niedziela, 13 października 2013

Między nami, ogierami...

Szlag trafił nasz podgrzewacz wody. Przynajmniej ja, po dwóch sesjach spuszczania wody z hydroforu, obu zakończonych załączeniem się pompy i potrzebnym dla uruchomienia "Dafika" skokiem ciśnienia, przy czym za pierwszym razem ciepła woda poleciała przez kilka sekund i lecieć przestała, a za drugim nie było jej wcale - nie mam co do tego wątpliwości. Prysznic wziąłem zimny.

Lepsza Połowa jest zdegustowana tym faktem. Rezerwa, którą nie tak dawno odebrałem z serwisu i zamontowałem na próbę, jej zdaniem buczy - no i nie daje wcale cieplejszej wody niż egzemplarz właśnie umarły. Choć oba nasze "Dafiki" są nominalnie tej samej mocy, zwykle faktycznie były między nimi różnice. Obawiam się jednak, że ten, który leży na razie na strychu i który zwykle staraliśmy się utrzymać przy życiu i w pracy zimą - stracił swoje cnoty, jeśli nie na skutek ostatniej wymiany grzałki, to choćby dlatego, że jego kabel zasilający jest już ciut zużyty i miejscami popalony...

Tak, czy inaczej, czeka mnie wymiana podgrzewacza. Czyli jakieś 40 minut "z bańki". Za długo zatem sobie dziś nie popiszę, choćbym i chciał - na południe umówiliśmy się z gośćmi, trzeba się uwinąć wcześniej! Najpewniej nie zdążę wsiąść na Bubidło (chyba że potem, przy gościach..?).

Ale i tak długo pisać dzisiaj nie planowałem. Wymęczyłem wczoraj pisma do ARiMR, kamień zatem spadł mi z serca i wena się odblokowała - ale nie spodziewacie się chyba, że tak zaraz z "dołka" formy wskoczę na sam szczyt i będę tu Was brylantami dowcipu zabawiał..?

Na szczęście - nie muszę. Wieczorkiem bowiem, wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja w grupie "Achal-Tekkiner", gdzie Petra zamieściła ogłoszenie o sprzedaży naszego Knedliczka.


Chodzi o to, czy ogier spełniający się aktualnie w roli tabunnika - nada się potem i nie będzie sprawiał kłopotów, jako cywilizowany, grzeczny, mieszkający we własnym boksiku, z własnym, niewielkim padoczkiem koń do jazdy..? I to jeszcze w Niemczech! A jak wszyscy dobrze wiemy, co jak co, ale wymagania pod tym względem w przodującym jak chodzi o poziom kultury jeździeckiej i liczbę "klasycznie" jeżdżących kraju na świecie są duże..!

Jak to zwykle bywa, są tu dwie szkoły. Falenicka i otwocka. Wedle szkoły falenickiej: przyzwyczajenie jest drugą naturą konia. Jak się szkapinka od maleńkości wprawiała w staniu w ciemnej komórce, na sznurku uwiązanym do żłobu - to chyba nie będzie protestować, gdy się ją przywiąże w taki sam sposób po raz kolejny, nieprawdaż..? Jest to podejście intuicyjnie zrozumiałe i wcale mnie nie dziwi, że pan Karol Magalow ma wątpliwości, czy uda mu się Knedliczka oswoić...


Wedle szkoły otwockiej, bardziej nowoczesnej i przodującej której, nie ukrywam, sam jestem RACZEJ (aczkolwiek nie bez zastrzeżeń i nie fanatycznie: fanatyzm mnie jakoś nie pociąga...) zwolennikiem - to wcale nie tak! Koń żyjący w stadzie nabiera umiejętności społecznych. Rozwija się intelektualnie, by tak rzec. Te umiejętności może też wykorzystać na swoją korzyść człowiek, jeśli tylko mu się chce i wie, jak to zrobić. Ogiera to też oczywiście dotyczy.

Co prawda, są tacy, którzy twierdzą, że jak raz chłop zasmakował baby, to już mu się nigdy nie uda rozumu wbić do głowy i będzie od tej pory za każdą, za przeproszeniem, dupą biegł jak szalony, co by tylko raz jeszcze tego męskiego szczęścia zaznać. Ale to jest jednak raczej szkoła falenicka - ta mniej postępowa...



Tak to się robi "po Bożemu", czyli "klasycznie": tzw. "próbnik" przy poskromie zamiast gry wstępnej, mnóstwo ludzi w kaskach i ochraniaczach, pęt i linek...

Jeśli mogę cokolwiek tu na podstawie własnego doświadczenia stwierdzić, to zachowanie Knedlika raczej przyznaje rację przodującej szkole otwockiej. Otóż - w zeszłym roku, w kwietniu, kiedy go wyprowadziłem z przyczepy, mało mnie nie zabił machając przednimi kończynami, bo jak tylko zobaczył, że za płotem czekają na niego kobyły, wstał na tylne, przystroił się całą długością swojego imponującego członka i tak, na tylnych nogach - wszedł do ogrodzenia...

A w tym roku? W tym roku owszem, czułości były. Porżywania. Podskubywania. No - cała niezbędna i nader wyrafinowana gra wstępna. W czasie której istota tak krucha i delikatna jak człowiek zdecydowanie nie powinna włazić między ogiera a kobyłę! Ale żeby to przybierało postać jakiejś manii, jakiejś "burzy i naporu" (o tak! Niemcy lubią ten swój "Sturm und Drang"...), jakiegoś szaleństwa..? A gdzie tam..!

A tak to mniej więcej wyglądało u nas na wiosnę...

Przecudnie było już w zeszłym roku, gdy Knedl gonił za Melesugun - gonił cały rozpalony, z fujarą dyndającą między nogami i pożądaniem w rozdętych chrapach - po czym zatrzymywał się jak wryty, wchodził pod wiatę, popijał trochę wody, podskubywał siana, liznął lizawki i, po chwili - podejmował ów erotyczny pościg jakby nigdy nic...

Czyli co? Czyli mimo buzujących hormonów - może jednak ogrzysko myśleć nie tylko prąciem, ale i, na ten przykład: brzuchem, tak..? Bo skoro w brzuchu burczy, to szaleństwa miłości mogą chwilkę zaczekać... Niewiele już nam zostało, by przyjąć, że i głową może taki ogr od czasu do czasu ruszyć. Zupełnie jak ten Chińczyk ze znanego filmowego dowcipu - nieprawdaż?

Potwierdziło się to znakomicie w tym roku, gdy cała gra miłosna toczyła się o wiele spokojniej, stateczniej i, co najważniejsze - bardziej celowo i przemyślanie. Melesugun, co sam widziałem (tylko, jak zwykle w takim momencie - nie miałem przy sobie akurat aparatu...) - pokrył w czasie jej ostatniej rui, w czerwcu JEDEN RAZ. Słownie: JEDEN.

Gdzie tu namiętność, gdzie szaleństwo..?

Tak więc, fakty przemawiają raczej za szkołą otwocką. Ogier mający swobodny dostęp do klaczy wydaje się być spokojniejszy, bardziej opanowany, żadne dzikie ekscesy wcale się tu nie odbywają dzień w dzień i godzina po godzinie.

Co zresztą, już w zeszłym roku dziwło moich sąsiadów którzy - mając wcześniej do czynienia tylko z reproduktorami utrzymywanymi "po Bożemu", czyli w zamknięciu i w ścisłej izolacji od innych koni - spodziewali się iście dantejskich scen na naszych padokach...

Oczywiście, Bóg jeden raczy wiedzieć co się stanie, gdy Knedlika odłączymy od stada i zamkniemy w przodującej na całym świecie pod względem kultury niemieckiej stajni, z osobnym, izolowanym padokiem, musli w żłobie, itp, itd. Skądinąd: jak się tego dowiedzieć inaczej, niż próbując..?

Co do tego, jak się Knedlik sprawować będzie pod siodłem, to nie mam bladego pojęcia oczywiście. Nie należę do ludzi, którzy łamią dane słowo i na przykład - wsiadają na konia, na którego obiecali nie wsiadać ot tak, co by zobaczyć jak to będzie.... Zresztą: na jaką cholerę miałem się bawić w ujeżdżanie Knedla..? A to mi koni pod tyłek brak..?

Owszem - perypetie z wymianą kantara były. Opisałem je swego czasu uczciwie. Nic nie wskazuje na to, że problem z niechęcią Knedla do krępowania i ubierania nie może zostać rozwiązany w czasie kilku sesji na lonżowniku...

A tak między nami, ogierami, to jeśli rację ma "szkoła otwocka", a nie tradycyjna "szkoła falenicka" - to wynika z tego ni mniej ni więcej, tylko istotna różnica w behawiorze koni i ludzi. Wśród ludzi CHYBA JEDNAK bardziej "rozgrzany" w obecności niewiast byłby pan haremu niż pustelnik - asceta zaprawiający się w obojętności na płeć przeciwną..?




Choć z drugiej strony, cała ta różnica może się dać sprowadzić li i jedynie do INTENCJI. Ostatecznie mężczyźni w krajach muzułmańskich, czy w Indiach, trzymani przez swe kobiety mniej więcej w taki sam sposób, jak polscy chłopi trzymają ogiery, czyli zero oglądania i zero dotykania poza wyznaczonym terminem i wybraną kobyłą (nieważne, czy kara, czy siwa...) - podobnoż zachowują się wobec kobiet okropnie nieopanowanie..?


Całkiem niespodziewanie zaczęło padać. Jak zaraz nie przestanie - będę miał mnóóóstwo czasu na tę wymianę podgrzewacza, bo przecież nie zrobię plenerowej imprezy w deszczu..?

7 komentarzy:

  1. A co miałby się nie nadać, nasz Leo zaczynając kryć w ręku najpierw sądził że każda klacz podstawiona mu pod nos jest w pełnej rui, ale szybko się nauczył.
    A jak juz pokrył wtedy kiedy trzeba było, raz albo dwa, to on juz swoje wie i zamiast interesować się klaczą, spogląda w drugą stronę.
    Źrebność 100%.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obstaję za "szkołą otwocką " :)
    Tym bardziej, że sama ją skończyłam :) :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tam nie skonczylam zadnej szkoly. Ale nasz ogier pol roku stoi na pastwisku z klaczami i dzentelmensko je kryje. Chociaz raz wiezialam, jak to robil w pelnym galopie. A drugie pol roku z grupa mlodszych ogierow na osobnym pastwisku i nikt jeszcze nikogo nie zabil.

    OdpowiedzUsuń
  6. Sorry, to nie ja, to ipad. Niech administrator usunie te wpisy, jak chce, ja nie umiem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nasz starszy ogier kryje tak, jaka jest potrzeba chwili- jak trzeba to z reki, jak nie, to w tabunie... mity o ogierach jak widac nie tylko w naszym pieknym kraju szaleja
    MK.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...