niedziela, 15 września 2013

Konie taborowe, czyli - czym jest "doktryna wojenna"..?

Gościliśmy się wczoraj u M. Opowiadał, jak w czasie wojny jego pradziadkowi Niemcy zabrali ogiera i dwie najlepsze kobyły oraz... dach chałupy! Bo była pokryta blachą miedzianą...

W rzeczy samej, przez całą wojnę Niemcy zmobilizowali około 8 milionów koni pociągowych. Była to prawdopodobnie największa tego rodzaju mobilizacja w dziejach! Jak to zwykle bywa z Niemcami, podeszli do sprawy systematycznie i naukowo. Zawdzięczamy temu "Wstęp do psychologii konia" Wilhelma Blendingera, w czasie wojny - szefa jednego z "punktów zbiorczych" na Ukrainie, dokąd kierowane zdobyte lub zabrane ze wsi konie.


Dzieło to jest obecnie "białym krukiem" na rynku czytelniczym choć, przeglądając w Googlach obrazki z takim hasłem odkryłem, że musiało mieć nie tak dawno kolejne wydanie: ja czytałem to opasłe tomiszcze właśnie w takich "okładkach zastępczych", bodajże wypożyczone z BUW (i to jeszcze z tego "starego", który się w Pałacu Kazimierzowskim mieścił...).

Profesor Bobola ma oczywiście rację przypominając, że logistyka Wehrmachtu TAKŻE była, jak to się zwykło pogardliwie mówić "owsiana".

Problem polega na tym, że zwalczając jeden mit, BYĆ MOŻE istniejący w głowach Czytelników (nie wiem, ankiety przecież chyba nikt nie robił..? Państwo rzeczywiście wyobrażaliście sobie, że Niemcy to TYLKO ciężarówki, motocykle i temu podobne..?) - nie należy, wbrew historycznej prawdzie, popadać w nieuzasadnione skrajności.

Tak się bowiem składa, że niemiecka dywizja piechoty I fali (a takie stanowiły gros sił przeznaczonych do ataku na Polskę) OPRÓCZ konnych wozów posiadała też od kilkudziesięciu do stukilkudziesięciu ciężarówek i innych pojazdów. Polska dywizja piechoty, takich pojazdów posiadała kilkanaście. Czyniło to różnicę szczególnie jak chodzi o mobilność artylerii (niemiecka artyleria przeciwpancerna, oprócz tego, że była o wiele liczniejsza - bodajże 72 działka na dywizję wobec 18 w dywizji polskiej - była także na ogół zmotoryzowana - polska: wcale...).


Niemiecka (u góry) i polska kolumna taborowa z 1939 roku. Jak widać, Niemcy używali zaprzęgów dwukonnych, Polacy dość często - jednokonnych. Miało to znaczący wpływ na długość kolumn (a więc też i ich wrażliwość na ataki z powietrza...) i tempo przemieszczania się...

Tych różnic było zresztą dużo więcej, a nie chcąc, aby ten tekst znowu był za długi i zbyt monotonny - skupię się tylko na niektórych.

Sygnalizuję tutaj tylko, że kwestią owych koni taborowych bardzo chętnie bym się kiedyś zajął, być może na łamach "Końskiego Targu". Problem w tym, że to jednak wymaga odrobiny wysiłku. Zbadanie oficjalnej polityki hodowlanej w dwudziestoleciu międzywojennym jest z pewnością sprawą ciekawą i DRAŻLIWĄ.

Opowiadałem już, że moim zdaniem oczywistym kantem był zakup, na początku lat 20-tych, likwidowanej stadniny koni w Babenbergu, której stado trafiło do Racotu: okazało się bardzo szybko, że Wojsko tych konie nie chce, bo się nie nadają na remonty. Ktoś wziął w łapę..?

Stadnina Koni w Racocie. Prawdopodobnie - "kant"! Ale przynajmniej: piękny...

Profesor Witold Pruski, przed wojną zaledwie "magister inżynier" w "Referacie Hodowli Koni" polskiego Ministerstwa Rolnictwa sam z dużym dystansem i nawet poczuciem humoru opowiadał o "fatwie" jaką pod kierunkiem Ministerstwa tzw. "środowisko hodowców koni arabskich" rzuciło na sprowadzanie do Polski i używanie do wyścigów koni arabskich hodowli zagranicznej - bo, skubane,  miały czelność być od polskich szybsze..!

Historyjki te, oczywiście z zagadnieniem "konia taborowego", tu nas interesującym, nic nie mają wspólnego - ale obrazują atmosferę tamtych czasów. Znowu: bez niepotrzebnego uogólniania! Wcale nie twierdzę, że cała "polityka hodowlana" okresu międzywojennego od początku do końca składała się tylko z kantów, przewałów, osobistych wendett i wypraw w poszukiwaniu świętego Graala.

Tym niemniej, robocza hipoteza, którą chciałbym w przyszłości, gdy będę miał dostęp do porządnej biblioteki zweryfikować brzmi: nie było wcale tak fajnie z polską hodowlą koni w okresie międzywojennym, jak to zwykli "starzy koniarze" przy ognisku, kiełbaskach i wódce wspominać..!

Możemy się spierać o to, czy polityka monetarna lub celna II RP miała sens, czy nie miała sensu. To, co kto na ten temat myśli, jest w dużym stopniu skutkiem wcześniej przyjętych, ideologicznych założeń.

Natomiast, mam nadzieję, że Państwo nie zamierzacie spierać się ze statystykami..? Mawia się co prawda, że istnieje kłamstwo, wielkie kłamstwo i statystyka. No ale... ciągników mechanicznych i lokomobil różnego typu było na obszarze Polski w 1938 roku znacząco mniej niż w 1913. To samo tyczy się całej masy innych maszyn i narzędzi rolniczych. Wieś polska nie odbudowała się ze zniszczeń I wojny światowej i przez całe właściwie 20-lecie międzywojenne następowało jej techniczne uwstecznianie, dekapitalizacja oraz zubożenie.



Począwszy od roku 1930 ceny płodów rolnych prawie stale spadały - podczas gdy przemysł, organizując się w popierane przez rząd kartele, umiał zachować przedkryzysowy poziom cen. Jednocześnie, nie nastąpiła obniżka pobieranych głównie na wsi podatków. Wywołało to tzw. "podaż głodową": i wielcy i mali producenci rolni, chcąc opędzić minimum niezbędnych wydatków, zmuszeni byli sprzedawać, za lada jaką cenę, coraz to więcej - nawet poniżej kosztów produkcji!

Skądinąd, takie zjawisko zachodzi i obecnie - tyle, że "pozarynkowe transfery kapitałowe", głównie nawet nie w postaci dopłat bezpośrednich (bo te zwykle idą po prostu na konsumpcję...), a raczej - różnych rodzajów kredytów preferencyjnych, z których finansowane jest gros inwestycji na wsi - pozwalają współcześnie ten problem zamaskować...

Wszystko razem nasuwa przypuszczenie, że ów tytułowy "koń taborowy", a właściwie - zabrana chłopu dość prymitywna, jedno- lub dwukonna furmanka, zaprzężona w niekoniecznie najlepszą chabetę, jaka była do dyspozycji (skoro pradziadkowi M. dobre konie zabrali dopiero Niemcy..?) - mógł mieć swój udział w klęsce, przegrywając z lepszym i lepiej utrzymanym niemieckim koniem taborowym...

Skądinąd: nie należy przywiązywać zbyt wielkiej wagi do jakichś pojedynczych cytatów z Guderiana!


Zachował się cały zbiór niemieckich raportów i ocen tyczących się przedwojennego Wojska Polskiego. Dość zgodnie podkreśla się w nich TAKTYCZNĄ słabość Wojska Polskiego (dążenie do walki na bagnety, ignorowanie konieczności maskowania pozycji, słabe współdziałanie między piechotą a artylerią, brak umiejętności korzystania z terenu) - czyniącą z naszej wrześniowej armii faktycznie wojsko szykowane na konflikt w stylu tego z lat 1870 - 71, bo nawet doświadczenia I wojny światowej zostały zapomniane (dowodem na to są radomskie mausery z lat 30-tych: świetnie nadają się na broń myśliwską, niosąc bez istotnego odchylenia na kilometr i dalej - ale co to ma wspólnego z polem bitwy, skoro I wojna światowa dowiodła, że 90% walki ogniowej toczy się na dystansie do 300 metrów i potrzebna jest możliwie szybkostrzelna, automatyczna broń skuteczna na takim właśnie dystansie..?).

Niemieccy obserwatorzy polskich manewrów podkreślają też często niską jakość kadry oficerskiej. Młodsza kadra oficerska cechowała się co prawda, ich zdaniem, patriotyzmem i brawurą - ale brakowało jej wiedzy fachowej, której nie miała się od kogo nauczyć. Wśród oficerów starszych panować miał, zdaniem Niemców, umysłowy marazm, tumiwisizm, lenistwo, pijaństwo i niechęć do innowacji.

Natomiast jak chodzi o tzw. "wychowanie patriotyczne" szeregowego żołnierza - aż do samego końca polskie rozwiązania w tym zakresie stawiane były przez Niemców za wzór i wysoko cenione. Nawet w oficjalnych komunikatach z września - dość często podawano, że "przeciwnik bił się fanatycznie". W języku hitlerowskiej propagandy, był to najwyższy możliwy komplement...

Wrześniowe Wojsko Polskie zorganizowane było jako tzw. "bayonett army". Mieliśmy bardzo liczną, ale słabo uzbrojoną drużynę piechoty - podobnie jak Japończycy w tym samym czasie i podobnie jak u Japończyków, zadaniem takiej drużyny było (teoretycznie) - dopaść przeciwnika za cenę najwyższych nawet strat atakując na wprost, choćby i na druty kolczaste czy gniazda karabinów maszynowych i wykłuć go w bezpośrednim, fizycznym starciu!

No cóż: Piłsudski był w młodości zafascynowany wojną rosyjsko - japońską...

Tymczasem w roku 1914, generał Filip Petain zauważył, komentując przebieg bitwy nad Marną, że: le fer tue! I cóż z tego, że duch wśród żołnierzy ochoczy, gdy ŻADEN do linii wroga żywy nie dobiega..?

Wszystko to, oczywiście, samo w sobie jeszcze nie tłumaczy przyczyn i rozmiarów naszej klęski. Istotne jest, że Niemcy akurat, w przeciwieństwie do nas - wyciągnęli wnioski z I wojny światowej i nie zamierzali powtarzać popełnianych wówczas błędów.

Na poziomie, o którym tutaj rozmawiamy, oznaczało to całkowicie inną organizację i całkowicie inną FILOZOFIĘ DZIAŁANIA piechoty. Niemiecka drużyna piechoty, znacznie mniej liczna od polskiej, ale za to, dzięki znakomitemu (choć dość skomplikowanemu i drogiemu w produkcji) uniwersalnemu karabinowi maszynowemu MG 34, dysponująca większą siłą ognia, miała być jednostką możliwie jak najbardziej samodzielną taktycznie, równie dobrze radzącą sobie w ataku jak i w obronie dzięki manewrowi, wykorzystaniu terenu, dążącą do zaskoczenia przeciwnika, zorganizowania zasadzki, obejścia go z flanki lub z tyłu.


MG 34 (górne zdjęcie), w przeciwieństwie do polskiego Browninga wz 1928, mógł być zasilany zarówno z taśmy amunicyjnej, jak i przy pomocy magazynka. Miał też wymienną lufę. Razem dawało to znaczącą przewagę siły ognia.

Już sama przewaga taktyczna Niemców gwarantowała im zwycięstwo w tej kampanii. Przewaga ta tłumaczy też, dlaczego NIEREALNE były pomysły "zadanie Niemcom ciosu w plecy".

Prawdą jest, że kampania wrześniowa nie była "typowym Blitzkriegiem". Nie dlatego jednak, że Niemcy używali wówczas "kiepskich czołgów" (fakt, używali głównie czołgu szkolnego PzKw I i lekkiego czołgu rozpoznawczego PzKw II - ale oba te typy czołgów, choć zasadniczymi parametrami technicznymi bynajmniej nie przewyższające 7 TP, tę miały przewagę, że wszystkie były wyposażone w radiostacje - mogły zatem działać zespołowo, co czołgom polskim rzadko się udawało...). Tylko dlatego, że Polacy JEDNAK parę razy przeszli do kontrataku, co w "typowym Blitzkriegu" zdarzyć się nie powinno. No cóż - to była pierwsza próba!


PzKw II (u góry) i 7 TP. Oprócz liczebności, różniło je głównie - posiadanie przez czołg niemiecki radiostacji.

Błędem jest zaliczanie wrześniowej kawalerii polskiej do "wojsk szybkich". W rzeczywistości była to najprawdopodobniej najbardziej DEFENSYWNA formacja kawaleryjska wszechczasów!

Stosunkowo niewielkie 3 lub 4-pułkowe brygady wyposażone zostały w nieproporcjonalnie (w stosunku do analogicznych liczebnie formacji piechoty) bogaty zestaw "broni zespołowych": oprócz dywizjonu artylerii konnej, także kompanie działek ppanc, czasem szwadrony samochodów pancernych lub czołgów.

Zwiększało to siłę ognia, ale też - zapotrzebowanie na kolumny taborowe, które w kawalerii wrześniowej były jeszcze dłuższe i jeszcze bardziej ociężałe niż w piechocie. W efekcie cała "zdolność manewrowa", jaką dawał koń, pochłaniana była przez konieczność czekania na tabory. Wrześniowa brygada kawalerii mogła się w miarą szybko przemieścić na dystansie 20 - 30 km. Po czym musiała zalec i czekać, aż ją dogonią furmanki - które na pokonanie takiego dystansu potrzebowały nieraz i całego dnia.

Wskazuje to ewidentnie, że jednostki te nie były przeznaczone do działań ofensywnych - tylko do doraźnego łatania dziur w linii frontu. Taki rodzaj "straży pożarnej". Obie brygady pancerno - motorowe miały zresztą dokładnie takie samo przeznaczenie...


Moi dziadkowie, co prawda zmobilizowani dopiero po Stalingradzie, jakoś nie wspominają Wehrmachtu jako "uświadomionej krucjaty rasy panów". Wręcz przeciwnie! Przygody, które im się przytrafiały, doskonale by pasowały do serialu komediowego BBC "Allo, allo", albo do "Przygód dobrego wojaka Szwejka".

W sumie zatem CO NAJMNIEJ równie uprawniona jest teza dokładnie przeciwna tej, którą postawił w swoim ostatnim wpisie Profesora Bobola. Żołnierz polski był na ogół od niemieckiego lepszy i bardziej skłonny do poświęcenia. Ale kadra dowódcza - zawiodła na całej linii!

Zawiodła najpierw koncepcyjnie, źle organizując, uzbrajając i przygotowując wojsko do wojny. To właśnie: zrozumienie natury przewidywanego konfliktu, właściwe zorganizowanie, adekwatne uzbrojenie i przygotowanie wojska do takiego właśnie konfliktu, wyczerpuje znaczenie terminu "doktryna wojenna".

W 1939 roku starły się dwie różne doktryny wojenne. Doktryna "blitzkriegu" (której Niemcom nie udało się w pełni zrealizować!) - oraz doktryna adekwatna do czasów wojny francusko - pruskiej czy rosyjsko - japońskiej. Czy można było mieć wątpliwości, która z nich zwycięży..?

Tym bardziej, że i wykonanie, a więc praktyczne dowodzenie na polu bitwy - na ogół dużo lepsze było po stronie niemieckiej niż po stronie polskiej...

16 komentarzy:

  1. Zrabowanie dachu miedzianego przyznam, zaskoczyło mnie. Niemcy kradną systemowo i w sposób zorganizowany... a co do wyższej kadry polskiej to racja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tu trafiłem właśnie z blogu kontrowersyjnego prof. Boboli:).

    Bardzo ciekawie Pan pisze, umieszczam pański blog wśród moich ulubionych.
    ... a już najbardziej ucieszył Mnie zwrot "Ale kadra dowódcza - zawiodła na całej linii!"
    IMHO, samo sedno.

    Nie posiadam wiedzy historycznej, także do tych wniosków doszedłem inna drogą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesli panstwo/armia/firma zle funkcjonuje jest to ZAWSZE wina zarzadzajacych elit ktore nie potrafia wypracowac odpowiedniej koncepcji/filozofii dzialnia ani tez zmotywowac i zorganizowac podleglych sobie pracownikow/zolnierzy/obywateli-dlatego tez panska teza o odpowiedzielnosci polskich elit jest dla mnie znacznie sensowniejsza niz przeciwna teza prof.Boboli ktory zreszta ZAWSZE zrzuca odpwiedzialnosc na tzw lud-jakby od tego ludu cokolwiek kiedykolwiek zalezalo-niestety skrzywienie KLASOWE profesora jest tu co przykro mi to mowic po raz KOLEJNY wyraznie widoczne.

    Nie zgodze sie tylko z jedna rzecza:"Przewaga ta tłumaczy też, dlaczego NIEREALNE były pomysły "zadanie Niemcom ciosu w plecy"."

    Oczywiscie ze byly realne-jesli by Niemcy rzucili powiedzmy 80% sil przeciw Francji to pozostale 20% bylibysmy w stanie zmiazdzyc bez problemu.Oczywiscie za cene dosc wysokich(ale akceptowalnych)strat.Przewaga taktyczna nic by tu Niemcom nie pomogla.Zarowno podczas kampani wrzesniowej jak i podczas kampanii 1940 po okolo 10 dniach od rozpoczecia Niemcy przezywali kryzysy paliwowo-logistyczne.Wynikalo to wprost z tego co Pan pisal o ryzykanckiej postawie Hitlera(i calych niemieckich sil zbrojnych)-Niemcy w ZADNEJ kampanii nie byli logistycznie gotowi na dluzej niz 2-3 tygodnie zacietych walk.To dlatego zreszta sowiecki cios w plecy 17 wrzesnia 39 byl tak Niemcom na reke ze nawet Sowietow fetowali mimo przeciez ewidentnego spoznienia sowieckiego ciosu(ktorzy mieli uderzyc najlepiej 01.09.39)-armia polska w polowie wrzesnia 39 byla mocno rozbita ale Niemcy wlasnie zaczynali grzeznac i gdyby nie sowieckie uderzenie to meczyliby sie ze wschodnia Polska pewnie jeszcze ze dwa miesiace i przy znacznie wyzszych stratach(ze nie wspomne ze taka sytuacja moglaby zmusic/skusic aliantow zachodnich do ataku).Mozna spokojnie zalozyc ze gdyby niemiecki atak poszedl najpierw na Francje to takowy kryzys logistyczny Wehrmahtu rowniez mialby miejsce-polskie uderzenie w plecy w tym momencie byloby zabojcze a niewielkie sily oslonowe Wehrmahtu pozostawione na polskiej granicy(pewnie zreszta oddzialy drugiego sortu)zostalyby zwyczajnie rozgromione a Niemcy wlasnie przezywajacy kryzys logistyczny niewiele mogliby z tym zrobic.Pewnie i Francuzi stawiliby w takiej sytuacji twardszy opor i przerodziloby sie to w wojne pozycyjna na wzor IWs gdzie Niemcy pozbawieni dostaw surowcow z ZSRR nie wytrzymalby by pewnie pierwszej zimy.Zreszta coz ryzykujemy-w najgorszym(i moim zdaniem malo prawdopodobnym)wypadku mielibysmy to samo co mielismy(czyli brutalna niemiecka okupacje)tyle ze o pol roku-rok krotsza.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dowiemy się, jak by to wyglądało - bo nikt tego nie zrobił.

      W każdym razie, ja widzę trzy bardzo poważne przeszkody:
      1. Wasalizując nas Hitler już by zadbał o to, aby się przed taką niespodzianką zabezpieczyć (Rumunom się udało, ale już np. Węgrom - ani trochę. Włochom też niespecjalnie...).
      2. Hitler wciąż miał "w odwodzie" Stalina, który w takiej sytuacji zapewne nie odmówiłby mu tej uprzejmości, aby "zadającą cios w plecy" Polską zająć się od drugiego końca.
      3. Nie docenia Pan skali bezradności naszego wojska. Proszę sobie poczytać o bitwie nad Bzurą - największym zwrocie zaczepnym z naszej strony w tej kampanii. Kutrzeba miał na początku przewagę więcej niż trzykrotną (wymaganą regulaminem...). Mimo to, natarcie grupy generała Knolla postępowało bardzo powoli, a Niemcy, choć bici, jakoś wszędzie wycofywali się na czas...

      Usuń
    2. Skrzywienie klasowe, skrzywieniem klasowym ale moim zdaniem Szanowni Komentatorzy polkneli calkowicie nauki komunistycznej szkoly w tym zakresie. Te zas apoteozowaly calkowicie bez podstaw tak zwanego szarego czlowieka od ktorego ponoc wszystko zalezalo. To rzecz jasna jest nieprawda. To klasy wyzsze nadawaly strukture organizacyjna ekonomii i administracji panstwa, oraganizowaly i kolekcjonowaly dziela sztuki, fundowaly nauke i kulture. Robotnicy i chlopi byli masa niszcaca to wszystko czego dowodzi historia. Kiedy tylko nastepowalo zachwianie prawa i porzadku oni wlasnie rozpoczynali grabiez i destrukcje - mordowanie mniejszosci dla zysku (patrz opowiesci Grossa), napady na dwory i mordowanie ich wlascicieli (patrz "W cieniu czerwonej gwiazdy"). Janusz z Gorzowa uwaza, ze zarzad przedsiebiorstwa jest glowna przyczyna niepowodzenia (gdy takie wystapi). Byc moze ale zadna jednostka gospodarcza (czy wojskowa) nie bedzie dzialc sprawnie albo i wogole jesli masy pracownicze sa leniwe, glupie badz zajmuja sie wszystkim innym zamisat zadaniem podstawowym.

      Usuń
    3. Panie Profesorze!

      Jak Pan w pełni świadomie i z góry uprzedzony wsiądziesz na narowistego konia i dasz się zrzucić, skręcając sobie kark, to kto jest winien: koń (który przecież nie zrobił niczego, czego by nie robił codziennie pod każdym innym jeźdźcem) - czy Pan..?

      Usuń
    4. Nie widze analogii. Po prostu material ludzki dostepny powszechnie w II RP ( a i teraz zreszta takze) jest niskiej jakosci. Dotyczy to zarowno prowadzenia wojny w 1939 r. jak i gospodarki w juz ludowej Polsce. W koncu rzady komunistyczne tez byly jedna wielka katastrofa gospodarcza zakonczona rewolta tych podobno beneficjentow nowego rezimu.

      Usuń
    5. Jeśliby nawet "materiał ludzki" był niskiej jakości, to co jest tego przyczyną? Cechy dziedziczne czy nabyte? Jeśli dziedziczne, jeśli zdaniem Pana Profesora "słowiańskie bydło" to z natury podludzie i nic się z tym nie da robić - to trochę szkoda prądu na zajmowanie się "tym czymś", nieprawdaż..?

      Takiego konia wysyła się do rzeźni. A taki naród - do komór gazowych...

      A jeśli jednak ów hipotetycznie niskiej jakości "materiał ludzki" był taki (z czym się zresztą nie zgadzam...) za sprawą czynników nabytych - to wina elit w dalszym ciągu jest ewidentna. Widać nie umiały tych czynników zneutralizować/uczynić czegoś dla podniesienia jakości "materiału ludzkiego"...

      Usuń
  4. "...nie bedzie dzialc sprawnie albo i wogole jesli masy pracownicze sa leniwe, glupie badz zajmuja sie wszystkim..."
    To zdanie oczywiście jest prawdziwe, nie mniej dotyczy raczej Murzynów.
    Ja pracowałem z prostymi robotnikami, mistrzami za młodu, lecz z Inżynierami, Projektantami, Profesorami w wieku średnim i szczerze powiedziawszy nie miałem większych kłopotów z jakością Ludzi.
    Robili co trzeba.

    Nie wiem jak było przed wojną, ale chyba, aż takiej różnicy pomiędzy ówczesnymi i obecnymi Ludźmi nie ma.

    Fakt faktem, że najdziwniejsze Indywidua to spotkałem podczas rocznej służby w wojsku (ludowym).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo mogl Pan ludzi dobrac. Ale z materialem poborowych takiej mozliwosci nie ma. Dlatego wojna ochotnicza w 1920 roku zostala wygrana a wojna "powszechna" czyli oparta na mobilizacji powszechnej nie.

      Usuń
    2. NIEPRAWDĄ jest, jakoby wojna roku 1920 była "wojną ochotniczą". Owszem, istniały po stronie polskiej formacje ochotnicze (zresztą nie tylko polskie, bo i ukraińskie, rosyjskie, kozackie...) - ale gros "materiału ludzkiego" stanowili normalni poborowi.

      Generała Hallera "armia ochotnicza" zresztą była raczej tworem propagandy niż rzeczywiście funkcjonującą jednostką wojskową.

      Usuń
    3. Zapomina Pan, ze rok 1920 to byl dopiero drugi rok po odzyskaniu niepodleglosci i nawet granice jeszcze nie byly calkiem ustalone. O regularnym poborze rekruta mowy nie bylo bo praktycznie nie bylo zolnierzy rezerwy ani spisow rezerwistow.

      Usuń
    4. Tu nie ma co "brać na logikę", trzeba czytać. Proszę sobie sprawdzić. Był pobór na wiosnę 1919, a potem wiosną 1920 roku drugi. Spisy ludności zostały po zaborcach (w Kongresówce - uaktualnione już przez nową, działającą pod niemiecką i austriacką okupacją władzę polską).

      Oczywiście, że nie na całym terytorium. Ale wszędzie tam, gdzie się dał - był...

      Usuń
  5. Jedna uwaga- bardzo często jest pomijana bardzo ważna cenzura roku 1936, czyli powstania rządu Sławoja - Składkowskiego. Z tym nastąpił kompletny zwrot polskiej politki gospodarczej i 3 lata błyskawicznego rozwoju, po 17 latach staczania się badź stagnacji. Chyba nawet o tym- a był to okres realnego zmniejszania się róźnicy potencjałów PL i Niemiec, co by dawało kolejną przyczynę do wybuchu 2 w.ś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady! II wojna NIE WYBUCHŁA dlatego, że Hitler przestraszył się, że go Polska "dogoni i przegoni"!

      Poza tym, to nie jest takie proste. Praktycznie przez całe 20-lecie realizowana była w Polsce polityka industrializacji na koszt wsi. To znaczy: drenowano podatkami i rentą monopolistyczną 2/3 ludności po to, aby z uzyskanych środków finansować inwestycje strategiczne z punktu widzenia państwa. Zażynając przy tej okazji popyt wewnętrzny i to właśnie - na ewentualne dobra przemysłowe (za to bardzo niskie ceny żywności przynajmniej łagodziły skutki tej sytuacji dla najuboższych: w rzeczy samej, trudno było przynajmniej z głodu umrzeć w Polsce...).

      Czy rząd Sławoja - Składkowskiego zrezygnował z tej polityki? Wprost przeciwnie! O ile wiem, cały wkład tego rządu w poprawę sytuacji na wsi, to zainteresowanie premiera stanem sanitarnym gospodarstw wiejskich. Dzięki czemu został po wiek wieków uwieczniony w pospolitej nazwie typowego wychodka!

      Gospodarka Rzeszy pod koniec lat 30-tych mogła się już powoli dusić ciężarem zbrojeń i "transferów socjalnych". Z drugiej strony, w Polsce ukończono budowę części zakładów, które zaczęły coś tam eksportować, zmniejszając tym samym ciężar swego utrzymania - korzystając z poprawy koniunktury na rynku światowym (choć co to był wtedy za rynek! Spełnione marzenie Profesora Boboli: świat uniwersalnie protekcjonistyczny. Na przykład - surowej, nieprzetworzonej ropy naftowej NIE DAŁO SIĘ KUPIĆ. Nie - bo nie! A nasz rząd przez 20 lat dopłacał do eksportu produktów naftowych z Zagłębia Borysławskiego, efektywnie - finansując w ten sposób w jakiejś części niemieckie zbrojenia...).

      Usuń
    2. Zmiana sytuacji- miała miejsce. OK- teza o ogonić i przegonić Niemcy była bez dowodów, co nie zmienia faktu, że polityka gospodarcza Kwiatkowskiego była skutaeczna. Tu anegdotyczna opowieść- mój osobisty dziadek- jego ojcies właśnie wtedy też dostał wystarczająco dobrą prace aby mój dziadek, wtedy nastolatek mógł przestać kraść węgiel z przejeżdzających przez małe wielkopolskie miasteczko pociągów do Gdyni. To była różnica i to znaczna. W trakcie 20-lecia dojono wies, zgadza się, ale kasa nie trafiała na rozwój, czyli dobra trwałe a na zyski czyli faktycznie konsumpcję klasy wyższej- która zresztą przez słabość rynku krajowego i brak możliwości eksportu też miała się nie za dobrze. Czyli idiotyzm pod każdym względem.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...