poniedziałek, 7 października 2013

Nerwowe oczekiwanie

Dziś będzie bardzo trudny dzień. Za jakieś trzy godzinki powinni zjawić się Panowie Doktorzy, którzy zajmą się:
- przepukliną pępkową Mijanka,
- badaniem usg wszystkich trzech mam,
- pobraniem krwi do badania DNA,
- ogólnymi oględzinami całego towarzystwa, a szczególnie źrebiąt (które do rosyjskiego paszportu - a ten jest mi potrzebny BARDZIEJ niż polski - sam muszę opisać...),
- rozproszeniem moich złych snów odnośnie potencjalnych skutków odłączenia Knedlika od stada.


Dlaczego mam z tego powodu złe sny? Tak samo jak rok temu, nie jestem pewien, jak pozostawienie Trzech Złośliwych Gracji samym sobie - bez "piorunochronu", a i "worka bokserskiego", gdy jest taka potrzeba - wpłynie na ich stan zdrowia, w szczególności psychicznego.

Przesadzam, rozczulam się, mazgaję..? Być może. Ale postawcie się na moim miejscu! Przecież nie wymyśliłem sobie ani chowu bezstajennego, ani rozrodu tabunowego ot tak - bo miałem taką fantazję..! To wszystko wyszło samo z siebie i wszystko okupione jest doświadczeniem, nieraz bardzo ciężkim.

Nim przyjechał do nas Knedlik woziłem Gracje przez dwa lata do krycia. Za każdym razem Pan Doktor stwierdzał, po badaniu, że ich "zdrowiu reprodukcyjnemu" nic nie można zarzucić i że mógłby je pokazywać studentom jako przykłady "normy i doskonałego stanu".

Na miejscu czeski lekarz stwierdzał ciążę. A po powrocie do domu: nic...


No to szukając "jedynej różnicy" - co mi pozostaje, jak nie czynniki psychologiczne..? Woziłem je przecież zawsze sam i dobrze wiem, że nikt nimi w czasie podróży nie rzucał po kątach, ani w głodzie i pragnieniu tygodniami nie przetrzymywał...

Niby "punkt krytyczny", do którego klacz może jeszcze zresorbować płód został już za nami. Poza tym: czy mi naprawdę powinno w tym momencie zależeć na uzyskaniu kolejnego rocznika źrebiąt, skoro z tymi, które mam - nie wiadomo co zrobić..?

Ale! Jak je znam - te wredne baby coś takiego wymyślą, żeby zrobić sobie krzywdę, a mnie na złość..!


Tymczasem Knedlik zdecydowanie POWINIEN już wyjechać do domu. Wygląda na to, że hodowla koni achałtekińskich w Polsce nie ma najmniejszego sensu. Nie będę przecież kolekcjonował niewiadomo ilu koni, które i tak nikomu do niczego nie są potrzebne (no i proszę: widzicie Państwo, że potrafię się przyznać do błędu..? Dawno mi to przepowiadaliście przecież...). Trzeba to przerwać. Dwa roczniki źrebiąt po jednym ogierze to zresztą i tak dużo - nawet, jeśli rocznik przyszły będzie równie udany jak ten obecny.

No i co tu zrobić w zaistniałej sytuacji..? Jakąś kukłę gumową ogiera im pod wiatą postawić..?


O tym mam nadzieję porozmawiać. A na razie czekam - mniej lub bardziej nerwowo. Złe sny w każdym razie miałem (śniło mi się, że kogoś zamordowałem i nie mam gdzie zakopać zwłok. Absurd! Przecież czego jak czego, ale właśnie miejsca na pokątne pochówki u nas na pewno nie brakuje! I nawet nasz "przydomowy" lisek, który od trzech lat irytował mnie regularnym kopaniem jam w pobliżu naszej chatki - już niczego tu nie wykopie, bo tydzień temu widziałem jego ścierwo na asfalcie w Boskiej Woli: ktoś musiał go w kurniku zdybać...). Mam nadzieję, że to nie po topinamburze..?

Polecam Państwu w charakterze lektury "na dobry początek tygodnia" ten wpis z "Nowego Ekranu". Dawno już przepowiadałem, że tzw. "wyzwolenie kobiecej seksualności" niczym dobrym skończyć się nie może. Z czysto fizjologicznych względów: nie ma takiego mężczyzny, który by tyle mógł, ile może kobieta! Kultura, przez tyle tysiącleci narzucająca ograniczenia na ten nieopanowany i groźny w innym wypadku żywioł, ratowała naszych przodków przed nieuchronną utratą wiary we własne siły i sens istnienia. Teraz, jak wynika z tego tekstu, porzuciwszy nadzieję na utemperowanie rozwydrzonych bab, próbujemy się ratować ciężką chemią. Nie sądzę, aby to pomogło. W każdym razie nie na długo. W końcu: oczekiwania też nieustannie rosną..!


Czym to się może skończyć..? Elektrodą wszczepioną w ośrodek mózgu odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności..?

Tylko amisze i inni odcinający się od świata sekciarze mają jakieś szanse na przetrwanie tej całej "technoewolucji"...

10 komentarzy:

  1. To jednak nie musi być paszport PZHK? Ja będę miała podobną zagwozdkę w przyszłym roku, bo księga stadna jest w Anglii i chociaż zakładamy tu oddział stowarzyszenia to pewnie i tak paszportów mi nie dadzą wydawać w Polsce?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest o wiele bardziej skomplikowane. A zarazem proste.

      Polskie paszporty są mi potrzebne tylko dlatego, że rosyjski nie jest zharmonizowany z jewrosojuznym wzorcem i np. nie ma w nim miejsca na adnotacje o szczepieniu.

      Gdyby był, to bym się o paszport PZHK wcale nie starał. Jak tego nie robią hodowcy koni, których księgi stadne mieszczą się na Zachodzie. Niepotrzebny koszt - potworna mitręga i czekanie czasem i przez kilkanaście miesięcy - i wielkie ryzyko kradzieży: tzw. "handlarze" - hurtownicy są, moim zdaniem w 100% tak "umocowani" w PZHK, że są w stanie dowolny paszport dla dowolnego konia "załatwić" - niezależnie od jego faktycznego pochodzenia. Jeśli zatem ktoś może nie mieć nic wspólnego z tą całkowicie zbędną, szkodliwą, złodziejską organizacją - to z ostrożności lepiej się tam nie pokazywać...

      Usuń
    2. Aha - czyli ktos mi sprzedał złą informację, że paszport konia urodzonego w Polsce musi być z PZHK? Nawet jeśli koń jest rejestrowany w innym - zagranicznym - związku hodowlanym? Nie musi być? A jako oddział związku hodowlanego chyba powinnam mieć możliwość wydawania paszportów dla koni urodzonych w Polsce?

      Usuń
    3. Pogadaj lepiej z kimś, kto hoduje fryzy. Albo konie Zangershaide, KWPN, czy cokolwiek z Zachodu. Jak oni to załatwiają. Bo moim zdaniem załatwiają to tak, że paszport wydaje im macierzysta organizacja z kraju pochodzenia konia. I tak jest zdecydowanie najprościej, najszybciej, najtaniej i najbezpieczniej..!

      Usuń
    4. Dzięki, to już wiem do kogo mam uderzyć ;-))
      Nie widzę sensu konieczności robienia paszportów przez PZHK jeśli mielibyśmy tutaj oddział związku i oddział ksiąg tadnych.

      Usuń
    5. Wszyscy jesteśmy poddanymi tego samego Jewrosojuza.

      Co za różnica, czy paszport konia jest po polsku, po angielsku, po holendersku, czy po czesku? Wszędzie wygląda mniej - więcej tak samo, ma te same rubryki w tej samej kolejności...

      Moim zdaniem wysilanie się na zakładanie jakichś oddziałów to zbytnia biurokracja i niepotrzebny koszt...

      Usuń
    6. Nie musi byc z pzhk jesli kon pochodzi z rasy dla ktorej prowadzona jest miedzynarodowa ksiega stadna, a tinkery sie lapia bez problemu, mysle ze i z AT to by przeszlo.
      MK

      Usuń
  2. wczoraj było zbieranie kasztanów i robienie ludzików z młodszym pokoleniem u mnie

    zapomniana umiejętność

    dzieciaki teraz łupią w play station i inne xboxy

    OdpowiedzUsuń
  3. Sie nie boj! Gracje teraz mają źrebaki i stały się nieco inną rodziną i innym stadem. Macierzyństwo uczy pokory, absolutnie do koni też (a może przede wszystkim) się to tyczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nic tak nie cementuje stada jak wspólny wróg. Albo chociaż - wspólny chłopiec do bicia. A tak..? Na zimę przecież zostaną całkiem same - nowe źrebięta będą w brzuchach...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...