wtorek, 15 października 2013

Końskie mięso i inne luźne uwagi...

Zapowiedział się nam na wczoraj południe Miły Gość. Przygotowałem się tedy. Po niedzielnej imprezie posprzątałem. Świeży bimberek zmroziłem. Dynię przytoczyłem bliżej drzwi strychu. Grzybków pozbierałem mało - wiele...

Bo wiele grzybków nie ma: za to żona M. (nie odwiedzili nas w niedzielę, tłumaczyła że przez nadmiar roboty, ale podejrzewam, że już jej pijaństwo męża dojadło...) znalazła wreszcie skup nieopodal. O tym osobno napiszę, jeśli jeszcze kiedyś się tam wybierzemy.

No więc - przygotowałem się. Przygotowania skończyłem, a że byłem nieco zmęczony po niedzieli (nie, nie! Wcale nie chodzi o kaca! Ale częścią imprezy było przenoszenie kilkukrotne ciężkich beczek - od czego plecy mnie rozbolały... No dobra: lekki światłowstręt też miałem!) - to siadłem sobie na ławeczce z książeczką (nijakiego Siergieja Siniakina: w sumie polecam! Literatura rosyjska, nawet popularna, jak żadna inna ma szczęście do talentów umiejących dokonać rzeczy niemałej - uchwycić banalność zła. Takiego zła małomiasteczkowego, czynowniczego, nie z jakichś patetycznych, demonicznych podszeptów wynikłego, tylko ze zwykłego wygodnictwa, tchórzostwa, rozlazłości. Zła na miarę jakiegoś "Akaka Akakowicza" - niemała to rzecz i trochę niewygodna, zwłaszcza dla czytelnika. Zło patetyczne, wielkie, przerysowane - przez to wydaje się bezpieczne, że trudno o jego przejawy w życiu codziennym. A takie zło banalne - oj, to jakby o samym sobie czasem człek czytał...).


Słoneczko wyszło, w plecy mnie grzało, koćkodan pętał się pod nogami - ogólnie: nie było źle.


Niestety: w południe Miły Gość się nie zjawił, zadzwonił tylko, że się źle czuje. Co było zrobić? Byłbym zły, bo mógłbym z góry wiedząc, że nikt w południe nie przyjedzie, pojechać na porębę i młode brzózki rżnąć (a już mi niewiele do dorżnięcia zostało). Że jednak i tak słabowałem, to w sumie dzień wolny - nie był rzeczą złą. Więc tylko bimberek na strych zapakowałem, dynię na miejsce odtoczyłem, grzybki do wiadra złożyłem - jeśli się nie zepsują do momentu, aż żona M. własnych nazbiera i do skupu jechać będzie chciała, to i moje tam sprzedam. A jak się zepsują - mówi się trudno...

Resztę dnia mogłem się już spokojnie leczyć z niemocy!


Aż tu pod wieczór, kiedy jak raz niemoc zaczęła mi wreszcie przechodzić, na forum Re-volta.pl pojawił się wątek o Funduszu Promocji Mięsa Końskiego. Coś tam podyskutowałem, ale nie dlatego o tym w tej chwili wspominam. Otóż - dziś rano przyszła mi do głowy pewna myśl na marginesie tego tematu.


Tabu zakazujące jedzenia koniny to germański przesąd. W Polsce rozpowszechnił się dopiero niedawno - w ciągu ostatnich 30 - 40 lat mniej - więcej. Czy można sobie wyobrazić lepszy dowód na siłę oddziaływania niemieckiej kultury..? Co ciekawe, mnóstwo jest takich (jak choćby, daleko nie szukając, nie kto inny jak sama pani Szyłogalis!), którym nie tylko wydaje się, że owo tabu jest czymś odwiecznym i oczywistym - ale wręcz: podnoszą je do rangi swoistego "testu na patriotyzm". Czego patetyczno - płaczliwe teksty rzeczonej pani Szyłogalis najlepszym są dowodem.


He, he, he..! Uleganie niemieckiemu zabobonowi - testem na polski patriotyzm, tak..? Można sobie wyobrazić coś zabawniejszego..?

Poza tym, będąc (zwłaszcza rano) nieco cierpiącym - uległem w naszym wiejskim sklepiku zadziwieniu. Zadziwiła mnie mianowicie pani, dokonująca zakupów przede mną. Która kupowała tam nie tylko chleb i piwo, ale też: budynie, mąkę, wędliny rozmaite wielu rodzajów, rajstopy, słodycze, owoce, olej, makarony, ser, no - jednym słowem - normalne, tygodniowe zakupy dla rodziny.

Jak to możliwe, że ktoś dokonuje takich zakupów w wiejskim sklepiku, skoro Jeronimo Martins dał nam w tym celu "Pierdonkę"..? Przecież to się nie ma prawa kalkulować..! Nawet z dojazdem do Warki - w "Pierdonce" wyjdzie sporo taniej... Czyżby TO WŁAŚNIE miał być prawdziwy test na patriotyzm..?


Po raz drugi uległem zadziwieniu lecząc się w chatce z niemocy, gdy Lepsza Połowa wrzuciła na ekran  tzw. "pudła", czyli telewizora swój ulubiony kanał "Kuchnia+". Akurat parę razy pod rząd leciał ten facet:


Jak to możliwe, że taki się do telewizji załapał, ewidentnie zajmując miejsce które, zgodnie z MOIM pomysłem sprzed paru lat - winien zająć Wojtek Majda? Przecież kolega Wojciech byłby 10 razy lepszy w te klocki..! A wymowa programu, "po linii i po bazie" jak najbardziej właśnie taka, jak wtedy proponowałem (link)...

Pamiętam, że jeszcze coś mnie wczoraj zdziwiło - ale co to było, to już mi umknęło w odmętach zapomnienia.

No nic: dzisiaj już trzeba się zebrać do kupy, wziąć w garść, łupy w juki, dupę zaś w troki - i, jak tylko mgła poranna się trochę przerzedzi, pojechać rżnąć. Względnie - zbierać tarninę, której nam teraz bardzo dużo potrzeba (a znamy takie miejsce, znamy...).

1 komentarz:

  1. Fundacja VIVA kolejny raz skutecznie atakuje - Makro wycofuje zafoliowane prosiaczki z oferty. Czy krzykliwa mniejszość ostatecznie pozbawi nas mięsa na stole? A może teraz przesadzili i trend się odwróci?

    http://czaplicka.eu/kryzys/prosiaczki-makro-cash-and-carry
    http://www.hotmoney.pl/Makro-wycofuje-mrozone-prosiaki-Klienci-oburzeni-a32226

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...