czwartek, 14 listopada 2013

Bunt?

Godzina 18.00 wczoraj. Wychodzę z chatki. Zapalam po kolei wszystkie światła. I już w tej chwili WIEM, że coś jest nie w porządku... Skąd wiem..? Świateł spod chatki nie wita entuzjastyczne rżenie Knedlika, oczekującego na co najmniej godzinną wyżerkę siana pod wiatą, wodę i owsik na zakończenie...

Idą sobie, patrzę - no i faktycznie: żaden byt koniowaty przy bramie Wielkiego Padoku na mnie nie czeka. Niedobrze!

Im dalej idę wgłąb pastwiska, tym bardziej to pastwisko zdaje się być bytów koniowatych pozbawione. Normalnie - jak chatka Prosiaczka, gdy Puchatek do niej pod nieobecność gospodarza zaglądał.

Zwiały, jak nic - zwiały! Ale jak to możliwe..? Musiałoby się ogrodzenie zawalić i to tak, żeby pastucha nawet widać nie było, bo i po leżącym na ziemi tak ochoczo bynajmniej nie przechodzą. No ale - skoro bytów koniowatych nie widać, znakiem tego, coś się stać z nimi musiało, nieprawdaż..?

Gdy widzę - o ile o "widzeniu" w tych ciemnościach, coraz słabiej rozpraszanych odległym światłem naszej głównej lampy w ogóle można mówić - że nie ma ich w tzw. "lewej kieszeni", czyli najbardziej odległej części Padoku, zmieniam kierunek i zaczynam iść wzdłuż ogrodzenia. Skoro zwiały, to pierwsza rzecz - znaleźć którędy!

Na szczęście, małpim odruchem wziąłem ze sobą komórek. I przypominam sobie w tym momencie, że ma on przecież latarenkę. Malutką. Diodową. Ale - zawsze to coś, zwalone ogrodzenie da się zobaczyć. I może nawet jakieś ślady..?

Dochodząc do zagajników Dzikiego Zachodu zaczynam co jakiś czas poświecać i w prawo, między krze. Ale nic tam nie ma. Zaraz, zaraz! Naprawdę nic tam nie ma..? A ten kształt między drzewkami, to jałowiec - czy kuń..?


Podchodzę ci ja bliżej - kuń! Kuń, jak cielę malowane! Stoi sobie Bubiszcze i ewidentnie drychnie. Łeb zwiesiła i chrapie. A obok Ostowar. Dalej - Melesugun z Mijanem.


Dlaczego one tak stoją tutaj wbrew codziennej rutynie, wbrew zwyczajowi..? Chore któreś, leży..? Okulało po kowalu (zresztą, tu warto nadmienić na marginesie, że poszło wszystko gładko i sprawnie, a najgrzeczniejszy był Knedliczek i jego synowie - stali jak przymurowani...)? Może Małe i Najmłodsze Złe - zwiały i pasą się teraz na oziminie za płotem i dlatego reszta stada tu została, zamiast pójść pod bramę i na kolację czekać..?

Cokolwiek się stało - najpierw trzeba je stąd zabrać. Biorę tedy, jak zwykle, Szefową za kantar i prowadzę. Po drodze znajduję Knedlika. A po wyjściu na otwartą przestrzeń - okazuje się, że idzie za mną całe stado, obu Małych Złych (które najłatwiej normalnie w ciemności zauważyć, bo najjaśniejszej maści...) nie wyłączając.


Jeszcze im się potem przyjrzałem i wczoraj, w świetle sztucznym i dzisiaj rano w dziennym. Nikt nie kuleje, nikt nie wygląda na chorego. Więc co to było..? Koński zegar jest zwykle niezawodny. Żeby całe stado mogło ZAPOMNIEĆ o kolacji..? Nigdy czegoś takiego nie widziałem...

Znakiem tego - był to bunt. Wyraz oburzenia z powodu naruszonej godności bytów koniowatych. Którym ktoś się ośmielił przy kopytach grzebać. I to tak hurtem, u wszystkich po kolei - a nie dyskretnie, nie więcej niż u dwojga, trojga jednego dnia (jak sam zwykle robię, będąc niewprawnym i przez to zużywając na rozczyszczanie kopyt więcej niż zawodowiec i czasu i siły...). No bo jak coś takiego inaczej wytłumaczyć..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...