poniedziałek, 18 listopada 2013

26, 200, 1460

26 godzin, 200 litrów ropy, 1460 kilometrów. I naprawdę POWINNIŚMY byli zakończyć tę podróż na dnie jednego z wąwozów Wyżyny Czeskiej


Pomimo założenia nowych opon oraz przesmarowania i dokręcenia lewego przedniego łożyska, przy prędkości rzędu 70 - 80 km/h kierownicę dosłownie wyrywało mi z rąk, a cały przód samochodu trząsł się jak w febrze. Od liczby obrotów to nie zależało (zjeżdżając z górki na pazurki na ogół hamowałem silnikiem, więc bywało i dobrze ponad 3000/min - i nic...). Tylko od prędkości samochodu. Przy prędkościach niższych i wyższych niż ten przedział - było w porządku. Pomartwimy się tym jutro z panem Karolem...

Do tego mgła. Nasz przyjaciel Zbyszek, który bohatersko towarzyszył mi w tej samobójczej misji, a w drodze powrotnej przejął stery twierdzi, że i w gorszej przychodziło mu jeździć. Ale ja, w górach - jeszcze niczego takiego nie widziałem, jak żyję. U celu podróży, we wsi Tukleky, jakże charakterystyczny staw:


bardziej wymacałem, niż zobaczyłem. Dobrze, że nie od drugiej strony lustra wody...

Normalnie było mniej - więcej tak:


To znaczy środkową linię (o ile była takowa) widziałem dość dobrze na 5 do 10 metrów przed samochodem, ale już to, co było z boku - nie zawsze...

Wracaliśmy okrężną drogą, przez Brno i Cieszyn. Tym bardziej, że w Cieszynie czekał na mnie pan Roman z jakże sympatycznym prezentem, który obiecuję dobrze wykorzystać (lubo już raczej dopiero w przyszłym sezonie...).

U Petry byliśmy krótko. Za ciemno i za mgliście było, żeby chodzić po pastwiskach i oglądać młodzież. Przywitaliśmy się więc tylko ze starymi znajomymi: Germesem (powinno się coś po nim urodzić w przyszłym roku, choć tylko jedna z trzech krytych nim klaczy utrzymała ciążę...), Samurajem, Gumonem (jego syn i wnuczka dostały na razie boksy tuż obok ojca i dziadka). Oraz z nową gwiazdą - Ghadirem. Lżejszym, smuklejszym i dłuższym od brata. Ale z pyska - nawet podobnym!

Nigdy nie widziałem na żywo smutniejszego konia niż Gelshah, gdyśmy go w końcu, pomimo niechęci i oporu, wpakowali do boksu. Normalnie - jak balonik, z którego uszło powietrze... I cóż ja na to..? Nic. Było, Drodzy Państwo, chwytać okazję, gdy ta jeszcze była w zasięgu ręki. Wkrótce spadnie śnieg:


i nie sądzę aby nawet moje nowe kapcie zdołały mnie przeciągnąć z przyczepą w to miejsce...

8 komentarzy:

  1. Jacku, sprawdź amortyzator skrętu w Wendi (poziomo zamocowany amortyzator w układzie kierowniczym, na wysokości przedniego mostu. Widać go jak się spojrzy pod zderzak). Zużyty (wylany) daje podobne objawy, a w samochodach terenowych z dużymi i ciężkimi kołami to dość częste zjawisko. Nowe opony, nawet jeśli prawidłowo wyważone i na prostych felgach jeszcze potęgują występowanie tego problemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby już się przyglądaliśmy układowi kierowniczemu i pan Karol niczego złego w nim nie dostrzegł, ale zwrócę uwagę jeszcze raz dziś wieczorem. Dziękuję.

      Usuń
  2. Codzienne zycie rowniez daje sposobnosc dokonywania heroicznych wysilkow... .

    Tylko zal ze "Knedlik" juz sie wiecej nie pojawi na Twoim blogu :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Jacku, wyjaśnij mi proszę sprawę Knedlika. U Petry jest wystawiony na sprzedaż. Ale wspominałeś też niegdyś o planie ciachnięcia knedlikowych jajków. Czy to pewne? Jaki jest cel takiego zabiegu, skoro Knedel nie jest pobudliwy (sam pisałeś, że z tym "ogierowaniem" w Waszym stadzie to gruba przesada, ot, tyle, ile trza i cześć). Czy Knedlik, będąc uosobieniem łagodności i sprawdzając się wybornie jako ogier tabunowy, nie jest aby cenniejszy ze względu na te zalety, niż jako wałach? Czy Petra nie obawia się, że ciachnięcie Knedlika wpłynie na jego zachowanie negatywnie...?
    Że nie wspomnę, że zrobił zacne dzieci, choć ten argument akurat u Petry pewnie odpada, ze względu na pokrewieństwo, i pewien wybór hodowlany.
    Wybacz może naiwne pytanie, ale zastanawia mnie, czy niekryjący ogier koniecznie aby stać się musi wałachem.
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Knedlik pójdzie teraz w trening. Być może rajdowy. To się jeszcze zobaczy. Co do wywałaszenia, to Petra nic mi ostatnio o takich planach nie mówiła. Faktycznie, było o tym wspominane dawno, dawno temu - zbyt dawno, żeby mogło to mieć znaczenie w tej chwili.

      Natomiast tak ogólnie i abstrakcyjnie, to wałach ma po prostu lżejsze życie od ogiera. Właściciel wałacha też ma łatwiej niż właściciel ogiera. Jeśli więc w stosunku do jakiegoś ogiera nie ma planów jego hodowlanego wykorzystania, to wywałaszenie wydaje się być krokiem naturalnym i korzystnym, zarówno dla konia, jak i dla człowieka...

      Usuń
  4. Ok, rozumiem argument wygody dla właściciela. Jednak interesuje mnie odpowiedź na pytanie, czy ciachnięcie wpływa na usposobienie koni, szczególnie, tak jak w przypadku Knedlika - koni z natury zrównoważonych.
    W przypadku psów o dobrym temperamencie, nieużywanych w hodowli, większość właścicieli nie decyduje się na kastrację, jeśli nie ma takiej konieczności. Właśnie ze względu na pewnego rodzaju loterię charakterologicznych skutków ubocznych.
    A czy Pajęczyca zostanie u Petry? Wiadomo coś?
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno się spodziewać, żeby spokojny ogier po wywałaszeniu stał się nerwowym wałachem! A jakość jego życia ulega od razu poprawie, bo zamiast stać samotnie w boksie, może normalnie chodzić ze stadem po pastwisku. Co niby tu jest "złego" dla konia..?

      Generalnie, ja tam jestem za wywałaszaniem. Naprawdę, wałachy mają o wiele lżejsze życie! A popytu na źrebięta i tak nie ma, to po co robić koniom gorzej (ogiery skazywać na samotność w zamknięciu, a klacze na ryzyko ciąży i porodu...), skoro można im zrobić lepiej..?

      Madeszir została odrobaczona i, jak rozumiem, poszła już do nowego stada, na całodobowe pastwisko. Co będzie z nią dalej, na pewno się wszyscy dowiemy...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...