poniedziałek, 2 września 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 12 - wino z kwiatów czarnego bzu

To chyba pierwszy raz gdy nasze wino lepiej pachnie niż smakuje! Zapach, jak to w młodym winie podszyty wprawdzie jeszcze drożdżami, obiecuje wiele: są w nim nuty miodowo - kwiatowe, tak pachnie lato na wsi!

Niestety, smak jest całkowitym tego wrażenia zaprzeczeniem: słodkie jak ulepek, prostackie, toporne. Nic dla zmysłów! Kolor na razie mętny:


ale to się dość szybko poprawi, byle tylko osad wzburzony podczas rozlewania osiadł na dnie butelek (i byle ich potem nie trząść...).

To wino musi sobie jeszcze dłuuuugo postać w ciemnym kącie naszego strychu. Wrócimy do tematu najwcześniej za pół roku...

Jedyne co mnie pociesza w tak paskudnych okolicznościach przyrody (prognoza pogody ZNOWU się nie sprawdza: miało było padać od południa, a tylko wieje, straszy i chmurzy, bez poważniejszych na razie, hydrologicznych konsekwencji...), to Lepszej Połowy nalewka z aronii:


Druga edycja trunku, który już ongiś wychwalałem. Tym razem, "rozpuszczalnikiem" do owoców zdziczałej aronii, rosnącej pod linią wysokiego napięcia, tuż obok Wielkiego Padoku (rok temu albo nie obrodziła - tym się może też i jej zdziczenie objawiać, że nie co rok owocuje - albośmy jej w godnym Amazonii gąszczu, który tam rośnie, nie znaleźli - i stąd dwuletnia w edycjach trunku przerwa...), oraz 400 (dokładnie! No dobra... trochę "na oko"...) liści wiśni był prezent od Miłego Gościa. To pierwsze z całej serii planowanych jego użyć - i buteleczka tego płynu na Gościa czeka w ramach "dziesięciny"!

Zapaszek odrobinkę "swojski" tym razem - ale to mało przeszkadza, grunt że smak i kolor - jak należy.

Obiecywany deszcz, jak już wspomniałem, spóźnia się haniebnie. Oczywiście, z góry tego wiedzieć nie mogliśmy, więc pracowaliśmy rano w stachanowskim tempie. Lepsza Połowa, oprócz rozlania wina z kwiatów czarnego bzu i przygotowania soku na wino z owoców, zdążyła też zrobić i wysuszyć (na silnym wietrze...) generalne pranie. A ja uporządkowałem północną część Lasku Centralnego, kasując jeden irytujący wiatrołom i jedną irytująco krzywą i sparszywiałą sosenkę. Wyszły z tego dwie taczki drewna i wielka kupa gałęzi: sosnowe trafiły na ognisko, a topolowe - na padok zimowy, bo konie uwielbiają je obgryzać, więc będą miały co robić JEŚLI faktycznie spadnie deszcz i JEŚLI przyjdzie je nam z tego powodu zabrać z pastwiska.

W sumie niby nie ma o czym mówić. Normalnie zrobiłbym to w pół godziny. Ale do Lasku przecież nie da się wjechać samochodem, wszystko trzeba było nosić ręcznie, względnie taczką - i się zeszło, mimo pośpiechu.

A skoro południe minęło i wciąż nie padało - to podskoczyłem jeszcze i do biblioteki. W związku z czym rano będzie bardzo poważny i filozoficzny tekst. Jeszcze nie wiem o czym. Może o Norwidzie. A może o Platonie. A może o podróżach kosmicznych. Lub o wszystkim po trochu...

2 komentarze:

  1. 2 fermentacja po zlaniu znad osadu poprawiłaby smak.
    Zlewa się wino znad osadu i wlewa je z powrotem do baniaka, oczywiście czystego, w razie konieczności dodaje się cukru lub wody. Czeka się kilka tyg. aż zupełnie przestanie wypuszczać powietrze (mniej niż raz na 30min.). Dopiero wtedy jest gotowe do rozlania do butelek. Każde wino powinno to przejść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brak mi naczyń. Ale z czasem będę doskonaliłem technologię...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...