czwartek, 10 października 2013

Kuchnia od... kuchni

Bismarck miał był podobno mawiać, że zwykli ludzie nie powinni wiedzieć dwóch rzeczy: jak się robi kiełbasę i politykę. Prorok, czy co..? "Aferę Constaru" przewidział..?

W rzeczywistości jest w naszym współczesnym świecie całe mnóstwo rzeczy o których dla dobrego samopoczucia zdecydowanie najlepiej jest nie wiedzieć, a jeśli już się wie - to przynajmniej: nie myśleć!

Szpitale, bynajmniej polskie - zdecydowanie nie wyglądają tak, jak to przedstawiają popularne seriale medyczne (ja tam oglądam - powtórki oczywiście, wszak serial już się skończył - wyłącznie "dr Housa" przez wzgląd na wspólne z nim dążenie do autodestrukcji, któreście Państwo u mnie zdiagnozowali, ale oczywiście wiem, że jest ich o wiele więcej - i czasem coś tam mignie w przelocie...).


Już sam ten mdlący odór brudu, środków dezynfekcyjnych i leków... łeee..! Boże daj umrzeć młodo i zdrowo, co by tam nie trafić..!

A i nonszalancja lekarzy co najmniej dorównuje nonszalancji kucharzy, o której parę razy wspominał kolega Remigiusz (dziś będzie zresztą nieco w stosunku do tych jego opinii krytycznie - co by nie było, że tak sobie z dziubków pijemy!).

Nasz ulubiony Pan Doktor od koni opowiedział nam właśnie w poniedziałek historyjkę o tym, jak jednego dnia operował świnię, konia i... ordynatora. Nie powtórzę jej, bo zbyt wiele było w niej terminów fachowych - ale zapewniam Was: żaden scenarzysta serialu medycznego czy autor komedii by na coś takiego nie wpadł...

Niedawno odwiedzili nas znajomi którzy, przymuszeni ciężkimi okolicznościami życia, właśnie zaczynają próbować swoich sił w gastronomii. Ciężko im idzie. I wcale mnie to nie dziwi. Tak się składa, że przez pewien czas miałem trochę do czynienia z tą branżą. I, prawdę powiedziawszy, to już chyba wolałbym cudze dzieci uczyć, niż dla obcych ludzi gotować..!

Prawda, jak wiadomo, jest jak dupa. Każdy ma swoją. Oczywiście, że z punktu widzenia klienta ZAWSZE jest za drogo, kelner uśmiecha się krzywo, jakby właśnie napluł do zupy, a czerwony nos kucharza jednoznacznie wskazuje na potajemne dolewanie wody do flaszek wódki wydawanych klientom.

Oczywistą oczywistością jest, że należy korzystać wyłącznie z tych punktów gastronomicznych, przed którymi stoi kolejka (względnie: gdzie jest pełno ludzi). A i to, jak się okazuje, nie zawsze chroni przed bólem w parę godzin po konsumpcji (no ale dobra: umówmy się, że niepotrzebnie zaordynowałem te kebaby w OSTRYM sosie...).


Trzeba też jednak zdać sobie sprawę z faktu, że chyba tylko handel bronią, prowadzenie banku czy budowa elektrowni są w Polsce równie przeregulowane jak gastronomia. Prowadzi to do sytuacji, w której np. komenda policji państwowej w pewnym mieście na prawach powiatu korzysta z obiadów dla swoich funkcjonariuszy, dowożonych im przez prywatną osobę, działającą poza wszelkimi regulacjami, z domu. I tylko dzięki temu, że tych obiadów żaden SANEPID nigdy nie oglądał, a i Urząd Skarbowy nawet śladu obiadowej woni nie poczuł - mogą one kosztować funkcjonariuszy tylko 9 złotych za trzy pełne, smaczne i sycące dania.

Nikt, kto swoją działalność prowadzi choć w części legalnie i w związku z tym musi ponosić pewne koszty czysto administracyjne - takiej ceny zaoferować nie jest w stanie.

Denuncjuję bo swoją drogą, ten przykład operatywności "szarej strefy" pokazuje, w jaki sposób niemiłościwie nam panujące gosudarstwo samo siebie oszwabia - i samo na wynikającym z tego oszwabiania "dwójmyśleniu" korzysta. Gdyby ci policjanci musieli więcej płacić za żarcie, to rząd musiałby im podwyższyć pensje - albo spotkałby się z ich niezadowoleniem...

Słyszałem też o pewnym zdolnym masarzu, który dorobił się sporej fortuny na swym szlachetnym fachu, obsługując przez kilka dziesięcioleci wszystkie co większe imprezy w swojej okolicy (zaczął jeszcze w Złotej Erze Wegetarian, czyli w latach 80-tych XX wieku) - i przez cały ten czas ani razu nie pofatygował się do żadnej państwowej inspekcji czy urzędu. Jak on się uchował przez tyle czasu? Ano w bardzo prosty sposób. Starannie wybierał klientów. Oferował swoje usługi wyłącznie sędziom, prokuratorom, policjantom (milicjantom wcześniej...), wojskowym i lokalnym politykom.


Jestem pewien, że przynajmniej część z Państwa zna wiele podobnych przykładów...

Przy okazji mamy kolejny dowód na to, że - jak to określił jeden z moich przyjaciół, nota bene też z branży gastronomicznej właśnie - stempelek stacji diagnostycznej nie ma wpływu na pracę silnika. Skoro nasi dzielni policjanci, prokuratorzy, sędziowie, wojskowi i nade wszystko - nasi jakże bezcenni politycy - mogą się całymi dziesięcioleciami zajadać żarciem, które na ŻADNYM etapie produkcji nie widziało SANEPID-u, Inspekcji Weterynaryjnej, nasiennej, czy którejkolwiek z ochnastu innych instytucji jawnych, tajnych i dwupłciowych, powołanych do tego, by strzec obywatela przed zatruciem, to nieuchronnie rodzi się pytanie - a na chuj nam te wszystkie służby..?

"Podstawowy dylemat gastronomiczny" polega na tym, że zbyt gotowych produktów jest mocno niepewny (klienci przyjdą, czy nie przyjdą..?) - podczas gdy podaż zapewnić trzeba. A produkty się psują. To nie sklep z ciuchami gdzie, jeśli nawet cały towar nie zejdzie nim zdąży się zmienić sezon lub moda, to się najwyżej zrezygnuje z połowy 300% marży, zrobi tzw. "przecenę" i klienci koniec końców wszystko wykupią.

Poza alkoholami i kiszoną kapustą praktycznie wszystko, co można oferować do żarcia - psuje się bardzo szybko. Stąd różne wybiegi, a czasem wręcz ordynarne oszustwa - żeby towar "drugiej świeżości" wypchnąć i nie ponieść straty. Właśnie dlatego: nie ma sensu zachodzić do takiej knajpy, gdzie mało kto zagląda (chyba, że nie zamierzamy jeść niczego poza słonymi paluszkami do piwa...).

Poza tym, odnoszę wrażenie, że w Polsce raczej nie ma tzw. "kultury" korzystania z gastronomii. Być może się mylę. Znajomi, o których wspominałem twierdzili, że w lepszych dla siebie czasach, gdy jeszcze nie musieli obcym ludziom gotować, często im się zdarzało wybywać do knajpy zamiast pichcić w domu. Patrząc po liczbie reklam sushi, jaką dostaję na fejsa - też wygląda to inaczej niż w moich własnych wspomnieniach.


Ale jeśli się mylę, to dlaczego w całej Polsce pełno jest przedziwnych jak dla mnie obiektów pod nazwą "dom weselny"..? Czy gdzie indziej na świecie - to pytanie do emigrantów - też wesela i inne większe imprezy urządza się w oddzielnych zupełnie lokalach (typu remiza strażacka czy właśnie "dom weselny") - a nie po prostu w restauracji..?

Jak dla mnie istnienie i wielka popularność "domów weselnych" w Polsce to zjawisko chore. Bo świadczy o tym, że NIE ISTNIEJE POPYT na usługi restauracyjne (poza, być może, centrami wielkich miast, ośrodkami turystycznymi, dworcami kolejowymi i lotniskami...). W związku z czym opłaca się wybudować gdzieś na odludziu zarąbistą chałupę, która przez ponad 200 dni w roku stoi pusta i w której nic się rzez ten czas nie dzieje - tylko po to, żeby w łykendy obsługiwać wesela, pierwsze komunie, chrzciny i stypy... Pomyślcie tylko: gdzie tu sens, gdzie logika..? Inwestując grubą forsę w mury, parkiety, kinkiety, kible i kuchnię - zamykalibyście takie interes na kłódkę przez 3/4 roku, gdyby istniała najmniejsza bodaj szansa, że będzie on na siebie zarabiał..? Skoro jednak tak się właśnie dzieje - to widać takiej szansy po prostu NIE MA.

Co doskonale zgadza się z doświadczeniami moich nieszczęśliwych znajomych. Klient nie jest skłonny wydać więcej niż 5 złotych. A co można zaoferować za 5 złotych, opłacając SANEPID, czynsz za lokal, podatki i sratki..?

10 komentarzy:

  1. oczywiście, że znam gastronomów poza systemem....
    to znaczy, umówimy się, słyszałem o takich....
    ekhmm no dobra powiedzmy, że tylko slyszałem, że znajomy słyszał ;->

    co do tzw. zamknietych sal bankietowych czy domów weselnych na prywatny wynajem to na prowincji jedyna mozliwość na utrzymanie "lokalu gastronomicznego", po pierwsze koszta, po drugie koncesja na alkohol, po trzecie praca dla tego kucharza, którego oczywiście nie znam, czy wreszcie DJa

    (jak komu potrzeba w okolicach Zaglębia Miedziowego - uderzać do mnie! może znajomy znajomego sobie przypomni)

    rynek jest u nas na prowincji tak płytki i tak wydrenowany sieciówkami, dyskontami, itp., że uwierz mi... opłaca się ta inwestycja - mogę napisać o niej coś szerzej u siebie jak będzie czas

    OdpowiedzUsuń
  2. Dopóki mamy w społeczeństwie ludzi, którzy cieszą się ze wszystkich przepisów, obostrzeń, uregulowań, czyli tzw "prawa" (które z prawem nic nie ma wspólnego) będziemy mieli drogie nie tylko jedzenie w knajpach, ale wszystko. Dla zwykłego zjadacza chleba i zupki oczywistym jest, że będzie kupował tam, gdzie dają zjeść dobrze i niedrogo. Ten, co daje byle co, po prostu straci klientów, a do tego wszyscy urzędnicy świata nie są potrzebni. W interesie gotującego jest dbałość o jakość - bez nakazów i zakazów. Mam przyjaciela, właściciela wziętej lodziarni, w której przez okrągły rok czeka się na stolik - SAM z własnej woli zawozi co kilka dni próbkę lodów do badania. [wiadomo, że lody są doskonałą pożywką dla bakterii]. Przepisy każą mu to robić o wiele rzadziej. Są też dziedziny, w których miliony badań lub kafelki po sufit nie są do NICZEGO potrzebne i nikomu nie pomagają. Poza usprawiedliwianiem istnienia zastępów urzędników, oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepisy w Polsce są akurat reatywnie łagodne, drobny problem polega na tym, że jak w każdej banksterskiej republice są nastawione na gnojenie drobnych i łatwą działalność dla wielkich. Na pocieszenie mogę dodać, że w USA jest znacznie gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Poza tym, odnoszę wrażenie, że w Polsce raczej nie ma tzw. "kultury" korzystania z gastronomii. Być może się mylę."

    Nie mylisz sie.
    Moge mowic jak to jest w krajach, w ktorych bylam/mieszkalam:
    USA - w domu rzadko ktokolwiek cokolwiek gotuje, jesli juz to grill. Normalnie jada sie na miescie. Argentyna - podobnie. Co prawda tradycja weekendowego asado z rodzina trzyma sie mocno, ale lunch czy mniejsze posilki w tygodniu jada sie na miescie, dzien zaczyna od kawki z rogalikiem w kafeterii na rogu...knajp, kafeterii, barow, bistrów jest tu zatrzęsienie.
    W Australii podobnie jak w USA. U azjatow z kolei przy kazdej wiekszej ulicy tony budek z zarciem, jak ktos ma wiecej miejsca, stawia stoliczki i miejscowi tam jedza..

    Wesela i wieksze imprezy w USA na ogol urzadza sie w hotelowej restauracji (zeby przyjezdni nie musieli nigdzie biegac), jesli sklad gosci miejscowy, to w ulubionej restauracji. Czasami moze to byc np. winery (w Kalifornii) albo podobne miejsca.
    W Argentynie narazie na zadnym weselu nie bylam, to nie wiem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Prowadząc jakikolwiek biznes właściwie nie da się spełnić wszelkich regulacji prawnych. Ja działam w branży, w której absolutnie nie da się całkowicie dostosować do prawa, bo by się przestało istnieć, szczególnie że przepisy i ich interpretacje są sprzeczne ze sobą. Co zrobić, poddać się? Jest jeszcze trzecia droga: Prawo jest tak skomplikowane, że nie są w stanie go przestrzegać, co więcej nie znają go, instytucje kontrolujące przedsiębiorcę. Wystarczy więc zatrudnić prawnika, chociażby na czas jakiejś kontroli, czy postępowania przeciwko przedsiębiorcy, który będzie miał większą wiedzę niż kontrolujący. Sprawa załatwiona - mówię z praktyki. Do tego takie starcie urzędników z wykwalifikowanymi prawnikami odstrasza ich dożywotnio od przeprowadzania kontroli w takiej firmie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podsumowałbym obecną sytuację rzekomo chińskim przysłowiem: Prawo jest jak płot - żmija zawsze się prześliźnie, tygrys zawsze przeskoczy, a bydło przynajmniej się nie rozłazi, gdzie nie powinno.

      Usuń
  6. Szkoda, że jedzenie poza domem wiąże się u nas ciągle z ryzykiem dolegliwości żołądkowych o różnym tylko nasileniu. Może wynika to z faktu, że knajpę może u nas mieć każdy. I dobrze bo przecież sami chcieliśmy swobody w prowadzeniu działalności gospodarczej. Wybór lokalu gastronomicznego zależy wprawdzie od nas, jednak zwykle o jego słuszności przekonujemy się zwykle za późno. Ryzyko jedzenia na tzw mieście jest ciągle duże. Zatem może mniej wyszukane danie wykonane własnoręcznie w domu jest ciągle bezpieczniejszym wyborem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż... Jeśli przed pójściem do kina potrafimy poczytać recenzje filmu w internecie, a przed pójściem do restauracji -- już nie, to sami jesteśmy sobie winni.

      Usuń
  7. Idąc ulicą w Hiszpanii, niestety od razu rzuca się w oczy, że w Polsce tzw. kultura gastronomiczna nie jest powszechna, raczej się zdarza i jesteśmy wtedy zaskoczeni, że smacznie i niedrogo... co tu jest normą

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...