy – jeśli już, to dzięki manipulacjom genetycznym w laboratorium, a nie dzięki bieganiu po lesie. Inna sprawa, że jeśli uzyskamy kiedyś tak wielką biegłość w inżynierii genowej, to i uzyskanie płodnej hybrydy krowy z żubrem nie będzie dla nas żadnym problemem! Podobnie jak odtworzenie tura (o czym podczas II wojny światowej myśleli Niemcy, bracia Heck – podobno po białoruskiej stronie Puszczy Białowieskiej nadal jakieś dzikie bydło ich produkcji biega…), mamuta, czy wręcz dinozaurów. Tarpan z probówki nie będzie miał przy tym z konikiem polskim wiele wspólnego, tj. oczywiście będą do siebie podobne na tyle, na ile konik polski podobny jest do tarpana, ale taki „laboratoryjny“ tarpan nie będzie wcale potomkiem dzisiejszych koników polskich nawet, jeśli to klacz konika polskiego go urodzi, po wszczepieniu jej embrionu.

W praktyce ewentualne laboratoryjne odtworzenie tarpana oznaczałoby, że mielibyśmy w Polsce dwie równoległe rasy prymitywnych koników: koników polskich, które są produktem, by tak rzec, „naturalnym“, bo zostały wyselekcjonowane wyłącznie na podstawie oceny ich zewnętrznego podobieństwa do tarpanów; oraz tarpanów oryginalnych, z probówki. Koniki polskie nie staną się tarpanami – i jeśli tarpany miałyby je np. w Popielnie zastąpić, to istniejącą populację koników polskich trzeba by gdzieś przenieść, lub po prostu wybić…



Koniki polski są pewnym paradoksem. To nasza rasa rodzima, na ziemiach polskich występująca od niepamiętnych czasów, co potwierdzają wykopaliska archeologiczne. Z drugiej strony – rasa ta nie istniała, nim w 1933 roku prof. Vetulani nie złożył wniosku o rozpoczęcie hodowli zachowawczej i nie wyselekcjonował wśród całej populacji chłopskich koników z okolic Biłgoraju tych, które wedle przyjętych przez niego założeń, były najbardziej podobne do tarpanów. Wcześniej koniki te były tak samo „miejscowe“ jak ich „tutejsi“ właściciele. Tak naprawdę, najbliższymi krewnymi koników polskich są hucuły i koniki żmudzkie – rasy prymitywne Karpat i Pribałtyki, które także powstały w zamierzchłych czasach pod wpływem dzikiego tarpana leśnego. Wszystkie są do siebie nawzajem oraz do tarpana dość podobne, a różnice między nimi wynikają z odmiennej historii i różnych, w konsekwencji, dolewów obcej krwi. W XIX wieku wszystkie te rasy (hucuły w najmniejszym stopniu z uwagi na rozbiorowy kordon) zostały w dużym stopniu „rozwodnione“ masowymi zakupami dziesiątków tysięcy pędzonych co roku na targi Ukrainy, Królestwa Polskiego i Litwy koni kałmuckich i tatarskich znad dolnej Wołgi: ten właśnie „import“ sprawił, że koników zachowujących jakieś podobieństwo do tarpana pozostało tak niewiele nawet tam, gdzie chłopi używali do hodowli oryginalnych tarpanów, rozdanych im przez Zamoyskich przy likwidacji Zwierzyńca w 1806 roku.



Współczesny konik polski jest przede wszystkim koniem użytkowym. To idealny koń dla rekreacji i agroturystyki: tani zarówno jeśli idzie o koszt nabycia, jak i koszt utrzymania (po prawdzie, to 1500-złotowa dotacja na klacz zupełnie pokrywa koszty jej rocznego utrzymania…), niewymagający jeśli idzie o warunki zewnętrzne (rozwiązaniem preferowanym jest chów bezstajenny), odporny na choroby i brak opieki, spokojny i zrównoważony, a przy tym na tyle niewysoki (pomiędzy 130 a 140 cm w kłębie), by nie wzbudzać strachu w początkujących i by nadawał się także dla dzieci, zarazem jednak dostatecznie silny, by mogły na nim jeździć, a co najważniejsze – układać go do pracy, osoby dorosłe. Trzeba tylko uważać, by rekreanci takiego pracującego w szkółce konika nie zepsuli, o co zwykle starają się ze wszystkich sił: koniki są zaradne i inteligentne i szybko się uczą, także złych rzeczy.



W stanie pół-dzikim w Popielnie i w innych rezerwatach i ostojach (w Zwierzyńcu – od 1982, w Ostoi Zielony Ostrów od 1990, na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego od 2004 i na groblach stawów milickich) utrzymywanych jest ok. 120 – 140 koni. To ok. 8% populacji. Ogromna większość źrebiąt urodzonych w rezerwatach i ostojach jest odławiana i trafia na rynek – gdzie jeszcze do niedawna był na nie dość stabilny popyt, zwiększany nadzieją na uzyskanie dotacji wynikającej z programu ochrony zasobów genetycznych. W tej chwili doszło już do pewnego wysycenia rynku, a nawet do nadprodukcji – i ceny koników spadły. Tym bardziej zatem, nadają się one dla największego użytkownika koni w Polsce, jakim są gospodarstwa agroturystyczne. Konik polski idealnie wpisuje się przy tym w krajobraz polskiej wsi (no, może niekoniecznie na Śląsku… ale na tle mazowieckich wierzb i chałup komponują się znakomicie!).



Hodowla rezerwatowa nie jest wcale najtańszym sposobem hodowli koników polskich – wymaga przecież ogromnych obszarów które, jeśli nawet niekoniecznie o wielkiej wartości gospodarczej, mogłyby przynieść dużo wyższy dochód jeśli byłyby wykorzystawane intensywniej. Nawet w Popielnie drugie tyle matek, co we wszystkich dzikich tabunach, mieszka po prostu w stajni przy stacji badawczej. Reprezentują one przy tym inne rodziny żeńskie niż te z rezerwatu, co zwiększa różnorodność puli genowej.



Tak naprawdę jedynym zagrożeniem dla populacji konika polskiego jest lenistwo i bałaganiarstwo użytkowników. Do czasu wdrożenia programu ochronnego właściciele klaczy tych koników bardzo często kryli je najzupełniej przypadkowo, uzyskując mnóstwo najdziwniejszych metysów. Nawet i teraz czasem się to zdarza – te koniki są tak tanie, że wielu ich właścicielom nie chce się nawet schylać po dotację, dokumentując krycie (a zresztą, od czego są kserokopiarki, prawda..?). Przy ciągle jeszcze nielicznej populacji, jest to za każdym razem strata.



Jak opowiadał prof. Jaworski, zdarzało się już, że koniki z rezerwatu (najczęściej młodzież wygoniona przez ojca z tabunu po osiągnięciu dojrzałości płciowej) wydostawały się przez dziury w płocie lub po zamarzniętym jeziorze na zewnątrz. Za każdym razem łatwo dawały się złapać okolicznym mieszkańcom – są zbyt przyzwyczajone do ludzi, by złapanie ich stanowiło poważniejszy problem. Nie ma zatem szans na wprowadzenie konika polskiego jako dzikiego zwierzęcia do polskich lasów – poza ogrodzonymi rezerwatami. Nie wydaje mi się jednak, aby ta konstatacja miała być równoważna przekonaniu, że konie na zawsze już zniknęły z polskich lasów. Agroturystyka jest jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki – a jedynym poważnym konkurentem konika polskiego do pozycji „konia pociągowego“ tej branży są konie NN (niewiadomego pochodzenia) – których powinno być coraz mniej… 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...