środa, 30 października 2013

Dlaczego nie lubię jeździć w nocy..?

Bo wtedy od razu widać, że nie wszystkie światła mi się świecą. A przygodny kontakt z patrolem stojącym przy drodze mógłby być chwilowo nader katastrofalny w skutkach! To raz.

Dwa, że choć normalnie widzę po ciemku całkiem dobrze (a w każdym razie, na kurzą ślepotę się nie skarżę...) - to te światła z przodu... łeee! Po paru godzinach łeb zaczyna napierdalać, oczy same się zamykają - no masakra, masakra...


Trzy, że w nocy ruch wprawdzie mniejszy, ale czegoś - więcej wariatów. Którzy albo mrugają mi długimi z tyłu, albo trąbią. A ja się denerwuję. Bez sensu. Że nie wszystkie światła mi się świecą przecież sam wiem. A że, ich zdaniem, za wolno jadę..?

A jedź sam szybciej na łysych i nie trzymających profilu kapciach, baranie jeden! Nie mówiąc już o wyprzedzaniu na ciągłej, czy grzaniu setką po terenie zabudowanym - w czasie, gdy przygodny kontakt z patrolem... i tak dalej, nie muszę chyba powtarzać..?

Cztery - bo w czasie takich wycieczek ZAWSZE coś się wydarza. Co było rok temu - nie trzeba powtarzać, sami dobrze wiecie.

Latem z kolei - aż tak dramatycznie nie było - ale jedna taka nocna wycieczka do Warszawy i z powrotem i chłodzenie w samochodzie znowu było do remontu.


Tym razem samochód CHYBA się nie zepsuł (bardziej niż był - lewe przednie długie które czasem się świeci, a czasem nie, co - jak mi się wydawało, przed wyjazdem naprawiłem, wciskając na sztywno poluzowaną wcześniej na skutek poprzedniego wypadku żarówkę - po powrocie okazało się całkiem ślepe: i ch..j jeden wie, czy to tylko żaróweczka H4, czy jednak - awaria elektryczna, skoro prawej tylnej pozycji też nie jestem w stanie nakłonić do współpracy mimo wymiany zarówno żarówki, jak i bezpiecznika..?). Za to wracając, około pierwszej w nocy, już na samym początku naszego Wielkiego Padoku zobaczyłem... leżący na ziemi pastuch!

Że jak raz dzień wcześniej Lepsza Połowa wdała się przy zganianiu koni w dyskusje z jakimś zatrzymanym przez nasz przepęd kierowcą (a podejrzanie wyglądał - z przyczepką taką takuteńką jak ta, którą ukradzione u nas słupki wyjechały, po śladach sądząc...) i coś wspomniała o cenach naszych koni - to pierwsze skojarzenie było drastyczne: złodziej, koniokrad, jak nic - koniokrad...

Na szczęście nie. Czy to wiatr. Czy to byt dwunożny nieopierzony a złośliwy. Czy to wreszcie byt czterokopytny ofutrzony (nadmiernie: mam wrażenie, że przez te zimowe futra to ich już coś prąd za mało kopie...) - w każdym razie: coś, jakaś siła, złamała narożny izolatorek i w ten sposób taśma pastucha znalazła się na ziemi.

A skoro znalazła się na ziemi - to jakżeż mogło Małe Złe, Ukochana Córa Szatana (tym razem w towarzystwie Najmniejszego Złego, czyli, jak łatwo sobie policzyć w głowie: Ulubionej Wnuczki Belzebuba...) nie wyleźć i nie pobroić przy chatce? Robiąc burdel na stoliku z narzędziami (to dopiero rano zobaczyłem...) i dobierając się do marchewki?


Chyba była wręcz zbulwersowana faktem, że nikt od razu z chatki nie wyszedł i jej nie złapał. Bo jak zapaliłem wszystkie światła, naprawiłem jakoś ten narożnik ogrodzenia (po ciemku - nomen omen - bo się właśnie skończyły baterie w latarce...) - sama podeszła do bramy Wielkiego Padoku, żeby ją do stada dołączyć...

Miałem jakieś plany na dzisiaj, ale już żegnając się z Lepszą Połową na Zachodnim zastrzegłem, że do d..y z tym wszystkim - odsypiam. Niezbyt mi się to udało. Wprawdzie po napojeniu i nakarmieniu stada (o 6.00 NOWEGO czasu - co im się nie spodobało, ale już nikt poza wyznaczoną strefę zamkniętą tym razem nie wyszedł...) nawet się na chwilę położyłem z powrotem do łóżka. Ale koćkodan chrapał. Telefon dzwonił. No - nie dało się, nie dało.

Po drugim kielonku domowej roboty jabłkówki - nawet udało mi się ogolić i nie pociąć mordy.

A tak naprawdę i po piąte - to nie lubię takich jazd, bo potem zostaję tu sam i jest smutno i źle i łeee...

9 komentarzy:

  1. Co tu dużo gadać, dwie dychy się należą :)

    OdpowiedzUsuń
  2. idioci oslepiający światłami i trabiący mnie też osobiście wku...

    kiedyś zaliczyłem fajną przygodę
    jeden baran to robił, to mu jeszcze bardziej zwolniłem
    ten dał ostro rurę i mnie wyprzedził
    za najblizszą górką patrol i migające niebieskie światła
    oj zapłacił baran, zapłacił

    i tak sie kończy jak debile w SUV-ach pogrywają z CB-radiowcami, którzy zawsze na trasie wiedzą więcej

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój kolega wysiadł z promu i jadąc w stronę Łodzi za rogatkami Gdańska władował się na ''lotny patrol poboru opłat'' rejestracja samochodu i koniowozu - j heretycka--będę udawał Szweda .Uśmiechnął się niezbyt mądrze i udaje że nie rozumie o co może być zatrzymany .policjant troszkę zmieszany wydukał:papiren Heniu na podredziu miał plik dokumentów kupna auta -format A4 wszystko po szwedzku-policjant popatrzył i konsternacja Heniu uśmiech i próbuje zagadać po angielsku-policjant ;ty englisz englisz kurwa woniej jedź -oddając papiery i machając ręką
    Pokaż profil

    OdpowiedzUsuń
  4. He he... zrób 1800 kilometrów w ciągu 24 godzin ;-))) Jako jedyny kierowca rzecz jasna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiłem (co prawda już nie pamiętam, ile tych kilometrów było, ale 24 godziny za kółkiem - a i owszem, czemu nie?): http://boskawola.blogspot.com/2010/04/24-godziny.html

      Usuń
  5. Zastanawia mnie z czym można się w tym akurat poście nie zgodzić..?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że ja oczywiście nie przepadam za jazdą KONNĄ w nocy ;)

      Usuń
    2. Ale to nie powód, żeby spamować...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...