piątek, 6 września 2013

I co dalej..?

Mówiłem to już w sekrecie tylu osobom, że dalsze utrzymywanie konfidencji chyba mija się z celem. Ojciec naszych źrebiąt, Gelshah, poufale zwany przez nas "Knedliczkiem" TEŻ jest na sprzedaż. I, gdyby miał być wykorzystany do hodowli - to można go zapewne nabyć tanio...


Po prostu, jak nam to argumentowała Petra - u niej nie ma dla niego miejsca. Wszystkie jej klacze są z nim blisko spokrewnione. Ma przy tym jego ojca, Gumona, wciąż w doskonałej kondycji - i młodszego brata, zeszłorocznego (bodajże?) czempiona Europy.

Jeśli Knedliczek wróci wreszcie do domu, to najpewniej zostanie szybko owałaszony. Być może czeka go przyszłość konia wierzchowego. Ale o tym, żeby się spełniał jako ojciec rodziny, w czym - jak już wiemy - jest tak dobry: mowy nie ma.

Przyznaję, że nieskromnie bardzo, mam o naszych tegorocznych źrebiętach bardzo dobre mniemanie. Wszystkie trzy wyglądały bardzo dobrze bezpośrednio po narodzeniu. Potem, jak to zwykle bywa, w różne strony ich proces wzrostu wykrzywia`ł - o Madeszir wręcz bałem się przez chwilę, ale okazało się już ostatecznie, że bez powodu. Nawet w tej chwili: żadnemu z trójki nic się nie da zarzucić...

Madeszir

Ostowar

Mijan z matką. Prawda, że robią się podobni..?

Wiem, wiem: nie należy unosić się dumą, co by nie zapeszyć. Ewa z Kresowej Zagrody ongiś o tym pisała.

Ale ja, tak po prawdzie, to po prostu wciąż jestem zdziwiony. Przecież Gelshah, choć osobiście bez zarzutu, gdy do nas przyjeżdżał, żadną gwiazdą na achałtekińskim firmanencie bynajmniej nie był..!

Zdecydowaliśmy się na taki eksperyment - powtarzam to po raz kolejny - po kilku latach nieudanych prób zapłodnienia naszych kobył metodą "klasyczną". Gelshah miał być i okazał się być - lekiem na bezpłodność, a nie - ojcem klasowych źrebiąt..!

Nawet to, że zdecydowałem się go zostawić na zimę (a tym samym - wykorzystać ponownie do krycia zaraz po wyźrebieniu...), wcale nie wynikało z tego, że spodziewałem się nie wiadomo jak wspaniałych źrebiąt. Ja się o nasze kobyły bałem, o to, czy pozostawione samym sobie, utrzymają ciąże...

Faktem jest, że te paskudy, jak dla ludzi miłe, a wręcz przymilne - tak dla siebie nawzajem zawsze były dość wredne (choć zawsze też, jeśli miały do towarzystwa konie innych ras - trzymały się razem, z plebsem się nie pospolitując).

A odkąd buzuje w nich prostaglandyna na przemian z estrogenem - zjadają się niemal żywcem! Na czym najgorzej wychodzi najmłodsza, Margire, która też wygląda w konsekwencji "nie aż tak dobrze" jak dwie pozostałe...

Marigre

Osman Guli (czyli "Buba"...)

I jeszcze raz Melesugun (czyli "Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy") z synem. Od drugiej strony...

Knedlik, oprócz tego że okazał się doskonałym lekiem na bezpłodność - był też i jest w dalszym ciągu, świetnym piorunochronem, rozładowującym te babskie swary.

Ot - w uszko dmuchnie, karczek poskubie, w zad pieszczotliwie ugryzie - i już świat jest piękniejszy, a życie robi się różwe... Panie, które nas odwiedzały mogą chyba zaświadczyć: podrywacz jest z niego zawodowy...


A przy tym, kobyły mogą się na nim dowolnie wyżywać, gryząc go, kopiąc i przeganiając - nigdy nie odda... Czego nie można powiedzieć o żadnej z koleżanek..!

Zaiste ten, kto napisał, że "zwierzęta nie znają bezinteresownej zawiści" (profesora Kołakowskiego mam na myśli...) - nigdy chyba z żadnym udomowionym zwierzęciem nie miał do czynienia. Zajmowanie się naszym stadem to prawie jak prowadzenie przedszkola. Każde dziecko musi dostać dokładnie takiego samego cukierka i dokładnie w tym samym czasie co pozostałe - inaczej awantury uniknąć się nie da.

Nie piszę tego wszystkiego, żeby tylko reklamować Knedliczka (choć, jeśli ktoś potrzebuje ogiera do chowu tabunowego - to lepszego nie znajdzie...). Piszę, żebyście zrozumieli, nad czym się teraz zastanawiam.

Oto - nadchodzi pora odsadzić źrebięta. To oznacza, że Ostowar i Mijan muszą gdzieś wyjechać. Chwilowo nie mam pojęcia gdzie i, nade wszystko - za jakie pieniądze. Jak jednak słusznie twierdził Dobry Wojak Szwejk - jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Coś się wymyśli. Powiedzmy, że to jest osobny problem, który na razie "biorę w nawias".

Madeszir zaś, razem z ojcem - powinni, najpóźniej w pierwszej połowie listopada (raz, że tak wynika z terminu jej urodzenia, a dwa - że potem w górach śnieg już będzie leżał - a ja, na moich łysych oponach, KONIECZNIE muszę pojechać do Petry przed śniegiem: a i to nie wiem, czy początek listopada to nie za późno - osobliwie, że Lepsza Połowa na przełomie października i listopada będzie musiała na kilka dni wyjechać, a przecież nie zostawię tu wszystkiego bez opieki..?) pojechać do Czech.

Jest to rozsądne i racjonalne zarówno ekonomicznie, jak i z czysto hodowlanego punktu widzenia.

Skoro udało się nam uzyskać TAK DOBRE źrebięta po przypadkowym (w sumie...) ogierze - to jakie byłoby potomstwo naszych kobył i na ten przykład Germesa, którym je wcześniej uparcie kryć próbowałem..? Albo innego cenionego, utytułowanego, klasowego ogiera..?

Strategia, którą obrałem od samego początku: starać się PRZEDE WSZYSTKIM o jak najlepsze kobyły - ogierem się nie przejmując - okazała się słuszna. Wbrew różnym patriarchalnym przesądom (podobnoż starzy Turkmeni twierdzą, że "co się włoży, to się wyjmie" - i tylko ogier się liczy, a kobyła wcale...).

Zdecydowanie - pora na zmianę..!

Jeśli w przyszłym roku sytuacja ekonomiczna nam pozwoli (na przykład - sprzedamy przynajmniej jednego odsadka za godziwą cenę...), można wrócić do "klasycznych" metod rozrodu. W tym przypadku - do inseminacji, bo jeżdżenia dokądkolwiek z trzema kobyłami i to przy źrebiętach - nie planuję. No way..! Już z dwiema i bez źrebiąt była to mordęga, biorąc pod uwagę polskie drogi i odległości do rozsądnych ogierów (w grę wchodzą Czechy albo... Estonia!).

Jeśli nic z tego nie wyjdzie, bo "czynnik psychologiczny" okaże się decydujący i nasze Kapryśne Królewny mimo zaliczenia dwóch (szczęśliwych - miejmy nadzieję...) porodów każda strzykawce powiedzą stanowcze nie - będzie można wrócić do idei dzierżawy ogiera (znowu pewnie jakiegoś młodego i niezbyt znanego...) w 2015 roku, gdy przyszłoroczne źrebięta po Gelshahu będą już odsadzone (nie ma mowy, żeby do stada dopuszczać ogiera, gdy są w nim źrebięta, których nie jest on ojcem!).

A jeśli nic się nie zmieni i żadnego popytu na nasze źrebięta w dalszym ciągu nie będzie, to po prostu damy sobie spokój z hodowlą. Może w końcu kupię krowę..? Albo chociaż jakąś zimnokrwistą kobyłę, której źrebaka ZAWSZE sprzedam, bo tylko jego waga będzie miała znaczenie..? O powrocie do idei pensjonatu wolę nie wspominać - jeśli Lepsza Połowa nie da mi za to ścierką po głowie, to sam się w dupę kopnę za taki pomysł!

Żeby dać sobie spokój z hodowlą, najpierw trzeba wywieźć Gelshaha do Czech...

No tak: tylko jak te nasze Kapryśne Królewny, bidulki, bez niego zimę przetrzymają i czy ciąże utrzymają, a nie pozabijają się, lub chociaż - nie stłuką się nawzajem aż do poronienia..?

Ha..? I co teraz..? Co dalej?
---------------------------------------------------------------------
Napisałem ten tekst już wczoraj wieczorem, ale chciałem do niego zrobić nowe zdjęcia. Co mi się w większości udało (tylko ostatnie jest archiwalne, z kwietnia - jak raz dziś rano amorom się nie oddawały...). Tyle tylko, że rozładowała się bateria w aparacie - i trzeba było poczekać... No to zająłem się pracami w gospodarstwie i dopiero teraz skończyłem.

Za to wiem już, że w poniedziałek nawiedzi nas Pan Doktor. I, między innymi, powyższy problem - dogłębnie z nim przedyskutujemy...

3 komentarze:

  1. Gelshah w ciąży spożywczej. ;-)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. "I co dalej..?"

    Dokładnie to samo pytanie sobie teraz zadaję.

    "Zdecydowaliśmy się na taki eksperyment - powtarzam to po raz kolejny - po kilku latach nieudanych prób zapłodnienia naszych kobył metodą "klasyczną". Gelshah miał być i okazał się być - lekiem na bezpłodność, a nie - ojcem klasowych źrebiąt..!"

    Ten koń naprawdę coś musi w sobie mieć. Po kilku nieudanych latach temu się udało z trzema.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zaiste ten, kto napisał, że "zwierzęta nie znają bezinteresownej zawiści" (profesora Kołakowskiego mam na myśli...) - nigdy chyba z żadnym udomowionym zwierzęciem nie miał do czynienia. Zajmowanie się naszym stadem to prawie jak prowadzenie przedszkola. Każde dziecko musi dostać dokładnie takiego samego cukierka i dokładnie w tym samym czasie co pozostałe - inaczej awantury uniknąć się nie da."

    Zgadzam się. Awantura. Albo też zwierzę robi się smutne. Zwierzęta wiedzą co to zazdrość.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...