czwartek, 12 grudnia 2013

I jeszcze jeden i jeszcze raz...

Zgodnie z obietnicą, wracam do tematu końskich planów na przyszłość, prób poprawy dobrostanu koniostanu i takich tam.

Zacznijmy od początku, czyli od celu. Co my tak naprawdę chcemy w Boskiej Woli osiągnąć..?

Czy chcemy "po prostu" rozmnażać tekińce i z tego żyć..? Nie! Prawdę powiedziawszy, nigdy nam coś takiego nawet nie przyszło do głowy...

Czy chcemy wyhodować czempiona, który zachwyci całą Europę, rzuci na kolana Azję i przejdzie do historii rasy..? No, to by było trochę megalomańskie, prawda..? Ale - zdecydowanie bliżej nam do tego drugiego, niż do tego pierwszego.


Podjęliśmy się, począwszy od 2009 roku, trudu rozmnożenia naszych kobył, kierując się poczuciem obowiązku. Byłoby czynem egoistycznym i samolubnym pozwolić im umrzeć i nie pozostawić potomstwa. Zachowalibyśmy się, tak czyniąc, jak ów niemiecki kolonista z XIX wieku, który wydzierżawiwszy polską rolę, sypał ją obficie wapnem przez dwa, trzy lata, aż wycisnął z niej wszystkie substancje żywotne i oddawał właścicielowi jałową jak pustynia...

Możemy się cieszyć tak wspaniałymi końmi tylko dlatego, że przez cztery lub pięć tysięcy lat nieprzerwanie różni ludzie, rozsiani na obszarze połowy Eurazji, przekazywali sobie, pokolenie po pokoleniu, przodków naszych koni, wciąż ich doskonaląc i z niezmienną starannością dobierając możliwie jak najlepsze pary do rozpłodu.

Pomimo, że jak raz właśnie w tym samym czasie nasze możliwości finansowe uległy drastycznej redukcji, zrobiliśmy co tylko leżało w naszej mocy, aby pokryć nasze klacze najlepszym, najbardziej typowym ogierem, który był w naszym zasięgu. Nic z tego nie wyszło.

Wówczas pojawił się Gelshah - jako eksperyment. Chodziło o to, aby "odetkać" kobyły. Mowy nie było za bardzo o potomstwie, bo o czym tu niby rozmawiać, gdy dopuszcza się do klaczy młodego, niczym specjalnym się "na dzień dobry" nie wyróżnającego ogiera..?


Oczywiście nasz słodki Knedliczek niemal natychmiast podbił nasze serca. Z kobyłami było mu trudniej, bo wojował z nimi ponad miesiąc, nim mu wreszcie wszystkie trzy uległy!

Jeśli jednak sięgniecie do tego, co pisałem na angielskim blogu ponad rok temu, to POWODEM pozostawienia Gelshaha na kolejny rok wcale, a wcale nie była nadzieja na jeszcze jeden rocznik potomstwa - tylko obawa o to, jak wreszcie w nim zakochane, a szczęśliwie brzemienne Trzy Gracje zniosą rozstanie.

Miałem podobne wątpliwości także i w tym roku. Zdobyłem się jednak na zakamieniałość serca (jak mawia Pismo...) i wywiozłem Gelshaha w siną dal. A to dlatego, żeby POWRÓCIĆ DO PIERWOTNEGO CELU naszych hodowlanych działań.

Potomstwo, które uzyskaliśmy, jest zaskakująco wspaniałe. Przyznaję, że mogłem być tym faktem momentami odurzony i nadmiernie może wobec naszego tegorocznego przychówku bezkrytyczny - ale musicie mi uwierzyć (a macie inne wyjście..?): na samym początku to wcale nie byłem pewien, że wszystkie będą miały cztery nóżki, łepek i ogonek... A mają (nawet Madeshir!) o wiele, wiele więcej!


Skoro jednak tak dobre źrebięta udało się nam uzyskać z młodym, niesprawdzonym i w sumie niczym (poza miłym charakterem...) nie wyróżniającym się ogierem - to o ile lepsze mogą dać nasze kobyły, gdy dostarczymy im lepiej odsianych genów..?

Dalsze trzymanie w Boskiej Woli Knedlika byłoby już tylko prostym rozmnażaniem. Biorąc pod uwagę ryzyko, jakie wiążę się z każdą ciążą i porodem dla klaczy, a także - co tu kryć - trudności w zbyciu źrebiąt: nie możemy sobie na coś takiego pozwolić!

Eksperyment został nieodwołalnie zakończony. No i teraz pojawia się pytanie - co dalej..?

Odpowiedź, jakiej mogę udzielić w tej chwili, brzmi: NIC. Tak naprawdę przecież nasz podstawowy cel zrealizowaliśmy - tak czy nie..? Kobyły potomstwo mają - tak czy nie..? W łańcuch pokoleń przekazujących sobie hodowlaną pałeczkę się włączyliśmy i... chwatit!

Oczywiście, to wciąż nie jest TAKIE potomstwo, które by w 100%, bez żadnych zastrzeżeń, spełniało nasze oczekiwania (no, może Ostovar... u niego faktycznie, nie ma się do czego przyczepić...). Teoretycznie stać nas na lepsze.


Problem polega na tym, że praktyczna aplikacja tej teorii jawi się jako zadanie niezmiernie wręcz niewdzięczne. Bo i cóż z tego, że kobyły "się odetkały"..?

NIKT nam nie wydzierżawi tutaj, do Boskiej Woli ogiera znacząco lepszego niż Knedlik. Nie dlatego, że Petra jest rozczarowana Madeshir. Po prostu dlatego, że byłoby to nazbyt ryzykowne. Nigdy zresztą na nic takiego nie liczyłem.


To, czy ów ogier będzie chodził z naszymi klaczami (to jest niemożliwe, póki nie zostanie odsadzone przyszłoroczne potomstwo Gelshaha - w naturze ogiery zabijają źrebięta po innym ojcu, nie zamierzam czegoś takiego ryzykować...) czy też - jak, skądinąd błyskotliwie, poradziła nam w niedzielę zaprzyjaźniona Pani Doktor - będzie sobie stał po sąsiedzku w jakiejś stajni, do której będę mógł łatwo z kobyłami dojeżdżać, to jest kwestia drugorzędna. Jak ktoś ma wybitnego ogiera, to go trzyma w domu i tyle.

MOWY NIE MA o jeżdżeniu z kobyłami do krycia. To są zbyt wielkie odległości. Już przejazd do Petry jest na absolutnej granicy ludzkiej i końskiej wytrzymałości i jak wiemy - ciążą się nigdy nie zakończył.

Jedyne racjonalne rozwiązanie to inseminacja. Skądinąd, akurat W PRZYSZŁYM ROKU, inseminacja będzie rzeczą względnie łatwą. A przynajmniej - wymagającą o wiele mniej zabiegów i rodzącą mniej niepewności niż normalnie. W końcu: kobyły się wyźrebią, nieprawdaż..? A skoro się wyźrebią, to termin ich pierwszej czy drugiej po wyźrebieniu rui - nie jest (w granicach kilkudniowej tolerancji) tajemnicą. Nie trzeba zatem zamykać ich na miesiąc w klinice i mierzyć im co kilka godzin temperatury - starczy to robić przez dobę lub dwie w okolicach ósmego lub dwudziestego pierwszego dnia po wyźrebieniu...

No to teraz proszą o chwilkę skupienia, bo wyjawiam mój tajny plan na przyszły rok.

Tak więc, abym zrobił COKOLWIEK, muszą się najpierw wydarzyć trzy rzeczy:

1. Musi mnie być na to stać. Po prostu i zwyczajnie - finansowo.

2. Muszę znaleźć realnie dostępne nasienie (lepiej świeże, ale jak będzie tylko mrożone, to co ja na to poradzę..?) ogiera LEPSZEGO pod względem hodowlanym od Gelshaha i zorganizować, najlepiej w warunkach polowych (wożenie kobył ze źrebiętami na Służewiec to też żadna przyjemność...) inseminację.

3. Kobyły muszą szczęśliwie urodzić zdrowe źrebięta.

JEŚLI trzy powyższe warunki zostaną spełnione - OK. Spróbujemy inseminacji. Uda się - super! Nie uda się..? No trudno: sumienie będę miał czyste...

Szczerze pisząc, na razie nie mam głowy do szukania achałtekińskich reproduktorów po Europie. Muszę się skupić na rzeczach pilniejszych - to znaczy, na załatwieniu sprawy z ARiMR (jak mi przywalą konieczność zwrotu pięciu dych, to nie tylko o żadnej inseminacji kobył nie będzie mowy, ale i nie wiem, czy nie będziemy całego gospodarstwa pilnie sprzedawać..!). Oraz na ułatwieniu naszym kobyłom przygotowania się do kolejnych porodów.

Tutaj zgodziłem się z Panią Doktor, że należy im wzbogacić dietę. Oczywiście, że po pierwszych ciążach i długim karmieniu źrebiąt (może i dobrze, że Margire karmiła w sumie najkrócej..?) są wypłukane z mikroelementów, aminokwasów i wszystkiego innego, co potrzebne.

Dobrze się złożyło, że trawa na Pierwszym Padoku (który jak raz był przynajmniej w miarę dobrze nawapnowany...) odrosła nam jesienią dość bujnie, a że wciąż nie ma pokrywy śnieżnej, zaś temperatura oscyluje trochę powyżej zera, trudno je stamtąd nawet owsem wyciągnąć.

Jak tylko przyjdzie jakaś kasa ("KT" obiecał coś zapłacić do końca tygodnia...), to oprócz rzeczonego załatwiania sprawy z ARiMR (do stolycy przyjdzie mi się pofatygować...), zamówię worek jakichś suplementów. Czy będą chciały to jeść, to inna sprawa - jak do tej pory nie mamy w tej materii pozytywnych doświadczeń. Wybredne są!

Na pewno dostaną nową, lepszą lizawkę i kawałek wapienia do lizania. A poza tym - już się za nie bierzemy i w tym względzie, że zaczynają chodzić (na razie na okręgu lub na lonży - zależy, czy podłoże miękkie, czy twarde). Akurat ruchu to im na ogół nie brakuje, ale odrobina treningu nie zaszkodzi.

Co się zaś przyszłorocznych źrebiąt tyczy, to Petra jest wstępnie i hipotetycznie zainteresowana potomkiem Melesugun. Hipotetycznego potomka Margire zapewne zachowamy dla siebie (zwłaszcza, gdyby był płci żeńskiej znów...). Co do hipotetycznego potomka Osman Guli natomiast, to zapewne będzie on na sprzedaż. Co prawda nie wiem, co zrobię, jeśli trafi się dziewczynka - ale Osman Guli ma "w Europie" tyle sióstr, że jakoś mało odpowiedzialny się czuję, za przedłużanie akurat jej rodu...

17 komentarzy:

  1. Jacku, wprowadzasz nowe zalożenia i cele prowadzenia hodowli koni. Do tej pory byłam przekonana że hodowcy podejmują ten duży wysiłek w jednym celu - aby uzyskać NAJLEPSZE potomstwo w rasie i najlepiej wykorzystać dostępny potencjał genetyczny. Na to, aby z ich hodowli wychodziło najlepsze potomstwo - pracują latami, latami wkładają wysiłek, pieniądze, dbają o zagwarantowanie najlepszych warunków dla ciężarnych matek, dla rozwoju źrebiat - aby kazde z nich było najlepszą wizytówką i szło w świat świadcząc o hodowcy, jego profesjonalizmie i koncepcji hodowli.
    O ile wiem, dochowanie się dobrego potomstwa trwa latami - nawet dobre matki połaczone z dobrymi ogierami nie dają zazwyczaj dobrych źrebiąt. Na to trzeba zapracować, a nawet jak sie takie źrebie urodzi - nalezy o nie dbać, chuchać, pokazywać, promować.
    Taką wiedzę do tej pory miałam w rozmowach z hodowcami.

    .... Ty piszesz, że czułeś zew powinnosci i obowiązku, aby klacze zaźrebić. Dla samego celu zaźrebienia. Dlaczego? Nie rozumiem? Czyżby rasa achał-tekinska byla na wymarciu i należaloby zachowawczo zaźrebiać? Chyba tak źle z tą rasa nie jest ....
    Rynek koński jest zawalony końmi średniej lub słabej jakości. W jakim celu tworzyć następne? Aby były?

    Jaką wizytówką jest teraz Twoja klaczka Margire? Ty jesteś jej hodowcą i będzie ona zawsze świadczyć o Twojej hodowli.
    Nie wymażesz jej przysłowiową "gumką-myszką".

    Ewa Marynowska

    OdpowiedzUsuń
  2. ... jeszcze jedna kwestia. Piszesz, że Petra powinna liczyć się z duzym ryzykiem, że to był EKSPERYMENT i ... w sumie (tak wynika z Twojej wypowiedzi) powinna sie cieszyć, że potomstwo po Knedliku ma cztery nogi, głowę i ogon.
    To byłaby prawda, gdyby chodziło tylko i wyłącznie o jakość hodowlaną źrebaków. O ich pokrój, o charakter, o ich nogi itp. Tak - to był EKSPERYMENT i Petra jak najbardziej powinna brać pod uwagę to ryzyko.
    Ale - jak doskonale wiesz - nie chodzi tu o watpliwosci co do jakości źrebaków, ich wyglądu, charakteru czy wytrzymałości nóg.
    Chodzi o stan zdrowia Margire, o jej słaby rozwój fizyczny i słabą kondycję - a za to zawsze odpowiada hodowca. Zawsze. Mozna problemy zwalać na słabe geny, ale tylko wtedy gdy samemu zrobiło sie WSZYSTKO aby problemów uniknąć.

    Ewa Marynowska

    OdpowiedzUsuń
  3. Ewo - mylisz imiona klaczy. W sposób karykaturalny przekręcasz moje słowa. Ignorujesz przebieg historii, którą opisałem. Wyolbrzymiasz kłopoty Madeshir. I po tym wszystkim - jak niby mam z Tobą dyskutować..?

    OdpowiedzUsuń
  4. ,,Rynek koński jest zawalony końmi średniej lub słabej jakości. ''- stanowczo nie zgadzam się z tak postawioną tezą( która jet dość powszechna), konie są z dobre i bardzo dobre brakuje na tyle bogatych właścicieli by stać ich na danie im szansy. Nawet najlepszy koni nie wypromuje się sam bez kosztów .
    P.Jacek jest przykładem gdyby dysponował wolnymi 20 tys pewnie by spróbował sprawdzić jak koniki będą się zapowiadać jako 2-latki .100 tys to minimalna kwota
    by sprawdzić czy wyhodowało się konia wybitnego .

    OdpowiedzUsuń
  5. Jacku, ale swieze nasienie musi byc naprawde swieze, a watpie zeby udalo sie przetransportowac np z Rosji w ciagu 24 godzin? Ja bede stosowala nasienie mrozone jesli chodzi o painty, sciagniete z USA, prawdopodobnie juz na wiosne bo jezdzic i zostawiac gdzies Kamphore nie mam zamiaru tym bardziej, ze ona nie jest najlatwiejsza w obsludze.

    Zarzucilam hodowle pelnej krwi a podjelam hodowle koni cyganskich majac swiadomosc ze w Polsce one dopiero musza chwycic, ale juz mam zainteresowanie klientow z USA, Kanady, Niemiec - moje klacze sa najwyzszej mozliwie jakosci, i ogier rowniez. W USA byle jaki Gypsy Vanner kosztuje kilkanascie tysiecy dolarow - a ja mam szczescie miec reproduktora z linii ogiera, ktory podbil Ameryke i od niego zaczelo sie szalenstwo na Cygany.
    Jesli chce cokolwiek zarobic na hodowli, to niestety musze inwestowac w najlepszy material genetyczny. Byle czego ludziom sie nie wcisnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy jedne z najlepszych klaczy w całej tzw. "Europie", czyli - na zachód od Dniepru.

      Co udowodniły, dając naprawdę dobre potomstwo z fajnym, choć nie wybitnym ogierem. Jak dobre dadzą z ogierem znakomitym..?

      Usuń
    2. Ale widzisz, moze powinienes to ujac w troche innej formie w poscie, bo tak dosc opacznie mozna wnioskowac...

      Usuń
    3. Ale CO TU JEST DO WNIOSKOWANIA..? Wszystko napisałem precyzyjnie, jasno i wprost, bez żadnych aluzji czy niedomówień. Tak było, jak to opisałem. Nie inaczej.

      Madeshir była i odrobaczana i karmiona. Jak wszyscy. Owszem - przyznaję, powinienem był jej poświęcić specjalnie uwagę i zrobić "coś innego". Czyli, na ten przykład - odrobaczyć jeszcze raz i, ewentualnie, podać jakieś suplementy (jej i jej matce). Że tego nie zrobiłem, to mój błąd. Natomiast:
      - z tego nie wynika, że Madeshir jest "chorym koniem, który już do niczego nie będzie się nadawał": zobaczycie jeszcze, że w przyszłym roku Petra zawiezie ją do Gut Ising na czempionat Europy!
      - cała nasza hodowla to jakieś dziwadło i nieporozumienie: KURWA, SKĄD LUDZIE MAJĄ AŻ TYLE WYOBRAŹNI, ŻEBY SOBIE TAKIE RZECZY "DOPOWIADAĆ"..?

      Przecież, do jasnej cholery, napisałem wyraźnie co robiłem i DLACZEGO TAK ROBIŁEM, A NIE INACZEJ. Po polsku napisałem, nie po chińsku.

      Ech...

      Usuń
    4. No ale widzisz, w naszym pięknym kraju żyją ludzie, którzy lubią sobie dorabiać historię i wszystko ma dla nich drugie dno. Albo czytają między wierszami (tego, czego nie ma). Ja juz się zdążyłam przekonać...

      Usuń
  6. Dlaczego nikt Wam nie wydzierżawi lepszego ogiera niż Knedlik? Skoro ta rasa nie jest specjalnie trendy (?) na zachód od Dniepru, to może by się dało i nie byłyby to jakieś okropne koszty? W końcu, ogier gdzieś stać musi, i czy u własciciela , czy u dzierżawcy, to już jeden pies...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze w sprawie Knedlika; i jego nie-wybitności. Zdarza się, że ogier jest super, ale cech nie przekazuje...

      Usuń
    2. Środowisko jest na tyle wąskie i na tyle specyficzne, że tu właściwie nie ma czegoś takiego, jak "rynek". Hodowcy tekińców sami są na ogół oryginałami i indywidualistami. Większość trzyma swoje konie niemalże w ukryciu, traktując jak największe skarby.

      Największą zasługą Petry jest to, że podjęła się prób zintegrowania tego środowiska w skali właściwie już światowej. Ale nawet ona odniosła wiele spektakularnych porażek - przede wszystkim: nie udało się wykorzystać jej doskonałych kontaktów na torze w Pardubicach i nie ma regularnych, płatnych gonitw dla tekińców na zachód od Dniepru. A to właśnie dlatego, że 90% właścicieli nie chciało się ze swoimi końmi ruszyć i zaryzykować wystawienia ich do wyścigu. Idea upadła na skutek braku rozsądnej obsady (myśmy chcieli wystawi ć Margire, która nawet w tym celu przez kilka miesięcy trenowała na Służewcu. Ale cóż, kiedy nie było się z kim ścigać?).

      Wypożyczanie czy wydzierżawianie ogiera to wielka rzadkość. Od początku zabiegaliśmy o taką możliwość - tyle, że wtedy nam chodziło o ogiera z Rosji, którego moglibyśmy co 2 lata na ten przykład wymieniać. Nie spotkało się to jednak z pozytywnym przyjęciem...

      Usuń
    3. Zrozumiałe, że ciężko jest coś zorganizować, jeżeli geograficznie w Europie tekińce są bardzo rozproszone. Wy jesteście w Polsce jedną z dwóch hodowli, tak? Czy jest więcej?

      Usuń
    4. Tak naprawdę, to tekińce w Rosji są rozproszone JESZCZE BARDZIEJ. Ba! Nawet, jeśli miałbym jeździć z koniem, to przecież oczywistą oczywistością jest, że dużo łatwiej jeździ się po Jewrosojuzie, niż po Rosji (abstrahując od tańszego paliwa). A mimo to - Rosjanie potrafią się pozbierać z przestrzeni ładnych kilku tysięcy kilometrów i zrobić czempionat, a Europejczycy: nie zawsze, nie co roku i na małą skalę tylko...

      Usuń
    5. Co jest, tak swoją drogą, niewielkim bo niewielkim, ale wyrazistym przyczynkiem do tezy, że cały projekt "Jewrosojuza" jest utopijny. Co z tego, że nie ma granic? Co z tego, że infrastruktura zadbana? Jeśli Francuzi i Niemcy po prostu MUSZĄ się na siebie poobrażać - w wyniku czego normalnego czempionatu nie było już od dwóch lat (podobno w przyszłym roku Niemcy jednak zrobią...).

      Usuń
    6. My nie. Ale właścicielkę Ostowarka próbujemy namówić...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...