piątek, 18 października 2013

Córa Szatana i Boćwiniarze

Ukochana Córa Szatana, Małe Złe, Maleństwo - znowu w akcji!

zdjęcie jest z 6 września, żebyście sobie nie pomyśleli, że mamy dziś tak ładną pogodę, co to, to nie..!

Ostatni raz przed czasem kolacyjnym (który, na skutek skracania się dnia przesuwa się, niestety, coraz to bliżej "czasu obiadowego" - już wkrótce, to znaczy zapewne po tej idiotycznej zmianie czasu, będziemy musieli zatem zracjonalizować pory końskich posiłków...) rzuciłem okiem na stado przed godziną 15.00, kiedy skończyłem prace przydomowe (o których poniżej).


Stado pasło się w centralnej części Wielkiego Padoku, stopniowo migrując w kierunku Dzikiego Zachodu. A rzuciłem na nie okiem, bo któryś rżał. Jak się okazało, rżała była właśnie Ukochana Córa Szatana, Małe Złe, Maleństwo.

Doszedłem do wniosku, że musiało się jej coś przyśnić - bo ewidentnie drzemała w czasie, gdy stado zdążyło się od niej nieco oddalić. Żadnych więcej niepokojących sygnałów nie było, więc zająłem się kąpielą (nawet była ciepła woda...), obiadem, Henningiem Mankellem i niewesołą rozmową z Lepszą Połową, którą właśnie wzięło na rozpatrywanie naszej życiowej mizerii i mojego nieudacznictwa w związku z faktem, że ani roboty znaleźć nie potrafię, ani nawet takich fajnych źrebaków sprzedać...

Zajęło nam to szczelnie czas do godziny 18.30, kiedy to było już prawie kompletnie ciemno i, chcąc nie chcąc, trzeba było iść po konie. Na szczęście, nie jest to skomplikowane, bo Knedlik, jak na czeskiego ogiera przystało, waruje pod bramą na dłuuugo przed każdym posiłkiem - a jego żony i dzieci, jeśli nawet nie stoją tam razem z nim, to szybko przychodzą, wezwane donośnym rżeniem, gdy otwieram bramę (Knedlik sam, pierwszy, przed kobyłą, bramy nie przekroczy - chyba że latem, gdy bardzo, ale to bardzo chce mu się pić...).

Tak było i tym razem. Z jednym wyjątkiem. Przeszła Melesugun. Za nią Knedlik z Mijankiem. Potem Osman Guli z Ostowarem. I, na końcu - samotna Madeszir...

Ukochanej Córy Szatana, Małego Złego, Margire - brak!

Hipoteza pierwsza: zachorowała, leży gdzieś na Wielkim Padoku, lub nawet stoi, ale izoluje się od stada.

Wróciłem prędko do chatki po komórkę i latarkę, po czym obszedłem Wielki Padok po spirali, to jest - najpierw wzdłuż ogrodzeń, a potem w środku. Na 95% żadnego konia nie było. Nie mamy tu ani wilków, ani żmij, a trudno sobie wyobrazić taką chorobę, żeby zdrowy koń w trzy i pół godziny zszedł i leżał w jakimś wykrocie Dzikiego Zachodu żadnych znaków życia nie dając..!

Hipoteza druga: wylazła pod pastuchem i szwęda się po okolicy.

To by się nawet do pewnego stopnia zgadzało, gdyż ostatnio już dwa razy tak zrobiła. Jednak udało jej się to, gdyż ukruszyła się ze starości końcówka kabelka i przez jakiś, bliżej nieokreślony czas pastuch nie działał z braku uziemienia (naprawiłem to w minioną niedzielę). A także dlatego, że zaśniedziała/zardzewiała (bo tam z jednej strony drucik miedziany, a z drugiej - stalowy...) druga końcówka kabelka i impuls był słaby. Gdy tę wadę poprawiłem i sprawdziłem skuteczność pastucha organoleptycznie, przytykając doń łapę - tak mnie kopnął, że aż mi kapcie spadły, a w oczach świeczki zabłysły..!

Oczywiście - wszystkich przęseł po kolei w ten sam sposób nie sprawdzałem. Zawsze może się gdzieś uziemiać.

Poza tym, gdy wyszliśmy po konie - mżyło. Nie wiadomo od jak dawna. Przy dużej wilgotności szansa, że prąd ucieka gdzieś w ziemię jest większa...

Tak, czy inaczej jednak - brak konia w zasięgu wzroku prowadził do dylematu. Jeśli wylazła wkrótce po tym, gdy ją straciłem z oczu, to może być już bardzo daleko. Ale przez te trzy godziny z górką - wymię zaczęło by jej ciążyć i powinna sama szukać źrebięcia, żeby się tego ciężaru pozbyć. Czyli: powinna być w pobliżu stada - czyż nie..? Tak samo, jak w razie, jeśli wyszła dopiero przed chwilą (być może - w tym właśnie momencie, gdy już odłączyłem prąd, a jeszcze nie otworzyłem bramy..?). Chyba, że zabłądziła (nieprawdopodobne, do tej pory tylko jeden raz jej się to zdarzyło - gdy przeszła za stadem pobliski kanałek odwadniający, a potem bała się wrócić brodem...). Albo - i tu pojawia się hipoteza trzecia, do której wrócę niżej: ktoś ją ukradł..?

Tak więc, tak czy inaczej - zaginiony koń musi być blisko. Chyba, że ktoś ją wziął za kantar w czasie tego szwendania i gdzieś odprowadził. Jednak śladów pieszego na naszej piaszczystej drodze nie znalazłem. Do przyczepy - jakiejkolwiek (kompletnym szaleństwem byłoby zakładać, że jak raz przypadkiem przejeżdżała tędy bookmanka... To się jeszcze nigdy przez cały czas naszego tu zamieszkania nie zdarzyło..! Jedyny taki pojazd ma nasz sołtys - ale i ten jest bez dachu, a poza tym: po co miałby nań ładować Margire, którą przecież zna..?) - tak od razu i bez hałasu by nie wsiadła.

Zresztą - kantar ma słaby, odziedziczony po Knedliku, jedno szarpnięcie i jest wolna...

Jedyna zatem możliwość: koń jest blisko.

Co innego jednak założyć sobie w drodze dedukcji, że koń MUSI być gdzieś blisko - a co innego po ciemku i w padającej z krótkimi przerwami mżawce tego konia znaleźć..!

Lepsza Połowa ze świeczką wyszła (skoro ja latarkę zawłaszczyłem...) i po chaszczach szukała - bez rezultatu. Samochodem kwadrat piaszczystych dróg objechałem - tak samo. W końcu z latarką i uwiązem zająłem się tym, co powinienem zrobić zapewne od początku - systematycznym przetrząsaniem okolicy. Jakoż i trafiłem na konia, cicho i spokojnie pasącego się na wysokiej, choć już z lekka przywiędłej trawie - nie więcej niż 50 metrów od chatki, bo tuż za naszym starym, eksperymentalnym ogródkiem, u południowo - wschodniego krańca Lasku Centralnego.

Uff...

Obniżyłem pastucha tam, gdzie wydawało mi się, że jest za wysoko i Małe Złe może zbyt łatwo go sforsować. Ale czy coś to da..? Po Ukochanej Córze Szatana wszystkiego można się spodziewać...

Jedyna pocieszająca wiadomość polega na tym, że chyba odsadzenia matki i córki nie będzie trudne. Bo jakoś z rozpaczy za sobą przez ten czas nie szalały..!

Dzień wczorajszy był po większej części obrzydliwy. Ohydna, gęsta mgła utrzymała się aż do południa. Wszystko aż ociekało wilgocią. Mimo to, porąbałem (wiedząc, z prognozy pogody, że w nocy ma padać), co tam miałem przywiezione przez poprzednie dni z poręby - i naprawdę niewiele już brakuje do zapełnienia naszej wiaty na opał:


A potem wyciąłem wierzby, 


które odrosły przez wiosnę i lato na naszym przyszłym "orzeszniku":


tymczasowo zajmowanym przez "trzy siostry": kukurydzę, fasolę i dynię (fasola, ze sklepu wzięta, padła - zostały więc "dwie siostry", z których kukurydzę konie zjadły, a dynię niedawno zebraliśmy) oraz buraka liściastego.

Burak liściasty wyszedł nam dorodny:

pokrywka od obiektywu służy za punkt odniesienia

Niektóre z tych liści są tak wielkie, że nie mieszczą się Lepszej Połowie w zlewie kuchennym. Dałoby się je zamiast kapelusza na głowie nosić!

Poza tym, roślinka okazała się fenomenalnie wprost odporna na przymrozki. Żyjemy tedy jak na prawdziwych boćwiniarzy przystało, smaczną i pożywną zupą posilając się często. Serdecznie polecam!

Dzisiaj jest jeszcze bardziej wilgotno. Normalny, regularny deszcz pada. Zobaczymy jeszcze, co będę robił jak się rozwidni (konie już od 5.00 pod wiatą - zlitowałem się nad nimi i wpuściłem do suchego jak tylko otwarło mi się oko...). Na pewno w planach na najbliższe dni jest oczyszczenie z chaszczy tego kawałka gruntu, pomiędzy przewyższeniem terenu, którym idzie nasz kabel elektryczny, a wyjeżdżoną drogą:


aż pod tę dorodną brzozę:


Tym razem chciałbym powyrywać młode drzewka z korzeniami tak, żeby nie odrastały. Przez zimę będziemy w tym miejscu składować wywiezione spod wiaty guano - aż zniknie dołek, a w postały, żyzny humus będzie można na wiosnę coś posadzić. Raczej coś ozdobnego, bo to w końcu wjazd? Może słoneczniki..? Pomyślimy...

5 komentarzy:

  1. O urozmaiceniu potraw z buraka liściowego możesz przeczytać tam : http://krycor.blogspot.com/2013/10/szpinak-dla-ubogich-sjesta-i.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Może taka rozrywka dla koniowatych: http://demotywatory.pl/4222640/Tak-gra-nasza-reprezentacja

    OdpowiedzUsuń
  3. Taaa, ja wiecznie szukam... (i tu powinnam wkleić pięć linków conajmniej, ale się wstrzymam)

    OdpowiedzUsuń
  4. szukanie koni w nocy, to była jedna z naszych ulubionych rozrywek : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę minut po piątej rano obudziło mnie donośne chrupanie zza chatki. To Małe Złe przyszło wyżerać jabłka, które sobie tam w skrzynce leżą...

      Muszę tego pastucha dzisiaj całkiem przebudować...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...