piątek, 4 października 2013

Nie wierzę w System

Kończę właśnie czytać (na ile inne zajęcia pozwalają, o czym na końcu...) drugi tom trylogii "Millennium" Stiega Larssona. Zgodni jesteśmy z Lepszą Połową, że o ile tom pierwszy był fajny, to kontynuacja robi się z rozdziału na rozdział coraz mniej strawna...

No ale czego oczekiwać po autorze, który nim wziął się za pisanie powieści (wydanych zresztą pośmiertnie) był "ekspertem od ruchów skrajnie prawicowych"..?


W sumie dla mnie jedyny powód, żeby to dalej czytać, to postać Lisbeth Salander, która coraz bardziej kojarzy mi się z blogerką Kirą. Obie są mniej - więcej tak samo sympatyczne. Z tą różnicą, że powieściowa Salander chyba nie wpadłaby na pomysł, aby podzielanie wyświechtanych komunałów w rodzaju "nie można wykluczać urzędników państwowych i innych beneficjentów budżetu od wpływu na jego wielkość" - nazwać dorosłością!

Lisbeth Salander z powieści jest taką właśnie osobą, jaką Kira dawniej deklarowała być: rzeczywiście i  do końca konsekwentnie niezależną w swoich ocenach.

Oczywiście, że o taką niezależność zdecydowanie łatwiej w książce, niż w życiu. A jeszcze, jak się ma na koncie kilka miliardów koron (i cóż, że szwedzkich..?) i jest wybitną hakerką oraz mimo 40 kg masy ciały powala dwóch wyrośniętych harleyowców (i to bynajmniej nie urokiem osobistym którego, jako się rzekło, tej postaci raczej brak...): no to faktycznie - można sobie pozwolić na pełną suwerenność..!


W życiu nie ma tak łatwo, w życiu kompromisy są rzeczą nieuniknioną - i życia wirtualnego też to dotyczy. W końcu, jak już kiedyś pisałem: nic tak nie zmniejsza szans życiowych i biznesowych jak opinia człowieka kontrowersyjnego.

Że sam kładę na to lachę..? Prawdę powiedziawszy - robię to nie z odwagi, tylko z braku wyobraźni. Po prostu: nie umiem sobie wyobrazić, żeby jakakolwiek "dobra opinia" mogła być mi jeszcze w przyszłości do czegokolwiek potrzebna...

Ale wracajmy do przysłowiowego ad remu. W drugim tomie (i proszę mi nie opowiadać w komentarzach, jak się kończy - ledwo przekroczyłem 600-tną stronę! Ani też, co jest w tomie trzecim: sam przeczytam, jak tylko Lepsza Połowa skończy!) moja ulubiona bohaterka jest, jako opóżniona w rozwoju umysłowym i społecznym, agresywna psychopatka, celem policyjnego pościgu. Ten pościg POWINIEN zakończyć się dla niej bardzo źle. Powinna zostać zastrzelona przy próbie zatrzymania.


Już widać (na stronie 604), że tak się nie stanie. Albowiem prowadzący śledztwo są w większości osobami kompetentnymi i empatycznymi (oczywiście, jak wszędzie, tak i w szwedzkim aparacie ścigania jest jeszcze kilku skorumpowanych, egoistycznych, szowinistycznych samców, którzy mogliby zrobić krzywdę bohaterce - ale właśnie są odstawiani na boczny tor, a good guys przejmują kontrolę...). Potrafią zmienić fałszywy (mimo bardzo mocnych poszlak, wiążących Salander z trzema brutalnymi zabójstwami) trop, wznieść się ponad naturalne w świetle dokumentacji medycznej bohaterki uprzedzenia, uwzględnić opinie innych osób, zmodyfikować swój tok myślenia pod wpływem faktów i argumentów.

Bajka. Po prostu bajka! Zastanawiam się, co tu jest większym cudem..? 40-kilogramowa komputerowa geniuszka kładąca na kolana dwóch 100-kilowych facetów - czy empatyczny i zdolny do zmiany poglądów oraz wyjścia poza codzienną rutynę policjant..?

Powiedziałbym, że ze szwedzkim wymiarem sprawiedliwości musi być BARDZO ŹLE, skoro aby ratować wiarę w jego bezstronność i kompetencję, potrzebny jest psychologiczny cud..? Mało tam psychologiczny! Psychologiczny cud to by był, gdyby chodziło o poglądy jednej osoby, góra dwóch. Ale tu chodzi o instytucję. O przełamanie instytucjonalnej rutyny. Zerwanie ze "wspólną wiarą" łączącą pracujących w niej ludzi.

Jak pracowałem ładnych parę lat w naprawdę dużej instytucji - tak nigdy w życiu czegoś podobnego nie widziałem. Jeśli w ramach jakiejś struktury organizacyjnej ugruntuje się pogląd na pewną sprawę (choćby nawet był on z gruntu fałszywy...) - to struktura ta brnie już potem ślepo w raz obranym kierunku, póki nie trafi na takie przeszkody, których już w żaden sposób nie potrafi albo pokonać, albo ODTŁUMACZYĆ, czyli "pokonać zastępczo" lub, jak to się mówi pospolicie - "odnieść moralnego zwycięstwa".

Istnieje cała gałąź wiedzy o zarządzaniu, która zajmuje się tylko i wyłącznie problemem rozprzestrzeniania się takich "instytucjonalnych mitów" i sposobami ich powstrzymywania. Żeby jednak taką wiedzę zastosować - najpierw trzeba w ogóle wpaść na pomysł, że jest to potrzebne. A skoro wszyscy, siłą inercji, podzielają raz przyjęty punkt widzenia - to kto ma to zrobić..?


Pierwszego klienta fizycznie wyrzuciłem z zajmowanego obiektu (który najmował sobie przez lata...) po tym, jak rozpoczął nowy rodzaj działalności, podobno bez naszej zgody. Dopiero po fakcie, gdy zdążyłem już wynająć lokal komu innemu, a sprawa trafiła do sądu - osoba bezpośrednio prowadząca umowę przyznała mi się w sekrecie, że po prostu ZGUBIŁA stosowne pismo (którego w dodatku, zdaje się, zapomniała wcześniej zarejestrować w dzienniku...) i bała się do tego przyznać...

Zrobiłem coś w rodzaju kariery (krótkiej co prawda i zakończonej katastrofą) dzięki temu, że zyskałem opinię "twardziela", rozcinającego podobne węzły gordyjskie i nie pękającego nawet, gdy w sprawie klienta wydzwaniał po nocach sam wicepremier. Nie leżało w moim interesie prostować tej oczywistej pomyłki. Dlaczego zresztą miałbym szkodzić własnemu podwładnemu (i sobie przy okazji) - skoro klient i tak już leżał na łopatkach i żadne przeprosiny nic by mu nie dały, lokal był zajęty przez kogoś innego..?


Z tego co pamiętam, w sądzie ów najemca też przegrał. I w konsekwencji - zaprzestał działalności.  Wszystko przez jedno zagubione pismo...

Jeśli nie wierzę w System. Jeśli nie mam zaufania to instytucji. Jeśli z nostalgią piszę o "dawnych, dobrych czasach" - to nie z powodu jakiejkolwiek ideologii, teorii, przekonań. Ja tak robię Z DOŚWIADCZENIA. Amen!

Czytanie Larssona trochę czasu jeszcze mi zajmie. Okazało się bowiem, że dzięki stosunkowo prostym zmianom organizacyjnym, jestem w stanie zmieścić pod naszą wiatą na drewno znacznie większy zapas opału niż kiedykolwiek przedtem. Aktualny "stan licznika" jak chodzi o nacięta polana (jak szukacie Państwo dowodu na to, że jestem szurnięty, to proszę bardzo - jest: liczę gałązki, które przywiozę na opał...) to 5.873 - i gdyby nie owe zmiany, na tym musiałbym zakończyć z braku miejsca. Tymczasem miejsce jest. Postanowiłem zatem rżnąć póki tylko się da. Być może tej zimy po raz pierwszy wystarczy nam opału aż do końca sezonu grzewczego..?

Od pewnego czasu mojej pile pracującej w brzozowym młodniku wtóruje kilka innych wokół. Cóż: zrobiło się zimno - ludzie zaczęli uzupełniać zapasy. Jak widzicie - nie ja jeden rżnę drewno dopiero jesienią. Jest to raczej powszechny zwyczaj. Skutek popularności dużych pieców c.o. w których wszystko się spali, obojętnie czy suche, czy mokre. Nasza "burżujka" (jak to mawiają na Wschodzie) aż tak niewybredna nie jest, ale brzoza schnie szybko. Wczoraj paliłem porąbaną dzień wcześniej - byle tylko rozpalić, potem już idzie...

W każdym razie: rżnę, rąbię, w międzyczasie zajmuję się jeszcze doraźnymi remontami, ogródkiem i paroma innymi rzeczami. Popołudniami padam jak sflaczała dętka ze zmęczenia...

19 komentarzy:

  1. Dlatego nie lubię dużych i mocno ze sobą powiązanych zbiorowości. Bo co bym powiedziała, gdybym natrafiła na taką sprawę? Że sumienie mnie uwiera i dlatego chcę "rozbabrać ranę", zamiast milczeć i wszystko zatuszować? Podziwiam ludzi z mocnym kręgosłupem moralnym. Niestety, sama się często boję sprzeciwić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważ, że w zaistniałej sytuacji, każdy wybór był zły. Odgrzebać sprawę - pracownik zapewne straci pracę (a klientowi niewiele to już pomoże, bo i tak bankrut: najwyżej w sądzie wygra...). Nie odgrzebywać: szlag ostatecznie trafi klienta (który nie był mi ani swat, ani brat - skądinąd...). Formalnie postąpiłem niewątpliwie źle, bo koniec końców - krzywda klienta była większa. Ale emocjonalnie - miałem w ogóle jakiś wybór..?

      Usuń
    2. Jeśli nie robisz nic, by naprawić zawinioną krzywdę, to kim jesteś?

      Usuń
    3. Świnią. I - dobrym szefem. Pracownicy oczekują, że szef będzie ich krył w razie kłopotów. To uniwersalna zasada obowiązująca w każdej ludzkiej hordzie...

      Usuń
    4. A czy szef musi robić to, czego oczekują od niego pracownicy? Kto tu komu płaci? Niekompetentny pracownik powinien zostać ukarany.

      Ale to Twoje życie.

      Usuń
  2. Jak braknie miejsca pod wiatą użyj winrara. :)

    Ja ustawiam na paletach i przykrywam plandeką, bo miejsce w drewutni wyczerpało mi się kilka lat temu. Schnie lepiej niż w drewutni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - okazało się, że da się ten zapas podzielić i część (przeznaczoną "na później") składować gdzie indziej...

      Usuń
  3. Co do jesieni nie zgodzę się, że wszędzie. Na Podlasiu, przynajmniej w naszej okolicy, jeśli ktoś teraz jeszcze coś ściąga z lasu to na następny rok. Czasem słychać piły i krajzegi, tną to, co już mają dawno zwiezione, na swoich podwórkach. Za to ekstra ruch naprawdę jest na wiosnę, zaraz po zejściu pierwszych śniegów, gdy można dojechać do lasu transportem. My też zaczynamy się rozglądać za kolejną "działką" w lesie, z myślą o przyszłym sezonie grzewczym, bo ten jest już zagwarantowany.
    Co do składowania: widzę różne patenty, układanie na ścianach budynków, wiat, tych nasłonecznionych, układanie w ściankę wzdłuż płotów, lub pomiędzy wbitymi kołkami. Nakrywa się to blachą, bądź starymi workami. Jeden nasz rębajło zbudował nam "flakon", była to układana spiralnie począwszy od dołu, na bazie koła, mała "wieża Babel". Na zimę nakrywa się plandeką, a wcześniej może leżeć goło, dla lepszego i szybkiego przeschnięcia drewna.
    Pozdrawiam, Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy z tego wynika, że u Was nie ma kotłów c.o., tylko zwykłe piece..?

      Usuń
    2. W większości piece kaflowe na Podlasiu królują. Jeśli ktoś ma c.o. to i tak w większości na drewno. Rzadko na węgiel (w szkołach i urzędach nim się pali). Ja mam c.o. (na drewno) i kaflowy. Niektórzy mają ogrzewanie kominkowe.
      Pozdrawiam, ES

      Usuń
  4. ""nie można wykluczać urzędników państwowych i innych beneficjentów budżetu od wpływu na jego wielkość" - nazwać dorosłością!"


    Dorosłością akurat nie można nazwać innych tekstów rzucanych na tym blogu, a komentarz Kiry w którym wspomniała o wykluczeniu to jest po prostu odmienny pogląd na sprawę. Małym dzieciom może być ciężko się pogodzić z tym, że inni mogą mieć odmienne poglądy, małe dzieci też mogą sobie nie poradzić z przegraną, ale dorosły człowiek już potrafi się z pewnymi rzeczami pogodzić.

    Tutaj wiadomo, że szansy na zwycięstwo nie ma to chce się tę szansę zwiększyć poprzez pozbycie się przeciwników, którzy popierają inną politykę. Nie pójdą na wybory to głosy rozłożą się inaczej. Tutaj skończyła się walka słowem, ale na takie działanie nikt nie pozwoli. Reszta to tylko mącenie ludziom w głowach, a obiecanie poprawy to czarowanie ludzi, bo po przeprowadzeniu takich zmian bardzo prawdopodobne, że na wiele lat pogorszy się, a co będzie, kiedy się ustabilizuje to nie wiadomo. Wcale lepiej być nie musi i jakby obecnie to zrobić byłoby tylko gorzej. A jak bardzo ryzykownym ruchem byłoby gwałtowne ruszanie tego w tej chwili nawet bez zabierania ludziom głosu to politycy są świadomi (i nie chodzi tylko o stratę, kiedy przyjdą wybory, podejmowane w ostatnich latach były decyzje, które rodzą niechęć, więc jakby zacząć zmniejszać biurokrację to nie byłoby to nic bardziej szczególnego, ludzie by się od nich nie odwrócili bardziej niż po ich innych pomysłach, szkodliwość takiego ruchu tkwi w czymś innym i dlatego obecnie nie ma warunków żeby to zacząć robić).

    Jeśli chodzi o zabieranie głosów (wpływu na państwo) tak wielu ludziom to na szczęście pomysł jest w obecnej chwili tak absurdalny, że niemożliwe jest żeby poparł go sensowny procent ludzi. Nawet przestępcom nikt prawa głosu nie odbierze, a co dopiero urzędnikom, lekarzom, nauczycielom itd. Tylko garstka chciałaby jakiegoś wykluczenia. Zmniejszenia poziomu biurokracji chciałoby już więcej ludzi, ale nie tak brutalnego i nie poprzez odbieranie komuś głosu. Powiedz publicznie, gdzieś gdzie więcej osób usłyszy, że chcesz tak wielu ludziom zabrać możliwość głosowania to się będą pukać w czoło słysząc ten pomysł i nic więcej. Skończy się tym, że to ty zostaniesz przez większość zmiażdżony i wykluczony. Przy czym współczucie dla tego jak cię potraktują będzie żadne, bo sam nawoływałeś do wykluczenia to i sam możesz tego zaznać. W takie coś nawet nie warto się bawić.

    Na zmniejszenie poziomu biurokracji może jeszcze przyjdzie czas, ale powoli, albo wtedy gdy Polska będzie w stanie udźwignąć zmiany bez katastrofy. Na razie byłoby z tego więcej szkody niż pożytku. Obiecywać można wiele, a rzeczywistość rzeczywistością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy kiedy będzie czas na ograniczenie biurokracji?
      Bo na chwilę obecną już praktycznie NIE MOŻLIWE są jakiekolwiek działania. Zbieranie podpisów na świstkach zabiera za dużo czasu.

      Usuń
  5. "Jeśli nie wierzę w System. Jeśli nie mam zaufania to instytucji. Jeśli z nostalgią piszę o "dawnych, dobrych czasach" - to nie z powodu jakiejkolwiek ideologii, teorii, przekonań. Ja tak robię Z DOŚWIADCZENIA. Amen!"

    Ciężko mi teraz w to uwierzyć. Zresztą każdy ma swoje doświadczenia. I niekoniecznie twoje przemyślenia, które wypłynęły z doświadczeń będą się sprawdzać lepiej niż pomysły innych ludzi. Sporo jest ludzi, którzy jednak chcą czegoś innego i nie chcieliby doświadczyć powrotu tego co było. Dla nich co innego będzie dobre. Stąd sprzeciw dla pewnych pomysłów. Każdy może chcieć dbać również o swoje dobro i o dobro ludzi mu bliskich, a nie tylko myśleć o ideologii i w imię ideologii coś tam poświęcać, ryzykować, czekać później na lepsze itd. Bo jednak to nawoływanie do zrobienia czegoś z urzędnikami i innymi to nawoływanie do ryzyka i do poświęcenia, a w zamian dla nich może nie być nic lepszego.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Nie leżało w moim interesie prostować tej oczywistej pomyłki. Dlaczego zresztą miałbym szkodzić własnemu podwładnemu (i sobie przy okazji) - skoro klient i tak już leżał na łopatkach i żadne przeprosiny nic by mu nie dały, lokal był zajęty przez kogoś innego..?"

    Okropne. A widzisz... Ja bym to jakoś załatwiła. Może zniszczyłeś komuś życie i byłeś wobec tego obojętny. Gdzie twoje sumienie? Dużą instytucję stać na to żeby płacić za takie pomyłki. Trzeba było porozmawiać z górą, zapłaciliby facetowi i miałbyś czyste sumienie. Możliwe, że byłaby ugoda i nawet w sądzie by się to nie skończyło. Narzekasz na ludzi, że są źli, a sam nie jesteś lepszy. I tak twoja kariera się skończyła, a co złego narobiłeś to będzie się za tobą ciągnąć do końca życia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mogę powiedzieć tyle, że są policjanci i prokuratorzy, którzy nie szukają winnego na siłę. I dlatego ja wierzę w takie przypadki. Nawet nie tyle, że wierzę, co wiem, że tak jest. Może niektórym ciężko w to uwierzyć, ale to się po prostu dzieje. Głośniejsze są przypadki pomyłek, ale to nie znaczy, że każdy patrzy tylko na to żeby mniej pracować i na to żeby za wszelką cenę kogoś zamknąć (a kogo to już mniejsza z tym). Nie.

    Jeszcze co do odbierania to też jak ktoś zechce się zagłębić w temat to odkryje, że dzieci i zwierzęta zwykle odbierane nie są. A nawet najczęściej nie są odbierane. Przypadków przy których się zabiera dziecko czy zwierzę jest tak naprawdę mało. Wręcz panuje pogląd, że odbierać należy tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Dlatego jak ktoś zabije dziecko to tak często się słyszy, że tam jednak kontrole były, a dziecko odebrane nie zostało i w tym danym przypadku źle się stało.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  9. Byłoby dobrze jednak ciąć to drewno nieco wcześniej i porządnie je wysuszyć. Wiem, że trudno na to znaleźć czas, ale dobrze wysuszone drewno daje więcej energii, więc w ostatecznym rachunku zużywa się go mniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne. Ale w tym roku zwyczajnie nie zdążyłem...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...