wtorek, 3 września 2013

Norwid poczeka...

Tym bardziej, że od tak dawna już nie żyje, prawda..? Zabrałem się wprawdzie wczoraj za tom (tomiszcze, cegłę, zabić tym można zwłaszcza, że w twardych okładkach...) jego poezji, który zresztą dawno temu chyba już czytałem, z wielkim zapałem.

Nie da się jednak przecież czytać tego ciurkiem, jak Kołakowskiego, czy innego romansidła, nieprawdaż..?

Tym bardziej, że nastrój miałem wczoraj, jak już zapewne Państwo dobrze wiecie, mniej więcej taki:

Dzikie smutki, jak kolcem najeżone głogi,
Obrosły tego życia jałowe odłogi,
Chmury niebo zakryły - a jeśli na chwilę
Słońce ciemny horyzont uśmiechem pozłoci,
To ten uśmiech znikomy trwa zaledwo tyle,
Ile kwiat czarodziejski tajemnej paproci

I jak to sobie czytałem to owszem, do czegoś mnie to inspirowało. Ale do czego..? Nie pamiętam...



Nasze stado przy porannym wyganianiu na pastwisko po śniadaniu i rannym pojeniu.
Ranek, po prawdzie, wstał bardzo piękny...

Oraz Ostowar z matką już na pastwisku

Większość popołudnia i wieczoru (padać nareszcie zaczęło, jakeśmy już w łóżkach leżeli: zastanawialiśmy się przez czas pewien, czy nie wstać i nie pójść zebrać stada z pastwiska - lenistwo jednak zwyciężyło i dobrze. Opad nie był ani w połowie tak intensywny, jak to prognoza pogody zapowiadała - sądząc po jego efektach...) czytałem jednak Eugeniusza Dębskiego "Krucjatę".

Czytałem - i irytowałem się (jakbym nie był już dostatecznie zirytowany...). Nasz fantasta odkrywa rzecz na zdrowy rozsądek oczywistą: istotą podróży kosmicznych (hipotetycznych rzecz jasna, bo jak na razie na żadne się zanosi, z całkowicie pozatechnicznych względów zresztą...) jest kosmiczna... NUDA!

Tylko w prymitywnych "space operach" bohaterom ciągle coś się dzieje. Tak naprawdę przy technologiach dostępnych w tej chwili - nic by się uczestnikom takiej wyprawy nie działo przez wiele pokoleń. A nawet, gdyby udało się rozwiązać wciąż niepokonane trudności techniczne i dzięki na przykład, napędowi anihilacyjnemu, osiągnąć przyświetlną prędkość podróżną - to i tak, choć "czas pokładowy" skróciłby się dzięki temu bardzo znacznie - nawet podróż do najbliższych godnych uwagi gwiazd trwałaby wiele lat.

Wiele lat, podczas których jedynym, co mogłoby ewentualnie zająć załogę byłaby sama załoga - ewentualnie: jakaś nieprzewidziana katastrofa.

Statek, który wymyśla pan Dębski, podróżuje wręcz nadświetlnie. Co i tak nie chroni załogi przed nudą - w końcu, Kosmos składa się główie z pustki, a co może być nudniejszego..?

Zajęcie się w tej sytuacji jakimś rodzajem psychodramy (w tym przypadku: kręceniem serialu fantasy...) jest dość oczywistym rozwiązaniem, kiedy ma się całe lata wolnego czasu, z którym absolutnie nic pożytecznego zrobić nie można.

No i fajnie, tylko czemu służą te wszystkie udziwnienia? I jak to się dzieje, że autor powieści o nudzie bohaterów opowiada... nudno..? Eeech...

O tym, że eksploracja Kosmosu jak najpośpieszniejsza i jak najszerszym frontem to rzecz pilna, być może najpilniejsza z wyzwań, jakie przed naszą cywilizacją stoją, już kiedyś pisałem, choć krótko. Opinia taka spotyka się z zasady ze zrzędzeniem całych tłumów internetowych malkontentów, co to uważają, że "najpierw trzeba rozwiązać problem braku mieszkań", czy temu podobne bzdury - a dopiero potem, brać się za kolonizowanie odległych planet.

Że to są bzdury, to i Dębski w tej swojej nieudanej skądinąd powieści przyświadcza: jego ludzkość właśnie wszystkie problemy materialne rozwiązała, "problemu mieszkaniowego" nie wyłączając - i jest to powód, dla którego JUŻ NIE MOŻE w żaden Kosmos polecieć (bo skoro wszystkim jest tak dobrze, że lepiej już być nie może, to i nie chce się niczego chcieć - a już najmniej: narażać się na nudę i niewygody...) i musi w tym celu używać wskrzeszonych odmrożeńców z XX wieku.

Jeśli człowiek ma w ogóle lecieć w Kosmos, to nie dlatego, że jest mu dobrze, tylko całkiem przeciwnie - z biedy, z niedostatku. Lecieć zatem powinien jak najszybciej, bo ani biedy, ani niedostatku na razie nam nie brak - a zarazem, wciąż jeszcze mamy pewien niewielki nadmiar środków, który da się w taką ratującą życie przed ewentualną zagładą ekspedycję zainwestować.

Dlaczego taka ekspedycja może nas uratować przed zagładą, to chyba nie muszę tłumaczyć..? Nie należy wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka zwłaszcza, gdy dziurawy i rączka mu się urywa - a takim dziurawym koszykiem z urwaną rączką jest nasza stara, biedna Ziemia...

Niestety: wydaje się to być w tej chwili poza zasięgiem ambicji Wielkich - a jedyne, co owi Wielcy w kwestii Kosmosu robią, to pilnują starannie, żeby im się przypadkiem jakaś mniejsza (a jeszcze nie daj Panie Boże prywatna...) konkurencja do interesu ze szpiegowskimi satelitami i systemami nawigacyjnymi nie wcinała. Przynajmniej: nie za bardzo...

Może, jeśli dojdzie do jakiegoś odnowienia zimnej wojny i wyścigu zbrojeń między czołowymi mocarstwami..? Cała nadzieja w Chińczykach..!

Jeśli już by miało dojść do jakiejś dalszej ekspedycji - to rozwiązanie problemu nudy wydaje się w rzeczy samej, sprawą dla jej powodzenia najważniejszą. Ważniejszą nawet niż napęd czy osłona przed kosmicznym promieniowaniem. Awaria napędu lub napromieniowanie mogą zniszczyć ekspedycję. Nuda zniszczy ją NA PEWNO - jeśli nie uda się jej jakoś opanować...

Dębski, proponując psychodramę idzie bodaj za Ziemkiewiczem, który też coś takiego ongiś postulował.

Zastanawiam się jednak, czy nie dałoby się tego problemu rozwiązać prościej i z większą precyzją..?

Wedle dostępnych w tej chwili obliczeń i symulacji, statek napędzany energią anihilacji nawet, gdyby używał czegoś w rodzaju "silnika strumieniowego", po osiągnięciu odpowiedniej prędkości większość potrzebnej do utrzymania reakcji materii wychwytując z próżni - i tak musiałby być bardzo wielki.

O rozmiarach porównywalnych z wielkością i masą Księżyca.


Taką "kosmiczną arkę" można zaludnić załogą na tyle liczną, by sama sobie dostarczała już zajęcia niejako automatycznie - bez konieczności dostarczania jej zewnętrznych bodźców (których, zasadniczo, przez większość podróży i tak nie będzie...). Trzeba tylko zadbać o to, żeby to "zajęcie się sobą" nie było aż nadto intensywne, to jest - żeby się mieszkańcy "kosmicznej arki" nie wymordowali. Przynajmniej - żeby tego nie zrobili przedwcześnie!


Platon uważał, że jego idealne państwo powinno liczyć dokładnie 4004 strażników - mężczyzn i kobiet - oraz "odpowiednią" liczbę ludności cywilnej, nie posiadającej jednak udziału w rządach.

Około 4 tysięcy ludzi to bodajże taka grupa, gdzie możliwe jest zachowanie pewnego stopnia familiarności (tj. - mogą się znać z widzenia...) - i to się wydaje minimalną liczebności załogi takiej "arki". Zresztą - to jest zadanie dla specjalistów określić, jaki skład, liczebność i brzegowe ustalenia tyczące wewnętrznej struktury takiej grupy - najwięcej by obiecywały jak chodzi o trwałość grupy i jej odporność na erozję spowodowaną nudą.

Kosmiczna eskpedycja nawet, jeśli nie dałaby nam jakiejś Nowej Ziemi do zaludnienia (z punktu widzenia tych, którzy zostaną na starej, w rzeczy samej - niewiele się zmienia: nader wątpliwym jest, aby chociaż wieści od eksploratorów dotarły na naszą dotychczasową planetę nim wymrą ludzie pamiętający ich odlot...) - byłaby z pewnością ciekawym eksperymentem socjologicznym.

A teraz już kończę. Obeschło już trochę. Konie, mam nadzieję, drzemią w słońcu (a widać już napływające nowe chmurzyska). Pora podjąć próbę założenia któremuś ze źrebiąt kantarka Dually - i nauki stania na uwiązie...

1 komentarz:

  1. "Może, jeśli dojdzie do jakiegoś odnowienia zimnej wojny i wyścigu zbrojeń między czołowymi mocarstwami..? Cała nadzieja w Chińczykach..!"

    To całkiem możliwe -> http://www.space.com/22580-china-moon-rover-launch-2013.html
    W tym roku na Księżycu ma wylądować chiński robot - pierwsze miękkie lądowanie na Lunie od 1972 jeśli dobrze pamiętam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...